piątek, 30 maja 2014

Wybacz nam nasze winy, jako i my wybaczamy naszym winowajcom...

Spróbujmy sobie wyobrazić, że gdzieś blisko nas istniałby ktoś, kto byłby szefem swojego ludu, a jednocześnie byłby dla niego ojcem.
Że ten ktoś posiadałby niezrównane sprawiedliwość i dobroć, że byłby najbardziej godny chwały, posiadający największą moc, o nieporównywalnym majestacie.
Można łatwo przypuszczać, że zdecydowana większość z nas miałaby trochę problemów w relacji z kimś takim, a jeśli zdarzyłoby się nam go spotkać, staralibyśmy się wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie.
Jeżeli znalibyśmy choć jedno z jego pragnień, staralibyśmy się je zaspokoić.
Więcej - najprawdopodobniej uważalibyśmy za szczęście dla nas możliwość sprawienia mu nieco radości.
Z jakąż dumą usłyszelibyśmy od kogoś trzeciego wiadomość, że owa niezwykła osoba pozytywnie ocenia nasze postępowanie.
Wyobraźmy sobie także naszą konsternację, nasze poczucie frustracji, gdyby w innej sytuacji, ktoś powiedział: posłuchaj, bardzo tego wielkiego człowieka obraziłeś, sprawiłeś mu niewypowiedzianą przykrość... Więcej – ty go obraziłeś śmiertelnie!
Do czego porównać podobną katastrofę?

Jeżeli to zostawia nas obojętnymi, to wyobraźmy sobie dla odmiany, że ktoś w sposób wyjątkowy obraził nas samych...
Ktoś, kto miał wobec nas wyjątkowy dług, na kogo liczyliśmy, ten zlekceważył nas bez pardonu, obmówił, nadużył nas...
Jeżeli zwrócilibyśmy mu uwagę, zlekceważyłby nasze słowa, bez chwili zastanowienia, bez najmniejszego wysiłku potraktowania naszych słów poważnie...
Mało tego, ten ktoś uważałby - i dawałby temu wyraz - że kłamiecie i oskarżacie go niesłusznie...

Wobec Boga, sprawdzają się wszystkie wyżej opisane mechanizmy. Istotnie, jest On Tym, z którym nic i nikt nie może się porównać.
Jest także Tym, którego obrażamy, tak jak ten ktoś nam bliski, wyżej wyobrażony, sam mógłby nas obrazić.
Obrażamy Boga w sposób najbardziej elementarny, bardzo często.
Nie przestajemy przejmować się wyłącznie nami samymi: nasz egoizm jest bardzo poważną obrazą Boga.
Uważamy się za panów nas samych, poszukujemy w nas źródła naszego życia i budujemy naszą własną sprawiedliwość: nasza pycha jest wielką obrazą dla Boga.
Nie przestajemy osądzać i potępiać innych ludzi, w zależności od emocji chwili: nasz brak miłosierdzia jest wielką obrazą Boga.
Potrafimy w imię pozornego spokoju (dla nas) zaakceptować największą niesprawiedliwość, największe cierpienie innych ludzi: nasze tchórzostwo i wygodnictwo są wielką obrazą Boga.
Można tak długo wyliczać, po to, aby zauważyć jak bez końca jest katalog naszych win wobec Boga...

Nasze życie (i to nie życie jakichś „pogan”, ale nasze życie chrześcijańskie) jest w istocie rzeczy jedną wielką obrazą uczynioną temu Ojcu i Stworzycielowi, do którego adresujemy naszą modlitwę.
Tak, istotnie, nasze życie chrześcijańskie..., a my jesteśmy chrześcijanami tylko w takim wymiarze, w jakim zdajemy sobie z tego faktu sprawę.
Jeżeli nadejdzie dzień, kiedy zaczniemy myśleć, że już nie obrażamy naszego Pana, że nie potrzebujemy już więcej prosić Go o wybaczenie naszych win, to oznaczać to będzie, że przeszliśmy na inną - niż ta wiary chrześcijańskiej – stronę i że pogrążyliśmy się w iluzji, w bardzo niebezpiecznej iluzji naszej anielskości...

Chrześcijanin nie jest człowiekiem, który już nie obraża swego Pana, ale jest tym, który żyje w skrusze, to znaczy cierpiąc głęboko z powodu obraz Boga, których nie ma mocy nie powtarzać.
Aż do końca życia, nie będzie on mógł uczynić innej rzeczy, jak tylko prosić o wybaczenie i żyć, ale nie na podstawie faktu, że przestał obrażać Boga, ale ponieważ Jego grzechy zostały mu wybaczone; dlatego, że Jezus został wydany za jego grzechy.
Grzechy zostały nam wybaczone, ponieważ całe nasze życie pełne obrażania Boga zostało wymazane na Krzyżu i pogrzebane z Jezusem Chrystusem.



Kto z ludzi, zrozumiawszy, że jego całe życie człowieka grzesznego jest obrazą - ciągle odnawiającą się - ośmieliłby się jeszcze żyć i stanąć przed swoim nieprzyjacielem i mieć nadzieję na bycie przyjętym?
Tu właśnie pojawia się cud: Bóg sam wkłada w nasze usta prośbę do Niego o wybaczenie; to wybaczenie obraz niewybaczalnych, wymazanie obraz niewymazywalnych, wybaczenie naprawdę niewiarygodne, a konieczne dla naszego serca, jak dla płuc powietrze, którym oddychamy.
Oto Bóg przyciąga nas do siebie jak Ojciec, który bierze na kolana swoje dziecko i mówi mu: „przeproś mnie teraz”.
Więcej - Bóg mówi nam, byśmy poprosili Go o wybaczenie, które jest już dla nas przygotowane i które On sam nam wskazuje i mówi, byśmy Go o nie prosili...
Mówi do nas tym samym, abyśmy już więcej nie myśleli o naszych obrazach wyrządzonych Mu, ani też o możliwościach wynagrodzenia Mu ich, ale abyśmy prosili o wybaczenie i o to, co już dla nas zrobił - by to wybaczenie mogło być dla nas osiągalne, efektywne.

Tutaj następuje właściwy moment, by przypomnieć nam cenę, jaką Bóg zapłacił za wybaczenie, które nam proponuje.

Kiedy zdarzy się nam uważać za całkowicie normalne, naturalne, że Bóg wybacza nam nasze grzechy, przypomnijmy sobie, że nasz Pan nosi na sobie ślady, na całym swoim ciele.
Te grzechy, które nam wydają się tak małe, że nas nawet w wielu przypadkach nie poruszają, wpisują się w Jego rany na rękach, nogach, korpusie, głowie...
To cała medytacja Wielkiego Piątku...
Tak właśnie się stało: to za cenę nam danego wybaczenia Jezus Chrystus cierpiał za nasze grzechy...
To za cenę tego co wycierpiał Jego Syn, Bóg może wybaczyć nam i wymazać nasze grzechy, zapomnieć je.

Dlaczego? Ponieważ nie można wybaczyć czegoś, czego nie cierpiało się samemu, nie można wybaczyć bólu wycierpianego tylko przez innych...

Nikt nie ma prawa zapomnieć cierpienia innych, a jedynie swoje własne. To dlatego też - na Krzyżu - Bóg przyszedł uczynić swoim całe cierpienie świata, całą straszność życia i śmierci; przyszedł w swoim Synu, wystawiając się On sam na wszystkie obrazy ludzkości.
To z tego tylko powodu może wszystko wymazać, wszystko zapomnieć, wszystko wybaczyć.
To w momencie, kiedy nasze obrazy wypełniają się w ukrzyżowaniu i kiedy Syn Boży umrze pod ciosami zadanymi Mu przez nasze grzechy, wybaczenie nam może być efektywne i możemy je otrzymać. Oto w momencie śmierci Syn Boży prosi: Ojcze, wybacz im!

To właśnie w takich niesamowitych warunkach wybaczenie, które możemy otrzymać, staje się realne, ekspiacja definitywną, wymazanie całkowitym i wyzbyciem wszelkiego zła, które uczyniliśmy.
W tym też kontekście możemy powiedzieć, że znaki naszych grzechów na ciele Pańskim są jednocześnie znakami naszego wybaczenia. Jego ciało i krew zostały wydane za nasze grzechy.
Krew Baranka została wylana za nasze grzechy!
Wszystkie nasze grzechy i całe nasze wybaczenie są w tym kielichu krążącym wokół Stołu Pańskiego, gdzie Pan objawia się nam na zawsze jako Ten, którego śmiertelnie obraziliśmy, ale który nam wybaczył i pojednał ze sobą.
Wszak Chrystus, gdy jeszcze byliśmy słabi, we właściwym czasie umarł za bezbożnych, napisze Apostoł Paweł (Rzymian 5,6).

Zostaliśmy pojednani przez krew Syna Bożego.
A zatem zostało nam ofiarowane na Krzyżu wybaczenie. Z tego też powodu Boża zachęta: „proś mnie o wybaczenie” nie jest czymś okazjonalnym lub warunkowym.
To wybaczenie jest centrum tego, co Bóg nam przygotował od założenia świata.
To wybaczenie jest Objawieniem Boga samego i nikt nie może poznać Boga bez bycia wybaczonym; nikt nie może stanąć przed Nim jako ktoś inny, a tylko jakogrzesznik, któremu wybaczono.

Jednakże, nie możemy zostać tylko na tym etapie, bo i modlitwa „Ojcze nasz” nie zatrzymuje się na nim, ale podąża dalej.
Dorzuca ona bardzo przejmującą klauzulę: „wybacz nam nasze grzechy, jak i my wybaczamy naszym winowajcom”.
Czy byłby to jakiś szczególny warunek wybaczenia Bożego, jakaś możliwość zasłużenia sobie na Boże wybaczenie przez nasz sposób życia?
Wielu chciało wyjaśnić ten kłopotliwy tekst, interpretując go jako: „jak my chcemy przebaczyć”.
Ale Jezus mówi z całą prostotą: „jako my wybaczamy”. Nie jest możliwym wygładzenie rygoru tego stwierdzenia.

Czy zatem wszystko jest nagle poddane w wątpliwość?
Czy wybaczenie Boże zależy od naszego zbawienia, a nasze zbawienie zależy od naszych dzieł, uczynków?
Wiemy dobrze, że nie.
Całe Pismo Święte może nam potwierdzić, że wszystko to zależy wyłącznie od Chrystusa i że w żadnym stopniu nie przyczyniamy się do naszego zbawienia.
Zatem, kiedy Bóg nakazuje, abyśmy dodali do naszej prośby o wybaczenie owe słowa „tak, jak i my wybaczamy”, chce tym samym powiedzieć, że przechodzimy z rzeczywistości tego wybaczenia do mocy owego wybaczenia.
Pytanie nie brzmi zatem: „czy wystarczająco wybaczyłem, aby Bóg mógł mi wybaczyć?”, ale: „czy wiem, że wybaczenie, o które proszę Boga, jest tym samym, którego mój bliźni oczekuje ode mnie” i że nie mogę otrzymać wybaczenia bez udzielenia go, ani też udzielić go bez otrzymania, ponieważ jest to to samo wybaczenie.
Jeżeli ja zatem nie wybaczam mojemu bratu, jeżeli trzymam w sobie nadal złość, obrazę w sercu, jeżeli pozostaję w odrzuceniu bliźniego i wybaczenia mu na skutek jego obraz – nie mogę w sposób poważny i odpowiedzialny prosić Boga o wybaczenie mnie samemu. A to dlatego, że w takiej sytuacji samo źródło, prawda mojej modlitwy są naruszone.
Prawdziwie – nie wiem o co Go proszę...

Chodzi zatem o kwestię, czy prosimy Boga o wybaczenie, jak można prosić o jakąś pobożną satysfakcję, o jakiś przywilej, jakby prosiło się np. o wygraną w loterii?
Gdyby w takiej sytuacji Ojciec nam wybaczył, byłoby to jakby jakieś szczęście nam sprzyjało.
Ponadto, takie wybaczenie byłoby czymś, co nie angażowałoby nas w pełni, byłoby czymś, co przytrafiło się nam jakby przypadkowo.

To Boże wybaczenie ma być jednak fundamentem mojego życia, korzeniem całej mojej życiowej aktywności, mojego postępowania.
Tak, wybaczenie, o które proszę, nie może nieaktywne choćby przez moment w moim życiu. Nie może zatrzymać się i nie dotknąć także mojego brata.
Czy mógłbym zatem oczekiwać ze strony Boga zachowania, którego ja sam odmawiałbym mojemu bliźniemu?

Przebacz, jako i ja przebaczam”.
Naprawdę, Bóg złapał nas tutaj w pułapkę i uczynił, że największa prośba, prośba dla nas osobiście najważniejsza, staje się w tym samym czasie największym wymaganiem wobec nas i w tej samej mierze nas zobowiązuje.
Kto będzie mógł powiedzieć: „wybacz, jako i my wybaczamy”, bez jednoczesnego błagania: „pozwól mi wybaczyć, jak i Ty nam wybaczasz”?
Wszystko to, co odrzucamy, by wypełnić dla innych, prosząc o to samo dla nas, jest tylko cieniem życia.
Wszystko, czego oczekujesz od Boga jest tylko cieniem, jeśli twój brat nie może tego samego oczekiwać od ciebie.

Nie mogę wierzyć w przebaczenie, o które proszę, jeśli to przebaczenie mi moich grzechów nie wyrywa z mojego serca resztek niechęci, czy wręcz nienawiści do bliźniego.
W wypowiadanych słowach próśb tekstu modlitwy Ojcze nasz jesteśmy jak złapani w pułapkę , jesteśmy wyrwani z naszej nieświadomości faktów.
Jest rzeczą niezbędną, aby całe nasze życie i wszystkie nasze relacje rozgrywały się w świecie wybaczenia lub niech ta modlitwa Ojcze nasz nie pojawi się na naszych ustach.
Jest rzeczą konieczną, aby po tej kumulacji obraz i ran, które wypełniają świat, życie narodów zostało wypełnione znakiem przebaczenia, albo ten świat będzie musiał na zawsze wyrzec się życia przed Bogiem...

poniedziałek, 12 maja 2014

Kościół – w teologii ewangelicko-reformowanej

I. Wprowadzenie biblijne.

Kościół, w języku greckim klasycznym (Ekklesia) oznacza zgromadzenie polityczne obywateli. W takim też sensie (zgromadzenia) występuje w Nowym Testamencie. Tłumacze greccy Starego Testamentu użyli tego słowa dla oddania hebrajskiego terminu qahal, szczególnie odnoszącego się do zgromadzenia Izraelitów na pustyni. W teologii reformowanej podkreśla się ciągłość pomiędzy narodem Starego i Nowego Przymierza. Kościół wpisuje się jako kontynuacja historii Narodu Wybranego, który nie uznał Mesjasza w Jezusie Chrystusie. To do niego Apostoł Piotr (1 P 2 ,9) odnosi tytuły rodu wybranego, królewskiego kapłaństwa, narodu świętego, przypisywanych w ST Izraelitom. Apostoł Paweł prezentuje Kościół jako prawdziwe obrzezanie, Izraela Bożego, Jeruzalem niebieskie (por. Flp 3, 3; Gal 6, 16; 4, 26). Jego członkowie są wszczepieni w pień Izraela, jak gałęzie dzikiego drzewa oliwnego (Rz 11, 17)... W Królestwie Niebios zasiądą obok Abrahama, Izaaka i Jakuba (por. Mt 8, 11).
Zgodnie z językiem Biblii, przywileje wierzących Nowego Przymierza są takie, że najmniejszy z nich jest większy niż Jan Chrzciciel, będący „największym spośród zrodzonych z niewiasty” (Mt 11, 11). Wszystko to dzięki nieustającej obecności Ducha Świętego...
Kościół w Biblii porównywany jest do ciała, którego głową jest Chrystus (Ef 1, 22-23; 4, 15-16; Kol 1, 18); do stadka, którego jest On pasterzem (Jn 10, 11-18); do budynku zbudowanego z kamieni żywych, którego Chrystus jest kamieniem węgielnym (Ef 2, 20-22; 1 P 2, 4-6); do świątyni zamieszkanej przez Ducha Świętego (1 Kor 3, 16-17).
Najbardziej poruszającym jest obraz małżonki, będącej obiektem czułości swojego boskiego małżonka, który za nią się oddał i która jemu powinna pozostać oddana (Ef 5, 22-32).

II. Kościół jest jeden, święty, powszechny i apostolski (zgodnie z terminologią Powszechnego Wyznania Wiary Nicejsko-Konstantynopolitańskiego).

Zasada jego jedności jest określona w 17 rozdziale Ewangelii Jana. Jezus modli się tam o jedność wszystkich tych, którzy wierzą w Niego, na podstawie słów Apostołów (Jn 17, 20). Nie ma zatem mowy w tym rozdziale o jakiejś wielkiej organizacji, która obejmowałaby wszystkich tych, którzy noszą na sobie znak chrześcijanina, lub którzy zostali ochrzczeni w jakiś szczególnie konkretny sposób. Jedność wierzących jest rozumiana na podstawie modelu jedności Ojca i Syna: Aby byli jedno, jak my jedno jesteśmy (Jn 17, 22). Nie jest to żadna delikatna równowaga, zbudowana na podstawie wzajemnych kompromisów, ale jest to wyraz wspólnego życia naszego Pana w nas, przez Ducha Świętego. Jezus mówi: Ja w nich, a Ty we mnie, aby byli doskonali w jedności (Jn 17, 23). Nie ma tu wzmianki o dwu- lub wielostronnych relacjach pomiędzy różnymi członkami Ciała Chrystusowego, ale jest to intymna jedność z Nim, Głową, której wszystkie członki są poddane, podporządkowane i złączone (Ef 4, 16).
W tym kontekście nasze wzajemne stosunki, mające źródło w Panu, mogą rozwijać się w harmonii.
W swojej modlitwie Jezus nie wspomina słowem o szczególnej odpowiedzialności w kwestii jedności chrześcijan, jaką miałby obarczyć Piotra (podobnie zresztą świadczą o tym inne teksty biblijne). Sam zresztą Piotr nigdy nie aspiruje do podobnej roli, unika przydawania sobie szczególnej ważności, ale podkreśla, że jedynie zbliżając się do Chrystusa można zbudować Dom Boży (1 P 2, 4). Chrystus prosi za to swojego Ojca, aby to On realizował tę jedność; nie jest to dzieło jego uczniów. Uczniowie mają oczywiście zadania do spełnienia w tej kwestii: mają oni wkładać wysiłek „zachowania jedności Ducha w pokoju” i „strzec się tych, którzy powodują podziały” (Ef 4, 3; Rz 16, 17). Już teraz ci, którzy zostali odkupieni, złączeni są pomiędzy sobą, nawet jeśli ich wzajemne stosunki są naznaczone niedoskonałością charakterystyczną dla wszystkiego co ziemskie. Jedność ta będzie doskonała w wieczności.
Nie jest też prawdą, że jedność chrześcijan pozostaje w pełni niewidzialna. Pan mówi: ... aby byli doskonali w jedności, żeby świat poznał, że Ty mnie posłałeś (Jn 17, 23). W drugim wieku Tertulian świadczy, że poganie – obserwując chrześcijan - mówili: „zobaczcie, jak oni się miłują” (Tertulian, Apologetyka, rozdz. 39).

Istnienie różnych denominacji kościelnych zawsze będzie efektem ludzkiej (wpisanej w naszą naturę) niedoskonałości w wierności Ewangelii. Nie stoi ona jednak na przeszkodzie wzajemnym stosunkom braterskim. Znaczące są w tej kwestii słowa, które Marcin Luter zapożyczył najprawdopodobniej od Ruperta z Deutz: „W kwestiach istotnych jedność, w drugorzędnych wolność, we wszystkich miłosierdzie”.

Wszyscy, którzy są członkami Kościoła Powszechnego, są święci w znaczeniu biblijnym. Oznacza to, że są przeznaczeni na służbę Bogu, pomimo że ich postępowanie pozostawia nierzadko wiele do życzenia i że nie jest rzeczą łatwą rozróżnić tych, których duch jest powierzchowny, a wiara iluzoryczna. Niemniej, Pan zna wszystkich, którzy do Niego należą (2 Tm 2, 19). Chrystus, kiedy powróci, ukaże swój Kościół pełen chwały, bez zmazy lub skazy, święty i niepokalany (Ef 5, 27).

Kościół jest powszechny w tym znaczeniu, że jego członkowie należą do wszystkich narodów, wszystkich plemion, ludów i języków. Ponadto obejmuje on wierzących wszystkich pokoleń, od momentu Pięćdziesiątnicy do przyszłego momentu powtórnego przyjścia Chrystusa. Nikt, poza samym Panem, nie wie kto jest naprawdę członkiem Jego Ciała. To chrześcijanie powinni być widzialni dzięki swemu świadectwu życia wiary. Kościół powszechny jest zatem widzialny w ich osobach, nie ulegając pokusie mylenia go z jakąś organizacją kościelną, niezależnie, czy byłaby ona potężną bądź niewielką.

Kościół jest też apostolski, ponieważ jego fundamentem jest zgodność z nauczaniem Apostołów (por. Ef 2, 20). Inne rozumienie apostolskości (czy tzw. „sukcesji apostolskiej”) jest poza-biblijne, ponieważ to nie nieprzerwane następstwo osób, obejmujących stanowiska kościelne, ale wierność nauczaniu apostołów jest bazą życia Kościoła: A co słyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, to przekaż ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni i innych nauczać (2 Tm 2, 2).

III. Uwagi końcowe.

Przez wieki, w sposób stały, można zaobserwować zarówno w łonie jak i na marginesie Kościołów oficjalnych, obecność świadków Ewangelii Jezusa Chrystusa. Żywili się oni bezpośrednim kontaktem z Biblią, zawsze gotowi do rewizji ich opinii w świetle tekstu natchnionego. Tworzyli i tworzą oni Kościół, który nie tylko zadowala się być „reformowanym” ale wciąż dąży do stałej, własnej, nieustannej reformy (takie jest znaczenie łacińskiej formuły określającej kościoły reformowane: Ecclesia reformata semper reformanda [Verbi Divini]). Centrum życia Kościoła w takim rozumieniu nie jest ukonstytuowana i nienaruszalna tradycja, ale życie które pragnie coraz pełniejszej zgodności z nauką apostołów.
Jan Kalwin, pisze w Katechizmie Genewskim (pkt 94) o Kościele, że „jest on widzialnym przejawem całości dzieła zbawienia, aby nasza wiara w nim była umocniona”.
Stwierdzenie to jest kapitalne dla życia naszych wspólnot. Kościół - w swoim znaczeniu widzialnym - nie jest celem sam w sobie, ale ma być w sposób stały podporządkowany swemu celowi nadrzędnemu: świadczyć o darze zbawienia w Jezusie Chrystusie (por. Rz 8, 29) i umacniać tych, którzy w jego wspólnocie się łączą.

Rozważanie Ewangelii wg Mateusza 11,25-30

(25) W tym czasie odezwał się Jezus i rzekł: Wysławiam cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. (26) Zaprawdę, Ojcze, bo tak się tobie upodobało. (27) Wszystko zostało mi przekazane przez Ojca mego i nikt nie zna Syna tylko Ojciec, i nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić. (28) Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. (29) Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. (30) Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie.

Wprowadzenie.
Rozpoczynając naszą refleksję, należy zauważyć powtarzające się używanie słowa „Ojciec” w rozważanym tutaj fragmencie: aż pięć razy.
Zapamiętajmy od razu także, że używanie słowa „Pan” w Nowym Testamencie odnosi się do prawdziwego Pana, którym jest Jezus-Sługa – por. Filipian 2,11...

Zauważmy także, że istnieje pewien dość szczególny mechanizm związany z Ewangelią: Bóg ukrywa swoją Ewangelię przed tymi, którzy chcą ją posiąść wyłącznie dla siebie, zarezerwować ją wyłącznie dla siebie i jakiejś niewielkiej grupy wybrańców.
Ewangelia jest natomiast przeznaczona dla dużej grupy, dla wielu, a nie dla „elit” (w rozumieniu określonym wyżej).
Ewangelia jest dla tych „małych” (to znaczy tych, którym jest ciężko, trudno; tak jak zostali opisani oni w w.28).
Należy podkreślić, że ww.28-30, uzupełnione lekturą Mateusza 23,2 ukazują, że ci „prostaczkowie” przynależą do grupy tych, których „wielcy wierzący” Izraela uważali za niegodnych Tory (Prawa) i niezdolnych do zrozumienia go.
Tu znajdujemy całą głębię objawienia Bożego tym, dla których wydawał się On nieosiągalny (czy raczej był prezentowany jako taki), a który objawia się, daje się poznać w Jezusie Chrystusie, w radości, jaką Ten niesie wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy byli dotąd uważani za pariasów wiary, odrzuconych, niżej od pozostałych w skali społecznej.

Jeżeli słowo „spracowani” kojarzy się przede wszystkim z wysiłkiem fizycznym, nie można jednak zapomnieć, że słowo to należy ściśle połączyć (tak jak jest to dokonane w naszym tekście) z kolejnym po nim - „obciążeni”.
W świetle Mateusza 23 można zrozumieć łatwo, że chodzi tu o tych, którzy są obciążeni zwyczajami faryzeuszy, którzy nakładali na innych ciężary, zarówno ich słowem (nauczaniem) jak i zachowaniem pełnym osądzania (por. Mt 6,1-2...), mającym często na celu obciążanie winą tych „prostaczków”, „małych”, by ich wręcz wygnać z Królestwa Pańskiego.
W tym kontekście dużo łatwiej można zrozumieć uwielbienie Ojca, wypowiedziane przez Jezusa Chrystusa...

Po tym chwaleniu, uwielbieniu Ojca, który ukrywa się przed „mądrymi” (czytaj intelektualistami) i roztropnymi (czyli szczególnie na pewne sprawy wyczulonymi) i który objawia się prostaczkom, przychodzi wezwanie do owych zmęczonych, obciążonych, przygniecionych, którym Jezus obiecuje prawdziwy odpoczynek (nie rodzaj sjesty lub po prostu przerwy na oddech, zanim podejmą nieco później ich zwyczajowy ciężar funkcjonowania).
Nie, Jezus obiecuje tutaj „nową religię”, która w miejsce obciążania, tłamszenia (jak często wynikało to z polityki religijnej w czasach Jezusa, ale może mieć miejsce także współcześnie) pozwoli prawdziwie odpocząć (warto zwrócić tutaj uwagę jak zmienia się rozumienie sabatu u Marka 2,27-28).
Wszystko to dlatego najpierw, że On sam jest łagodny („cichy”), co jest także rodzajem oskarżenia wobec tych (tu faryzeuszy i nauczycieli Prawa), którzy są twardzi i bezwzględnie wymagający – krytyka ich tacy jacy są, tam gdzie oni są...
Pokorny – oznacza tutaj tego, który nie usiłuje nawet narzucić czegokolwiek lub narzucić się.

Inni będą szanowani przez Niego w całej ich małości, słabości, a nawet w ich swoistym infantylizmie.
Tak, że w Nim, w tym, który się objawia, znajdą najgłębiej rozumiany odpoczynek, nie będą już tłamszeni, miażdżeni przez innych, nie będą wciąż - przez tych, którzy się czują od nich silniejsi – oskarżani.

W tej nowej „religii” jarzmo będzie miłe, a brzemię - jego ciężar - będzie lekkie, dobre do niesienia.
Proszę tutaj zwrócić uwagę na ciekawe postawienie obok siebie tych dwóch słów „jarzmo” i „brzemię”...
Warto zatem w głoszeniu tego fragmentu (czy byłoby to kazanie, czy studium biblijne) podkreślić ten szczególnie pozytywny aspekt osoby i nauczania Jezusa Chrystusa.

Pogłębienie rozważania
W bardziej szczegółowym rozważaniu warto skupić się na jednym wersecie Mateusza 11 – na wersecie 27 i czytać go równolegle z Markiem 10,18:
  • Wszystko zostało mi przekazane przez Ojca mego i nikt nie zna Syna tylko Ojciec, i nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić (Mateusz 11,27);
  • A Jezus odrzekł: Czemu mię nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg (Marek 10,18).
Pierwsza z podanych wyżej dwóch wypowiedzi Pańskich wyraża z siłą świadomość, jaką Jezus miał swojego synostwa Bożego.
Tekst ten plasuje Jezusa jednoznacznie jako Syna, razem z Bogiem Ojcem, ponad wszystkimi ludźmi. Formułuje tę ich relację w terminach oznaczających wzajemność. Daje on Jezusowi rolę pośrednika Objawienia (decyzja o objawieniu jest także decyzją Syna – w.27 - jak i Ojca w Jego najwyższej suwerenności – w.26).

Drugi cytat, przeciwnie, wydaje się wskazywać na coś zupełnie odmiennego. Jezus jakby „potknął się o słowo „dobry” i podkreślał różnicę między nim, tylko prostym człowiekiem, a Bogiem, jedynym mogącym być prawdziwie „dobrym”.

Interpretacja
1-y cytat.
Większość komentatorów uznaje w Mateuszu 11,27 chrystologię (naukę o Chrystusie, Jego osobie i dziele) bardzo wysokiego poziomu. Niektórzy (i wcale liczni) usiłują zanegować autentyczność tego fragmentu, podkreślając jego zbyt duże zbliżenie z teologią bardziej Janową niż Mateuszową. Takie podejście jest nieakceptowalne w odniesieniu do Pisma Świętego. Nawet ktoś tak dość umiarkowany, a przy tym krytyczny, jakim był słynny teolog Oscar Cullmann, nie widział żadnej racji, aby ogłaszać jako nieautentyczną wypowiedź Jezusa w Mateusza 11,27 (w „Chrystologii Nowego Testamentu”).

Czy Jezus, wypowiadając słowa podane przez Mateusza, mógł pojmować samego siebie, jako zwykłe – choć uprzywilejowane – stworzenie? Wielkość tego uprzywilejowania czyni takie myślenie mało prawdopodobnym.
Jezus miałby był tylko człowiekiem „umiłowanym”, jak np. Daniel, któremu zostały objawione tajemnice historii Królestwa Bożego?

Ale przecież nie chodzi tutaj tylko o tajemnicę Królestwa, a chodzi o znajomość Ojca i Syna; o Jego tożsamość, która nie jest możliwa bez objawienia!
Jeżeli myśli się o wizjach Daniela, to trzeba myśleć o Daniela 7. Myśli się o Synu niebieskiego, złączonym z Przedwiecznym, któremu Bóg poddaje władzę nad światem.

Jednakże uderzają nas tutaj bardziej związki kontekstu cytatu Mateuszowego z literaturą mądrościową.
Wezwanie Jezusa z w.28 stanowi echo Mądrości z księgi apokryficznej Syracydesa, ale która to mówi o opatrznościowych przygotowaniach przyjścia Chrystusa.
Ci najmniejsi (prostaczkowie) z w.25 (gr. nepioi) są określeni przez termin mądrościowy „prości”, który można znaleźć w Biblii greckiej. Owi prości pozwalają pokornie nauczać się (por. Psalmy 19,9 i 119,130).
Ma miejsce tutaj identyfikacja Jezusa z Mądrością, która wyjaśnia szereg z Jego zachowań (por. Mateusza 23,34 i Łukasza 11,49) i pozwala interpretować Mateusza 11,27, jako przejęcie przez Jezusa prerogatyw Mądrości z Księgi Przysłów 8,22-31, Jego synowską intymność oraz uczestnictwo w istocie i dziele Bożym.

2-i cytat.
Młodemu notablowi, który pozdrawia Jezusa, nazywając Go „Mistrzem dobrym”, Jezus odpowiada, zgodnie z Marka 10,18: Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg.
Liczni krytycy, którzy szli w ich myśli za Arianami, a może i za Marcjonitami - heretykami ze starożytności chrześcijańskiej, uważają, że znajdują w tym tekście pozostałości „prawdziwego” zachowania Jezusa: Jezusa skromnego, odrzucającego nazywanie się „dobrym”, a tym bardziej „Bogiem”... Dla tak myślących interpretatorów to Mateusz miałby skorygować myślenie Marka w 19,17: A On mu odrzekł: Czemu pytasz mnie o to, co dobre? Jeden jest tylko dobry, Bóg.

Niemniej, chcąc być wiernym całości przesłania biblijnego, odrzucając wyżej wspomniane negatywne interpretacje Pisma, można stwierdzić, że:
  • Jezus stawia pytanie i z całą konsekwencją nie można go zastąpić negacją - „Ja nie jestem dobry”. Owo „dlaczego” może mieć ten sam cel, jak wiele innych pytań Marka w 12,35-37: skłonić do myślenia tych, którym w ten sposób się zadaje temat.
Interpretacja „ariańska” zderza się z elementami filologicznymi: forma użycia tutaj zaimka „mnie” wyłącza wszelki akcent, który można byłoby nań położyć, a to wyklucza ideę, jakoby Jezus chciał przedstawić przez kontrast swoją „niegodność” dobroci Bożej.
Analiza dotycząca kontekstu podkreśla, że jakże to Jezus, jeśli istotnie uważałby się za tak niższego od Boga, mógłby powiedzieć temu młodemu człowiekowi, wiernie zachowującemu Prawo, że: jednej tylko rzeczy mu brakuje - wszystko opuścić i pójść za Nim?

Jeśli chodzi o różnicę między Marka 10 i Mateusza 19, Marek zachowałby ten element podstawowy: „tylko Jeden jest dobry”!
Gdyby miały miejsce tutaj jakieś celowe manipulacje, z pewnością element wątpliwy zastałby skorygowany... Tymczasem, obie wersje przedstawiają, w sposób wzajemnie się uzupełniający, dialogi, które miały wiernie streścić.
  • Dogmatycznie rzecz biorąc, liczne sposoby rozumienia są tutaj pozornie do przyjęcia.
Czyli, że potencjalnie Jezus mógłby, jak chcieliby niektórzy, przeciwstawić swoją dobroć stworzenia (zgodnie z naturą ludzką, absolutnej dobroci Boga). Niemniej, nic w egzegezie nie skłania nas do myślenia w tym kierunku. Uwaga Jezusa, zgodnie z tym co pisze jeden z tzw. Ojców Kościoła - Atanazy, miałaby na celu zwrócić uwagę Jego rozmówcy na fakt, że skoro bierze Go tylko za człowieka, to nie powinien nazywać Go „dobrym”...

Większość Ojców widziała jednak w tym „dlaczego?” Jezusa zaproszenie do pogłębienia sensu pozdrowienia zbyt mało przemyślanego i skłonić mówiącego do uznania boskości Syna Bożego.
Ambroży parafrazuje ten tekst Marka słowami: „Czy nie wierzysz, że jestem Bogiem? Nie wystarczy nazywać mnie dobrym. Nie szukam uczniów, którzy wierzą raczej w dobrego mistrza, zgodnie z naturą ludzką, niż w Boga, zgodnie z Boskością”.
Augustyn wyciąga z kontekstu ten sławny dylemat, bezlitosny dla amatorów kompromisów: albo Bóg, albo nie jest On dobry.

  • Komentarz najbardziej ostrożny: u Marka 10,18 Jezus nie podnosi wyraźnie kwestii swojego własnego statutu. Zatrzymuje surowo młodego człowieka na jego powierzchownym i zbyt łatwym używaniu pojęcia dobroci i pozwala mu uświadomić sobie nieskończoną wymagalność bycia „przed Bogiem”, ukrytą pod zbyt banalnym słowem „dobry”.
Jest to klucz do całej pedagogiki Jezusa, realizowanej w tym Jego spotkaniu.

Uwagi praktyczne
Należy zauważyć niezwykłą troskę Boga o tych, których życie i inni ludzie miażdżą lub zmiażdżyli.
W tych czasach ogólnego zmęczenia, warto poświęcić więcej czasu tekstowi Mateusza, by:
a. przypomnieć, że to zmęczenie życiem nie jest zjawiskiem wyłącznie współczesnym, nie mniej niż pozbawiający odwagi podziw, który czasami przejmuje nas przed osobami uważanymi za stanowiące przykład. Jezus ten rodzaj podziwu/niepokoju stara się wyrwać z człowieka. Nie należy też tworzyć jakichś ogólnych teorii o łagodności Jezusa. Nie, to wobec nas, nas konkretnych, Jezus jest łagodny.

b. należy przypomnieć, że Jezus niósł swój krzyż, dźwigając nasze grzechy i właśnie tak czyniąc „odciąża” nasze barki z tego strasznego ciężaru potępienia z powodu grzechu; Jezus pozwala nam podnieść się i posuwać w życiu do przodu.
Ktokolwiek przeżywa swoją wiarę jako ciężar, jako przymus, jako rodzaj paraliżu, nie zna jeszcze prawdziwie Jezusa Chrystusa... ale za to Jezus zna go doskonale.