niedziela, 22 lutego 2015

Spowiedź - sakrament?

Pokuta jest pojmowana w teologii katolickiej w kategoriach sakramentu.
Jest ona żałowaniem grzechów, stałym postanowieniem odrzucenia ich i zadośćuczynieniem za nie Bogu.
Jako sakrament – zgodnie z teologią katolicką - jest ona ustanowiona przez Chrystusa dla odpuszczenia grzechów śmiertelnych, popełnionych po Chrzcie.

Materią sakramentu jest akt pokutującego. Ten akt zawiera spowiedź uszną, skruchę (choćby niedoskonałą) i zadośćuczynienie.
Formą jest akt księdza, mającego ku temu stosowną jurysdykcję (czyli uprawnienia dane mu do tego przez władzę kościelną), który wypowiada absolucję – rozgrzeszenie.
Spowiedź powinna być pełna: każdy grzech śmiertelny, świadomie nie wyznany jest zatrzymany, zachowany. Absolucja ma charakter jurydyczny, prawny (dający lub nie dostęp do innych sakramentów kościelnych).
Powiedzieliśmy wyżej, że w pewnym okresie i w niektórych krajach, luteranie utrzymali spowiedź. Niemniej, tylko spowiedź ogólna była i jest wymagana. Absolucja ma charakter czysto deklaratywny (ogłaszający wybaczenie grzechów, a nie uprawniający (jak to ma miejsce w przypadku katolickim) do udziału w innych ceremoniach kościelnych.

Teologia protestancka odrzuca katolickie pojmowanie pokuty, spowiedzi, jako sakramentu.
Reformowani nie wymagają innej spowiedzi szczególnej, jak tylko ta przed Bogiem samym, w bezpośrednim kontakcie wierzącego z jego Panem.
Spowiedź ogólna winna odbywać się w zgromadzeniu ludu chrześcijańskiego.

Spowiedź prywatna może mieć miejsce wtedy, kiedy czyjeś sumienie jest przygnębione, przytłoczone, ma potrzebę wyrzucenia swego ciężaru przed kwalifikowanym doradcą, jakim może (i powinien) być pastor, starszy zboru lub jakiś doświadczony chrześcijanin.
Absolucja, która powinna następować po spowiedzi ogólnej w Kościele, lub jako konsekwencja spotkania indywidualnego, ma charakter wyłącznie deklaratywny, czyli obwieszczający wybaczenia Boże temu, który za swe grzechy żałuje szczerze.
Jest to przypomnienie obietnic Ewangelii.

Ale w tym wszystkim nie widzimy nic, co przypominałoby jakiś sakrament.
Nie ma widzialnego znaku niewidzialnej łaski zbawienia, ustanowionego przez Chrystusa.
Nie wymagał On nigdzie w Biblii szczegółowej spowiedzi grzechów innemu grzesznikowi, a tzw. władza kluczy przydana posługującym w Kościele sprowadza się do realizacji dyscypliny kościelnej i do głoszenia Ewangelii.

To zwiastowanie Ewangelii można byłoby streścić z pasją do ciężkiej formuły, która przyjmuje imię absolucji, ale nie mogłaby ona w żaden sposób zastąpić sakramentu.
Jest ona Słowem, a sakramenty zostały właśnie dołączone do Słowa, ponieważ na skutek naszej ludzkiej natury, mamy potrzebę takich widzialnych znaków, danych nam przez Boga samego.
Pokuta jako akt, jest po prostu Ewangelią, Dobrą Nowiną, zwiastowaną grzesznikowi, bądź grzesznikom, przyjmującym pokorną postawę przed Bogiem.
Nie jest ona sakramentem…

Kwestia sakramentalności małżeństwa a teologia protestancka

Zgodnie z teologią katolicką, małżeństwo jest sakramentem i miałoby w związku z tym mieć charakterystyki kwalifikujące je do kategorii sakramentów.
a.    Jest znakiem istotnym: jak naucza Apostoł Paweł, jest ono figurą jedności Jezusa Chrystusa ze swoim Kościołem (Ef 5,28-32).
b.    Jezus Chrystus je ustanowił: uczestnicząc w weselu w Kanie Galilejskiej (Jn 2,1 i nast.) dał swoje błogosławieństwo małżeństwu, a także odpowiadając faryzeuszom na ich pytanie o małżeństwo określił, że człowiek nie powinien rozłączać tego, co Bóg zjednoczył (Mt 19,6).
c.    Przydaje ono (małżeństwo) łaskę małżonkom kochania się i uświęcania środowiska małżeńskiego.

Materią dalszą sakramentu małżeństwa w tej koncepcji są osoby wolne, które pobierają się bez żadnej przeszkody prawnej (kanonicznej).
Materią bliższą jest wzajemna zgoda tych dwóch stron.

Forma dalszą sakramentu małżeństwa są słowa, które wypowiadają oni przed księdzem.
Formą bliższą jest ich wzajemna akceptacja, wyrażona widzialnymi znakami: słowami lub gestami.
Wyżej podane elementy pochodzą z teorii (teologii) małżeństwa takiej, jaką nakreślił Tomasz z Akwinu.

Administrującymi sakrament są w teologii katolickiej same strony małżeństwa, czyli małżonkowie, udzielając go sobie wzajemnie w obecności księdza.

Istotnie ważną ceremonią dla sakramentu małżeństwa jest zaangażowanie stron, wyrażone w sposób pojmowalny w obecności księdza, który je błogosławi.
Inne ceremonie towarzyszące, jak np. wzajemne wręczenie sobie obrączek, nie mają charakteru fundamentalnego.

Teologia protestancka odrzuca postrzeganie małżeństwa w kategoriach sakramentu.
 

Racje tego odrzucenia są następujące.
a.    Małżeństwo jest ukazane w Piśmie Świętym jako ustanowione przez Boga samego jeszcze przed upadkiem w grzech zwany pierworodnym (1 Mojżeszowa/Rodzaju 2,24), a Nowy Testament odnosi się, w nauce o małżeństwie, do tego pierwotnego ustanowienia (Mt 19,5; Mk 10,8; 1 Kor 6,16; Ef 5,31). Ale sama ceremonia kościelna małżeństwa nie jest z ustanowienia boskiego.
b.    Jest bardzo trudnym potraktować poważnie argument oparty o obecność Chrystusa na weselu w Kanie, by dowieść, że Chrystus ustanowił sakrament małżeństwa. Ceremonia wzmiankowana nie reprezentuje, ani nie przypieczętowuje łask zbawczych Nowego Testamentu.
c.    Jest prawdą, że miłość Chrystusa dla Jego Kościoła jest zaproponowana przez Apostoła Pawła jako model małżonków chrześcijańskich (Ef 5,25-33), ale słowne porównanie nie jest znaczącym znakiem obietnicy wybaczenia przydanego indywidualnie wierzącemu. Inaczej, można byłoby podać taką liczbę sakramentów, jaka jest liczba podobnych porównań w Piśmie Świętym. Nie ma zatem żadnej poważnej racji by stwierdzić, że jest to sakrament. Ceremonia ta, nawet jeśli byłaby z ustanowienia Bożego, nie mogłaby reprezentować czegoś więcej, jak tylko dobrodziejstw przymierza uczynków, które Bóg proponuje ludzkości także poza Kościołem.
d.    Jest niewłaściwym twierdzenie, że ceremonia ta przydaje automatycznie łaskę uświęcającą i czystą miłość wszystkim trym, którzy nie stawiają jej przeszkody. Łaski te bowiem są odpowiedzią na modlitwę i świadomy użytek instrumentów łaski danych wierzącym przez Boga, czyli Słowa, Chrztu i Wieczerzy.

Liczba sakramentów

Zauważmy, co musimy przyznać, że Pismo Święte nie daje definicji ceremonii, które nazywamy sakramentami, najlepszą drogą dla tematyki związanej z liczbą sakramentów będzie przyjęcie za punkt odniesienia te ceremonie, które we wszystkich Kościołach chrześcijańskich są bezdyskusyjnie przyjmowane za sakramenty. Pozwoli nam to wychwycić ich walor specyficzny, odróżniający je te ceremonie od wszelkich innych.

W Nowym Testamencie są dwie ceremonie, które zgodnie z opinią wszystkich są uznane za sakramenty. Są to Chrzest i Wieczerza Pańska (zwana także Eucharystią). Są to ceremonie jednoznacznie ustanowione lub usankcjonowane przez Jezusa Chrystusa.
Są to znaki (w najbardziej zminimalizowanym znaczeniu), reprezentujące jeden oczyszczenie, a drugi pożywienie. Są to rytuały przeznaczone do bycia stałymi. Mają one za przedmiot nauczać i przypieczętowywać, a zatem potwierdzać i umacniać, przydawać wierzącym dobrodziejstwa, które przynosi Nowy Testament.
Te podstawowe charakterystyki są im przyznane przez wszystkich, także tych, który rozszerzają ich znaczenie oraz przyjmują większą liczbę sakramentów.

Kościół antyczny, który przydawał termin sakramentu wszystkim rytuałom i wszelkim obiektom sakralnym, kiedy chodzi o rytuały przeznaczone do bycia instrumentami łaski, uważał te dwa jako jedyne sakramenty chrześcijańskie.
Tzw. Ojcowie Kościoła, czyli szczególnie ważni teologowie pierwszych wieków, jak Justyn Męczennik, czy Cyryl Jerozolimski, oraz Augustyn mówią o nich w tym sensie.
Kiedy natomiast rytualizm wkrada się i ustala w Kościele, można równocześnie zauważyć zwiększanie się liczby sakramentów. Można także zauważyć, aż do czasów średniowiecza, brak zgodności w kwestii ich liczby.
Niemniej wszyscy są zgodni co do faktu, że Chrzest i Wieczerza są sakramentami pośród innych trzech, sześciu lub dwunastu ceremonii (w zależności od okresu historycznego i środowiska teologicznego) nazywanych sakramentami.
Ale są też znaczące osoby dla Kościoła (biskupi lub opaci znaczących opactw), także w średniowieczu zwłaszcza w wiekach XI i XII, które nie przyjmowały innych sakramentów, jak właśnie owe dwa podstawowe.
Pierwszym teologiem, który niejako oficjalizuje na Zachodzie liczbę siedmiu sakramentów jest Piotr Lombard (zm. 1164). Ciekawe, że jedyną racją ich liczby jest „charakter świętości i pełni w liczbie siedem”…
Przypomnijmy, że w środowisku Reformacji wieku XVI istniała pełna zgoda, że tylko dwóm sakramentom, czyli właśnie Chrztowi i Wieczerzy należy się taki tytuł. Przez pewien okres czasu luteranie za „Apologią Konfesji Augsburskiej” będą przyjmowali sakrament pokuty za trzeci, ale z czasem, przy zachowaniu spowiedzi i absolucji, przestano rytuał ten zaliczać do sakramentów.
Strona katolicka natomiast, za Piotrem Lombardem, przyjmuje usankcjonowane przez XVI-wieczny Sobór Trydencki blok siedmiu sakramentów.
Przyjrzyjmy się poniżej niektórym wybranym spośród nich i racjom jednej (np. katolickiej) oraz drugiej (protestanckiej) strony za lub przeciw określaniu ich mianem sakramentów…

Rozważanie Ewangelii według Łukasza 8,4-10

Cz. 1. 8,4-8
(4) A gdy się zeszło wiele ludu i z miast przybywali do niego, rzekł w podobieństwie: (5) Wyszedł siewca rozsiewać ziarno swoje. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało zdeptane, a ptaki niebieskie zjadły je. (6) A drugie padło na opokę, a gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. (7) A inne padło między ciernie, a ciernie razem z nim wzrosły i zadusiły je. (8) A jeszcze inne padło na ziemię dobrą i, gdy wzrosło, wydało plon stokrotny. To mówiąc, wołał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.

Wprowadzenie
Mateusz i Marek umieszczają tę przypowieść po wizycie matki i braci Jezusa (Mateusza 13,1; Marka 4,1). U Łukasza przypowieść poprzedza wizytę matki i braci Jezusa (w.19 i nast.). To połączenie może być rezultatem jakiejś rzeczywistej relacji chronologicznej, lub także innej relacji o charakterze moralnym (por. w.15 z w.21).
Można dokonać także w Ewangeliach porównania „tych, którzy zbiegali się do Niego” z „wieloma”…  Ale ta konstrukcja wydaje się przeprowadzona nieco na siłę.

Jedno jest pewne: w komentowanym przez nas fragmencie czuje się swoistą  kulminację, do której dochodzą czytelnicy Ewangelii Łukasza. Przypowieść o siewcy jest – poprzez swój sens – w bezpośredniej relacji z sytuacją odwiedzin matki i braci Pańskich oraz z odpowiedzią na tę wizytę daną przez Jezusa.

Mateusz i Marek ukazują Jezusa, który siedzi na łodzi, która staje się tym samym rodzajem kazalnicy; Jezus naucza lud, który zgromadził się na brzegu.

Sam Jezus mógł zatem z łatwością odróżnić wyraz twarzy ludzi, którzy tworzyli tłum, znajdujący się przed Nim, a także rozpoznać po ich reakcjach różnorodne charaktery słuchaczy.
Niektórzy z komentatorów tego tekstu zauważają jego znaczenie dla podkreślenia kontrastu między Jezusem, który rozpoczyna pracę ustanowienia Królestwa Bożego poprzez użycie tego szczególnego i jedynego środka, jakim jest Słowo, a Mesjaszem, którego opisywał Jan Chrzciciel, jako mającego „wiejadło w ręku”.

Rozwinięcie tematyczne
Okoliczne wioski dawały Jezusowi obraz czterech klas osób, które miał przed oczyma. Od samego brzegu morza grunt wznosił się w sposób mniej lub bardziej szybki. Zdarza się nader często, że w miejscach tego rodzaju wyższa część pól posiada tylko cienką warstwę ziemi możliwej do uprawy, podczas gdy schodząc w kierunku niziny warstwa ziemi uprawnej staje się głębsza. Z tej obserwacji rzeczywistości i znajomości terenu Jezus zapożycza symbolikę swego nauczania.

Pierwszym terenem (u skraju ścieżki) jest część, która jest najbliższą drogi idącej wzdłuż pola; przechodnie używają jej bardzo chętnie maszerując tamtędy.
Drugi teren (opoka według Łukasza, a według Mateusza i Marka miejsca kamieniste) nie oznacza, jak uważa się dość powszechnie, ziemi zmieszanej z kamienistym gruzem, ale – jak mówi wyrażenie Łukasza i jak potwierdzi to wytłumaczenie tej przypowieści – ziemię, która nie była głęboka (Mateusz i Marek), część pola, gdzie skała jest pokryta cienką warstwą ziemi.
Trzecim terenem jest grunt możliwy do sadzenia tam czegoś, ale już zajęty, wypełniony chwastami.
Pozostaje dobra ziemia (u Marka i Mateusza gr. kale). Ten ostatni teren nie jest tak twardy jak pierwszy, ani tak suchy jak następny, ani też nieczysty jak kolejny.
Wszystko na tym dobrym terenie wydaje się miękkie, głębokie i wyzbyte obcych i szkodliwych zasiewów.

Od natury terenu zależy efekt zasiewu. Na pierwszym terenie zasiew nawet nie wrasta. Ponieważ zasiew nie mógł zaistnieć, określone są przyczyny jego zniszczenia. Mają one tutaj charakter zewnętrzny. Są to najpierw przechodnie, a potem ptaki. Mateusz i Marek nie wspominają tej drugiej przyczyny…

Na terenie drugim ziarno siewne przyjmuje się, ale korzenie rozwijające się napotykają bardzo szybko skałę i nie mogą wrastać proporcjonalnie do rosnącej rośliny, a w konsekwencji gdy słońce wysuszy cienką warstwę gleby, roślina umrze.

Ziarno na terenie trzecim dokonuje jakby jednego kroku naprzód – rozwija się aż do kłosa, ale chwasty, które rozwijają się razem z nim, zduszają je zanim uformowało się poprawnie w całość.

A zatem, na pierwszym terenie można zaobserwować dwie zewnętrzne przyczyny zniszczenia ziarna siewnego, które wzajemnie się uzupełniają; na terenie drugim przyczyny są zewnętrzne i wewnętrzne, a wreszcie na trzecim - przyczyna jest czysto wewnętrzna.

Na terenie czwartym roślina wypełnia szczęśliwie cały cykl wegetacyjny. W języku greckim rodzajnik przed terminem określającym dobrą ziemię wyraża ideę, że jest to ta właśnie ziemia, w pełni dobra, na którą oczekiwało się. Inaczej pole uprawne nie miałoby racji bytu znajdować się właśnie w tym konkretnym miejscu.
Łukasz, w porównaniu ze stopniującymi plon Mateuszem i Markiem, wskazuje na najwyższy (stokrotny) poziom plonu, który przyniesie ziarno zasadzone na tej właśnie dobrej ziemi.

Akcent kończący
Na zakończenie przypowieści Pan Jezus wzywa do poważnego zwrócenia uwagi na wszystko to, co powiedział. Jezus podnosi głos (efonei gr.), akcentując słowa przeznaczone do pobudzenia słuchaczy, do wzbudzenia w nich zainteresowania słowami, które niosą nauczanie, z troski, by nie były one wypowiedziane na darmo…

Przypowieść bowiem ma to do siebie, że można jej znakomicie słuchać, bez usłyszenia, bez analizy tych prawd, które w sobie zawiera. Można nawet cieszyć się nią w sposób „estetyczny”, tzn. podziwiać jej mądrość i celność, zupełnie nie będąc jej treścią poruszonym w duszy…


Cz. 2. 8,9-10:
(9) I pytali go jego uczniowie, co znaczy to podobieństwo. (10) A On im rzekł: Wam dane jest poznać tajemnice Królestwa Bożego, ale innym podaje się je w podobieństwach, aby patrząc nie widzieli, a słuchając nie rozumieli.

Dlaczego nauczanie w przypowieściach?
Pytanie uczniów odnosi się do tej właśnie opowiedzianej przypowieści. Ale Jezus korzysta z niego, by dać im wyjaśnienie ogólne, co do tego sposobu nauczania.
Podobnie rzecz ma się u Marka, który dodaje detal: „ci, którzy towarzyszyli Mu
razem z dwunastoma” i „kiedy byli z Nim sami”.
U Mateusza, pytanie uczniów jest dużo bardziej ogólne: „Dlaczego mówisz do nich w przypowieściach”? Ta forma pytania jest jakby mniej naturalna.
Odpowiedź Jezusa jest jednak bardziej rozwinięta u Mateusza, który cytuje in extenso proroctwo Izajasza 6, do którego Łukasz czyni ledwie aluzję.
Marek wprowadza pytania w samo przemówienie Jezusa.

Wielu komentatorów podkreśla różnicę sensu pomiędzy formą Mateusza a tą Marka i Łukasza. Ci dwaj ostatni podają, że Jezus mówi do ludu w przypowieściach, aby umocnić lud, podczas gdy Mateusz podaje słowa Jezusa w sensie odmiennym, tzn. że używa On tej formy nauczania, ponieważ lud wyzbyty inteligencji i cielesny nie mógłby zrozumieć innej.
Można jednak wątpić, czy ta różnica interpretacji realnie istnieje. Jezus używa nauczania w przypowieściach, ponieważ Izajasz przepowiedział twardość serc Żydów i że proroctwo to musi się wypełnić (Mateusz). Jezus używa zatem przypowieści, aby dopełnić zatwardziałości ludu. A jest to dokładnie to samo, co mówią Marek i Łukasz.

Wybór Słowa
Są rzeczy niebieskie (gr. epourania), o których Jezus mówił Nikodemowi w

Ewangelii Jana 3,12, to znaczy Boży plan zbawienia (gr. misterion Marka), z różnymi elementami, które plan ten zawiera (gr. misteria Łukasza i Mateusza).
Fakty te, w części są tutaj jeszcze przyszłe, a ludzka inteligencja ludzka nie mogłaby ich odkryć. Jezus przyszedł, aby je zrealizować na ziemi.
Tej boskiej historii Jezus nie mógł nauczać ludu, używając terminów zbyt skomplikowanych. Jego właśni uczniowie, choć wyraźnie dużo bardziej zaawansowani w formacji, musieli być inicjowani na tej drodze bardzo stopniowo i powoli.

Tymczasem koniec pracy Jezusa zbliżał się.
Nadszedł moment nieuniknionej selekcji, wyboru tych, którzy okazali się bardziej otwartymi, przyjmującymi to, co im Jezus powiedział, czego ich nauczał, a którzy mieli wejść w nowe dzieło Królestwa, a masą tych, którzy pozostali do tego momentu niewrażliwymi, którzy podążali nie do zbawienia, ale na sąd…
Taka selekcja, wybór, był celem przypowieści; celem, który pozostawał w zgodzie z całym stanem rzeczy w tamtym momencie. Dochodziło do podziału w ludzie, który Go słuchał.
Przypowieść miała aktywować ten podział pomiędzy elementami sprzyjającymi, a wrogimi.
Pierwsi, zainteresowani, stymulowani przez obraz malowany w przypowieściach, przybywali do Jezusa, aby wzbogacić się sensem nauczania podanego im, tym samym stając w szeregu licznych uczniów Pańskich.
Drudzy, po tym, kiedy usłyszeli Słowo, nie prezentowali żadnego poważniejszego zainteresowania dla dzieła Bożego, które rozpoczynało się w Jezusie Chrystusie - oddalali i zapominali o wszystkim.

Zakończenie
W taki właśnie sposób rekrutowała się, powiększała lub zmniejszała grupa uczniów Pańskich, oddalając się stopniowo od tych, którzy odrzucali ich Mistrza.
To był ów sąd, nie tyle wynikający z Boskiego osądu, a raczej związany z wyborem własnym tych, którzy od Słowa Bożego oddalali się z własnego, świadomego wyboru…
Taka była sytuacja ludu Izraela w czasach Izajasza, jak i ta, która była współczesna Jezusowi Chrystusowi.
Taką samą jest sytuacja dzisiaj: istnieje wybór wolny, stojący przed tymi, którym Słowo jest zwiastowane. Są ci, którzy zechcą przyjąć to Słowo, jako Słowo życia, Słowo, którego akceptacja otwartym sercem przyniesie stokrotne owoce. Ale są także tacy, którzy nawet zauważywszy pewne piękno i poetykę w tym Słowie, wyraziwszy zainteresowanie, czy nawet krótki entuzjazm tym Słowem, pozostaną na Słowo to zamknięci. Tych oto można zakwalifikować, jako już osądzonych w ich wyborze, największym wyborze, jaki staje w życiu ludzkim.
Chociaż… Pozostaje jeszcze, póki życie w nas się tli, możliwość przyjścia do Dawcy Życia, stania się terenem dobrym, żyznym, na którym Słowo to może przynieść plon, plon na życie wieczne, czyli życie pełne już tutaj na tej ziemi, jak i tam, gdzie znana nam jego forma (tego życia tu i teraz) odchodzi, choć życie pozostaje…

Rozważanie Ewangelii według Łukasza 21,25-33

(25) I będą znaki na słońcu, księżycu i na gwiazdach, a na ziemi lęk bezradnych narodów, gdy zahuczy morze i fale. (26) Ludzie omdlewać będą z trwogi w oczekiwaniu tych rzeczy, które przyjdą na świat, bo moce niebios poruszą się. (27) I wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą. (28) A gdy się to zacznie dziać, wyprostujcie się i podnieście głowy swoje, gdyż zbliża się odkupienie wasze. (29) I powiedział im podobieństwo: Spójrzcie na drzewo figowe i na wszystkie drzewa; (30) gdy widzicie, że już puszczają pąki, sami poznajecie, iż lato już blisko. (31) Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest Królestwo Boże. (32)Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, a wszystko to się stanie. (33) Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą.

Wprowadzenie.

Tekst Ewangelii Łukasza 21,25-33 stanowi część przemówienia Jezusa o czasach ostatecznych (21,5-36). Dzieli się go zwyczajowo na 3 części:
1.    Przyjście Syna Człowieczego (25-28),
2.    Drzewo figowe (29-31),
3.    Napomnienie do czuwania (32-33).
Opowiadania paralelne (Mateusza 24 i Marka 13) ukazują, że Łukasz :
⦁    Odrzucił wzmiankę, że „nawet Syn Człowieczy nie zna dnia i godziny”;
⦁    Poszerza wyobrażenie figowca (synonim ludu Bożego) na „wszystkie drzewa”, z intencją włączenia w projekt nie-palestyńczyków i w celu misyjnym;
⦁    Rezygnuje z opisu katastrofy kosmicznej i sprowadza na plan dalszy funkcję Syna Człowieczego, jako sędziego.

Aktualizacja.

W samym środku Adwentu oczekiwania i troski słuchaczy nie są zorientowane ku końcowi świata. Niemniej, uwagi o charakterze eschatologicznym nie powinny być im całkowicie obce.
Trzeba także zwrócić uwagę na gwałtowne działania różnych środowisk sekciarskich, które zapowiadają koniec świata i pretendują do dowiedzenia tej tezy. Choćby zatem z tego powodu należałoby o tematyce tej wspomnieć.
Celem przesłania powinno być utrzymywanie napięcia pomiędzy czasem obecnym i przyszłym, pomiędzy Chrystusem, który już przyszedł i Tym, który ma przyjść.
Chodzi zatem o głoszenie jednocześnie, że historia zdąża do swego końca, ale i przestrzec przed fałszywymi oczekiwaniami.
W samym centrum przekazu ukazuje się spokojna ufność, która charakteryzuje 3 części naszego fragmentu:
⦁    Wznieście oczy! (28),
⦁    Królestwo Boże jest blisko (31),
⦁    Słowo nie przeminie (33).

Należy także zwrócić uwagę, aby nie przeciążyć kazania uwagami teologicznymi, ale wzmocnić odwagę i ufność słuchaczy.

Elementy do głoszenia.

Podczas jednego ze spotkań, ktoś kiedyś opowiadał, że miał wizytę pewnej pary z jakiejś – jak to określił – sekty, która zarzuciła go opowieściami o kataklizmach i o końcu świata. Osoba ta zakończyła swoje opowiadanie: „a przecież także wy, protestanci, wierzycie w podobne niedorzeczności”… Świadczy to o tym, jak bardzo trzeba – opierając się o Słowo Boże – wyjaśniać także te kwestie, związane z eschatologią biblijną. Nasz tekst właśnie daje nam taką dobrą okazję.

Nie ma jednak powodu do panikowania. Tekst Łukasza oddycha głęboką nadzieją i zaufaniem: wyprostujcie się i podnieście głowy swoje! Oczywiście, próby, problemy, jakie cierpi ludzkość w różnych sferach jej egzystencji, sprawiedliwości, zniszczenia stworzenia, pokoju – wszystko to może wzbudzić niepokój i zamęt. A jednak, to w tym kontekście otrzymujemy nadzwyczajną nowinę, że nasze uwolnienie zbliża się i że Bóg nie pozostawia tego świata sobie samemu, ani nas na tym świecie.
Królestwo Boże jest blisko!
Niepokój, jaki powodują w nas wydarzenia zewnętrzne, znajduje oddźwięk w naszych myślach, w odniesieniu do naszej konkretnej sytuacji: czy moja praca jest pewna? czy moje życie ma sens? itd. … I nie zadowalamy się jakimś prostym pocieszeniem, pragniemy otrzymać pomoc konkretną, namacalną…
Nasz tekst odpowiada ww. pytaniom przez przypowieść: kiedy drzewo figowe pączkuje, wiemy, że lato się zbliża. Podobnie jest z Królestwem Bożym: czas Adwentu przypomina nam, że to Królestwo jest bliskie.

Niektórzy zaoponują: Królestwo Boże nie interesuje mnie, interesuje mnie moja teraźniejszość. Czy jednak nasze problemy osobiste nie pochodzą rzeczywiście z faktu, że poszukujemy nieświadomie gruntu solidnego, na którym możemy konstruować naszą egzystencję, na dobre i na złe dni?
Trzeba abyśmy przyznali, że – czasami lub częściej – nie wiemy zupełnie gdzie w naszym życiu znajdujemy się. To coś, jak z przeziębieniem: w warunkach normalnych powinniśmy je przejść bez większych szkód, ale kiedy jesteśmy zestresowani, albo zmęczeni, może spowodować ono dużo dalej idące konsekwencje chorobowe…
Przesłanie, że Królestwo Boże jest blisko, przynosi nam ogromną pewność, ponieważ z faktu, że jest ono blisko, wynika kolejny: inne królestwa muszą się cofnąć. Pamiętajmy, że moce, które usiłują nas poddać ich władzy i zaatakować nasze słabe strony, są liczne.
Czymś zupełnie innym jest Królestwo Boże. Przynosi nam ono zbawienie; nasze zbawienie, ale i to całego świata. Hebrajskie słowo shalom wyraża najbardziej doskonale jego sens: to pokój, który bierze swój początek w sercu każdego człowieka i rozchodzi się po całej wspólnocie, społeczeństwie.
Królestwo Boże przybywa, kiedy pokój zajmuje miejsce nienawiści, a miłosierdzie zajmuje miejsce zdeprawowania.
Słowo nie przeminie – zaufanie, do jakiego Jezus nas zachęca, ma jeszcze jedną rację: Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Fakt, że przyjmujemy często słowa ludzkie ze sceptycyzmem. Tutaj natomiast mamy do czynienia ze słowami, które pozostaną na zawsze. Pozostaną także wtedy, kiedy niebo i ziemia znikną. Nie musimy zatem łamać sobie głowy w temacie zniknięcia świata. Ponieważ w Jezusie zbliża się zbawienie, które obejmuje całość stworzenia Bożego.
Czy ta nadzwyczajna nowina znajdzie w nas otwarcie na nią? Wymaga to radykalnej zmiany naszego życia, które od teraz będzie kierowało się już nie strachem, ale zaufaniem.
Oczywiście, nasze troski i nasze problemy nie znikną, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Ale my już wiemy o naszym bezpieczeństwie w Chrystusie, który jest naszą nadzieją. I ta pewność daje nam już od teraz siłę zmieniania świata, naszego świata i tego należącego do innych.

Dalszy komentarz do medytacji.

W Biblii znajdujemy fundamentalne przekonanie, które brzmi szczególnie wyraźnie w tym czasie Adwentu:
I będzie mieszkał z nimi, a oni będą ludem jego, a sam Bóg będzie z nimi. (4) I otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie; ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie; albowiem pierwsze rzeczy przeminęły (Księga Objawienia 21,3b-4).
Ta nadzieja na lepszy świat zachęciła i dodała odwagi narodowi żydowskiemu w jego oczekiwaniu na Mesjasza.
Dla chrześcijan, to oczekiwanie zrealizowało się w osobie Jezusa Chrystusa, Boga, który stał się człowiekiem 2000 lat temu. Ale zrealizuje się ono także w powrocie Chrystusa, bez precyzowania daty Jego przyjścia!

Jezus, otworzył drogę do lepszego świata, wzbudził mężczyzn i kobiety, głoszących i świadczących o Dobrej Nowinie, ale sam nic nie napisał. Wszystko, co wiemy , co nauczyliśmy się od Niego, stanowi długi łańcuch spotkań składających się ze słów, spojrzeń, gestów ludzi, którzy w pełni zaangażowali się w świadczenie o Nim.

Po Jego ostatnim pożegnaniu, rozpoczyna się oczekiwanie: Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, a wszystko to się stanie.
Miał wrócić bardzo szybko, otoczony obłokiem pełni mocy i chwały… ale czas płynął i On nie wracał… Jesteśmy już w XXI wieku i nie widzieliśmy Go przychodzącego…
Łukasz jest świadom napięcia spowodowanego trudnościami życia i możliwą frustracją z powodu „ociągania się” Pana z Jego powrotem, dlatego też, kiedy pisze do Teofila swoją Ewangelię, zachęca go do utrzymania nadziei, pomimo wszelkich przeciwności.

Przeciwnie do tego, co niektórzy myślą, Jezus nie usiłuje czytać znaków przyszłości i nie ma ambicji opisywania historii takiej, jaką ma ona nastąpić. Ale stara się zwrócić jasny wzrok na historię świata, taką, jaka dzieje się na Jego oczach.
W Jerozolimie, w Świątyni, rozpoczyna zwiastowanie ruiny tej pięknej budowli, dumy całego ludu.
Następnie ostrzega, że powrót Syna Człowieczego będzie poprzedzony wojnami, poruszeniami narodów jednych przeciwko drugim, strasznymi prześladowaniami. Jerozolima będzie zniszczona… Na koniec, mamy do czynienia ze znakami kosmicznymi, na słońcu i księżycu, gwiazdach…wszystko to wtrąci ziemię zamieszkaną w niepokój, pojawi się anty-stworzenie…
Można byłoby wręcz wierzyć, że Jezus opisuje historię wieku XX i początku XXI w., tak bardzo Jego mocne słowa odpowiadają naszej aktualności. Ale przecież to, co On zwiastuje, było i jest aktualne także dla wieków, które nas poprzedziły… Tak bardzo ludzkość była i jest niezdolna do życia inaczej, niż w stałym powtarzaniu krwawych konfliktów pustoszących ten świat.

Zauważcie, że słuchacze Jezusa nie są zaskoczeni, ani zgorszeni treścią Jego wypowiedzi. Jezus mówi o życiu, które tak doskonale znają. Przed Nim prorocy Micheasz i Jeremiasz, a także inni prorocy, mieli tego samego rodzaju zapowiedzi. To, co natomiast jest istotne dla słuchaczy, to pytanie o: „kiedy to będzie miało miejsce”?...
Jezus nie odpowiada na pytanie o „kiedy”… Żaden termin oczekiwania nie jest dany Jego słuchaczom. Być może, za wskazówkę możemy przyjąć Jego słowa z rozdziałów poprzedzających nasz: „Czy kiedy Syn Człowieczy przyjdzie, zastanie wiarę na ziemi”?
Jezus wie, że wiara, którą On żyje, głosi, oczekuje, nie dzieje się sama z siebie…
Jezus dokonał konkretnych znaków, ale wie On, że Królestwo Boże nie może w pełni zaistnieć na tym świecie i że nie może oprzeć się plagom, w sposób stały naznaczających historię ludzkości!

Zatem, Jezus nie odpowiada na pytanie „kiedy i jak”, On przede wszystkim poucza. Wzywa do czuwania i do nadziei.
To w tym świecie - niedoskonałym, kruchym, pełnym napięć, kryzysów, ale także momentów spokoju, należy odnaleźć i żyć dyskretnymi znakami Tego, który przyszedł i który powróci.
Ten świat jest w naszych rękach.
To w tym świecie jest nam dane żyć nadzieją i wierzyć w lepszy świat.
Nie na sposób filozofów, czy pisarzy, jak np. Aldous Huxley (z jego Nowym wspaniałym światem) czy na wirtualny sposób gier elektronicznych, ale na sposób Chrystusa, który wzywa do spoglądania na istoty ludzkie i na świat spojrzeniem nowym, wyzbytym niechęci, czy nienawiści, spojrzeniem pełnym współczucia, sympatii, czułości, jak Chrystus…

Ta nadzieja krucha, ale jednocześnie silna, rodzi się i ożywia w modlitwie, podczas lektury biblijnej i w życiu jednych z drugimi. Jest ona darem Boga i – przez sam ten fakt – oskarża i potępia wszystko, co jest złą iluzją i co zatrzymuje nas w naszym marszu ku naszemu Panu i wskazanym nam przez Niego celom naszego życia.
⦁    Ta nadzieja jest zakorzeniona w przeszłości, ponieważ opiera się o otrzymaną od Pana obietnicę.
⦁    Jest do przeżywania w teraźniejszości, ponieważ jej realizacja zależy od każdego, każdej z nas.
⦁    Jest zwrócona ku przyszłości w oczekiwaniu realizacji danej nam obietnicy.

Dwa słowa na zakończenie

Adwent jest czasem kontemplacji faktu, że Bóg przyjął twarz ludzkości.
Kiedy Bóg przychodzi na ziemię, przychodzi jako dziecko, kruche, ufne, bez mocy i siły…
To w Nim mężczyźni i kobiety rozpoznają Królestwo Boże, obecne pomimo Jego skromności i Jego obnażenia.
Adwent jest czasem decyzji o wcieleniu Ewangelii w nasze działania i nasze słowa na ziemi ludzi, aby rzeczywistość Królestwa Bożego stała się widzialna w chlebie, którym się dzielimy, w słowie, które powraca do niemych, w przyjęciu tego, który jest odrzucony, w spokoju, który powraca na wzburzonym morzu.

A zatem, powstańmy! Przyszedł czas, aby nasze życie i życie wokół nas zmieniło się! Nadszedł czas, abyśmy stali się niecierpliwi w przywracaniu innych do życia.

Rozważanie Ewangelii według Marka 12,28-34

(28) I przystąpił jeden z uczonych w Piśmie, który słyszał, jak oni rozprawiali, a wiedząc, że dobrze im odpowiedział, zapytał go: Które przykazanie jest pierwsze ze wszystkich? (29) Jezus odpowiedział: Pierwsze przykazanie jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest. (30) Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej. (31) A drugie jest to: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz. (32) I rzekł do niego uczony w Piśmie: Dobrze, Nauczycielu! Prawdę powiedziałeś, że Bóg jest jeden i że nie masz innego oprócz niego; (33) i że jego miłować z całego serca i z całej myśli, i z całej siły, a bliźniego miłować jak siebie samego, to znaczy więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary. (34) A Jezus, widząc, że on rozsądnie odpowiedział, rzekł mu: Niedaleki jesteś od Królestwa Bożego. I nikt nie śmiał go już więcej pytać.


Kilka miesięcy temu poddaliśmy rozważaniu ten tekst Marka, nie wydaje się jednak, aby nie było słusznym zaproponować go pod refleksję po raz kolejny, wychwycić inne akcenty, niż te, które były proponowane wcześniej.
W dobie, gdy tylu „bogów” jawi się człowiekowi, powrót do podstawowego w swoim wymiarze przykazania staje się coraz bardziej konieczny.

Wprowadzenie.
Pan jest jeden, mówi Biblia, i to jest fundamentalne i pierwsze, stojące u podstaw wszystkiego przykazanie.
Oraz Biblia zaraz dodaje, że relacja z Nim, z naszym Bogiem, ma być relacją miłości (jest jeden i jest autorem miłości).
Będziesz miłował Pana, Boga swego – mówi Jezus, odwołując się tym samym w swojej odpowiedzi danej uczonemu w Piśmie do Ksiąg Starego Testamentu, do przykazań znanych każdemu wierzącemu z Narodu Wybranego.

Relacja miłości z Bogiem, relacja indywidualna, głęboka i prawdziwa, jest jedynym źródłem tej, która jest jej koniecznym, nieodwołalnym następstwem – relacją miłości z drugim człowiekiem, człowiekiem konkretnym, stojącym obok nas, tym, którego Słowo Boże tradycyjnie nazywa naszym bliźnim.

Rozwinięcie.
Dzisiaj chciałbym skupić się na właśnie tej drugiej części przykazania, przypomnianego przez Syna Bożego; tego, która mówi o miłości bliźniego.
Oczywiście, mam świadomość, że jest to temat bardzo wyeksploatowany w kazaniach, ale nie zmienia to faktu, że pozostaje on wciąż aktualny i warty rozważenia.
Chcę mówić o tych słowach Pańskich Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.

I zaraz na początku naszego rozważania, powinna przyciągnąć naszą uwagę relacja między Będziesz miłował bliźniego swego i jak siebie samego.
Można tę relację rozumieć następująco:

Najpierw, że nie możemy kochać naszego bliźniego, jak tylko na tyle, na ile kochamy sami siebie.
Jeżeli my samych siebie nie kochamy, nasza miłość do bliźniego będzie co najmniej dwuznaczna.

Można – niestety – czasem spotkać osoby, także w naszych Kościołach, czy w organizacjach pomagających potrzebujących, które całkowicie oddają się pomocy innym: chorym, dzieciom, osobom samotnym, ale których relacja wobec nich samych, a także wobec osób im najbliższych, ich rodzin, budzi wiele wątpliwości.

Niestety, zdarzają się takie przykłady osób, które pozwalają nam na zadanie pytań: Czy ich oddanie pomocy osobom obcym, bez przeniesienia tego samego na siebie samych, na osoby im bliskie, jest naprawdę przeniknięte miłością?
Czego tak naprawdę osoby te szukają?
Czy raczej przed czym usiłują uciec?
Znane są osoby, które przez lata były dla innych modelami altruizmu, bezinteresownego wydawałoby się oddania innym, a które pewnego dnia popadły w głęboką depresję, ich życie rodzinne poszło w rozsypkę, a nawet usiłowały targnąć się na ich życie.

Miłość bliźniego?
Kiedy „kocha się” bliźniego, bez kochania samego siebie, taka pseudo-miłość nie jest niczym innym, jak rodzajem usprawiedliwienia swego własnego istnienia.

Pamiętajmy jednak, że w Biblii, w Słowie Bożym, miłość bliźniego nie jest kwestią banalnych sentymentów.
Fragment Biblii, który najlepiej mówi o miłości, to świetnie znany 13 rozdział 1 Listu do Koryntian, gdzie padają słowa: Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, itd. ...
Ten rozdział podaje aż piętnaście słów charakteryzujących miłość, które określają jednoznacznie postawy działania, czasem trudne wybory, wymagające wysiłku, ale nie puste emocje.
To tymi słowami, które określają zaangażowanie myśli, rąk, nóg, czasem kieszeni Słowo Boże mówi o miłości bliźniego.

Równie konkretny jest fragment Księgi Kapłańskiej, która zachęcając nas do działania sprawiedliwego i pełnego szacunku wobec bliźniego mówi (rozdział 19, 9-18): Nie będziesz uciskał bliźniego, nie będziesz go wyzyskiwał. Zapłata najemnika nie będzie pozostawać w twoim domu przez noc aż do poranka. ... Nie będziecie wydawać niesprawiedliwych wyroków. Nie będziesz stronniczym na korzyść ubogiego, ani nie będziesz miał względów dla bogatego. Sprawiedliwie będziesz sądził bliźniego. ... Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. ... Ja jestem Pan!

Kochanie bliźniego, według Słowa Bożego nie wpisuje się w rejestr emocji, czy sentymentów, jest to autentyczne przejęcie się, zaangażowanie, aby pomóc drugiemu żyć, aby pomóc mu wzrastać i rozwijać się.

To nie zastanawianie się: „czy znajduję mojego bliźniego sympatycznym”, ale to zastanawianie się nad „jak, w moim kalendarzu, moim planie zajęć, dałem świadectwo miłości bliźniego, w tych konkretnych dniach”.
I co ważne, kiedy myślę o bliźnich, ta kategoria obejmuje wszystkich, zarówno osoby obce, jak i osoby mi najbliższe, także moją rodzinę.

Takie postawienie sprawy pozwala nam zrozumieć inną szokującą zachętę Biblii, kiedy ta naucza nas, że należy kochać także naszych nieprzyjaciół.
Biblia nie zachęca nas do znajdowania naszych nieprzyjaciół sympatycznymi. Natomiast mówi, że mamy poszukiwać wszelkich środków, wszystkich rozwiązań, które pozwalałyby nam im pomóc, by wzrastali jako ludzie, by wzrastali także w wierze.

Pamiętajmy jednak, że tak wymagająca definicja miłości jest możliwa do realizacji tylko wtedy, gdy we właściwy sposób, odkrywszy miłość Boga do nas, kochamy samych siebie, a to wcale nie jest takie proste, ani ewidentne.

Kochać siebie, to kwestia czasu i uwagi, to potrzeba dbania o swego ducha, swoją duchowość, ale także o swoje ciało.
Każda z części naszej osoby musi znaleźć jej właściwe miejsce, być właściwie karmioną – duch modlitwą i Słowem Bożym, ciało - odpoczynkiem, dbałością i szacunkiem.
Dopiero wtedy będziemy mogli ofiarować prawdziwą i zaangażowaną miłość bliźniemu.

Miłość uniwersalna?
Biblia nie zachęca nas do miłości wszystkich ludzi, ale naszego bliźniego, czyli osoby konkretnie znajdującej się w naszym bliskim zasięgu.
Określenie kochanie wszystkich ludzi łatwo bowiem prowadzi do zwolnienia się z miłości konkretnej, bo słowo „wszyscy” nie ma żadnej twarzy konkretnej.

Biblia nie jest zainteresowana jakąś miłością „uniwersalną”, teoretyczną czy poetycką, ale miłością konkretną, zaangażowaną, praktyczną.
I taka miłość jest tylko wtedy możliwa, jeśli towarzyszy jej odwaga, bo trzeba dużo samozaparcia i odwagi, żeby pomóc bliźniemu się rozwijać, wzrastać.
Paradoksalnie, wbrew utartym stereotypom, przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, ale lenistwo i obojętność.

Miłość drugiego, to także poznanie cierpienia drugiego.
W pierwszej, najstarszej legendzie o Graalu, cudowny kamień jest przetrzymywany przez króla, w ¾ sparaliżowanego.
Miał on dać ten magiczny kamień temu, który pierwszy zapyta go: Jakie jest twoje cierpienie?
Dopóki nie zna się cierpienia drugiego, pozostaje się na płytkiej powierzchni jego osoby.
Miłość bliźniego jest czasem także naszym cierpieniem z nią związanym, kiedy nie potrafimy się w niej odnaleźć, kiedy znane nam środki zawodzą i czujemy się bezradni.

Miłość drugiego, to nie tylko danie mu przysłowiowego kawałka chleba – to może zrobić i maszyna, automat.
Kochać bliźniego, to znać i dzielić jego marzenia, sny, jego nadzieje i jego strachy, jego niepokoje.

Ciekawym wydaje mi się fakt, że Kościół anglikański (pisze o tym Eugen Drewermann) 6 maja 1956 r. obchodził setną rocznicę urodzin Zygmunta Freuda, by oddać cześć człowiekowi, który zaangażował swój talent i energię w słuchanie drugiego człowieka.
Osobie pytającej, jak to możliwe, że Kościół wspomina ateistę, jeden odpowiedzialnych Kościoła Anglikańskiego miał rzec: Jesteśmy głęboko przekonani, że pan Freud przestał być ateistą. Oczywiście ze stwierdzeniem tym można dyskutować, ale warte jest podkreślenie, że padło ono na podstawie świadectwa chęci prawdziwego wsłuchania w drugiego człowieka, które prezentował Freud i to wsłuchanie, jego potrzebę, jego konieczność Anglikanie chcieli podkreślić.  

Podsumowanie.
Odróżnienie miłości bliźniego, u jej początku, od sentymentów, jest celowe, ponieważ to dopiero prawdziwe zaangażowanie dla i wobec naszego bliźniego, czyli miłość zaangażowana, miłość-działanie, pozwoli nam w konsekwencji odczuwać sentymenty, prawdziwe sentymenty, emocje, wobec naszego bliźniego.
Nie zatem sentymenty, emocje są początkiem biblijnie rozumianej miłości wobec bliźniego, ale zaangażowanie dla niego, które w dalszej kolejności pozwoli nam mieć właściwe wobec bliźniego uczucia.

Jeśli nie nawiążesz zaangażowanego kontaktu z drugim, nie jesteś w stanie żywić wobec niego prawdziwych i zdrowych sentymentów na długi czas.
Dopiero wtedy będziesz mógł prawdziwie cieszyć się z jego sukcesów, współczuć mu i rozumieć jego przegrane, być z nim naprawdę tak i wtedy, kiedy cię potrzebuje.

Podsumujmy zatem całość:
⦁    Bóg jest miłością i mogę i powinienem Go kochać. On także jest sam w sobie źródłem wszelkiej miłości.
⦁    Kochając Boga, rozumiem i poznaję, że kocha On mnie i że ja także mogę kochać samego siebie.
⦁    Kochając mnie samego staję się zdolny do kochania mojego bliźniego, który to bliźni odsyła mnie w sposób stały do miłości Boga.

Chrzest dzieci – jego racje u Jana Kalwina i w nurcie reformowanym

Katechizm Genewski Jana Kalwina, w cytowanym wyżej jego fragmencie, w sposób dość lapidarny, ale mocny, porusza kwestię chrztu dzieci osób wierzących.
W kilku tylko słowach chcę przypomnieć (bo kwestię tę już wielokrotnie podnosiliśmy w naszych publikacjach) rację akceptacji chrztu dzieci (zgodnie z wiernością Pismu) w nurcie tradycji teologicznej zwanej reformowaną klasyczną.
Oczywiście, jest rzeczą znaną i wiadomą, że temat ten budzi wiele emocji, dlatego też mam nadzieję, że osoby poglądu takiego (czyli chrztu dzieci) nie podzielające, zachowają należną prezentacji różnych koncepcji otwartość, jaką także będą starać się zachować (wobec odmiennych od ich własnych poglądów) sami reformowani.

Tradycja reformowana bardzo mocno podkreśla przekonanie, że oto Pismo Święte, jego Stary i Nowy Testament, stanowi całość niepodzielną, konsekwentnie ze sobą związaną.
W imię też takiej lektury biblijnej, Ojcowie nutru reformowanego postawili analogię pomiędzy „sakramentem” Starego Przymierza, którym jest obrzezanie i sakramentem Nowego, którym jest Chrzest.
W tym właśnie kontekście, czyli poczucia ścisłego związku całości Pisma, aby lepiej zrozumieć przyjętą przez reformowanych praktykę chrztu dzieci, przyjrzyjmy się przez moment zasadzie obrzezania w Starym Testamencie. 


Frederico Fiori Barocci, Obrzezanie, 1590 r.



Faktem kapitalnym, wartym zauważenia, jest ten, że (pomimo wszystkiego tego, co obrzezanie wyrażało i zawierało w sobie dla dorosłych) Bóg nakazał, aby było ono także administrowane dzieciom Przymierza, należącym do Narodu Wybranego, Narodu, z którym On sam, Bóg, zawarł Przymierze.
Dla dorosłych obrzezanie wymagało wiary i skruchy za grzechy, rzeczy, do których dzieci są niezdolne. Dzieci otrzymują ten znak, bez wymagania od nich wcześniejszej wiary.



Dlaczego Abraham musi uwierzyć, aby otrzymać znak obrzezania, lub dlaczego znak ten był mu zakomunikowany dopiero po tym, kiedy uwierzył, podczas gdy jego syn Izaak otrzymuje go przed jakimkolwiek aktem wiary, czy skruchy?
Dzieje sie tak dlatego, ponieważ dorosły, który nie jest członkiem Przymierza, musi najpierw wiedzieć czym ono jest, by móc w nie wejść i otrzymać jego znak i pieczęć.
To pierwsza reguła.
 

Ale dziecko, które on zrodzi, będące już dziedzicem Przymierza, według obietnicy poczynionej przez Boga jego ojcu, jest zdolne do przyjęcia znaku i pieczęci przed pojawieniem się u niego jego możliwości zrozumienia czegokolwiek.
Taka jest reguła druga.

Z woli i obietnicy Bożej, dziecko wierzącego, który jest uczestnikiem Przymierza, bez posiadania najmniejszej świadomości subiektywnej tego faktu jest oddane (podkreślmy - bez wiedzy jeszcze) uczestnictwu w tej samej rzeczywistości Przymierza, co jego rodzice. Może ono zatem podobnie i powinno (ciągle bez wymogu poprzedzającej ten fakt świadomości) przyjąć znak i pieczęć, które wyciskają na nim markę, że Bóg jest tego dziecka ojcem.
Dzieci wierzących są zrodzone dla Boga.

Obrzezanie było zatem udzielane na rozkaz Boży według dwóch reguł odmiennych:
1.    Nie mogło być udzielone dorosłym, zanim ci nie mieliby wiary i wykazali skruchę za grzechy, ponieważ wyłącznie pod tym warunkiem mogli oni być przyjęci do Przymierza;
2.    Dzieciom osób wierzących, będących już w Przymierzu, wystarczyło, by dzieci te narodziły się już w Przymierzu.

W obu przypadkach fundament obrzezania jest ten sam: znak i pieczęć wejścia w Przymierze. Dorośli wchodzą w nie przez wiarę; dzieci – pomimo ich braku świadomości – są w nim umieszczeni na mocy suwerennej decyzji Boga.
Aby natomiast w Przymierzu tym pozostać, dzieci muszą schwycić, już później, jako skierowane i należące do nich obietnice Przymierza, wykazywać i czynić aktywnymi wiarę, skruchę i posłuszeństwo Panu.
Z punktu widzenia subiektywnego istnieje zatem, dla dzieci Przymierza, pewien odstęp czasowy pomiędzy momentem, w którym przyjmują one znak i tym, w którym pojmują i przyjmują prawdę.

Jeżeli praktyka udzielania obrzezania (sakramentu duchowego) małym dzieciom - i jej rozumienie - byłyby niekompatybilne lub wręcz przeciwne woli Bożej, On sam nie dałby takiego przykazania.
Przepisując je dla małych dzieci także, Bóg ukazuje wystarczająco, że na poziomie znaczenia subiektywnego obrzezanie jest dane dzieciom na czas, który ma nadejść.
Nikt nie może zanegować, że taki jest formalny nakaz Boży, ani też że Bóg jest suwerennie mądry, sprawiedliwy i rozumny we wszystkim, co nakazuje.
Jeżeli nakaz obrzezania małych dzieci jest rozumny, jeżeli dwa sakramenty (a tak pojmują to reformowani) Starego i Nowego Przymierza są identyczne (przy oczywiście zachowaniu właściwego rozumienia ich następstwa/kontynuacji i wypełnienia w historii zbawienia) w tym, co dotyczy obietnicy, rzeczy reprezentowanej, treści, racji, motywu, używaniu i skuteczności, zapytać można:
- do jakich argumentów decydujących można odwołać się, aby stwierdzić, że to, co było dobre i racjonalne w udzielaniu obrzezania dzieciom, staje się złe w kwestii chrztu?
Jedynie formalny zakaz, wyraźnie i jasno sformułowany (analogiczny do tego, który sankcjonuje zniesienie ceremonii typowych dla dawnego prawa Izraela, a które utraciły ich znaczenie w Jezusie Chrystusie), mógłby zmusić wierzących do nie udzielenia dzisiaj chrztu dzieciom.

Taką zatem analogię reformowani stosują do chrztu.
W przypadku dorosłych, przed otrzymaniem przez nich sakramentu chrztu, będącego dla nich znakiem i pieczęcią wejścia do Kościoła chrześcijańskiego, jest koniecznym, aby byli oni pouczeni o Przymierzu Łaski i ukazali znaki skruchy i wiary.
Jest to pierwsza reguła udzielania chrztu, ale nie odnosi się ona do istoty sakramentu. Porządek/układ chrzcielny (czyli sposób jego udzielania), nie dotyczy jego znaczenia fundamentalnego.
Jeśli chodzi o dzieci, to otrzymują one chrzest w wyniku obietnicy Przymierza, poświadczonego przez Boga ich rodzicom. Taka jest reguła druga.

Ani dla dorosłych, ani dla ich dzieci, fundamentem chrztu nie są ani wiara, ani skrucha, ale obietnica Przymierza, którego (w obu przypadkach – dorosłych i dzieci) chrzest jest znakiem i pieczęcią.
Musimy zawsze odróżniać pomiędzy a. suwerennym aktem Boga, który włącza, wciela człowieka w Przymierze z Nim i w Kościół, a b. dalszymi konsekwencjami tego aktu w całym życiu konkretnej osoby.
Subiektywny aspekt chrztu (decyzja ludzka, świadomość ludzka) nie może przeważyć nad jego aspektem obiektywnym (suwerennym aktem Boga).
Reformowani podkreślają, że nie można zbytnio akcentować subiektywnego aspektu chrztu (wiary indywidualnej, decyzji, świadomości ludzkiej) w relacji do aspektu obiektywnego (powtórzmy to jasno: wynikającego wyłącznie z własnej decyzji Boga).
Następstwo, które może w takim przypadku się pojawić, to przydanie temu aspektowi obiektywnemu znaczenia drugorzędnego, jeśli chodzi o jego relację z subiektywnym postrzeganiem chrztu.
Oparcie się o Przymierze Łaski (które jest działaniem Boga niezasłużonym w żaden sposób przez nas) jest najważniejsze.
Bóg zawiera z nami Przymierze, zbawia nas, prowadzi, i pomaga nam - oparcie się o to przekonanie jest fundamentalne i niezmienne w całym Piśmie Świętym.

Nie można poza tym stwierdzić, że nowotestamentowe udzielanie łaski miałoby być mniejsze, niż to starotestamentowe.

Czy wierzący Starego Testamentu nie byli nieustannie zachęcani do spoglądania w kierunku Tego, który miał nadejść, Jezusa Chrystusa, mającego przynieść pełnię łaski?

Czy starotestamentowa Boża obietnica - bycia Ojcem wszystkich tych, którzy w Niego wierzą, ale i ich dzieci, nie jest już ważna w Nowym Testamencie?

Jeżeli dzieci Żydów były nazywane potomstwem świętym, ponieważ były dziedzicami Przymierza i były oddzielone od dzieci niewierzących, to warunki dzieci chrześcijańskich miałyby być odmienne, gorsze?

W Nowym Testamencie łaska Boża nie może być mniejsza, węższa, mniej pewna, niż ta, która była „pod cieniem” Prawa.
Dzieci Żydów miały obrzezanie, jako potwierdzenie łaski, której to dzisiaj chrzest jest znakiem i pieczęcią. 



Na zakończenie przypomnijmy jeszcze to istotne dla naszego rozważania twierdzenie, że - zgodnie ze studium całości Pisma Świętego – reformowani zauważają, że w kwestii praktyki udzielania Chrztu, Bóg działa zgodnie z dwoma regułami odmiennymi:
- regułą dotyczącą tych, którzy doszli do wieku rozpoznania i są odpowiedzialni za ich myśli i działania;
- regułą dotyczącą małych dzieci, małych dzieci osób wierzących.
Reguła wiary aktywnej i skruchy jest obowiązującą dla wszystkich dorosłych, aby mogli oni być zbawieni, nie jest ona jednak ona obowiązującą (z racji Przymierza Łaski) dla ich dzieci.