niedziela, 18 stycznia 2015

Cierpienie? A moja wiara?



Przeczytajmy tekst z Ewangelii Mateusza 26,36-44. Jezus w przeczytanym tekście najwyraźniej cierpi. I to problematyce cierpienia chciałbym poświęcić kilka słów naszego dzisiejszego rozważania.

Kiedy przechodzimy jakąś życiową próbę, jedną z naszych pierwszych reakcji jest najczęściej pytanie samych siebie, z niepokojem: „Dlaczego?” I zachowanie to jest całkowicie normalne.
W naszym bólu, naszych żalach, naszym buncie, zwracamy się także do Boga i stawiamy Mu takie samo pytanie.
„Dlaczego, Panie, dotyka mnie lub moich bliskich, cierpienie tak nagłe i niczym nie uzasadnione?”
Odczuwamy potrzebę poznania racji naszego nieszczęścia, poszukiwania wyjaśnień rozumowych, które usatysfakcjonowałyby nas i przez to dostarczyły nam jakiegoś elementu pocieszającego.
Jak bardzo chcielibyśmy przeniknąć sekrety Boże, przejść „za dekoracje”, wyjaśnić ukryte tajemnice, być zdolnymi do rozpoznania sensu cierpienia, w tym szczególnie tego, które nas dotyka.
Tymczasem Bóg i Jego drogi tak często pozostają niezrozumiałe...

Chcę przypomnieć tutaj znaną historię o św. Augustynie, który na plaży Kartaginy zauważa dziecko, które wykopawszy dołek w piasku biegnie w kierunku morza z muszlą w ręku. Augustyn, który znalazł się tam, by medytować nad dziełami Bożymi, pyta dziecko: „Co robisz?”, na co ono mu odpowiada: „przeleję całą wodę morza do tego dołka”…
Nasze próby zrozumienia szeregu sytuacji naszego życia, zwłaszcza tych dramatycznie trudnych, są jak owe próby dziecka, chcącego przelać ogromne morze do małego dołka…

Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak zaniechać prób rozumienia tego, co nie poddaje się rozumieniu.
Co jednak konkretnie oznacza zaprzestanie usiłowania zrozumienia naszego cierpienia i Boga w tym kontekście?
Na początek oznacza ono zaprzestanie naszych fałszywych wierzeń.

Pierwsze z nich dotyczy prawa i możliwości wyrażenia naszego cierpienia. Niektórym chrześcijanom wydaje się, że jest czymś niewłaściwym wylewanie ich bólu przed Bogiem, powierzanie Mu go, wręcz krzyczenie do Niego o ich strapieniu. Tymczasem mamy pełne prawo mówić o naszym cierpieniu, dać mu jego prawdziwe miejsce, to znaczy ujawnić się jako osoby, podmioty cierpiące.
Kiedy cierpimy, mamy prawo wyrazić Przed Bogiem to cierpienie, nasz ból i krzyczeć, że nie rozumiemy tego, co nam się przydarzyło.

Innym fałszywym, a rozpowszechnionym wierzeniem jest mówienie: „Jeśli cierpię, to może dlatego, że na to zasługuję, bo nie dokonałem jakichś dobrych wyborów, Bóg mnie zatem karze”… Bliskim temu twierdzeniu jest to, które głosi: „jeśli stanę się odpowiednio ‘duchowy’, to już nie będę cierpiał i zrozumiem to, co mi się przytrafia, dlaczego cierpię”.
Zdarza się istotnie, iż niektórzy znajdują jakieś jedno lub dwa wytłumaczenia ich cierpienia lub prób, które ich dotykają i jest to dla nich dużym pocieszeniem. Ale wierzenie, że jeżeli bylibyśmy bardziej „duchowymi” chrześcijanami, żyjącymi bliżej Boga, to On sam wyjawi nam wszystkie swoje tajemnice, pozwoli nam zrozumieć każdą sytuację naszego życia - takie wierzenie jest fałszywe.
Nie ma w tym nic biblijnego, a dorzuca przy tym do samego cierpienia jeszcze możliwe duże poczucie winy. Fałszywą jest wiara, że chrześcijanie bardziej „duchowi”, znający lepiej Pana, otrzymają jakieś szczególne przywileje poznania życia.
Apostoł Paweł, który z pewnością był „wystarczająco duchowy”, nie znał odpowiedzi na „dlaczego” istnienia drzazgi/ościenia w swoim ciele.
Podobnie sprawiedliwy Job (Hiob) nie dostał odpowiedzi na swoje pytania w sytuacji niedoli, która go dotknęła. A sam Jezus wykrzyknął do Ojca: „Dlaczego mnie opuściłeś?”, bez otrzymania odpowiedzi.
Chrześcijanin najbardziej „zaawansowany duchowo”, najbardziej „mistyczny”, nie jest bardziej uzdolniony niż inni do zrozumienia wszystkich dróg Bożych.
Chcenie interpretowania i rozumienia pewnych bolesnych okoliczności naszego życia może okazać się niebezpieczne. Taka postawa prowadzi do otwarcia drzwi tłumaczeniom teologicznie fałszywym, na dłuższą metę obciążających winą, traumatyzujących, jak np. te pochodzące z ust przyjaciół Joba (por. Job 22,5).

Spróbujmy posłużyć się tutaj pewnym wyobrażeniem:
Podróżni, którzy decydują się na lot samolotem, nie są uprawnieni do wejścia na wieżę kontrolną lotniska, gdzie pracują kontrolerzy obsługujący samoloty podchodzące do lądowania i startujące. Pasażer nie wie dlaczego, kiedy i jak samoloty są kierowane w taki, czy inny sposób.
Podobnie i my, ludzie, nie jesteśmy dopuszczeni do Bożej wieży kontrolnej naszego życia. Wynika to z naszej ludzkiej, ograniczonej natury.

Musimy poddać się ewidentności faktów: nie jest nam dane pochwycenie przyczyn wszystkiego, w tym także racji cierpienia, np. jakiejś ciężkiej choroby, wypadku, śmierci, czy rozejścia się wspaniale zapowiadającego się małżeństwa…
Niemniej, pamiętajmy, że jeżeli jakaś próba życiowa pozostaje dla nas niezrozumiała, to nie dlatego, że Bóg nie ma nic do powiedzenia, by nas pocieszyć w takiej trudnej sytuacji, że kompletnie pozostawia nas w tej sytuacji samotnymi.

Bóg proponuje nam w swoim Słowie inne i szczególne rozwiązanie.
Bóg jest dla nas niepojęty (choć nie jest oczywiście takim dla siebie samego!), ale jest poznawalny – możemy być z Nim w relacji dzięki łasce przymierza w Chrystusie.
Nie możemy Go zrozumieć, ale Jezus pozwala nam Go poznać.
Poznać Go, to dosłownie „narodzić się z”, bądź też „dobrze żyć z”, pozostając jednak sobą, odmiennym, ludzkim, także w naszym cierpieniu.

Popatrzmy na Dawida, który oświadcza: „Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza, Zbyt wzniosła, bym ją pojął” (Psalm 139,6). Dawid zrzeka się tutaj rozumienia Boga i woli zaangażować się w poznanie swojego Stworzyciela, w bycie z Nim w relacji.

Job także nie otrzymuje żadnego wytłumaczenia swoich nieszczęść, żadnego usprawiedliwienia ze strony swojego Boga.
Bez pochwycenia racji swoich doświadczeń, akceptując nie dopuszczenie go do „Bożej wieży kontroli”, angażuje się w bliską społeczność z Bogiem niepojętym, w darmową relację opartą o miłość i wolność: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię. Przeto odwołuję moje słowa i kajam się w prochu i popiele” (Job 42,5-6).
Job wie, że jest śmiertelnikiem, ale od kiedy „zobaczył” Boga, czuje się pocieszony i lepiej przyjmuje to, co mu się przydarzyło.
Przesłaniem, które nam przekazuje, jest to, że rezygnuje on z rozumienia Boga i rozpoczyna Go rzeczywiście poznawać. Przekracza swoje pragnienie odnalezienia odpowiedzi na wszystkie „dlaczego?” (czyli odpowiedzi na wszystko), aby włączyć się w relację ze swoim Stwórcą.

Możemy tutaj sparafrazować Katechizm Heidelberski, klasyczny dokument Reformacji, z 1563 r., mówiąc, że naszą jedyną pewnością, zabezpieczeniem w życiu jak i w śmierci oraz wobec cierpienia, jest to, że należymy do Chrystusa.

To my sami możemy przemienić tragedię w historii naszego życia, akceptując poznanie Boga, zamiast poszukiwania zrozumienia Go i całości wydarzeń, które nas dotyczą.
Korzystając z największego wyrazu naszej odwagi w życiu, którym jest wiara, zostaniemy przemienieni. Nasz ból pozostanie, ale my zostaniemy przemienieni.
Bądźmy realistami: to jest walka, ale na tej ścieżce trudnej i samotnej, Bóg jest bardzo blisko nas: Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (Rzymian 8,38-39).

To co jest nadzwyczajne, a jest to istotnym przesłaniem Biblii, to fakt, że Bóg sam, Ten, którego nie rozumiemy, przeciwko któremu zdarza się nam buntować, przyszedł na ziemię w Chrystusie, by przynieść nam swoją odpowiedź na cierpienie.
Ten Bóg, czasami nieprzenikniony lub nie do pojęcia, którego drogi tak słabo rozumiemy, jest tym samym, który na Krzyżu, w Jezusie Chrystusie, objawia się jako sprawiedliwy, dobry i godny wiary.
                                              
Bóg się nie tłumaczy, ale ukazuje się - On jest Bogiem. Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go (Jana 1,18). Poza Jezusem Chrystusem, umierającym ukrzyżowanym, nie jest dla nas w pełni możliwym wiara w sprawiedliwość i dobroć Bożą.
Ale wobec Chrystusa, cierpiącego na Krzyżu, nasze serce znajduje pocieszenie w cierpieniu, otuchę w doświadczeniu, które nas dotyka.
Poza życiem i śmiercią Chrystusa nic nie można wytłumaczyć, niczego się nie rozumie z tajemnic życia i śmierci.
Chrystus podczas swojego życia na ziemi nie tworzył jakichś rozbudowanych teorii zła i cierpienia, ale angażował się w pomoc temu, który pomocy potrzebował.
Taki jest nasz Bóg, dający się poznać w Chrystusie – gotowy być z nami zawsze i wszędzie, by nas wesprzeć, pomóc.
Oczywiście, nie jest to ani ewidentne, ani łatwe do zaakceptowania.
Już Izajasz, ogłaszając wieki wcześniej przyjście Chrystusa i Jego dzieło zbawienia dla świata, mówił w odniesieniu do Niego: Kto uwierzył wieści naszej, a ramię Pana komu się objawiło? (Izajasza 53,1).
Ale taka jest nasza prawdziwa pociecha, i taka jest pociecha, którą Bóg zachowuje dla tych, którzy oddają Mu ich życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz