sobota, 30 listopada 2013

Modlitwa – dar Boży



Modlitwa jest łaską, jest darem Bożym. Idąc za Reformatorami, nie powinniśmy - rozważając kwestię modlitwy - w pierwszym rzędzie podkreślać zachowania człowieka w niej, co on robi, modląc się.
Oczywiście, człowiek coś „robi”, jest w modlitwie aktywny, ale aby zrozumieć to działanie, należy zacząć jakby od końca, to znaczy powiedzieć najpierw o wysłuchaniu modlitwy.
Można byłoby się tym zdziwić, ponieważ zgodnie z pewną logiką, należałoby najpierw zapytać się: co to znaczy modlić się? A dopiero w dalszej kolejności: czy jesteśmy wysłuchani, kiedy modlimy się?
Pamiętajmy jednak, że dla Reformatorów punktem witalnym, bazą wszystkiego jest pewność: Bóg wysłuchuje modlitwę.
To pierwsza rzecz, jaką należy wiedzieć. Kalwin mówi tu wyraźnie: otrzymujemy to, o co ubiegamy się. Nasza modlitwa jest zbudowana na tej pewności.



Podejmijmy zatem naszą kwestię modlitwy od faktu, że Bóg wysłuchuje. Ale uwaga zaraz na początku, aby nie popaść w złe rozumienie tego terminu (które już mogło zaistnieć choćby przy wyżej podanym stanowisku Kalwina): jeśli używamy tutaj pojęcia "wysłuchanie", nie mylmy go z literalną realizacją tego, co sami zakładamy w modlitwie jako efekt finalny. Bóg wysłuchuje, co nie jest tożsame: zawsze realizuje nasze pragnienia, plany. 
Bóg realizuje to, o co prosimy, ale w sposób Jemu właściwy, a ten jest zawsze dla nas najkorzystniejszy. 

Nie jest On głuchy, On słucha.
Jednocześnie miejmy świadomość, że nie działa On w ten sam sposób, czy będziemy się modlić, czy też nie. Istnieje wpływ modlitwy na działanie Boga. To właśnie oznacza słowo „wysłuchanie”.
W 129 pytaniu Katechizmu Heidelberskiego jest powiedziane, że wysłuchanie naszych modlitw jest pewniejsze niż poczucie rzeczy, które mamy, gdy o nie prosimy.

Wydaje się, że nie ma nic bardziej pewnego niż poczucie tego, o co prosimy, ale Katechizm mówi, że wysłuchanie przez Boga jest jeszcze bardziej pewne.
Trzeba, abyśmy mieli tę wewnętrzną pewność. Być może mamy wątpliwości co do szczerości naszej modlitwy i co do wartości naszych pragnień. Ale jedna rzecz jest poza wszelką wątpliwością – to wysłuchanie, którym Bóg obdarza.

Nasze modlitwy są słabe i ubogie. Jednakże to, co jest ważne, to nie to, by nasze modlitwy były silne, ale aby Bóg je wysłuchał. Oto dlaczego modlimy się.

Jak Bóg nas wysłuchuje? Należy tutaj przypomnieć sobie artykuł Katechizmu Kalwina, poświęconego Jezusowi Chrystusowi.
Nie można lepiej zrozumieć faktu wysłuchania przez Boga, jak tylko idąc za tą myślą: Jezus Chrystus jest naszym bratem, do Niego należymy, jest głową ciała, którego my jesteśmy członkami i jest w tym samym czasie Synem Bożym, Bogiem samym.
To On jest nam dany jako pośrednik, jako adwokat przed Bogiem. Nie jesteśmy już oddzieleni od Boga, ani też – co jest jeszcze ważniejsze – Bóg już nie jest od nas oddzielony…
Zdarza się, że niektórzy są i żyją jak bez Boga, ale Bóg nie jest z dala od ludzi!
To trzeba wiedzieć i o tym trzeba pamiętać, to bardzo ważne.
Wszystko to dlatego, że wobec ludzi „bez Boga” staje Bóg, który nie jest nigdy bez ludzi; ponieważ w Bogu człowiek, ludzie, my wszyscy jesteśmy obecni.

Jeżeli Bóg zna człowieka, jeżeli go widzi i osądza, to dzieje się to zawsze w osobie Jezusa Chrystusa, Jego własnego Syna, który był Mu posłuszny i który jest obiektem Jego upodobania. Przez Niego ludzkość jest obecna w Bogu.
Bóg ogląda Chrystusa i to w Nim nas widzi.
Mamy naszego najlepszego „reprezentanta” przed Bogiem.
Kalwin mówi wręcz, że modlimy się przez Jego usta.
Jezus Chrystus mówi przez to kim był, ponieważ wycierpiał w posłuszeństwie i wierności wobec swojego Ojca.
I my także modlimy się Jego ustami, na tyle, na ile dal nam przystęp do Ojca i wstawia się za nami.

Zatem, w głębi, nasza modlitwa jest dokonana, zanim my sami ją sformułowalibyśmy.
Kiedy modlimy się, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko „powtórzyć” i „odebrać” tę modlitwę, która została wypowiedziana w osobie Jezusa Chrystusa i którą powtarza się zawsze, ponieważ Bóg sam tak pozwolił, zadecydował i jest z człowiekiem.

Bóg jest Ojcem Jezusa Chrystusa i ten człowiek, Jezus Chrystus, modlił się i modli się nadal.
Taki jest fundament naszej modlitwy w Jezusie Chrystusie.
Chcemy przez to powiedzieć, że Bóg sam czyni się gwarantem naszej prośby, że On sam zechciał być tym, który wysłuchuje naszych modlitw, ponieważ to Jezus Chrystus modli się za nas.

To, że Ojciec Jezusa Chrystusa poddaje się prośbom ludzkim, że zmienia swoją intencję i podąża za modlitwą człowieka, nie oznacza Jego słabości.
To On jest tym, który w swoim majestacie, w splendorze swojej mocy, zechciał i chce aby tak było.
Chce być Bogiem, który był człowiekiem w Jezusie Chrystusie.
Tu i w tym jest Jego chwała, Jego wszechmoc. Nie umniejsza się On poddając się naszej modlitwie, a wręcz przeciwnie – to właśnie w ten sposób ukazuje swoją wielkość.

Jeżeli Bóg sam chce być w relacji z człowiekiem, być blisko niego jako Ojciec swojego dziecka, nie ma w tym żadnego umniejszenia Jego mocy.
Bóg nie może być większy, niż jest On w Jezusie Chrystusie.
Jeżeli Bóg wysłuchuje naszą modlitwę, nie dzieje się tak tylko dlatego, że nas słucha i umacnia naszą wiarę, ale dzieje się tak dlatego, że On jest Bogiem: Ojcem, Synem i Duchem Świętym, którego Słowo stało się ciałem.

Przypomnijmy teraz Lutra, który nas bardzo zachęca do modlitwy w każdym ze swoich dzieł. Więcej nawet niż zachęca – Luter nakazuje modlitwę.
Nie modlenie się byłoby nie zauważeniem faktu, że jesteśmy przed Bogiem, że nasze życie w sposób stały toczy się przed Nim.
Byłoby to nie uznaniem tego, kim On jest.
Więcej jeszcze: takie zachowanie czyniłoby nas niezdolnymi do przyjęcia faktu, że Bóg spotyka nas w Jezusie Chrystusie.
Kiedy zatem pojmujemy tę tajemnicę wiary jest koniecznym, abyśmy modlili się: oto Jezus Chrystus jest tutaj, On, Syn Boży, a my, którzy do Niego należymy, my, którzy nie  mamy innej możliwości jak tylko pójść za Nim, modlić się przez Niego, my jesteśmy z Nim!
Dobra droga jest odnaleziona, a teraz trzeba nią podążać.
Na tej drodze Ewangelia i Prawo (zakon), obietnica i przykazania Boże, są tą samą rzeczą.
Bóg otwiera nam tę drogę, nakazuje nam modlić się.

A zatem nie jest możliwym twierdzić : będę się modlił albo nie będę się modlił, jakby chodziło tutaj o coś wybranego z upodobania lub nie.
Być chrześcijaninem i modlić się jest jedną i tą samą rzeczą; rzeczą, która nie może być poddana naszym kaprysom.
Jest to potrzeba fundamentalna, coś jak oddychanie - niezbędna do życia.
Katechizm Heidelberski precyzuje jeszcze: modlitwa jest po prostu pierwszym aktem uznania względem Boga.
Słowo uznanie jest jaśniejsze niż wdzięczność, ponieważ oznacza działanie zgodnie z tym, co znamy (u-znamy).
Każdy człowiek, który zna Boga, musi wyrazić swoje wobec niego uznanie. Uznaje to, że Bóg jest, że uczynił dla nas wielkie rzeczy w Jezusie Chrystusie.
Taki człowiek wchodzi w pozycję, która została nam dana Chrystusie i z tej pozycji człowiek ten modli się.
Luter dodaje, że Bóg zapłonąłby gniewem, gdybyśmy nie modlili się, gdyż byłoby to lekceważeniem daru, który nam uczynił.
A ponieważ to On mówi nam, abyśmy się modlili, jakże moglibyśmy lekceważyć ten obowiązek?

Reformatorzy przypominają nam zatem, że nie modlimy się tylko wtedy, kiedy nam to odpowiada, że modlitwa jest – w życiu chrześcijanina – aktem podstawowym, koniecznym i który musi zawsze być obecny w tym życiu.

Ponadto, Bóg - dlatego że jest naszym Bogiem - poprzedza naszą modlitwę swoją łaską.
Tam, gdzie jest łaska Boża, tam człowiek modli się.
Bóg wypełnia w naszej modlitwie to, czego w niej nie potrafimy; tam, gdzie nie potrafimy się modlić.
To Duch Święty, Duch Boży zachęca nas i wzmacnia, czyniąc nas zdolnymi do modlenia się tak, jak jest to właściwe.

Nie możemy, nie mamy instrumentów, by osądzać czy jesteśmy godni lub zdolni do modlitwy, czy mamy wystarczająco zaangażowania do modlenia się.
To łaska Boża jest sama w sobie odpowiedzią na takie pytania.
Kiedy jesteśmy pocieszeni łaską Bożą, zaczynamy modlić się słowami albo bez nich.

Bóg sam wskazuje nam drogę zaangażowania w modlitwie.
Modlitwa nie jest jakimś rzuceniem się na ślepo, jakimś aktem szaleństwa.
Modląc się, nie możemy rzucić się w coś zgodnie w naszą fantazją, na tę lub inną drogę; w nie wiadomo jakie poszukiwanie…
To Bóg jest tym, który nakazuje człowiekowi podążać za Nim, przyjąć miejsce, które jest mu dane.
Modlitwa jest sprawą uregulowaną przez Boga, nie jest nasza inicjatywą.

Jak należy się modlić?
To nie przez przypadek Jezus dał model modlitwy w „Ojcze nasz”, aby nauczyć ludzi modlić się.
Bóg sam uczy nas jak należy się modlić, ponieważ mamy tyle rzeczy do przedstawienia Mu.
I my wierzymy, że wszystko to, co pożądamy jest zawsze tak ważne.
Chociaż… jest koniecznym, abyśmy tak wierzyli.
Ale aby nasz akt stał się prawdziwą modlitwą należy zaakceptować ofertę, jaką Bóg nam składa. 
Nie możemy modlić się z nas samych i jeżeli nie chcemy przeżywać rozczarowania w modlitwie, musimy zaakceptować, że Bóg ukazuje nam drogę prawdziwej modlitwy. Ustawia nas, wraz z naszymi potrzebami i naszymi problemami na pewnej drodze, na której możemy wszystko Mu przedstawić, ale musimy na tę konkretną drogę wejść.

Jest to swoista dyscyplina, jakiej Bóg od nas wymaga.
Jeżeli jest ona nieobecna, nie możemy być zdziwieni że krzyczymy na próżno, zamiast stanąć w modlitwie, która już została wysłuchana…

Bądźmy szczęśliwi z posiadania wzorca, jakim jest „Ojcze nasz”, mówią Reformatorzy, abyśmy modląc się tak mogli nauczyć się prawdziwej modlitwy.
Kalwin oświadcza z racją, że wobec modlitwy nie możemy zachowywać się jak obcy, ale jak obywatele miasta Bożego; mamy tego dokonać akceptując jego konstytucję, jego system porządku i jego reguły.
To pod tym warunkiem istnieje wysłuchanie modlitwy i odpowiada ona problemom naszego życia.

Ponieważ On jest Bogiem w Jezusie Chrystusie, Bóg sam popycha nas do przybrania przed Nim postawy, która na pierwszy rzut oka może wydawać się zbyt śmiała, gdyż obliguje nas do spotkania z Nim z pewną śmiałością: „Dałeś nam obietnice, nakazałeś nam modlić się, a więc przychodzę, oto ja; nie z moimi pobożnymi pomysłami, bądź dlatego, że lubię się modlić (może nawet nie lubię się modlić) i mówię to, co Ty sam nakazałeś mi mówić: pomóż mi w potrzebach mojego życia. Oto stoję przed Tobą.”

Luter ma rację: pozycja człowieka, który modli się, wymaga największej pokory w tym samym czasie, w jakim wymaga ona śmiałości, odwagi.
Dobra pokora to ta, która zakłada konieczność akceptacji w wolności miejsca, które mamy w Jezusie wobec Boga.
Zatem - wola Boga ku naszej korzyści, czyli Jego miłosierdzie w Jezusie, jest elementem  decydującym w kwestii, która nas zajmuje.
Bóg może wysłuchać naszej modlitwy pomimo naszej niegodności, a to z powodu naszego Pana, Jezusa Chrystusa!

wtorek, 26 listopada 2013

Rozważanie Ewangelii według Marka 13,1-37



Tekst  rozważany :    Ewangelia według Marka 13,1-37

Proponowany do rozważania tekst Ewangelii mówi o sytuacjach budzących obawy, strach - strach mogący paraliżować życie.
Czy mowa Jezusa, którą podaje Ewangelista Marek, ma jakieś odniesienie do naszych współczesnych strachów, dręczących nas problemów?
Na to pytanie chcemy dzisiaj spróbować odpowiedzieć.

- o –

Kiedy ewangelista Marek pisze swój tekst?
Przypuszczalnie dobre trzydzieści lat po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, w latach 60-70 naszej ery.
Odbiorcy Marka przeżywają wydarzenia porażające strachem.
Jest to strach fizyczny, ponieważ prześladowania uczniów Jezusa nabierają rozmachu.
Jest to strach psychologiczny, ponieważ koniec czasów, który miał – jak wierzono – być tak bliski, nie nadchodzi i nie rozumie się dlaczego.
Jest to strach teologiczny, ponieważ zerwanie z judaizmem stało się już bez mała całkowite i chrześcijanie są teraz jakby zdani wyłącznie na siebie samych w konfrontacji z groźnym dla nich imperium rzymskim.
W tekście Marka Jezus mówi o strachach, obawach: fizycznych, psychologicznych, teologicznych.

Pierwsza część Jego przemowy jest jakby katalogiem zagrożeń, które dotykają wszystkich ludzi, w tym (a niektóre szczególnie) chrześcijan: trzęsienia ziemi i konflikty zbrojne, rozdarte rodziny, wojny domowe, szarlatańscy kaznodzieje, fałszywi zbawcy, prześladowania, niesłuszne skazywanie na śmierć...
Wydarzenia te, to albo katastrofy naturalne, bądź przemoc ludzka.
Są to strachy, niepokoje głębokie, fundamentalne, ostateczne, tzn. dotyczące samego życia i jego sensu.

W większości współcześni komentatorzy biblijni nazywają całość naszego tekstu z Ewangelii Marka – Markową Apokalipsą (apokaliptein – objawiać).
Istotnie, cały ten fragment należy do typu literackiego nazywanego apokaliptycznym.
Była to maniera pisania, używająca określonych obrazów, sposobu opisywania zjawisk ze specjalnym słownictwem, z licznymi cytatami ze Starego Testamentu.
Dzisiaj jest nam bardzo trudno pojąć ten typ przekazu literackiego, ale był on bardzo rozpowszechniony w czasach Jezusa i Marka.
Często posługiwano się nim, aby powiedzieć jakieś rzeczy ważne, w sposób bardziej ukryty i tajemniczy.
Czy jednak w tym konkretnym Markowym przypadku, mamy do czynienia z jakimś objawieniem tajemniczego przesłania, zakodowanego, np. o końcu czasów, o końcu świata?

Uważam, że nie, bądź nie do końca...
Zauważcie, że katastrofy naturalne i przemoc międzyludzka występują tak naprawdę w każdej epoce, od początku pojawienia się człowieka, aż do czasów nam współczesnych i to niezależnie od miejsca geograficznego.

Jezus, w cytowanym tekście Marka, zachęca do pozostania w pełnym sercu świata i – po trzykroć – zachęca do czuwania.
Postawa ucznia Jezusa, która jest tutaj zaproponowana, nie polega ani na ugięciu się przed problemami życia, ani też na ucieczce od życia (by tych problemów uniknąć), ale jest to postawa czuwającego, jakby strażnika.

Ale jeśli strażnika, to aby obserwować nadejście czego?
Dlaczego uczeń Jezusa ma czuwać?
Ponieważ, jak mówi tekst: wtedy ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach z wielką mocą i chwałą. I wówczas pośle aniołów, i zgromadzi wybranych swoich z czterech stron świata, od krańca ziemi aż po kraniec nieba.
Cóż za obraz!
Jak jednak mamy go pojąć, zwłaszcza my, którzy nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego języka, do takich wyobrażeń?
Myślę, że Jezus chce powiedzieć: to nie do tych największych, dręczących nas strachów należy ostatnie słowo na tym świecie; one także będą miały swój koniec.
Strachy te nie mają mocy pochłonąć całego tego świata.
Pośród tych wszystkich naszych strachów, niepokojów, niepewności, jedna rzecz jest pewna: że Syn Człowieczy, to znaczy sam Jezus Chrystus, nadejdzie.
Panami historii nie są porażająca beznadzieja i przemoc, ani też strachy, które one rodzą.
Prawdziwym Panem historii jest Syn Boży, Jezus, który nadchodzi.


I tu dochodzimy do naszego głównego elementu dzisiejszego poranka: Pan przyjdzie.
Niech będzie, ale kiedy?!
Ewangelia mówi: nikt nie wie!
Czy możemy przez to rozumieć, że Jezus mówi o jakiejś przyszłości, nieokreślonej, w sposób niepoliczalny oddalonej?
Wydaje mi się, że nie.

Zatrzymajmy się przez moment na okolicznościach w jakich przemowa ta zostaje wygłoszona przez Jezusa.
Jest to rodzaj pożegnalne przemówienia Jezusa do Jego uczniów.
Jezus jest w Jerozolimie, dwa dni przed swoim aresztowaniem i w mowie tej daje ostatnie wskazówki swoim uczniom.
Ale nie zwraca się tutaj do wszystkich swych uczniów.
Tylko czterej z Jego uczniów są obecni: Piotr, Jakub, Jan i Andrzej.
To tylko im Jezus mówi i powtarza: czuwajcie!
Ten czasownik jest bardzo rzadki w Ewangelii Marka.
Można go znaleźć poza naszą sceną tylko dwa dni później, tuż przed aresztowaniem Jezusa, w ogrodzie Getsemani.
Jezus powie tam ponownie - „czuwajcie”!
Komu? Tym samym osobom, poza Andrzejem: Piotrowi, Jakubowi, Janowi; tym uczniom, którzy wpadną w sen.

Ponadto, Jezus kończy swoją przemowę krótką przypowieścią o panu domu, który znienacka przychodzi wieczorem, pośród nocy, o pianiu koguta lub rankiem.
Co nam powie Ewangelista na stronie nastęnej, à propos wydarzeń, które będą miały miejsce dwa dni później?
Że Jezus będzie zdradzony przez swoich wieczorem, że Jego uczniowie nie będą potrafili czuwać pośród nocy, że Piotr wyparł wyparł się Go o pianiu koguta, że rankiem został opuszczony przez wszystkich swych bliskich...

Kiedy zatem Syn Boży przychodzi na obłokach z wielką mocą i chwałą?
To znaczy jednocześnie ukryty i w pełni objawiony?
- Nie na końcu świata, na końcu czasów, ale w Jego męce na Krzyżu.

Kiedy tak naprawdę ta wizja apokaliptyczna realizuje się?
- Na drodze do ukrzyżowania.

Apokalipsa i koniec świata nie są zarezerwowane na jakąś przyszłość, na datę której nie znamy.
Apokalipsa i koniec świata już rozpoczęły się dwa dni po wypowiedzieniu przez Jezusa Jego mowy pożegnalnej do uczniów; rozpoczęły się w Wielki Czwartek.
Mistrz nie przychodzi po czymś, na końcu kalendarza wieków.
Pan nie pojawia się po naszych udrękach, po naszych strachach, po naszych obawach.
Więcej nawet: w Getsemani i na Golgocie, Pan przychodzi poprzez Jego własną udrękę, przez Jego własne strachy, obawy.
Syn Człowieczy przychodzi do nas w Jego własnej słabości.

Oto co zatem w swoim przesłaniu Ewangelista Marek przekazuje całej wspólnocie chrześcijańskiej, porażonej strachem w życiu:
Fakt, przeżywacie strach, niepokoje, obawy, ale nie dajcie im się przygnieść.
Czuwajcie, ponieważ Pan przychodzi!
Pan przychodzi, i przychodzi już od teraz!
Przychodzi, bo zawsze chce być blisko ciebie, we wszystkich twoich strachach i obawach, iść niejako obok ciebie, nawet wtedy – lub zwłaszcza wtedy –gdy się boisz.
Pan także przeżył wiele sytuacji najbardziej skrajnych, mogących powalać strachem: odrzucenie, zdradę, depresję bezradności, aż do śmierci.
Ale On zmartwychwstał, jest dzisiaj obok każdego z nas i pozwala nam zmartwychwstawać w naszych strachach, w tym, co nas paraliżuje.

Tak, Pan przychodzi, ale nie później, nie kiedyś, w związku z jakimś końcem czasów, końcem świata.
Nie, Pan przychodzi dzisiaj, tutaj i teraz.
Pan przychodzi nie po naszych strachach i naszych udrękach.
On jest już teraz obecny w sercu naszych udręk i cierpień, naszych strachów, nie zostawia nas samych, aby te strachy nas poraziły i zniszczyły.

Tak, Pan przyszedł w swojej słabości i udręce wiele lat temu, ale Pan przychodzi także dzisiaj do każdego z nas, do każdego naszego życia, takiego jakim ono jest, z jego strachami, z jego udrękami.
Abyśmy nawet w śmierci, które ze sobą niosą – zmartwychwstali.
Taka jest Dobra Nowina na dzisiaj, taka jest Dobra Nowina Jezusa Chrystusa. Amen

sobota, 16 listopada 2013

Praca, własność, rozwoj ekonomiczny w protestantyzmie...?



Historycy stwierdzają fakt, że od wieku XVII wyraźnie dochodzi do rozdźwięku ekonomicznego między krajami kultury łacińskiej, a krajami Północy.
Od wieków XVII i XVIII, mapa rozwoju ekonomicznego Europy pokrywa się znacząco z granicami państw (lub regionów), w których protestantyzm był wyznaniem dominującym.
Mimo, że – jak wspomniano – większość historyków zgadza się z faktem związku geograficznego „kraje protestanckie-rozwój ekonomiczny”, opinie związane z analizą źródeł tego postępu w krajach protestanckich różnią się znacząco. Chodzi tu przede wszystkim o poddanie krytyce tezy, że postęp ekonomiczny byłby wynikiem cech związanych z protestantyzmem jako takim, z jego charakterystykami.

Także dzisiaj, napotkamy bardzo liczne opinie krytyczne w tej kwestii.
Podajmy kilka z nich.
1. Protestancki dynamizm ekonomiczny byłby „wypadkiem” spowodowanym przyczynami pośrednimi, jak ogólny rozwój alfabetyzacji i edukacji.
Czyli tylko przypadkowo niejako, a wręcz nieświadomie dla uczestników, alfabetyzacja miałaby pozytywne skutki ekonomiczne dla populacji protestanckich (pamiętajmy, że były one przejęte promocją nauki pisania i czytania, a właściwie uczenia się w ogólności)...
2. Dynamizm ekonomiczny winien się wpisać w całość naturalnych ruchów rozwoju ekonomicznego, które rozpoczęły się w Europie już w wieku XIII.
3. Rozwój ekonomiczny byłby naturalnym rezultatem ucieczki „mózgów”, związanych z prześladowaniami religijnymi i ich koncentracją na pewnych, ściśle określonych terytoriach, dająć przez koncentrację i przychylny pracy intelektualnej klimat przyczynek do rozwoju ekonomicznego.
4. Można też usłyszeć pełne ironii słowa, czy to protestantyzm zrodził rozwój ekonomiczny, dobrobyt, czy raczej dobrobyt przyciągnął protestantów?...

Protestantyzm zatem, zgodnie z wyżej przytoczonymi przykładowo opiniami nie miałby w sobie nic szczególnego, co miałoby przyczynić się - specyficznie dla niego - do rozwoju ekonomicznego terytoriów, które obejmował, populacji na nich żyjących...

Zacytowawszy niektóre z opinii krytycznych, nie chcę z nimi wchodzić w dyskusję, uznając także szereg z nich, jako interesujących, niemniej rozważania racji rozwoju ekonomicznego w świecie protestanckim wydają się niepełne, jeśli nie przyda się należytej uwagi specyfice religijnej protestantyzmu - jego teologii.  

Jednym z pierwszych (i przyznajmy – nie do końca satysfakcjonującą, opierającą się o wiele uproszczeń), który taką analizę uczynił sławną, jest Max Weber (znany teoretyk pracy, filozof ekonomii, twórca współczesnej socjologii) w swoim dziele Etyka protestancka i duch kapitalizmu, opublikowanym w 1905. Autor rozwija w nim tezę związku, który miałby istnieć między etosem kalwinizmu purytańskiego i mentalnością przedsiębiorcy kapitalistycznego.


Atelier w Audincourt, pocz. XX wieku, nalezace do rodziny Peugeot, rodziny aktywnej takze wspolczesnie we Francuskim Kosciele Reformowanym



Zdaję sobie sprawę, że zauważenie bezpośrednich związków między domenami myśli tak pozornie odległymi, jak myśl religijna i myśl ekonomiczna może wydawać się przesadzone. Jednakże jest ona niezwykle istotna dla omawianej przez nas problematyki.

Należy jednak już na wstępie poczynić pewną uwagę: nie jest dla nas tutaj przekonującą i godną podtrzymania teza, zgodnie z którą duch kapitalizmu miałby być wyłącznym rezultatem wpływu Reformacji, a także będziemy daleko od przekonania, że kapitalizm, jako system ekonomiczny miałby być bezpośrednią konsekwencją Reformacji...


Sedno religijne Reformacji.

Przypomnijmy, przechodząc do naszego rozważania, że w sercu Reformacji protestanckiej znajduje się przekonanie, zrodzone z re-lektury Ewangelii, że dla całości ludzi (uznanych za winnych i niewypłacalnych przed Bogiem), nie ma nadziei na zbawienie lub usprawiedliwienie, jak tylko poprzez akt osobistej wiary w odkupieńcze dzieło dokonane przez Jezusa Chrystusa.
Jeżeli istnieje jakaś idea, która winna być podkreślona, gdy mówi się o Reformacji, to jest nią właśnie ta.
Cała reszta intelektualnej, teologicznej konstrukcji Reformacji, jest następstwem tego fundamentalnego przekonania:
Zbawienie jest osiągalne dla każdego człowieka poprzez osobistą wiarę w dzieło wypełnione przez Jezusa Chrystusa (jedynego i wystarczającego Pośrednika między Bogiem i ludźmi).

To, co na tej podstawie następuje w w protestantyzmie, to dowartościowanie indywiduum ludzkiego, na niekorzyść wszelkiego rodzaju pośredniczenia sakramentalnego i kościelnego (i reglamentacji z nimi związanej), tak charakterystycznych dla systemu religijnego, którego krytykę i próbę poprawy podjęła Reformacja.

W tradycji protestanckiej stwierdza się z całym przekonaniem, że powołanie jest skierowane przez Boga do każdej jednostki ludzkiej, czyniąc z niej - w oczach Bożych - osobę jedyną i odpowiedzialną za nią samą.

Stąd bierze się w tradycji protestanckiej to, co nazywane jest „powszechnym kapłaństwem wierzących”:
przekonanie, że każdy wierzący jest kapłanem przed Bogiem; przekonanie, które zrodzi w łonie protestantyzmu ideę autorytetu i władzy typu demokratycznego, najpierw w Kościele, a następnie – przez analogię – w świecie polityki.

Kiedy Kalwin(1509-1564) zachęcił swoich współwyznawców do stania się odpowiedzialnymi za nich samych, w rzeczywistości (i najpewniej nieświadomie) uruchomił mechanizm, którego rozmiaru być może nawet sobie nie wyobrażał. Miał on - podczas kilku wieków - objąć większość struktur hierarchicznych Średniowiecza i zainspirować zastąpienie ich przez struktury o charakterze demokratycznym; czy miałoby to być w sferze społeczności świeckich, czy religijnych.


Powołanie

Wspomnieliśmy już o powołaniu. Termin ten dla naszego rozważania ma znaczenie kluczowe.
Kalwin mówiąc o powołaniu jest dziedzicem Lutra (1483-1546), który położył pięćdziesiąt lat wcześniej kamień węgielny całej protestanckiej etyki pracy poprzez swoją koncepcję Beruf (powołania).
Specyfiką myśli Lutra w tym temacie, jest rozszerzenie godności duchowej i religijnej na wykonywanie różnych zawodów (manualnych, rzemieślniczych, handlowych, technicznych), godności która wcześniej była przyznawana wyłącznie powołaniu kapłanów i mnichów.

Dla Lutra, zawód i jego wykonywanie, nabierze z czasem coraz większej wagi.
Życie monastyczne, w jego oczac, odrywa człowieka od obowiązków tego świata, podczas gdy wykonywanie obowiązków zawodowych w świecie staje się najbardziej bezpośrednim wyrazem miłości bliźniego nakazanej przez Ewangelię.

Luter nie tylko ubrał powołanie zawodowe w godność religijną równą tradycyjnej posłudze kościelnej, ale także, jakby tym samym ruchem, przyznał mu niezależność od instytucji Kościoła, pomógł uznać, że aktywność zawodowa rozwija się w sferze własnej, w której Kościół nie ma powołania do interweniowania w sposób bezpośredni.
Aktywność i energia pracownika dzięki temu mogła rozwijać się w pełni wolności.

Niektórzy mówią tutaj o desakralizacji świata pracy, ale zwrot ten nie wydaje się adekwatny, ponieważ nie chodzi tu o autonomię świata pracy świeckiej w odniesieniu do religii.
Luter jednaznacznie głosił, że - dla przykładu - piekarz, wyrabiając chleb, jest posługującym Bogu przez wyrabianie ciasta i chwali Boga przez to, co robi; a chwali Go w takim samym wymiarze, jak robi to ksiądz w ramach jego posługi duszpasterskiej.

Jeżeli zatem praca świecka otrzymuje w koncepcji protestanckiej formę niezależności, to jest to niezależność wobec Kościoła instytucjonalnego, któremu godność zawodów wykonywanych nie jest już podporządkowana, ale jeśli chodzi o niezależność wobec Boga, to efekt jest całkowicie odwrotny: każda uczciwa praca staje się formą uwielbiania Pana.


Kalwin i etyka pracy

Praca Boga i praca człowieka

Kalwin w tej samej kwestii, będzie budował na fundamencie postawionym przez Lutra. Jako reformator drugiej generacji, miał bez wątpienia wygodniejszą pozycję niż Luter, by dostrzec i podkreślić socjalne i polityczne następstwa głoszonej Ewangelii.
Kalwin wzbogaci tezy Lutra przez przekonanie, że godność pracy wypływa z faktu, że praca człowieka wpisuje się w przedłużenie pracy, jaką Bóg angażuje w świecie, by dbać o swoje stworzenia.
Przez swoją pracę, człowiek staje się „współpracownikiem Boga”, stając się dzierżawcą lub zarządcą, wezwanym do użytkowania i nadania wartości wszystkim bogactwom stworzenia.

Z tejże racji, lenistwo, nieróbstwo, zgodnie z moralnością protestancką, było zawsze pojmowane jako wada szczególnie godna potępienia, ponieważ leń, próżniak wynaturza w jakiś sposób swoje człowieczeństwo.
W tej tradycji, odrzucanie pracy lub leniwość w niej, jest interpretowane jako odrzucenie odpowiedzenia na oczekiwanie Boże, jako rodzaj zerwania z Nim.

W tej optyce, podkreślane jest, że aby praca odnalazła jej duchowy sens, pracownik ma oddawać się jej ze świadomością wykonywania jej każdorazowo osobiście i bezpośrednio przed Bogiem.
Praca staje się w takim wymiarze, dzięki wierze, wyrazem wdzięczności za efekty dzieła odkupienia dokonanego dla nas przez Boga; praca jest tym, co dotąd było podkreślane przez zachowywanie przykazania o odpoczynku w dzień święty.

Uwaga: praca nie ma w sobie, według Kalwina, jakiejś własnej wartości (nie jest to kult pracy), ale może jej dopiero nabyć wpisując się w kontynuację dzieła Bożego.


Wzbogacenie i własność

W kwestii wynagrodzenia za pracę, elementem istotnym dla moralności szczególnie kalwińskiej jest twierdzenie, zgodnie z którym Bóg sam jest największym dawcą bogactw.
W ten sposób wynagrodzenie za pracę pomimo, że może to wyglądać paradoksalnie, jest widziane jako dar Boży: jako łaska, do otrzymania której ludzie są powołani wraz ze związaną z otrzymaniem jej konieczną wdzięcznością.
Takim elementem (związanym z darem Bożym) jest także własność.  

Niemniej uwaga tutaj niezbędna: otrzymanie wynagrodzenia, jako łaski wiąże się również z obowiązkiem godnego wynagradzania pracowników, jako wyrazem świadomej partycypacji w tym samym mechanizmie daru Bożego.

Szczególną nowością w moralności kalwińskiej było nie zamykanie społecznej akceptacji bogactwa do odkreślonych warstw społecznych, które w średniowieczu mogły cieszyć się bogactwem w sposób społecznie akceptowalny (jak szlachta, kler). Rozszerzona została akceptacja bogactwa na grupy dotąd lekceważone, jak np. mieszczaństwo, czy bogate chłopstwo.
Takie pojęcie wynagradzania, gromadzenia posiadania, pozwalało na uwolnienie przed obawą duchową, jakie bogactwo może budzić (przypomnijmy tu średniowieczny ideał duchowy – biedy świadomie wybranej) i zwiększenie kreatywności i produktywności u uwolnionych od obaw protestantów.   

Oczywiście, z czasem pojawiło się poważne zafałszowanie tej idei, zwłaszcza w niektórych nurtach purytańskich, obecne także dzisiaj w niektórych nurtach protestantyzmu ewangelikalnego, proweniencji przede wszystkim amerykańskiej.
Zgodnie z tym fałszywym rozumieniem stopień bogactwa jest wyrazem stopnia (intensywności) błogosławieństwa Bożego.
Pamiętajmy jednak, że takie myślenie nie ma nic wspólnego z oryginalną myślą Reformatorów.


Resumé

Powtórzmy reasumując: praca została silnie dowartościowana przez Reformację, w jej podwójnej trosce, aby wszyscy chrześcijanie znaleźli się na jednym poziomie wartości ludzkiej i aby uwypuklić wartość tzw. „skromnych zajęć”.
Praca przestała w optyce Reformacji być aktywnością „świecką”, by zostać uznaną jako „powołanie” Boże.

Aby jednak nie dać się ponieść bezkrytycznemu optymizmowi, musimy też przyznać, że dość szybko kryterium powołania zostało „spragmatyzowane” do celów użyteczności ekonomicznej.

Niemniej, co dla nas jest tutaj szczególnie ważne, w miarę pogarszania się warunków pracy, przy wzroście „dzikiego” kapitalizmu, czyli działań skoncentrowanych na maksymalizacji zysku kosztem wydatków związanych z kosztami wytworzenia produktu (w tym szczególnie godziwego opłacania pracowników) ci sami protestanci, którzy zdawało się tak łatwo jeszcze niedawno dali się pochłonąć mechanizmom rynku, staną się tymi, którzy zaangażują się w powstanie rozwiązań prawnych, mających gwarantować sprawiedliwość wobec zatrudnianych.

W wymiarze historycznym można tu mówić np.:
- o ekonomiście genewskim Simondzie de Sismondi (1773-1842), który napisał znane dzieło Nowe zasady ekonomii politycznej lub o bogactwie w jego stosunkach z ludnością;
- o przedsiębiorcy alzackim Danielu Legrand (1783-1859), jak i o środowisku protrestanckim Stowarzyszenia przedsiębiorczości w Mulhouse (stworzonym w 1826);
- i Angliku Anthony Ashleyu Cooperze, siódmym hrabim Shaftesbury (1801-1885).
Wszyscy oni (wymienieni tu jedynie przykładowo, a było ich więcej) zainaugurowali długą walkę na korzyść promocji pracowników przez ustawodawstwo pracy.
Daniel Legrand był pierwszym, który rzucił pomysł międzynarodowej organizacji pracy, która miała opracowywać traktaty międzynarodowe związane z ochroną najbardziej wykorzystywanych.
U początków wieku XX, ruch chrześcijaństwa socjalnego stał się poważnym echem tych idei.
W 1908, grupa Kościołów protestanckich, Federal Council of the Churches of Christ in America, wyraziła wobec władz amerykańskich rewolucyjne żądania, co do ustaleń chroniących pracowników (prawa robotników, minimalne wynagrodzenie gwarantowane, ubezpieczenia, sprawiedliwy rozdział dochodów, ustanowienie porządku gwarantującego porozumienie i arbitraż w sytuacjach konfliktowych). Ta grupa Kościołów odegrała decydującą rolę w tworzeniu opinii publicznej, która zaskutkowała przystąpieniem USA do tworzącej się Międzynarodowej organizacji pracy.
W ciągu wieku XX protestanci dostrzegali i promowali coraz mocniej kwestię sprawiedliwości społecznej w debatach organizowanych w ramach Światowej Rady Kościołów, idąc aż do określenia, jak to np. miało miejsce podczas Zgromadzenia w Uppsali (1968 r.), o „prawie do pracy”.

Współcześnie, większość Kościołów protestanckich nadal broni wizji, zgodnie z którą praca stanowi część Bożego projektu wobec ludzkości.
Kościoły te zmagają się z nowo powstającymi wyzwaniami społecznymi i społeczno-ekonomicznymi, dążąc do realizacji programu, zgodnie z którym praca winna być dostępna i godziwie wynagradzana zarówno w krajach bogatych, jak i w krajach uboższych.

Wyraźnie można zaobserwować protestanckie zaangażowanie w obronę respektowania równości mężczyzn i kobiet wobec pracy (i stopnia wynagrodzenia) i – a właściwie szczególnie – w walkę z postępującym zubożeniem i bezrobociem.