czwartek, 31 lipca 2014

Albowiem Twoje jest Królestwo i moc, i chwała na wieki...



Doksologia (modlitwa oddająca chwałę Bogu), która kończy tekst modlitwy „Ojcze nasz” nie pochodzi najwyraźniej z ust Pańskich. Jest ona wyznaniem wiary, które pierwotny Kościół dodał do modlitwy, która została mu przekazana.

Jest pieczęcią adoracji Kościoła, naznaczającą włączenie jej do modlitwy. I oddaje ona znakomicie ducha, w jakim Kościół przyjął takie nauczanie i w jakim my wszyscy, jako Kościół, mamy je przyjąć.

Jest rzeczą dobrą i właściwą, że po całym procesie, w którym byliśmy przejęci o nasz chleb powszedni, o nasze wybaczenie i o nasze uwolnienie, jeszcze raz - przed oddaleniem się od modlitwy - nasz wzrok duchowy po raz ostatni zwróci się do Tego, którego błagamy. Wszystko dlatego, że nasza modlitwa - w niej samej -, podobnie jak nasza wiara, nie ma sama w sobie najmniejszej ważności.
To, co jest istotne i to, co ma ważność, to fakt Kogo prosimy, w Kogo wierzymy!  

Nie przywiązujmy się zatem ani do naszej modlitwy, ani do naszej wiary, ale do Tego, który nas oczekuje i który nas wysłuchuje.
Zostawmy teraz na boku wszelką refleksję nad tym kim jesteśmy, a kim nie jesteśmy, nad tym o co prosimy, lub czego się obawiamy, ale włóżmy wszelki wysiłek, aby wyrazić teraz tylko jedną rzecz: że to On jest, On sam i On jedynie…

Czy jakaś modlitwa mogłaby zakończyć się bez tego aktu adoracji, to znaczy uznania i wyznania zachwyconego boskością Boga i tajemnicą Jego wszechwładzy?
Z pewnością jest niedobrą i niebezpieczną modlitwa, podczas której nie myśli się o tym, co się mówi, podczas której zachowywalibyśmy się jak automaty.
Mam nadzieję, że wszyscy mamy wolę i środki intelektualne do reagowania z wyjątkową energią przeciwko rozproszeniu duchowemu, tak charakterystycznemu dla naszej ludzkiej natury…
Ale, jest też inne niebezpieczeństwo, dużo mniej wyczuwalne i dużo bardziej ogólne, którym jest skoncentrowane myślenie o tym, co się mówi, ale zupełnie nie myślenie o Tym, do którego się mówi, do którego się zwraca.
W konsekwencji taka modlitwa staje się monologiem, mówieniem do siebie samego, wołaniem w pustkę.

Najlepsza, najbardziej gorąca modlitwa, może być modlitwą bez Boga, gdzie człowiek uzewnętrznia się przed sobą samym, użala się nad sobą i przynosi sobie ulgę w jakiś sposób także przez taką formę „modlitwy”. Należy czuwać z największą troską, żeby być naprawdę człowiekiem, który modli się, a nie bogiem, który słucha i wysłuchuje swoją własną modlitwę.
Jest niezbędnym, abyśmy stali twarzą twarz przed Bogiem, a nie przed nami samymi.
Musimy kontynuować dialog, a nie uprawiać swoistego aktorstwa, użyczając swemu własnemu idolowi naszego własnego głosu…
Dlatego też jest niezbędnym, by wszelka modlitwa zanim zostanie zakończona, zanim oddalimy się od czasu i miejsca modlitwy, jest niezbędnym, abyśmy stanęli w ostatni i decyzyjny sposób przed Bogiem prawdziwym, przed Bogiem żywym.

Trzeba powiedzieć naprawdę: to wszystko należy do Ciebie.
Nasze autentyczne istnienie, nasza prawdziwa osobowość, nie istnieją jak tylko dzięki Tobie, przed którym wyrażamy tę prawdę.

Ponieważ zostaliśmy stworzeni i zostaliśmy zbawieni po to jedynie, aby służyć Bogu jako vis-a-vis, przed Nim samym i aby mówić Mu: to Ty jesteś moim Bogiem.
Zostaliśmy stworzeni i zbawieni, aby uznać boskość Boga i aby adorować Jego boskość, aby Jej odpowiadać i do niej się zwracać.
Nie jesteśmy prawdziwie żywymi, nie jesteśmy prawdziwymi nami samymi, jak tylko wtedy, gdy wypowiadamy w wierze to, że On jest, że On jest naszym Bogiem i że do Niego należymy.

Taka postawa kreuje naszą obecność przed Bogiem.
Nasza modlitwa jest tylko samotnym dyskursem, jeśli nie jest przeniknięta po raz ostatni w jej procesie, tym uczuciem/wyznaniem uznania i adoracji: „albowiem Twoje jest”…
Wydaje się, że wszystkie nasze prośby są zawarte w powyższym stwierdzeniu.

Jedynie w takiej sytuacji prawdy wobec Boga i wobec siebie samych, możemy zauważyć i przeżyć, że pomimo tego, że jesteśmy nieszczęśliwi, gdy brak nam chleba, gdy brak nam wybaczenia i wolności, wszystko się zmienia, ponieważ Bóg jest obecny w naszym życiu i Jego chwała - która może to, co chce i kiedy chce - działa.
Więcej, On już nam wszystko to przydał, a dnia ostatniego przyda nam w sposób pełny i otwarty wszystko, ponieważ On może i potrafi wszystko uczynić, przez swoją moc, która działa w nas już od teraz, już od dzisiaj, poza wymiar wszystkiego tego, co możemy sobie wyobrazić…

Jest niezbędnym, aby modlitwa rozpoczynała się, toczyła się i kończyła w klimacie tej wspaniałej pewności, skandalicznej i niebezpiecznej. A jest ona skandaliczna i niebezpieczna, jeśli poddaje się refleksji oderwanej od wiary, jeśli nie bierze się pod uwagę Boga i Jego atrybutów, do których pretendują w sposób rozpaczliwy moce tego świata, chcąc sobie uzurpować to, co należy wyłącznie do Boga.
Dlatego też nie potrafimy zabronić, zakazać sobie samym pożądania tej siły i tej chwały, dlatego też nasze życie jest często zdominowane przez to pożądanie, które tym mocniej ukazuje nam naszą niemoc oparcia się tyranom i uzurpatorom tego świata.
Dlatego też my wszyscy jesteśmy małymi tyranami i małymi potentatami, z którymi wielkie tyranie i wielkie moce tego świata odkrywają uniwersalną społeczność i rozprzestrzeniają się na tym świecie.
To dlatego pragnienie władzy pożera nas sekretnie, dlatego, że jesteśmy bez sił wobec brutalności i cynizmu dużej ilości ludzi, którzy wydają się pociągać za wodze historii.

Anarchiczny absurd naszej epoki, to znaczy fakt, że ludzie, w milionach, są gotowi pójść za byle kim i byle czym, aby robić byle co, a niektórzy nawet popychają ich śmiałość do ochrzczenia dyscypliną, porządkiem i posłuszeństwem tę demoniczna abdykację wobec ich powołania ludzkiego i ich odpowiedzialności i znajdują środki do określenia cnotą to świadome zaślepienia.
W takiej sytuacji elementarnym obowiązkiem wiary jest otwarcie uważnych oczu i proszenie Boga o konieczny zmysł rozeznania.
Tak, ponieważ ten stan anarchii i dekompozycji politycznej, społecznej i moralnej w jakim żyjemy, wszystko to jest niczym innym jak bezpośrednim (i fatalnym) owocem naszej ukrytej chęci uzurpacji mocy i chwały Boga.

Dlatego też zbawienie wypełnione w Jezusie Chrystusie „wypracowuje się” w naszej modlitwie.
Wszystko, absolutnie wszystko w tym świecie, dzisiaj, jutro i pojutrze, zależy od sposobu odnoszenia się do Boga w modlitwie, prawdziwego lub fałszywego, przez który uznajemy, że Królestwo i chwała należą do Boga i że poddajemy wszystko temu uznaniu.
Wszystko powraca do określenia, że wszystko zależy od sposób, w jaki modlimy się i o którym nasza modlitwa daje świadectwo autentycznej adoracji i skruchy całej naszej istoty.

W tym właśnie tkwi ostatnie słowo: aby Bóg był uznany za Tego, kim jest naprawdę!
Jesteśmy zbawieni, mamy życie wieczne, mamy wszystko, o co prosimy; a nawet więcej, w takim wymiarze, w jakim wyznajemy w Bogu Jego moc i siłę, w wymiarze, w jakim króluje On i w jakim zaprzestajemy pożądać dla siebie samych i z siebie samych Jego chwały.

Teraz zatem nasza radość, nasz pokój, sens naszego przeznaczenia są zawarte w fakcie, że Bóg króluje i że my istniejemy jedynie po to, aby celebrować Jego chwałę, to znaczy nieskończoną doskonałość wszystkiego co czyni i wszystko Kim jest, Jego miłość, Jego sprawiedliwość i Jego moc.
Nie ma innego celu, jakikolwiek by on był, jak tylko ten: chwalić Boga.
Jeśli, czy to śpimy, czy pracujemy, jeżeli rozważamy i jeżeli mówimy, jeżeli jemy i cieszymy się czymś, wszystko to jest na chwałę Bożą.
Jeżeli modlimy się i jeżeli słuchamy Go w tym konkretnym momencie, to jest to na Jego chwałę, by być echem i odbiciem Jego chwały.
Nie będziemy mieli poczucia braku, jeżeli będziemy to wszystko wiedzieć i zgodnie z tą wiedzą postępować.
To, co regularnie stoi u podstaw naszego odczuwania braku/-ów, to nieznajomość Jego chwały.
Wystarczyłoby zatem teraz, z całą prostotą, zwrócić się do Niego całą naszą istotą i otworzyć oczy ducha, by poznać sens naszego życia w Nim i by wejść do pełni tego życia.

Błogosławieństwo wieczne jest na dystans naszego otwarcia oczu, które wznoszą się na chwałę Pana i słów, które wypowiadamy na zakończenie naszej modlitwy.
Wystarczy, abyśmy byli obecni całymi sobą w tych słowach. Wystarczy, aby nasze serce podążało za naszymi wargami i aby nasze życie nie toczyło się zgodnie ze smutnymi słowami proroka, który wyrzuca swojemu ludowi, że oto lud ów wielbi Boga ustami, ale jego serce jest daleko od Niego.
Trzeba tylko, abyśmy nie pozostawali niejako obok naszej modlitwy, przytrzymani poza nią przez oddanie innym bożkom.
Jeżeli modlimy się w prawdzie, mamy wtedy tylko jedną troskę: troskę o właściwe uznanie wielkości Boga, troskę o to, aby jak najdalej na ziemi rozlegał się komunikat o cudzie Jego miłości i o naszym zbawieniu.
A zatem nasza modlitwa - tych, którzy są dziedzicami Królestwa Bożego - kończy się tą właśnie celebracją, która jest celem wszystkiego, co Bóg uczynił dla nas, racją życia...