wtorek, 22 października 2013

Katechizm – znaczenie terminu i krótka historia katechizmów protestanckich



W protestantyzmie termin « Katechizm » oznacza tak nauczanie religijne, świadczone przez  Kościół osobom zarówno bardzo młodym, jak i dorosłym, ale też  podręcznik przeznaczony do takiego nauczania.

Pomimo, że średniowieczny Kościół katolicki wymagał znajomości podstawowych tekstów wiary chrześcijańskiej (Credo, Ojcze Nasz, itd.), nie znał on nauczania religijnego w pełnym tego słowa znaczeniu i kontrolował znajomość wyżej wspomnianych tekstów konfesyjnych w ramach dorocznej pokuty, nakazanej każdemu chrześcijaninowi od XIII wieku.
Istniejące liczne podręczniki i pomoce pamięciowe były przeznaczone wyłącznie dla duchownych.
To Reformacja wprowadziła Katechizm (jako praktykę uporzadkowanego nauczania o wierze) oraz doprowadziła do stworzenia i upowszechnienia podręczników  pprzeznaczonych do nauczania religii. Czyniąc to - odpowiadając na konieczność tak teologiczną jak i praktyczną - stworzyła od razu nowy gatunek literacki, który odniósł sukces międzywyznaniowy.

Luterańskie odrzucenie formuły kapłaństwa duchownych i nacisk na powszechne kapłaństwo wierzących wymagało, by każdy był nauczany elementów fundamentalnych dla wiary.
Umocnienie się Reformacji spowodowało rozprzestrzenienie się nowej nauki we wszystkich warstwach społecznych ludności i położyło koniec katechetycznej pustce Średniowiecza.
W trakcie pierwszych lat Reformacji zostało opublikowanych ponad trzydzieści Katechizmów.

W 1529 Luter zredagował i wydał swoje dwa Katechizmy (Mały Katechizm lub Enchiridion, przeznaczony dla początkujących i zaadaptowany do użytku domowego oraz Duży Katechizm, przeznaczony dla tych, których rolą jest nauczanie religii, dla głów rodzin, dla pastorów, dla nauczycieli...).

Tak poprzez ich formę (pytania-odpowiedzi), jak przez zawartość (Dziesięć Przykazań, Apostolskie wyznanie wiary, Ojcze nasz i sakramenty), stały się one modelem, któremu pozostaną wierne liczne inne katechizmy wieku XVI, w tym także poza granicami wyznaniowymi protestantyzmu (por. katechizmy katolickie:  Piotra Kanizjusza lub Katechizm rzymski z 1566 roku).
Porządek, w jakim katechizmy były stworzone, odbija luterańskie rozumienie Prawa i rozróżnienie między wiarą i dziełami.

Po stronie reformowanej, to przede wszystkim Katechizm Kościoła Genewy (Kalwin, 1542) i Katechizm Heidelberski (Ursyn i Olewian, 1563), które szybko zdobyły rangę klasycznych  podręczników nauczania katechetycznego.

Od wieku XVI, Katechizmy Lutra i Kalwina, a także Heidelberski nabyły waloru prawie normatywnego.
Świadczy o tym między innymi ich miejsce w zbiorach oficjalnych tzw. Pism Symbolicznych (to znaczy pism wyznaniowych, oficjalnych, właściwych każdemu nurtowi protestantyzmu, w tym zwłaszcza historycznego).

Odnowa konfesyjna wieku XIX, teologiczno-biblijna, konserwatywna, ponownie (po częściowym zapomnieniu katechizmów w okresie Oświecenia) podniosła wartość klasycznych tekstów najbardziej znanych Ojców Reformacji.

Co może wydać się interesujące, już w wieku XX wieku, w walce przeciwko „Chrześcijanom niemieckim” (prądowi protestanckiemu w Niemczech, przychylnemu i podporząkowanemu Hiltlerowi), Kościół wyznający podkreśli wartość Małego Katechizmu Lutra, otwierając tym samym okres odnowy rozumienia wyznającego w praktyce katechezy.

środa, 9 października 2013

Rozwazanie tekstu z Ewangelii wedlug Mateusza 6,19-23


(19) Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; (20) ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. (21) Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje. (22) Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest zdrowe, całe ciało twoje jasne będzie. (23) A jeśliby oko twoje było chore, całe ciało twoje będzie ciemne. Jeśli tedy światło, które jest w tobie, jest ciemnością, sama ciemność jakaż będzie!

„Gdzie jest skarb twój, tam będzie twoje serce” oraz „Światłem ciała jest oko” to dwa wyrażenia, nad którymi chciałbym przez moment zatrzymać dzisiaj waszą uwagę.

Zanim jednak przejdziemy do rozważania ich, spróbujmy ustalić znaczenie słów, które je tworzą, aby mieć pewność, że będziemy je wspólnie rozumieli tak, jak to jest niezbędne do zawartego w nich przekazu.

Znaczenie skarbu, samo w sobie nie stanowi problemu, ale już serce może go  budzić.
Serce, w rozumieniu biblijnym, to nie tyle nasz najważniejszy mięsień, tak fundamentalny dla życia, ale to ta najbardziej intymna sfera człowieka, w której tłoczą się najbardziej skryte myśli, gdzie człowiek dyskutuje sam ze sobą i podejmuje najbardzie znaczące decyzje.
W tym znaczeniu mówimy o sercu, jako o centrum człowieka.

Ciało, dla języka Biblii, to nie tylko element fizyczny, to nie tylko to, co widzimy zewnętrznie w danym człowieku; ciało to nie tylko zewnętrzność człowieka, którą ten komunikuje z innymi i ze światem fizycznym.
Ciało w znaczeniu Pisma Świętego, to cała osoba ludzka, która żyje tu i teraz, spotyka innych ludzi, a przede wszystkim to ta osoba ludzka, która stara się w swoim życiu wypełnić wolę Bożą.

Wreszcie oko.
Oko, podobnie jak serce w Biblii jest tym elementem, który prowadzi człowieka w życiu, który orientuje człowieka w tym życiu i kierunku, który w nim wybiera.

Jeżeli zatem przyjrzymy się tym kilku elementom razem, to zauważymy łatwo, że dzisiejszy tekst kazalny chce skupić naszą uwagę, zachęcić nas do refleksji nie nad jakimiś banalnymi sprawami, ale tak naprawdę nad tym, co jest w naszym życiu szczególnie ważne: jakie podejmujemy w nim wybory, w jakim kierunku nasze życie podąża, a wręcz -  kim w tym życiu tak naprawdę jesteśmy.

Wróćmy teraz w naszym rozważaniu do kwestii skarbu.
Skarb, to coś, to jest cenne, co każdy pragnąłby posiadać, bo wydaje się symbolicznie tym, co mogłoby być kluczem do rozwiązania wszystkich naszych życiowych problemów, a za takie najczęściej uważamy problemy materialne.
Znaleźć skarb, to ustabilizować swoje życie, to uniezależnić się od wahań ekonomii, od dobrej lub złej woli pracodawców czy zmiennych nastrojów polityków, którzy są odpowiedzialni za stabilność lub niestabilność społeczną.
Kto nie pragnąłby posiadać skarbu, by być tym samym niezależnym i w pełni samodzielnym kreatorem swojego życia?
Owszem, zdarzają się sytuacje odnalezienia skarbu materialnego, ale są one tak rzadkie i nieznaczące, że można je zaliczyć do świata fantazji...
Skarby najczęściej istnieją tylko w filmach, pięknych opowieściach przygodowych, czy w baśniach.

Pozostańmy jednak przy pojęciu, że skarb to coś niezwykle cennego, co może nas w życiu „ustawić” w ten, czy inny sposób.
A zatem, w dzisiejszym rozważaniu, odwołanie się do pojęcia skarbu stawia przed nami pytanie, zobowiązuje nas do spojrzenia na siebie samych i odpowiedzenia sobie na pytania:
- czym, jakie są nasze życiowe skarby (czyli to, co stanowi o naszym poczuciu szczęścia życia, w oparciu o co życie to możemy konstruować)
- i czy te skarby (lub jakiś jeden skarb) są czymś tak trwałym, że nie podlegają wahnięciom ekonomii, czy atakom sił natury lub złych ludzi?
Czy to, na czym opieramy nasze życie, poczucie szczęścia w tym życiu nie jest oparte o jakieś tak naprawdę nikłe fundamenty, zniszczalne, zmienne, ulotne?

Drogi bracie i siostro, Pan nasz pyta dzisiaj każdego z nas, mnie i ciebie, co jest twoim skarbem?
W co jesteś gotowy czy gotowa, zainwestować całe twoje życie?
O co jesteś gotowy; czy gotowa oprzeć twoje życie?
W oparciu o co budować twoje poczucie szczęścia, twoją przyszłość?
Bo ten wybór, wybór twojego skarbu, będzie miał znaczenie absolutne dla twojego życia.
Tam będzie twoje serce, czyli wokół niego będą się kłębiły twoje myśli, twoje pragnienia, twoje radości lub frustracje.
Wokół tego skarbu będzie się kłębiło twoje życie.
I przez pryzmat tego skarbu, jak przez okular narzucony naszemu życiu, przez to biblijne oko, będziemy postrzegać życie.
Przez okular tego skarbu nasze oko będzie nas prowadzić przez życie. Będzie nam poddawało wybory do dokonania.

Ten skarb i wszystko co z nim jest związane, czyli nasze w biblijnym rozumieniu serce, oko, czy ciało (a zatem cała nasza osoba) to największa i najważniejsza w naszym życiu inwestycja.
I co najważniejsze, ta inwestycja nie dotyczy tylko tego życia tu i teraz, ale będzie miała skutki także tam, gdzie żadnej z rzeczy tego świata nie zabierzemy ze sobą.

Nie ma zatem ważniejszej decyzji, nie ma ważniejszej inwestycji, jak określenie i wybór tego naszego skarbu...

Wybacz, bracie i siostro w Chrystusie, nie podam ci zbyt łatwego rozwiązania.
Ale wydaje mi się, że mogę podzielić się z wami czymś więcej, niż tylko możliwą wskazówką.
Jesteśmy ewangelikami, protestantami, a w sercu Reformacji protestanckiej znajduje się przekonanie, zrodzone z relektury Ewangelii, że dla całości ludzi nie ma innego źródła nadziei na właściwie przeżyte życie tu i teraz i na jego kontynuację później, po śmierci, jak tylko w akcie osobistej wiary w odkupieńcze dzieło dokonane przez Jezusa Chrystusa.
Jeżeli istnieje jakaś idea, gdy mówi się o Reformacji, a która winna być podkreślona, to jest nią właśnie ta.
Cała reszta jest tylko dalszą konstrukcją, począwszy od tego centralnego i fundamentalnego przekonania teologicznego: relacji z Bogiem, osiągalnej dla każdego człowieka poprzez osobistą wiarę w dzieło wypełnione przez Jezusa Chrystusa, tej relacji która życie ludzkie może konstruować w jego najdrobniejszych szczegółach.  

To co następuje w dzięki takiemu przekonaniu, to odkrycie właściwej wartości człowieka, który zaufawszy Bogu, czuje się i jest naprawdę wolny by móc swoje życie przeżyć w aktywnie i w radości.
Z niego bierze się, w tradycji protestanckiej, np. to, co nazywane jest „powszechnym kapłaństwem wierzących”: świadomość, że każdy wierzący jest kapłanem przed Bogiem; przekonanie, które zrodzi w łonie protestantyzmu ideę o autorytecie i władzy typu demokratycznego, najpierw w Kościele, a następnie – przez analogię – w świecie polityki.

Z tej podstawowej prawdy o fundamentalności relacji z Bogiem, w Jezusie Chrystusie, bierze się świadomość, że Bóg – powtórzmy: ten z którym ta relacja została nawiązana i ustabilizowana w Jezusie Chrystusie, w wyborze Go jako Pana mojego życia – pozwala każdej osobie odkryć jej życiowe powołanie.

A powołanie ludzkie, to jego orientacja w życiu, to odkrycie całego zespołu dyspozycji, które człowiek może w życiu rozwijać, które Bóg mu dał, w nim złożył i pozwala mu je odkryć.
Bo każda osoba ludzka jest w oczach Bożych jedyną i odpowiedzialną za nią samą.

Poznać swoje powołanie, płynące z Boga, człowiek może tylko w Bogu, dzięki niemu.
A więc tylko w Bogu człowiek może odnaleźć siebie, odnaleźć i poznać gdzie i w co, a także w kogo może swoje życie najlepiej zainwestować.

Taki jest sens życia chrześcijańskiego, taki jest sposób, aby nasze serce, nasze oko, mogły budować nasze życie, by nasze ciało, nasza cała osoba mogła naprawdę być szczęśliwa.

Myślę więc, że tym skarbem, o którym już tyle powiedzieliśmy, jest Bóg sam.
A tym, w którym możemy Go poznać i spotkać jest nasz Pan, Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel, któremu zaufanie jest najlepszą inwestycją naszego życia, inwestycją otwartą na kreatywność w naszym życiu.
Jeśli prześledzicie historię Reformacji, to zauważycie, że ci, którzy przyjęli tę prawdę o skarbie, jakim jest Bóg, spotkany w osobistym akcie wiary, nie znaleźli się na marginesie życia rodzinnego, zawodowego, społecznego.
Wręcz przeciwnie – prawda ta pozwoliła funkcjonować w sposób będący wzorcowym ich rodzinom, ich życiu zadowemu i publicznemu.
Bóg nie jest kimś, kto jest dodatkiem do naszego życia, dodatkiem na którego luksus może pozwolić sobie garstka pasjonatów.
Bóg jest źródłem życia, źródłem poznania życia, źródłem z którego wypływa sens naszego życia – tym jedynym prawdziwym skarbem.
I do tej życiowej inwestycji, do włożenia wysiłków w odnalezienie takiego najważniejszego dla naszego życia skarbu, drodzy bracia i siostry gorąco was zachęcam. Bo warto. Amen.

wtorek, 8 października 2013

Wieczerza Pańska – sakrament komunii czy podziału?



Jak to się stało, że nazywamy tak często Komunią akt liturgiczny, który był i jest przedmiotem tak wielu dyskusji i podziałów w Kościele?
Znamy problemy interkomunii (czyli możliwości wspólnego uczestniczenia w Komunii) katolików i protestantów. Myślimy tu przede wszystkim o niemożliwości uczestniczenia protestantów w Komunii katolickiej. Nie możemy jednak zapomnieć, że także w świecie protestanckim kwestia ta nie była w przeszłości łatwą. Już w czasach Reformacji, to przede wszystkim wokół problemu rozumienia Wieczerzy Pańskiej doszło do rozbieżności, które tak silnie podzieliły luteran i reformowanych. Przyznajmy, że gdyby w tej kwestii Reformatorzy potrafili się porozumieć już wówczas, pozwoliłoby to skrócić o ponad trzy wieki czas podziałów w świecie protestantyzmu historycznego, który dopiero w XX wieku mógł porozumieć się co do rozumienia Wieczerzy i zawrzeć stosowne porozumienia o wspólnym celebrowaniu i uczestniczeniu w tym tak ważnym sakramencie.
Pomiędzy Kościołami katolickim i protestanckimi Komunia nadal nie jest możliwa i bardzo trudno cokolwiek prorokować w tej kwestii na przyszłość...

Aby próbować zrozumieć właściwie sens (i trudności historyczne) tego sakramentu należy - wydaje się nam - powrócić do ustanowienia go w wersji podanej w 1 Liście Apostoła Pawła do Koryntian (1 Kor 11,23-26):
Albowiem ja przejąłem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, której był wydany, wziął chleb, a podziękowawszy, złamał i rzekł: Bierzcie, jedzcie, to jest ciało moje za was wydane; to czyńcie na pamiątkę moją. Podobnie i kielich po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich to nowe przymierze we krwi mojej; to czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę moją. Albowiem, ilekroć ten chleb jecie, a z kielicha tego pijecie, śmierć Pańską zwiastujecie, aż przyjdzie.
Paweł Apostoł, realizując w posłuszeństwie to, co jest nakazem Pańskim (Albowiem ja przejąłem od Pana to, co wam przekazałem...) zaświadcza, że dzielenie się chlebem i winem jest fundamentem życia Kościoła. Przywraca bowiem, ale i ożywia, pamięć ostatniego posiłku, który Jezus dzielił ze swoimi uczniami – posiłku pożegnalnego.

Pan Jezus tej nocy, której był wydany...
Trzy pierwsze Ewangelie czynią z ostatniego posiłku Jezusa wieczerzę, podczas której celebruje się żydowską Paschę: uwolnienie z niewoli do wolności i początek marszu w kierunku Ziemii Obiecanej. Natomiast Ewangelia Jana sytuuje ten posiłek zaraz przed tym świętem.
Szereg Specjalistów uważa, że wersja Jana jest bardziej prawdopodobna.
W tym jednak, co dotyczy nas dzisiaj, ważnym jest, że posiłek ten odbywał się w kontekście i znaczeniu Paschy, nadającej określony charakter gestom Jezusa.
Żydzi celebrowali Paschę, aby przypomnieć Wyjście z Egiptu, które było wyjściem ludu z niewoli do wolności.
W Misznie, kodeksie prawa judaizmu, istnieje cały traktat poświęcony nakazom związanym ze świętem Paschy. Noc paschalna jest opisana jako punkt kulminacyjny interwencji Boga pośród ludzi: Wyprowadził nas z niewoli do wolności, z udręki do radości, z żałoby do rozradowania, z ciemności do wielkiego światła, z poddania do wyzwolenia.
Ten kontekst, znaczenie z nim związane, rozbrzmiewa w obrządku święta Paschy, ale rozbrzmiewa także podczas każdej celebracji Wieczerzy Pańskiej, która przypomina ukoronowanie Bożego – wyzwalającego - działania.
Jeżeli Jezus dzielił swój ostatni posiłek w wieczór Paschy, bądź w przeddzień tygodnia paschalnego, to zrobił to po to, aby wpisać swoje dzieło w historię Bożego uwolnienia.
Niemniej to, co zaskakuje być może najbardziej (ale i najbardziej dzieli chrześcijan), to słowa wypowiedziane przez Jezusa, biorącego chleb: to jest ciało moje oraz biorącego kielich: to jest  krew moja.
To jest krew moja – cztery słowa po polsku; po grecku (w języku oryginału Nowego Testamentu) jest tych słów pięć.
Ileż dyskusji narosło wokół tych słów. Jedni twierdzą, że są to słowa określające chleb, tzn. że stał się on Jego Ciałem; inni twierdzą jest to znak ( że chleb reprezentuje Ciało Chrystusa).
Kiedy do tego doda się próby (jednych i drugich) wytłumaczenia, jak chleb staje się Ciałem Chrystusa, dochodzi do jeszcze większego zagmatwania problematyki...

Jeżeli jednak chciałoby się powrócić do źródła, próbując odnaleźć słowa, które Jezus naprawdę wypowiedział (a Jezus przecież nie mówił po grecku, ani po łacinie), cała debata wokół znaczenia wypowiedzianych słów staje się nieco bezproduktywna. Dlaczego? Ponieważ w języku aramejskim, w jakim mówił i nauczał na co dzień Jezus, słowa jest po prostu nie używa się. Najprawdopodobniej, powiedział On po prostu: To moje ciało. Ponadto, słowo ciało, ma w myśli biblijnej znaczenie dużo szersze, niż jego znaczenie, jakie przybrało wśród nas, w naszej kulturze.
Mamy prawie naturalną skłonność, a to za wpływem kultury greckiej, odróżniania ciała od ducha, podczas gdy kiedy Jezus mówi o ciele, przywołuje On - w znaczeniu przyjętym w Jego kulturze - całość osoby ludzkiej. Ten sens jest jeszcze bardziej wzmocniony, jeśli dołączymy do ciała krew, które jest symbolicznym miejscem, w którym „przebywa” życie.

Te powyższe uwagi ukazują, jak bardzo jest niebezpiecznym i sterylnym silenie się na zbyt materialną interpretację tego, o czym myślał Jezus, rozdając chleb i wino swoim uczniom i mówiąc do nich: To ciało moje... To moja krew. Była to też racja, z powodu której Reformatorzy używali wyobrażeń, aby próbować wytłumaczyć sposób obecności osoby Chrystusa w elementach Wieczerzy lub w trakcie samej Wieczerzy:
- Luther mówi, że Chrystus jest obecny w chlebie i winie, jak ogień obecny jest w żarze;
- Kalwin bierze przykład gołębia, który zstępuje na Jezusa w dniu Jego chrztu. Mówi, że należy rozumieć obecność Chrystusa w chlebie i winie, jak Duch jest „obecny” w gołębiu.
- Zwingli mówi, że chleb i wino są znakami obecności Chrystusa, które powinny być rozumiane podobnie, jak rozumie się stwierdzenia Jezusa, kiedy ten mówi, że jest dobrym pasterzem, albo że jest bramą.
Wyobrażenia te miały za cel jedynie w sposób przybliżony wyrazić to, co ich autorzy chcieli powiedzieć, czym podzielić się, nauczając o Wieczerzy, a ściślej - o obecności Chrystusa w Wieczerzy.

To, co jednak nieco bardziej obiektywnie, niezależnie od prób podejmowanych przez różnych teologów, związanych z tym czy innym Kościołem, możemy powiedzieć o intencji Chrystusa, to że oferując swoim uczniom - a dzisiaj i nam - chleb i wino, chce On wejść w nasze życie inaczej, niż tylko przez wypowiadane słowa; chce mówić do naszej osoby inaczej, niż tylko za pomocą słów.
Kiedy mówi:  To moje ciało...To moja krew..., to przypomina nam, że jest Emmanuelem, Bogiem z nami, Słowem, które stało się ciałem.
Jego obecność nie jest jakąś myślą, jakimś ideałem lub sentymentem, ale jest ona życiem; zakorzenia się w naszym realnym - tu na tej ziemi - istnieniu.
To zatem bardziej przez wiarę, niż naszym rozumem, mamy pojmować obecność Chrystusa w elementach Wieczerzy Pańskiej. W chlebie i winie Jezus Chrystus przypomina nam swoje słowa i swoje dzieła wybaczenia, swoje przypowieści i uzdrowienia, swoją mękę i zmartwychwstanie.
Całość życia Chrystusa jest obecna w tym posiłku, jest znakiem Nowego Przymierza.

Możemy jeszcze, za jednym ze współczesnych teologów, powiedzieć: Wieczerza Pańska nie jest tylko znakiem. Ale nic nigdy nie wyrażało większej nadziei, jak te chleb i i kielich, które Jezus podaje swoim uczniom, mówiąc: to Ja sam jestem chlebem, ja sam jestem winem...
W tej godzinie ostatniego posiłku  paschalnego uczniowie otrzymują to, czym nie przestaną być w przyszłości: ciałem Pańskim, początkiem tego Królestwa, które Jezus chciał przynieść wszystkim i którego oczekiwali i jego uczniowie z całego serca.

wtorek, 1 października 2013

Dobrobyt i protestantyzm?...



Związek między protestantyzmem a dobrobytem ekonomicznym zdaje się być faktem powszechnie przyjętym, przez większość historyków. W wiekach XVII i XVIII, mapa rozwoju ekonomicznego Europy pokrywa się znacząco z granicami państw protestanckich.

W czym jednak opinie różnią się poważnie, to jest to analiza racji tego postępu ekonomicznego. Można powiedzieć, że w przedmiocie tym użyte zostały wszelkie określenia, do najpoważniejszych oskarżeń włącznie, a to z ust autorów antyprotestanckich, którzy starali się dokonać wszystkiego, by odrzucić pozytywny wpływ Reformacji na świat problemów społecznych.
Także dzisiaj, liczne opinie są wyrażane w tej kwestii. Jedną jest ta mówiąca, że protestancki dynamizm ekonomiczny byłby wypadkiem spowodowanym przyczynami pośrednimi, jak ogólny rozwój alfabetyzacji i edukacji. Czyli tylko przypadkowo niejako, a wręcz nieświadomie dla uczestników, ta alfabetyzacja miałaby pozytywne skutki dla populacji protestanckich, które istotnie były przejęte promocją nauki pisania i czytania, a właściwie uczenia się w ogólności...
Dla innych autorów (ciągle – powiedzmy delikatnie – sceptycznych wobec protestantyzmu), ten dynamizm ekonomiczny winien się wpisać w całość naturalnych procesow rozwoju ekonomicznego, które rozpoczęły się w Europie już w wieku XIII.
Protestantyzm zatem, zgodnie z wyżej przytoczonymi przykładowymi opiniami nie miałby w sobie nic szczególnego, co miałoby przyczynić się specyficznie dla niego do rozwoju ekonomicznego terytoriów, które obejmował, populacji na nich żyjących...

Warto tu jeszcze zacytować teorię, zgodnie z którą rozwój ekonomiczny byłby rezultatem naturalnym ucieczki „mózgów”, związanych z prześladowaniami religijnymi i ich koncentracją na pewnych, ściśle określonych terytoriach, dając przez koncentrację i przychylny pracy intelektualnej klimat przyczynek do rozwoju ekonomicznego. Nic zatem ponownie szczególnego, a wynikającego ze specyfiki protestantyzmu...

Można też usłyszeć pełne ironii słowa: czy to protestantyzm zrodził rozwój ekonomiczny, dobrobyt, czy raczej dobrobyt przyciągnął protestantów?...

Zacytowawszy niektóre z opinii krytycznych, uważamy jednak, że wszelkie rozważania w tej kwestii wydają się spłycone, a nawet sterylne, pozbawione prawdziwej owocności w poznaniu, jeśli nie przyda się należytej uwagi specyfice religijnej, teologii protestantów.

Zdajemy sobie sprawę, że zauważenie bezpośrednich związków między domenami myśli tak pozornie odległymi, jak myśl religijna i ekonomiczna może wydawać się przesadzone. Chcemy jednak przez moment zastanowić się nad taką ewantualnością, nam wydającą się wysoce prawdopodobną...

W sercu Reformacji protestanckiej znajduje się przekonanie, zrodzone z relektury Ewangelii, że dla całości ludzi (uznanych za winnych i niewypłacalnych przed Bogiem), nie ma nadziei na zbawienie lub usprawiedliwienie, jak tylko poprzez akt wiary osobistej w odkupieńcze dzieło dokonane przez Jezusa Chrystusa. Jeżeli istnieje jakaś idea, która winna być podkreślona, gdy mówi się o Reformacji, to jest nią właśnie ta.
Cała reszta jest tylko konstrukcją dalsza, począwszy od tego przekonania teologicznego,  centralnego i fundamentalnego: zbawienia osiągalnego dla każdego człowieka poprzez wiarę osobistą w dzieło wypełnione przez Jezusa Chrystusa (Pośrednika jedynego i wystarczającego między Bogiem i ludźmi) na korzyść człowieka.
W konsekwencji, to co następuje w protestantyzmie, to pewne dowartościowanie w protestantyzmie indywiduum lub indywidualności na niekorzyść wszelkiego rodzaju pośredniczenia sakramentalnego i kościelnego.
W tradycji protestanckiej stwierdza się z całą siłą przekonania, że powołanie jest kierowane przez Boga do każdej jednostki ludzkiej, czyniąc z niej, w oczach Bożych osobę jedyną i odpowiedzialną za nią samą.
 Stąd bierze się, w tradycji protestanckiej, to, co nazywane jest „powszechnym kapłaństwem wierzących”: przekonanie, że każdy wierzący jest kapłanem przed Bogiem; przekonanie, które zrodzi w łonie protestantyzmu ideę o autorytecie i władzy typu demokratycznego, najpierw w Kościele, a następnie – przez analogię – w świecie polityki.

Mówiąc o powołaniu, Kalwin jest dziedzicem Lutra, który położył wcześniej fundamenty całej protestanckiej etyki pracy poprzez jego koncepcję Beruf (powołania). Specyfiką myśli luterańskiej w tym temacie jest rozszerzenie na wykonywanie różnych zawodów (manualnych, rzemieśliniczych, handlowych, technicznych) godności duchowej i religijnej, która wcześniej była przyznawana wyłącznie powołaniu kapłanów i mnichów.
Dla Lutra, zawód i jego wykonywanie, nabierze z czasem coraz większej wagi. Życie monastyczne, w oczach Lutra, odrywa człowieka od obowiązków tego świata, podczas gdy wykonywanie obowiązków zawodowych staje się wyrazem najbardziej bezpośrednim miłości bliźniego, nakazanej przez Ewangelię.

Kalwin, w tej samej kwestii, będzie budował na fundamencie postawionym przez Lutra. Jako reformator drugiej generacji, miał bez wątpienia lepszą pozycję niż Luter, by dostrzec i podkreślić socjalne i polityczne następstwa głoszonej Ewangelii.
Kalwin wzbogaci tezy Lutra przez przekonanie, że godność pracy wypływa z faktu, że praca człowieka wpisuje się w przedłużenie pracy, jaką Bóg podjął w świecie, dla dbałości o swoje stworzenia. Przez swoją pracę, człowiek staje się „współpracownikiem Boga”, stając się dzirżawcą lub zarządcą, powołanym do użytkowania i waloryzowania wszystkich bogactw stworzenia.
Z tejże racji, lenistwo, nieróbstwo, zgodnie z moralnością protestancką, było zawsze pojmowane jako wada szczególnie godna potępienia, ponieważ leń i nierób wynaturza w jakiś sposób swoje człowieczeństwo.
W tej tradycji, odrzucanie pracy lub leniwość w niej, jest interpretowane jako odrzucenia odpowiedzenia na oczekiwanie Boże, jako rodzaj zerwania z Nim.

W tej optyce, było jednocześnie postrzegane jako ważne, by praca odnalazła jej sens duchowy, że pracownik oddaje się osobiście jej przed Bogiem.
Praca jednak, według Kalwina nie ma w sobie samej własnej wartości, ale może dopiero jej nabyć wpisując się w kontynuację pracy Boga.
Te właśnie przekonania stanęły u podstaw zaangażowania profesjonalnegi i ekonomicznego protestantów, które z czasem zaskutkowało znaczącym rozwojem, dobrobytem miast, wsi, krajów przenikniętych duchem Reformacji.

Powtórzmy reasumując: praca została silnie dowartościowana przez Reformację, w jej podwójnej trosce aby wszyscy chrześcijanie znaleźli się na jednym poziomie wartości ludzkiej i aby uwypuklić wartość tzw. „skromnych zajęć”. Praca przestała w optyce Reformacji być aktywnością „świecką”, by zostać uznanym jako „powołanie” Boże, od chwili, kiedy pozwala ludziom wzajemnie się wspomagać.
Aby jednak nie dać się ponieść bezkrytycznemu optymizmowi, musimy też przyznać, że dość szybko kryterium powołania zostało „spragmatyzowane” do celów użyteczności ekonomicznej, co przyniosło przesadną niekiedy chwałę pracy. Na niektórych dawnych grobach protestanckich, w Europie zachodniej, można jeszcze dzisiaj przeczytać: „praca była jego całym życiem”.
Stąd też wzięła się, jak twierdzi znany teoretyk pracy i filozof ekonomii, twórca współczesnej socjologii, Max Weber, ważność pracy w społeczeństwach zeświećczonych, naznaczonych duchem kapitalizmu, które były zainteresowane coraz bardziej tym, by nie wydawać, a reinwestować.
Niemniej, co dla nas jest tutaj szczególnie ważne, w miarę pogorszania się warunków pracy, przy wzroście „dzikiego” kapitalizmu, czyli działań skoncentrowanych na maksymalizacji zysku kosztem wydatków związanych z kosztami wytworzenia produktu (w tym szczególnie godziwego opłacania pracowników) ci sami protestanci, którzy zdawało się tak łatwo dali się jeszcze niedawno pochłonąć mechanizmom rynku, staną się tymi, którzy zaangażują się w powstanie rozwiązań prawnych, mających gwarantować sprawiedliwość wobec zatrudnianych.
W wymiarze historycznym można tu mówić np.:
- o ekonomiście genewskim Simondzie de Sismondi (1773-1842), który napisał znane dzieło Nowe zasady ekonomii politycznej lub o bogactwie w jego stosunkach z ludnością;
- o przedsiębiorcy alzackim Danielu Legrand (1783-1859), jak i o środowisku protrestanckim Stowarzyszenia przedsiębiorczości w Mulhouse (stworzonym w 1826);
- i Angliku Anthony Ashleyu Cooperze, siódmym hrabim Shaftesbury (1801-1885).
Wszyscy oni (tu wymienieni jedynie przykładowo, a było ich więcej) zainaugurowali długą walkę na korzyść promocji pracowników przez ustawodawstwo pracy.
Daniel Legrand był pierwszym, który rzucił pomysł międzynarodowej organizacji pracy, która miała opracować traktaty międzynarodowe związane z ochroną najbardziej wykorzystywanych.

U początków wieku XX, ruch chrześcijaństwa socjalnego stał się poważnym echem tych idei.
W 1908, grupa Kościołów protestanckich, Federal Council of the Churches if Christ in America, wyraziła wobec władz amerykańskich rewolucyjne żądania co do ustaleń chroniących pracowników (prawa robotników, minimalne wynagrodzenie gwarantowane, ubezpieczenia, sprawiedliwy rozdział dochodów, ustanowienie porządku gwarantującego porozumienie i arbitraż w sytuacjach konfliktowych). Ta grupa Kościołów odegrała decydującą rolę w tworzeniu opinii publicznej, która zaskutkowała przystąpieniem USA do tworzącej się Międzynarodowej organizacji pracy. W trakcie wieku XX protestanci widzieli coraz ważniejszą rolę sprawiedliwości społecznej w debatach organizowanych w ramach Swiatowej Rady Kościołów, idąc aż do mówienia, jak to np. miało miejsce podczas Zgromadzenia w Uppsali (1968 r.), o „prawie do pracy”.

Współcześnie, większość Kościołów broni wizji, zgodnie z którą praca (i to niekoniecznie wynagradzalna) stanowi część Bożego projektu co do ludzkości i Kościoły te walczą z nowo powstającymi wyzwaniami społecznymi i społeczno-ekonomicznymi, dążąc do realizacji programu, zgodnie z którym praca winna być dostępna i godziwie wynagradzana zarówno w krajach bogatych, jak i w krajach uboższych.
Wyraźnie można zaobserwować protestanckie zaangażowanie w obronę respektowania równości mężczyzn i kobiet wobec pracy (i stopnia wynagrodzenia) i – a właściwie szczególnie – w walkę z postępującym zubożeniem i bezrobociem.