środa, 22 października 2014

Kościół lokalny i kwestie praktyczne z nim związane, w analizie opartej o Pismo Święte



Wydaje się, że choćby dla samego uporządkowania problemów, jakie rodzi zagadnienie praktycznego funkcjonowania Kościoła w wymiarze powszechnym, warto zastanowić się nad kwestią Kościoła lokalnego. 

 

W języku greckim Nowego Testamentu to samo słowo określa z jednej strony całość wszystkich wierzących, którzy stanowią ciało Chrystusa, a z drugiej strony lokalne zgromadzenie, w które łączy się pewna liczba osób, deklarujących ich przynależność do wiary chrześcijańskiej. Tłumaczy się to znaczeniem terminu ekklesia, który przecież oznacza zgromadzenie, a owo zgromadzenia może być mniejsze lub większe.
A jednak identyczność terminologiczna nie może przesłonić nam wielkiej różnicy pomiędzy jednym i drugim pojmowaniem Kościoła – powszechnym i lokalnym.
Wszyscy ci, którzy są na nowo narodzeni - i oni wyłącznie - stanowią Kościół, ciało Chrystusa. Ich imiona są zapisane w niebiosach (Łk 10,20).

Zgromadzenie lokalne tworzą jego członkowie, w określonej liczbie, którzy

figurują lub nie w rejestrach parafialnych, zborowych, ale którzy nie wszyscy należą w sposób konieczny do liczby odkupionych. Można być mniej lub bardziej rygorystycznym wobec wyrażenia zgody na ich przyjęcie, ale nie ma żadnej wspólnoty kościelnej, żadnej wspólnoty lokalnej, która mogłaby się szczycić nie posiadaniem w swoim łonie „fałszywych braci”, używając tu terminologii biblijnej.

W pierwszym wieku było podobnie i wcale nie odmiennie od czasów dzisiejszych.
Przykłady? A choćby znani Ananiasz i Safira, Szymon mag, ludzie pozbawieni moralności ze wspólnoty korynckiej, fałszywi apostołowie, w których Paweł widział emisariuszy diabła, fałszywa prorokini z Księgi Objawienia[1]. Nawet najlepszy Kościół nie jest wolny od podobnych problemów.

Odróżnia się dość powszechnie Kościoły mas i Kościoły wyznających. Linia demarkacyjna jest czasami pomiędzy nimi dość trudna do wyznaczenia.
Pierwsza kategoria jest historyczną dziedziczką sytuacji, gdy obecność chrześcijaństwa w życiu publicznym wymagała, aby jakość obywatela była potwierdzona jego przynależnością kościelną. Sytuacja ta w krajach zachodniej Europy praktycznie już nie istnieje, w Polsce natomiast wydaje się bronić z całą mocą…

Niemniej, powszechniejszą wydaje się także współcześnie sytuacja, gdy ochrzczeni w danym Kościele są pojmowani jako jego członkowie, niezależnie od faktu jakie byłyby ich osobiste przekonania; za wyjątkiem tych, którzy dokonaliby ich oficjalnego aktu wyjścia z Kościoła (sytuacja ta jest jednak nadzwyczaj rzadką).
Taką sytuację obserwujemy w Kościołach prawosławnych, katolickim, a także w szeregu Kościołów protestanckich. Jednak, aby być bliższymi oddaniu rzeczywistości Kościołów o takim charakterze, należy podkreślić tendencję, zwłaszcza w ostatnich latach, do stawiania jakby z boku członków Kościołów lokalnych, określanych mianem aktywnych, którym to np. powierzane są różne odpowiedzialności w Kościele, a na innym planie innych członków parafii, zborów, w tej liczbie także tych, którzy żyją na dystans do wspólnoty kościelnej, ale teoretycznie mogą korzystać z określonych „usług” kościelnych, nie mając jednak mocy decyzyjnej w łonie wspólnoty.

Jeśli chodzi o wspólnoty wyznające, to możemy je opisać w sposób poniższy.
Jeśli praktykują one Chrzest dzieci, konieczne jest w nich osobiste zaangażowanie, aby stać się członkiem Kościoła. Następnie jest się poddanym dyscyplinie kościelnej, mniej lub bardziej konsekwentnej, chcąc w Kościele pozostać.
Jest to zasada, która przeważa w Nowym Testamencie, przynajmniej na początku[2] oraz w sferze misyjnej, a przynajmniej podczas pierwszej generacji wierzących. 
Ale, warto tu pamiętać zasadę (wielokrotnie zresztą przywoływaną przez Reformatorów), że Bóg jedynie zna tych, którzy do Niego należą[3].
Ludzie ryzykują zawsze pomyłkę, tak akceptując niegodnych kandydatów, jak i odrzuciwszy autentycznie wierzących.

Niebezpieczeństwo takie nie tylko nie wyłącza, ale wręcz czyni konieczną pewną dyscyplinę. Obawa przed wyrwaniem zboża, w tym samym czasie co chwastów[4], nie powinna zabronić odpowiedzialnym w Kościele oddalić od wspólnoty członków notorycznie niewiernych.
Paweł wyrzuca Koryntianom tolerowanie w ich zgromadzeniu obecności człowieka popełniającego kazirodztwo. W tym samym kontekście zaleca on swoim czytelnikom aby nie przestawali z tym, który się mieni bratem, a jest wszetecznikiem lub chciwcem, lub bałwochwalcą, lub oszczercą, lub pijakiem, lub grabieżcą[5]. Paweł mówi: Usuńcie tego, który jest zły, spośród siebie.
Apostoł Jan okazuje surowość tego samego rodzaju wobec tych, którzy nie pozostają w nauce Chrystusa[6].
Jezus sam wskazuje na procedurę do zastosowania: najpierw ostrzec winnego sam na sam, następnie próbować doprowadzić do interwencji jednej lub dwóch innych osób, wreszcie przedstawić problem Kościołowi. W końcu postępowania, jeżeli oskarżany brat nie nawróci się ze swego postępowania, należy traktować go jak poganina[7].
Celem takiej dyscypliny jest harmonia z miłością chrześcijańską. Należy unikać sytuacji, w których inni zostaliby zainfekowani przez niewiernego członka wspólnoty[8].
Wyłączenie powinno także doprowadzić zainteresowanego do refleksji nad sobą samym i do zmiany postępowania[9].
Jedynie przypadki szczególnie ciężkie wymagają takich ekstremalnych rozwiązań. W ramach reguły ogólnej, i przede wszystkim dla kwestii, w których w sposób wartościowy chrześcijanie mogą różnić się w opiniach, to przede wszystkim pomoc wzajemna i wybaczenie są wymagane[10].

Aby zapobiec nadużyciom i arbitralności, dyscyplina nie może być powierzona jednemu człowiekowi, ale musi być wykonywana kolektywnie. Paweł np. włącza Koryntian do decyzji, którą podejmuje wobec kazirodcy[11]. A to pomimo faktu, że apostołowie mieli autorytet, którego nikt nie mógł domagać się sam z siebie.

Co należy czynić, jeśli większość zgromadzenia ulega zagubieniu i dewiacji?
Może zdarzyć się, że wierzący i wierni członkowie zostają wyrzuceni z Kościoła[12]. Taka sytuacja wielokrotnie wydarzała się w historii, szczególnie w czasach Reformacji, a także w czasach różnego rodzaju duchowych przebudzeń w Kościołach. Paradoksalnie, w sytuacji takiego odrzucenia dochodzi do jasności działań, bez konieczności, aby inicjatywa o tak negatywnym charakterze miała znaleźć się w rękach wierzących.

Ale sprawy przybierają czasem dużo bardziej skomplikowany obrót. Nie jest z jednej strony godne natychmiastowego potępienia zachowanie tych, którzy wobec dewiującego Kościoła przybierają postawę dystansu, tworząc społeczność niezależną. Ale też wydaje się zdecydowanie przesadnym ustalenie takiej praktyki jako zwykłej i częstej zasady działania.

Jezus wyrzuca odpowiedzialnym Kościoła w Tiatyrze tolerowanie działań fałszywej prorokini. Ale też dodaje: Wam zaś, pozostałym, którzyście w Tiatyrze, wszystkim, którzy nie macie tej nauki, którzyście nie poznali, jak mówią, szatańskich głębin, powiadam: Nie nakładam na was innego ciężaru (Obj 2,24).
Podobnie w Kościele w Sardes, pomimo, że martwym w większości, stwierdza obecność kilku osób, które nie skalały swoich szat, więc chodzić będą ze mną w szatach białych, dlatego że są godni (Obj 3,4).
Jezus nie wyrzuca zatem wiernym z Tiatyry i Sardes pozostania członkami upadłych wspólnot. Poprzez wieki autentyczni wierzący odczuwali za konieczny ich obowiązek pozostawania w łonie Kościołów, których dewiacje szczerze opłakiwali.
Nie można zatem zbyt łatwo poddać się krytyce ich postaw, jako kompromisu.
Dysydencja jest czasami konieczna, ale nie jest w żadnym stopniu warunkiem sine qua non wierności Panu i Jego Ewangelii.

Kościoły pierwszego wieku rozwijały się w sposób dość niezależny jedne od drugich. Apostołowie dzierżyli w nich niekontestowany autorytet, ale forma władzy administracyjnej nie jest możliwa do jednoznacznego określenia w Nowym Testamencie.
Nie można w nim dostrzec np. regularnych synodów, mających rozstrzygać kwestie eklezjalne.

Można zatem na tej zasadzie np. usprawiedliwić pozycje współczesnych kongregacjonalistów, którzy zachwalają autonomię wspólnot lokalnych w materii organizacji i dyscypliny.
Kongregacjonalizm ma jednak swoje ograniczenia. Kościoły apostolskie miały braterskie więzi między nimi, w co włączyć należy także kwestie finansowe[13].
W kwestiach bardziej delikatnych, konsultowały się wzajemnie[14].
Pewna jedność i podobieństwo były zatem konieczne i zakładane. Paweł wymaga, aby Koryntianie poddali się powszechnym zwyczajom w innych Kościołach[15].
On sam, który był tak pewny otrzymania swojego powołania od samego Jezusa, uważał za konieczne otrzymanie aprobaty innych apostołów, aby jego praca nie była daremną[16].
Podobnie nominacja przewodników zgromadzeń nie należała wyłącznie do kompetencji lokalnych. Apostołowie lub delegaci apostolscy mieli ich znaczącą rolę w tej kwestii[17].

Porządek prezbiterialno-synodalny stara się wyrazić w formie instytucjonalnej więzi wzajemne, istniejące pomiędzy Kościołami,
Każda wspólnota lokalna wybiera swoich starszych i deleguje swoich reprezentantów do rady lokalnej (różnie zwanej w różnych krajach: kolegium kościelnym, radą starszych, itd.) oraz na synod, który jest ciałem reprezentacji jeszcze szerszym.
Synody mogą być różnego stopnia, od regionalnych po krajowe. Te pierwsze często wysyłają reprezentantów do udziału w następnych. To synody krajowe są uprawnione do podejmowania decyzji do realizacji we wszystkich Kościołach lokalnych.
W takim systemie autorytet znajduje się u bazy, aby być delegowany do góry. System ten faworyzuje odpowiedzialność parafii, zborów lokalnych, w ich wzajemnej zależności, która łączy jednych z drugimi.

Porządek episkopalny postępuje w sposób odmienny. Autorytet rezyduje w rękach dostojników kościelnych, a lud chrześcijański jest wezwany, aby im się poddać. Jeszcze w wiekach 2-im, 3-im, a nawet 4-ym, biskupi byli najczęściej nominowani przez aklamację powszechną, co pozostawiało masom pewną inicjatywę.

Nowy Testament nie prezentuje nam ścisłego modelu organizacji Kościoła. Bez wątpienia taka też jest wola Boża. Ewangelia jest jedyna i jasno sformułowana w Piśmie Świętym, ale pewna elastyczność jest pożądana dla zarządzania eklezjalnego, zależnie od okoliczności historycznych, kulturowych.

Jest bardzo ważnym, dla każdego wierzącego, by był on członkiem Kościoła lokalnego. To w taki kadr apostołowie nakazywali wpisać się nowo nawróconym.
Chrześcijanin potrzebuje takich warunków - Kościoła lokalnego, konkretnej wspólnoty, aby się rozwijać, a jego współbracia w Kościele potrzebują go.

Obraz ciała, użyty przez apostoła Pawła w jego liście do Koryntian[18], odnosi się w pierwszym rzędzie do konkretnej wspólnoty, której członkowie pomagają jedni drugim.
Kościoły lokalne są miejscem konstrukcji, gdzie są przycinane żywe kamienie, które mają tworzyć świątynię Bożą.
Bez wątpienia żadna z tych świątyń nie jest doskonała, ale nie jest to pretekstem, aby w nią się nie włączyć, do niej nie należeć, albo z niej zbyt łatwo wyjść.
Trzeba podjąć każdorazowo wszelkich wysiłków, aby pracować nad pojawiającymi się dewiacjami, nadużyciami, niewiernościami Ewangelii, które mogą się pojawić w lokalnych społecznościach,  nie opuszczając wspólnych zebrań naszych, jak to jest u niektórych w zwyczaju, lecz dodając sobie otuchy (Hbr 10,25).

Bez Kościołów lokalnych nie byłoby nigdy Kościoła powszechnego. Jest zatem chrześcijańskim obowiązkiem być członkiem konkretnego zgromadzenia i mieć udział w jego świadectwie.



[1] Dz 5,1-11; 8,13-23; 1 Kor 5,15; 2 Kor 11,13-15; 1 Jn 2,18-19; Obj 2.20-23.
[2] Tu można zachęcić do lektury listów adresów do Kościołów Azji Mniejszej i do Księgi Objawienia.
[3] 2 Tym 2,19.
[4] Mt 13,29.
[5] 1 Kor 5,1-2.11.13.
[6] 2 Jn 9-11.
[7] Mt 18,15-17; por. Tt 3,10.
[8] Hbr 12,15.
[9] 2 Tes 3,14-15; 1 Kor 5,5.
[10] Rz 14,10-13; Kol 3,13.
[11] 1 Kor 5,4-5.
[12] 3 Jn 9-10.
[13] Rz 1,8; 2 Kor 8,13-15.
[14] Dz 15,2.
[15] 1 Kor 11,16; 14,33-34.
[16] Gal 1,11-12; 2,1-2.
[17] Dz 14,23; 1 Tm 5,22; Tt 1,5.
[18] 1 Kor 12.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz