piątek, 26 lipca 2013

Rozważanie Ewangelii według Łukasza 10, 1-12.17-20

Rozważanie Ewangelii według Łukasza 10, 1-12.17-20 

Ludzie w czasach dawnych (mówiąc historycznie), wszędzie widzieli aktywną obecność Boga.
Dzisiaj, wraz ze zmianami cywilizacyjnymi, kulturowymi, wiele rzeczy zmieniło się. 
Wielu wydaje się, że Bóg jest nieobecny (albo, że Go po prostu nie ma...). 
Świat wydaje się jakby był pusty, bez Boga. 
Niejednokrotnie ci, którzy są wierzący, wydają się jakby onieśmieleni, zamknięci w nich samych, jakby zawstydzeni ich wiarą, ich przekonaniami, bojąc się bycia „zakrzyczanymi” przez innych. 
Ale taka forma dymisji, czy nawet wręcz ucieczki przed odwagą świadczenia i zaangażowania w wierze, pozostawia świat jakby jeszcze bardziej pusty. 
Jeżeli na takich pozycjach pozostaną wierzący, ten świat naprawdę pozostanie bez wiary w Boga...

W czasach Jezusa, sytuacja także nie była prosta, być może nawet jeszcze bardziej skomplikowana. 
Izraelici byli (czy starali się być) wiernymi Panu Bogu, który dał się poznać  Abrahamowi, Mojżeszowi, a później całemu narodowi wybranemu. 
Ale poza tym narodem, poza ziemią Izraela, był świat imperium rzymskiego, które władało także ziemią Izraela - świat pogański. 
Był to świat wielu bogów, który oddawał się adoracji wielu i często bardzo dziwnych bóstw. 
Także o tym świecie pogańskim można było powiedzieć, że Bóg prawdziwy zdawał się być w nim „nieobecny”. 
Ale to właśnie do takiego świata przyszedł Jezus. 
Chciał aby wszędzie była poznana Dobra Nowina o Królestwie Bożym. 
Jezus, jak czytamy w naszym tekście Ewangelii Łukasza, wydawał się wręcz niecierpliwy, by Dobra Nowina była głoszona jak najszerzej. 
To w tym celu wysyła grupę ludzi, którzy mają głosić Jego naukę. 

Projektem Jezusa jest więc nie pozostawienie świata w sytuacji bycia „bez Boga”, w sytuacji pogaństwa. 
Chodzi tu o cały świat, nie tylko o świat geograficznie bliski Izraelowi...

Jezus wybiera 70 (lub 72 w zależności od tekstu manuskryptu) do zamierzonej przez siebie misji. 
Ta cyfra nie jest obojętna. 
W I Księdze Mojżeszowej, w rozdziale 11, taką była liczba ludów rozproszonych po całej ziemi. 
Po potopie, potomkowie Noego zaludnili ziemię. 
Jeśli policzymy plemiona ich potomków, można ich doliczyć się także 70. 
Chodzi o to, że w tradycji Izraela cyfra 70 odpowiadała całości świata zamieszkałego. 
Kiedy Jezus wysyła tych 70, symbolicznie wskazuje tym samym na swoją intencję objęcia ich nauczaniem całego świata. 
Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich ludzi, gdziekolwiek oni mieszkaliby, jakąkolwiek kulturę prezentowaliby oni. 


Osobom, wysłanym na misję, wybranym spośród swych uczniów, Jezus nakazuje dwie rzeczy. 
Nakazuje im najpierw modlić się, aby Bóg wysłał robotników na żniwo swoje. 
Bo żniwo jest wielkie, obfite. 
Świat jest jak wielkie pole, pole mogące rodzić wiele owocu. 
Jezus zakłada zatem, że jest wiele osób w tym świecie, które mogłyby przyjąć przesłanie Ewangelii, byłyby gotowe uwierzyć w Boga. 
Ale potrzeba tych, którzy im o Nim, o Bogu, opowiedzą. 
Trzeba zatem prosić Boga, modlić się do Niego, aby powołal i wysłał tych, którzy będą potrafili o Nim mówić, którzy będą potrafili zachęcić ludzi tego świata do zrobienia kroku w wierze.  
Jest zatem wielka konieczność modlitwy, ponieważ świat czeka na Słowo Pańskie, nawet wtedy, kiedy wydawałoby nam się coś zgoła odwrotnego. 

I Jezus wysyła swoich uczniów. 
Nakazuje im być żniwiarzami. 
Mają wyruszyć, spotykać ludzi, mówić im o Królestwie Bożym. 
Ale sami także, mając wyruszyć na żniwo, mają prosić Boga, aby to On sam dał żniwiarzy, czyli by On sam był obecny i aktywny w ich misji. 

Przestrzega ich także Jezus, aby „logistyka” ich misji nie stała się czymś, co ich pozbawi motywacji i odwagi zaangażowania. 
By nie uzależniali się od posiadania niezwykłych struktur materialnych (co nie jest tożsame z zachętą do ich lekceważenia). 

Podkreślmy jeszcze raz: modlitwa jest absolutnie niezbędna. 
Czasem – myślę - zapominamy, że Kościół nie istnieje sam z siebie i dla siebie, ale aby być świadkiem Jezusa Chrystusa przed innymi ludźmi. 
Pierwszym i zasadniczym elementem związanym z życiem (a w konsekwencji i z misją) Kościoła jest niezbędność zaangażowania się w modlitwę. 

Oczywiście, nie wszyscy i nie tak samo możemy oddać się misji głoszenia Ewangelii. 
Każdy jednak ma w tej misji swój udział (i to nawet nie można go nazwać mniejszym lub większym, a po prostu innym). 
Są tacy, którzy będą mogli oddać większą część ich czasu bezpośredniemu głoszeniu, nauczaniu. 
Są tacy, którzy będą mogli oddać tego czasu niewiele, ale mogą i powinnio robić to przykładem ich życia. 
Ale wszyscy będą mogli oddać się modlitwie, bo to w niej i dzięki niej rodzi się misja, ta misja prawdziwie skuteczna. 
Nie ma skutecznego działania ewangelizacyjnego, które nie byłoby zbudowane, oparte i podtrzymywane modlitwą. 
Nie ma życia Kościoła bez modlitwy. 
Nie ma indywidualnego życia chrześcijanina, w którym zapomniano by o modlitwie. 
Modlitwa związana z życiem, związana z konkretnością życia, do tej konkretności życia odsyła. 

Jezus nakazał swoim posłanym nieść pokój wszędzie tam, gdzie pójdą. 
Życzenie pokoju nie było tylko zachętą do pozdrawiania życzeniem pokoju wszystkich spotkanych, jak to było w żydowskim zwyczaju. 
Pokój, w rozumieniu hebrajskim (a takie przecież było myślenie Jezusa i osób przez niego wysłanych) to wszysko, czego można w życiu sobie życzyć, pragnąć, to całość tego, co jest konieczne do życia. 
Pokój, to to, co czyni życie pełnym, spełnionym, co pozwala poczuć stan prawdziwego odpoczynku. 

Pokój tak rozumiany, to coś, czego potwornie brakuje ludziom naszego świata. 
Taki pokój jest powszechnie potrzebny, ale tak często nieobecny. 
Tak wiele jest powodów niepokojów, napięć, konfliktów osobistych, czy społecznych (jakich? zastanowić się?). 
Ludzie tak potrzebują pokoju. 
Potrzebują czegoś, co pozwoli im schwycić radość i sens życia. 
Potrzebują pokoju, jako czegoś co jest proste, nieskomplikowane, zrozumiałe.  
Taki właśnie pokój, prosty, ale budujący nasze życie możemy otrzymać dzięki relacji z Bogiem.  
Ci więc, którzy oddadzą siebie samych, ich życie Bogu – znajdą ten pokój. 
Odnajdą w relacji z Nim spokój wewnętrzny, równowagę życia, siłę do życia i nadzieję tam, gdzie zazwyczaj jej brak. 

Ten pokój jest nam oferowany przez naszego Pana i jest już rodzajem uzdrowienia. 
Zwróciliście uwagę, że Jezus wysyła swych posłanych, aby uzdrawiali chorych. 
Uzdrowienie może mieć oczywiście swój wymiar fizyczny. 
Nie można negować możliwości uzdrowień fizycznych dzięki działaniu mocy Bożej. 
Ale pojęcie uzdrowienia dotyczy także życia danej osoby oraz całych społeczeństw (w tym także kościelnych). 
Jeśli rozglądamy się wokół, możemy łatwo stwierdzić, jak bardzo osoba ludzka jest dziś chora. 
Także nasze społeczeństwa są dalekie od bycia okazami zdrowia. 
Zdrowie może być fizyczne, ale może być także moralne i duchowe. 
Wysłani przez Jezusa mają nieść zdrowie w najszerszym znaczeniu. 
Mają uzdrawiać chorych w każdym, najszerszym znaczeniu choroby. 
Mają uzdrawiać złamane życia, sytuacje beznadziejne, osoby rozbite przeciwnościami życia. 

Taka jest także misja nas wszystkich wierzących, naszych Kościołów. 
Oczywiście, nie możemy brać na siebie całej biedy tego świata, a także nie to jest od nas wymagane. 
Ale tam, gdzie jesteśmy, w naszym wąskim kręgu ludzkim, tam gdzie żyjemy, możemy próbować przynieść trochę tego uzdrowienia, trochę tego zdrowia, skromnie, a jednak skutecznie. 

Być wysłanym, to także otworzyć się na innych, chcieć się z nimi spotkać, wysłuchać ich, próbować ich zaakceptować, próbować pomóc, znaleźć wyjście w sytuacjach trudnych. 
Taka możę być także nasza, własna misja, nas wierzących, wysłanych przez Jezusa Chrystusa. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz