niedziela, 18 stycznia 2015

Chrzest - niektóre elementy jego znaczenia według Jana Kalwina



Katechizm Genewski Jana Kalwina w pytaniach przeznaczonych na 49 niedzielę roku, wprowadza i przedstawia główne założenia teologii Chrztu w rozumieniu nurtu reformowanego. Możemy być zaskoczeni lapidarnością wypowiedzi autora, który wydaje się dość pobieżnie i punktowo traktować to zagadnienie. Nic jednak bardziej mylnego. Zagadnienie Chrztu zajęło bardzo wiele miejsce w refleksji Jana Kalwina, ale aby temu bliżej się przyjrzeć, należy sięgnąć nieco dalej do jego pism.
Najbardziej istotnym i najbardziej reprezentatywnym będzie z pewnością Kalwinowe Institutio christianae religionis (dalej ICR) – Ustanowienie religii chrześcijańskiej. Przyjrzyjmy się przez chwilę założeniom myśli Kalwina, które wyraził w swoim fundamentalnym dziele.

To w czwartej i ostatniej księdze swojego najważniejszego dzieła Kalwin rozwija swoją naukę o Chrzcie, tłumacząc jego znaczenie aż na dwudziestu stronach rozdziału XV ICR.

Ponieważ taka sytuacja historyczna wytworzyła się, powodując konieczność przedstawienia założeń teologicznych w konfrontacji z innymi nurtami tego okresu, w dalszej kolejności, w rozdziale XVI Kalwin uzasadnia praktykę chrztu dzieci i dyskutuje z argumentami tzw. anabaptystów (czyli tych, którzy praktykowali wyłącznie chrzest osób mogących samodzielnie wyznać wiarę). Dyskusja ta zajęła Kalwinowi aż trzydzieści stron...

W swoim nauczaniu o Chrzcie Kalwin podkreśla przede wszystkim dwa aspekty znaczenia sakramentu.

  1. W pierwszym rzędzie, kładzie on nacisk na kwestię odpuszczenia grzechów i śmierci z Chrystusem, nieco mniej (co nie oznacza przydania mniejszej wagi temu zagadnieniu) poddając rozważaniu zmartwychwstanie z Nim i nowe życie. „Chrzest wyraża szczególnie dwie rzeczy: oczyszczenie, które otrzymujemy przez krew Chrystusa i umartwienie naszego ciała, które mieliśmy przez Jego śmierć”, pisze Jan Kalwin.

  1. Drugim elementem, któremu poświęca sporo miejsca w swoich pismach jest kościelny wymiar aktu Chrztu i jego wartość, jako świadectwa. Oddaje to w następujących słowach: „Chrzest jest oznaką naszej chrześcijańskości (naszego stanu chrześcijan), i znakiem, poprzez który zostaliśmy przyjęci do towarzystwa Kościoła, byśmy – będąc wcieleni w Chrystusa – byli zaliczani do liczby dzieci Bożych. Zatem, został on nam dany przez Boga po pierwsze, abyśmy Mu służyli w naszej wierze, po drugie abyśmy służyli w naszym wyznaniu ludziom”.

Chrzest, powiada Kalwin z naciskiem, jest znakiem, który zaświadcza o wybaczeniu wszystkich naszych grzechów:
„Musimy wiedzieć, że – niezależnie od czasu tego dokonania – gdy zostaliśmy ochrzczeni, zostaliśmy raz i na całe nasze życie obmyci i oczyszczeni. A zatem, każdego razu, gdy popadniemy w grzech, musimy wspomnieć na nasz Chrzest i przez pamięć tego faktu wzmocnić naszą wiarę, abyśmy byli pewni odpuszczenia naszych grzechów”.

Niemniej, kontynuuje dalej, Chrzest sam w sobie nie ma mocy zmazania tzw. grzechu pierworodnego, aby przywrócić nas do stanu czystości, który charakteryzował człowieka  przed upadkiem pierwszych rodziców (jest to odrzucenie jednego z elementów nauczania Św.Augustyna).

Kalwin w swoich rozważaniach tłumaczy także, dlaczego Reformacja zniosła sakrament pokuty. Uważa, że winno było dokonać się tak, ponieważ pokuta owa stanowi integralną część sakramentu Chrztu.
Akcent ów położony na pokutę, lub skruchę - jako ważną część Chrztu - staje się jeszcze bardziej wyraźny, kiedy Kalwin podtrzymuje związek Chrztu Jana Chrzciciela, który głosił żal za grzechy oraz Chrztu chrześcijańskiego (ponieważ, jak mówi, chrzest Jana musiał zawierać działanie Ducha Świętego, już działającego w Starym Przymierzu).

Pomimo, że mówi o tym nieco mniej, Kalwin dostrzega, że Chrzest jest znakiem odrodzenia. Pisze on: „Jeżeli zostaliśmy oczyszczeni w krwi Chrystusa, to dlatego, że Ojciec miłosierdzia chcąc nas w swoim nieporównywalnym miłosierdziu przyjąć w łasce, postawił przed nami Pośrednika, aby nam zdobył przychylność Ojca. Od tej chwili otrzymujemy nasze odrodzenie przez Jego śmierć i przez Jego życie (Jan 3, 6), jeżeli przez uświęcenie Ducha jest w nas wytworzona nowa natura duchowa”.
Słowa te mają także za pierwsze znaczenie uzasadnienie Chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, co także pozwala na stwierdzenie, że być ochrzczonym z wody i Ducha oznacza rzeczywiście narodzić się do nowego życia.

Jak Kalwin uzasadnia chrzest dzieci? Przede wszystkim należy podkreślić, że Reformator widzi bardzo mocno jedność Pisma Świętego i wynikającą z tego ciągłość pomiędzy Starym i Nowym Przymierzem (czyli pomiędzy tym co miało miejsce przed i po Jezusie Chrystusie, a które to nauczanie znajdujemy w księgach Biblii Starego i Nowego Testamentu).
Stąd też bierze się jego główny argument: Chrzest chrześcijański jest przedłużeniem obrzezania, któremu poddawano dzieci w Starym Przymierzu.
Kalwin pisze: „Wiemy, że obrzezanie było obietnicą duchową daną Ojcom (Patriarchom), i że jest ona taka, jak ta w Chrzcie, oznaczająca przebaczenie ich grzechów i umartwienie ciała  na życie w sprawiedliwości”.
Pisze także: „Wszelka znajdująca się tam różnica (tzn. różnica pomiędzy obrzezaniem i Chrztem) nie dotyczy niczego innego, jak tylko zewnętrznej ceremonii, która jest najmniej ważną częścią sakramentów, ponieważ zasadnicza ich racja zależy od Słowa i od rzeczy oznaczanej i reprezentowanej”.

Reformator przypomina, że w Księdze Powtórzonego Prawa 10,16 Mojżesz zachęca lud do „obrzezania serc”. A zatem, poza „ceremoniami zewnętrznymi” obrzezanie i Chrzest są znakami tego samego przymierza Boga ze swoim ludem.
Zatem więc, skoro obrzezanie było nakazane dzieciom, podobnie i Chrzest winien im być nakazany.
Kalwin, podając przykład 1 Księgi Mojżeszowej/Księgi Rodzaju 17 (zwłaszcza 7 wersetu), gdzie Bóg daje Abrahamowi znak obrzezania, pozwala sobie na stwierdzenie, że oto dlatego Apostoł Paweł może powiedzieć, że dzieci chrześcijan są święte (por. 1 Koryntian 7,14), co uzasadnia ich chrzest na tej samej zasadzie, na której to podstawie dzieci Żydów, nazywane „linią świętą” były obrzezywane.

Na krytykę swoich słów, wygłoszoną przez środowiska anabaptystów, twierdzących, że Stare Przymierze było zbudowane na przynależności dziedzicznej do narodu wybranego (potomstwo Abrahama „według ciała”), podczas gdy Nowe Przymierze zasadza się na wierze osobistej, Kalwin odpowiada, że także w Starym Przymierzu prawdziwymi dziećmi Abrahama są te, które mają wiarę w Boga.
Reformator pójdzie bardzo daleko we wnioskach swojego rozważania, stwierdzając, że Chrystus będąc fundamentem Chrztu, był nim także dla obrzezania.

To co jest niezwykle istotne w myśli Kalwina, to jego Chrystocentryzm – czyli postawienie Chrystusa w centrum wiary chrześcijańskiej, a jednocześnie nie przeciwstawianie w Nowym Przymierzu (czyli w Jezusie Chrystusie) tego, co zostało powiedziane, ustanowione i przekazane w Starym Przymierzu (Starym Testamencie.
Dla Kalwina istnieje ciągłość obu Przymierzy (ciągłość i kontynuacja tego, co zostało objawione w Starym i Nowym Testamencie); istnieje ciągłość planu Bożego i Jego działania w historii ludzkości, dla jej dobra.
Bóg działa w historii ludzkości z wolnością kochającego Ojca, kochającego każdego człowieka, każdego z nas.

Cierpienie? A moja wiara?



Przeczytajmy tekst z Ewangelii Mateusza 26,36-44. Jezus w przeczytanym tekście najwyraźniej cierpi. I to problematyce cierpienia chciałbym poświęcić kilka słów naszego dzisiejszego rozważania.

Kiedy przechodzimy jakąś życiową próbę, jedną z naszych pierwszych reakcji jest najczęściej pytanie samych siebie, z niepokojem: „Dlaczego?” I zachowanie to jest całkowicie normalne.
W naszym bólu, naszych żalach, naszym buncie, zwracamy się także do Boga i stawiamy Mu takie samo pytanie.
„Dlaczego, Panie, dotyka mnie lub moich bliskich, cierpienie tak nagłe i niczym nie uzasadnione?”
Odczuwamy potrzebę poznania racji naszego nieszczęścia, poszukiwania wyjaśnień rozumowych, które usatysfakcjonowałyby nas i przez to dostarczyły nam jakiegoś elementu pocieszającego.
Jak bardzo chcielibyśmy przeniknąć sekrety Boże, przejść „za dekoracje”, wyjaśnić ukryte tajemnice, być zdolnymi do rozpoznania sensu cierpienia, w tym szczególnie tego, które nas dotyka.
Tymczasem Bóg i Jego drogi tak często pozostają niezrozumiałe...

Chcę przypomnieć tutaj znaną historię o św. Augustynie, który na plaży Kartaginy zauważa dziecko, które wykopawszy dołek w piasku biegnie w kierunku morza z muszlą w ręku. Augustyn, który znalazł się tam, by medytować nad dziełami Bożymi, pyta dziecko: „Co robisz?”, na co ono mu odpowiada: „przeleję całą wodę morza do tego dołka”…
Nasze próby zrozumienia szeregu sytuacji naszego życia, zwłaszcza tych dramatycznie trudnych, są jak owe próby dziecka, chcącego przelać ogromne morze do małego dołka…

Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak zaniechać prób rozumienia tego, co nie poddaje się rozumieniu.
Co jednak konkretnie oznacza zaprzestanie usiłowania zrozumienia naszego cierpienia i Boga w tym kontekście?
Na początek oznacza ono zaprzestanie naszych fałszywych wierzeń.

Pierwsze z nich dotyczy prawa i możliwości wyrażenia naszego cierpienia. Niektórym chrześcijanom wydaje się, że jest czymś niewłaściwym wylewanie ich bólu przed Bogiem, powierzanie Mu go, wręcz krzyczenie do Niego o ich strapieniu. Tymczasem mamy pełne prawo mówić o naszym cierpieniu, dać mu jego prawdziwe miejsce, to znaczy ujawnić się jako osoby, podmioty cierpiące.
Kiedy cierpimy, mamy prawo wyrazić Przed Bogiem to cierpienie, nasz ból i krzyczeć, że nie rozumiemy tego, co nam się przydarzyło.

Innym fałszywym, a rozpowszechnionym wierzeniem jest mówienie: „Jeśli cierpię, to może dlatego, że na to zasługuję, bo nie dokonałem jakichś dobrych wyborów, Bóg mnie zatem karze”… Bliskim temu twierdzeniu jest to, które głosi: „jeśli stanę się odpowiednio ‘duchowy’, to już nie będę cierpiał i zrozumiem to, co mi się przytrafia, dlaczego cierpię”.
Zdarza się istotnie, iż niektórzy znajdują jakieś jedno lub dwa wytłumaczenia ich cierpienia lub prób, które ich dotykają i jest to dla nich dużym pocieszeniem. Ale wierzenie, że jeżeli bylibyśmy bardziej „duchowymi” chrześcijanami, żyjącymi bliżej Boga, to On sam wyjawi nam wszystkie swoje tajemnice, pozwoli nam zrozumieć każdą sytuację naszego życia - takie wierzenie jest fałszywe.
Nie ma w tym nic biblijnego, a dorzuca przy tym do samego cierpienia jeszcze możliwe duże poczucie winy. Fałszywą jest wiara, że chrześcijanie bardziej „duchowi”, znający lepiej Pana, otrzymają jakieś szczególne przywileje poznania życia.
Apostoł Paweł, który z pewnością był „wystarczająco duchowy”, nie znał odpowiedzi na „dlaczego” istnienia drzazgi/ościenia w swoim ciele.
Podobnie sprawiedliwy Job (Hiob) nie dostał odpowiedzi na swoje pytania w sytuacji niedoli, która go dotknęła. A sam Jezus wykrzyknął do Ojca: „Dlaczego mnie opuściłeś?”, bez otrzymania odpowiedzi.
Chrześcijanin najbardziej „zaawansowany duchowo”, najbardziej „mistyczny”, nie jest bardziej uzdolniony niż inni do zrozumienia wszystkich dróg Bożych.
Chcenie interpretowania i rozumienia pewnych bolesnych okoliczności naszego życia może okazać się niebezpieczne. Taka postawa prowadzi do otwarcia drzwi tłumaczeniom teologicznie fałszywym, na dłuższą metę obciążających winą, traumatyzujących, jak np. te pochodzące z ust przyjaciół Joba (por. Job 22,5).

Spróbujmy posłużyć się tutaj pewnym wyobrażeniem:
Podróżni, którzy decydują się na lot samolotem, nie są uprawnieni do wejścia na wieżę kontrolną lotniska, gdzie pracują kontrolerzy obsługujący samoloty podchodzące do lądowania i startujące. Pasażer nie wie dlaczego, kiedy i jak samoloty są kierowane w taki, czy inny sposób.
Podobnie i my, ludzie, nie jesteśmy dopuszczeni do Bożej wieży kontrolnej naszego życia. Wynika to z naszej ludzkiej, ograniczonej natury.

Musimy poddać się ewidentności faktów: nie jest nam dane pochwycenie przyczyn wszystkiego, w tym także racji cierpienia, np. jakiejś ciężkiej choroby, wypadku, śmierci, czy rozejścia się wspaniale zapowiadającego się małżeństwa…
Niemniej, pamiętajmy, że jeżeli jakaś próba życiowa pozostaje dla nas niezrozumiała, to nie dlatego, że Bóg nie ma nic do powiedzenia, by nas pocieszyć w takiej trudnej sytuacji, że kompletnie pozostawia nas w tej sytuacji samotnymi.

Bóg proponuje nam w swoim Słowie inne i szczególne rozwiązanie.
Bóg jest dla nas niepojęty (choć nie jest oczywiście takim dla siebie samego!), ale jest poznawalny – możemy być z Nim w relacji dzięki łasce przymierza w Chrystusie.
Nie możemy Go zrozumieć, ale Jezus pozwala nam Go poznać.
Poznać Go, to dosłownie „narodzić się z”, bądź też „dobrze żyć z”, pozostając jednak sobą, odmiennym, ludzkim, także w naszym cierpieniu.

Popatrzmy na Dawida, który oświadcza: „Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza, Zbyt wzniosła, bym ją pojął” (Psalm 139,6). Dawid zrzeka się tutaj rozumienia Boga i woli zaangażować się w poznanie swojego Stworzyciela, w bycie z Nim w relacji.

Job także nie otrzymuje żadnego wytłumaczenia swoich nieszczęść, żadnego usprawiedliwienia ze strony swojego Boga.
Bez pochwycenia racji swoich doświadczeń, akceptując nie dopuszczenie go do „Bożej wieży kontroli”, angażuje się w bliską społeczność z Bogiem niepojętym, w darmową relację opartą o miłość i wolność: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię. Przeto odwołuję moje słowa i kajam się w prochu i popiele” (Job 42,5-6).
Job wie, że jest śmiertelnikiem, ale od kiedy „zobaczył” Boga, czuje się pocieszony i lepiej przyjmuje to, co mu się przydarzyło.
Przesłaniem, które nam przekazuje, jest to, że rezygnuje on z rozumienia Boga i rozpoczyna Go rzeczywiście poznawać. Przekracza swoje pragnienie odnalezienia odpowiedzi na wszystkie „dlaczego?” (czyli odpowiedzi na wszystko), aby włączyć się w relację ze swoim Stwórcą.

Możemy tutaj sparafrazować Katechizm Heidelberski, klasyczny dokument Reformacji, z 1563 r., mówiąc, że naszą jedyną pewnością, zabezpieczeniem w życiu jak i w śmierci oraz wobec cierpienia, jest to, że należymy do Chrystusa.

To my sami możemy przemienić tragedię w historii naszego życia, akceptując poznanie Boga, zamiast poszukiwania zrozumienia Go i całości wydarzeń, które nas dotyczą.
Korzystając z największego wyrazu naszej odwagi w życiu, którym jest wiara, zostaniemy przemienieni. Nasz ból pozostanie, ale my zostaniemy przemienieni.
Bądźmy realistami: to jest walka, ale na tej ścieżce trudnej i samotnej, Bóg jest bardzo blisko nas: Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (Rzymian 8,38-39).

To co jest nadzwyczajne, a jest to istotnym przesłaniem Biblii, to fakt, że Bóg sam, Ten, którego nie rozumiemy, przeciwko któremu zdarza się nam buntować, przyszedł na ziemię w Chrystusie, by przynieść nam swoją odpowiedź na cierpienie.
Ten Bóg, czasami nieprzenikniony lub nie do pojęcia, którego drogi tak słabo rozumiemy, jest tym samym, który na Krzyżu, w Jezusie Chrystusie, objawia się jako sprawiedliwy, dobry i godny wiary.
                                              
Bóg się nie tłumaczy, ale ukazuje się - On jest Bogiem. Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go (Jana 1,18). Poza Jezusem Chrystusem, umierającym ukrzyżowanym, nie jest dla nas w pełni możliwym wiara w sprawiedliwość i dobroć Bożą.
Ale wobec Chrystusa, cierpiącego na Krzyżu, nasze serce znajduje pocieszenie w cierpieniu, otuchę w doświadczeniu, które nas dotyka.
Poza życiem i śmiercią Chrystusa nic nie można wytłumaczyć, niczego się nie rozumie z tajemnic życia i śmierci.
Chrystus podczas swojego życia na ziemi nie tworzył jakichś rozbudowanych teorii zła i cierpienia, ale angażował się w pomoc temu, który pomocy potrzebował.
Taki jest nasz Bóg, dający się poznać w Chrystusie – gotowy być z nami zawsze i wszędzie, by nas wesprzeć, pomóc.
Oczywiście, nie jest to ani ewidentne, ani łatwe do zaakceptowania.
Już Izajasz, ogłaszając wieki wcześniej przyjście Chrystusa i Jego dzieło zbawienia dla świata, mówił w odniesieniu do Niego: Kto uwierzył wieści naszej, a ramię Pana komu się objawiło? (Izajasza 53,1).
Ale taka jest nasza prawdziwa pociecha, i taka jest pociecha, którą Bóg zachowuje dla tych, którzy oddają Mu ich życie.