wtorek, 1 października 2013

Dobrobyt i protestantyzm?...



Związek między protestantyzmem a dobrobytem ekonomicznym zdaje się być faktem powszechnie przyjętym, przez większość historyków. W wiekach XVII i XVIII, mapa rozwoju ekonomicznego Europy pokrywa się znacząco z granicami państw protestanckich.

W czym jednak opinie różnią się poważnie, to jest to analiza racji tego postępu ekonomicznego. Można powiedzieć, że w przedmiocie tym użyte zostały wszelkie określenia, do najpoważniejszych oskarżeń włącznie, a to z ust autorów antyprotestanckich, którzy starali się dokonać wszystkiego, by odrzucić pozytywny wpływ Reformacji na świat problemów społecznych.
Także dzisiaj, liczne opinie są wyrażane w tej kwestii. Jedną jest ta mówiąca, że protestancki dynamizm ekonomiczny byłby wypadkiem spowodowanym przyczynami pośrednimi, jak ogólny rozwój alfabetyzacji i edukacji. Czyli tylko przypadkowo niejako, a wręcz nieświadomie dla uczestników, ta alfabetyzacja miałaby pozytywne skutki dla populacji protestanckich, które istotnie były przejęte promocją nauki pisania i czytania, a właściwie uczenia się w ogólności...
Dla innych autorów (ciągle – powiedzmy delikatnie – sceptycznych wobec protestantyzmu), ten dynamizm ekonomiczny winien się wpisać w całość naturalnych procesow rozwoju ekonomicznego, które rozpoczęły się w Europie już w wieku XIII.
Protestantyzm zatem, zgodnie z wyżej przytoczonymi przykładowymi opiniami nie miałby w sobie nic szczególnego, co miałoby przyczynić się specyficznie dla niego do rozwoju ekonomicznego terytoriów, które obejmował, populacji na nich żyjących...

Warto tu jeszcze zacytować teorię, zgodnie z którą rozwój ekonomiczny byłby rezultatem naturalnym ucieczki „mózgów”, związanych z prześladowaniami religijnymi i ich koncentracją na pewnych, ściśle określonych terytoriach, dając przez koncentrację i przychylny pracy intelektualnej klimat przyczynek do rozwoju ekonomicznego. Nic zatem ponownie szczególnego, a wynikającego ze specyfiki protestantyzmu...

Można też usłyszeć pełne ironii słowa: czy to protestantyzm zrodził rozwój ekonomiczny, dobrobyt, czy raczej dobrobyt przyciągnął protestantów?...

Zacytowawszy niektóre z opinii krytycznych, uważamy jednak, że wszelkie rozważania w tej kwestii wydają się spłycone, a nawet sterylne, pozbawione prawdziwej owocności w poznaniu, jeśli nie przyda się należytej uwagi specyfice religijnej, teologii protestantów.

Zdajemy sobie sprawę, że zauważenie bezpośrednich związków między domenami myśli tak pozornie odległymi, jak myśl religijna i ekonomiczna może wydawać się przesadzone. Chcemy jednak przez moment zastanowić się nad taką ewantualnością, nam wydającą się wysoce prawdopodobną...

W sercu Reformacji protestanckiej znajduje się przekonanie, zrodzone z relektury Ewangelii, że dla całości ludzi (uznanych za winnych i niewypłacalnych przed Bogiem), nie ma nadziei na zbawienie lub usprawiedliwienie, jak tylko poprzez akt wiary osobistej w odkupieńcze dzieło dokonane przez Jezusa Chrystusa. Jeżeli istnieje jakaś idea, która winna być podkreślona, gdy mówi się o Reformacji, to jest nią właśnie ta.
Cała reszta jest tylko konstrukcją dalsza, począwszy od tego przekonania teologicznego,  centralnego i fundamentalnego: zbawienia osiągalnego dla każdego człowieka poprzez wiarę osobistą w dzieło wypełnione przez Jezusa Chrystusa (Pośrednika jedynego i wystarczającego między Bogiem i ludźmi) na korzyść człowieka.
W konsekwencji, to co następuje w protestantyzmie, to pewne dowartościowanie w protestantyzmie indywiduum lub indywidualności na niekorzyść wszelkiego rodzaju pośredniczenia sakramentalnego i kościelnego.
W tradycji protestanckiej stwierdza się z całą siłą przekonania, że powołanie jest kierowane przez Boga do każdej jednostki ludzkiej, czyniąc z niej, w oczach Bożych osobę jedyną i odpowiedzialną za nią samą.
 Stąd bierze się, w tradycji protestanckiej, to, co nazywane jest „powszechnym kapłaństwem wierzących”: przekonanie, że każdy wierzący jest kapłanem przed Bogiem; przekonanie, które zrodzi w łonie protestantyzmu ideę o autorytecie i władzy typu demokratycznego, najpierw w Kościele, a następnie – przez analogię – w świecie polityki.

Mówiąc o powołaniu, Kalwin jest dziedzicem Lutra, który położył wcześniej fundamenty całej protestanckiej etyki pracy poprzez jego koncepcję Beruf (powołania). Specyfiką myśli luterańskiej w tym temacie jest rozszerzenie na wykonywanie różnych zawodów (manualnych, rzemieśliniczych, handlowych, technicznych) godności duchowej i religijnej, która wcześniej była przyznawana wyłącznie powołaniu kapłanów i mnichów.
Dla Lutra, zawód i jego wykonywanie, nabierze z czasem coraz większej wagi. Życie monastyczne, w oczach Lutra, odrywa człowieka od obowiązków tego świata, podczas gdy wykonywanie obowiązków zawodowych staje się wyrazem najbardziej bezpośrednim miłości bliźniego, nakazanej przez Ewangelię.

Kalwin, w tej samej kwestii, będzie budował na fundamencie postawionym przez Lutra. Jako reformator drugiej generacji, miał bez wątpienia lepszą pozycję niż Luter, by dostrzec i podkreślić socjalne i polityczne następstwa głoszonej Ewangelii.
Kalwin wzbogaci tezy Lutra przez przekonanie, że godność pracy wypływa z faktu, że praca człowieka wpisuje się w przedłużenie pracy, jaką Bóg podjął w świecie, dla dbałości o swoje stworzenia. Przez swoją pracę, człowiek staje się „współpracownikiem Boga”, stając się dzirżawcą lub zarządcą, powołanym do użytkowania i waloryzowania wszystkich bogactw stworzenia.
Z tejże racji, lenistwo, nieróbstwo, zgodnie z moralnością protestancką, było zawsze pojmowane jako wada szczególnie godna potępienia, ponieważ leń i nierób wynaturza w jakiś sposób swoje człowieczeństwo.
W tej tradycji, odrzucanie pracy lub leniwość w niej, jest interpretowane jako odrzucenia odpowiedzenia na oczekiwanie Boże, jako rodzaj zerwania z Nim.

W tej optyce, było jednocześnie postrzegane jako ważne, by praca odnalazła jej sens duchowy, że pracownik oddaje się osobiście jej przed Bogiem.
Praca jednak, według Kalwina nie ma w sobie samej własnej wartości, ale może dopiero jej nabyć wpisując się w kontynuację pracy Boga.
Te właśnie przekonania stanęły u podstaw zaangażowania profesjonalnegi i ekonomicznego protestantów, które z czasem zaskutkowało znaczącym rozwojem, dobrobytem miast, wsi, krajów przenikniętych duchem Reformacji.

Powtórzmy reasumując: praca została silnie dowartościowana przez Reformację, w jej podwójnej trosce aby wszyscy chrześcijanie znaleźli się na jednym poziomie wartości ludzkiej i aby uwypuklić wartość tzw. „skromnych zajęć”. Praca przestała w optyce Reformacji być aktywnością „świecką”, by zostać uznanym jako „powołanie” Boże, od chwili, kiedy pozwala ludziom wzajemnie się wspomagać.
Aby jednak nie dać się ponieść bezkrytycznemu optymizmowi, musimy też przyznać, że dość szybko kryterium powołania zostało „spragmatyzowane” do celów użyteczności ekonomicznej, co przyniosło przesadną niekiedy chwałę pracy. Na niektórych dawnych grobach protestanckich, w Europie zachodniej, można jeszcze dzisiaj przeczytać: „praca była jego całym życiem”.
Stąd też wzięła się, jak twierdzi znany teoretyk pracy i filozof ekonomii, twórca współczesnej socjologii, Max Weber, ważność pracy w społeczeństwach zeświećczonych, naznaczonych duchem kapitalizmu, które były zainteresowane coraz bardziej tym, by nie wydawać, a reinwestować.
Niemniej, co dla nas jest tutaj szczególnie ważne, w miarę pogorszania się warunków pracy, przy wzroście „dzikiego” kapitalizmu, czyli działań skoncentrowanych na maksymalizacji zysku kosztem wydatków związanych z kosztami wytworzenia produktu (w tym szczególnie godziwego opłacania pracowników) ci sami protestanci, którzy zdawało się tak łatwo dali się jeszcze niedawno pochłonąć mechanizmom rynku, staną się tymi, którzy zaangażują się w powstanie rozwiązań prawnych, mających gwarantować sprawiedliwość wobec zatrudnianych.
W wymiarze historycznym można tu mówić np.:
- o ekonomiście genewskim Simondzie de Sismondi (1773-1842), który napisał znane dzieło Nowe zasady ekonomii politycznej lub o bogactwie w jego stosunkach z ludnością;
- o przedsiębiorcy alzackim Danielu Legrand (1783-1859), jak i o środowisku protrestanckim Stowarzyszenia przedsiębiorczości w Mulhouse (stworzonym w 1826);
- i Angliku Anthony Ashleyu Cooperze, siódmym hrabim Shaftesbury (1801-1885).
Wszyscy oni (tu wymienieni jedynie przykładowo, a było ich więcej) zainaugurowali długą walkę na korzyść promocji pracowników przez ustawodawstwo pracy.
Daniel Legrand był pierwszym, który rzucił pomysł międzynarodowej organizacji pracy, która miała opracować traktaty międzynarodowe związane z ochroną najbardziej wykorzystywanych.

U początków wieku XX, ruch chrześcijaństwa socjalnego stał się poważnym echem tych idei.
W 1908, grupa Kościołów protestanckich, Federal Council of the Churches if Christ in America, wyraziła wobec władz amerykańskich rewolucyjne żądania co do ustaleń chroniących pracowników (prawa robotników, minimalne wynagrodzenie gwarantowane, ubezpieczenia, sprawiedliwy rozdział dochodów, ustanowienie porządku gwarantującego porozumienie i arbitraż w sytuacjach konfliktowych). Ta grupa Kościołów odegrała decydującą rolę w tworzeniu opinii publicznej, która zaskutkowała przystąpieniem USA do tworzącej się Międzynarodowej organizacji pracy. W trakcie wieku XX protestanci widzieli coraz ważniejszą rolę sprawiedliwości społecznej w debatach organizowanych w ramach Swiatowej Rady Kościołów, idąc aż do mówienia, jak to np. miało miejsce podczas Zgromadzenia w Uppsali (1968 r.), o „prawie do pracy”.

Współcześnie, większość Kościołów broni wizji, zgodnie z którą praca (i to niekoniecznie wynagradzalna) stanowi część Bożego projektu co do ludzkości i Kościoły te walczą z nowo powstającymi wyzwaniami społecznymi i społeczno-ekonomicznymi, dążąc do realizacji programu, zgodnie z którym praca winna być dostępna i godziwie wynagradzana zarówno w krajach bogatych, jak i w krajach uboższych.
Wyraźnie można zaobserwować protestanckie zaangażowanie w obronę respektowania równości mężczyzn i kobiet wobec pracy (i stopnia wynagrodzenia) i – a właściwie szczególnie – w walkę z postępującym zubożeniem i bezrobociem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz