niedziela, 7 lipca 2013

Protestantyzm?

Protestantyzm, czym jest?...

Warto od czasu do czasu powracac do tego pytania, ktore zwlaszcza w polskiej rzeczywistosci wydaje sie "niejasne"... Czym zatem jest (a czym nie jest) protestantyzm?...

Czy jest możliwym danie właściwej odpowiedzi na pytanie „czym jest protestantyzm” 
- bez odniesienia się do wydarzeń XVI wieku, 
- bez zadania sobie pytania, czy nie były one niezgodne z Bożą obietnicą, czy też (przeciwnie) są one zgodne z nią i ją potwierdzają?
Pan obiecał swojemu Kościołowi nie pozostawić go sobie samemu, być razem z nim „po wszystkie dni, aż do skończenia świata” i „że bramy piekielne go nie przemogą”. Jest to słynna obietnica wiecznotrwałości Kościoła. Kościół nie może odstąpić od Boga, ponieważ Bóg go nie odstępuje. Tego typu obietnica mogłaby zdecydowanie wykluczyć konieczność i możliwość Reformacji i dać podstawy nieomylności Kościoła i jego jedności pod pastorałem jednego pasterza rzymskiego, gwarantującego („od apostoła Piotra”), widzialną kontynuację władzy apostolskiej. Takie jest na przykład w rozumieniu Kościoła Katolickiego znaczenie tej obietnicy, wykluczające wszelkie usprawiedliwienie Reformacji. 
Jest to niezwykle istotne, ponieważ jeśli wydarzenia związane z Reformacją nie znajdują ich fundamentu właśnie w tejże obietnicy Bożej, ich lektura pozostaje wyłącznie taka, jaką oferuje Kościół Katolicki, Reformacja stając się tym samym jedynie negatywną aberracją chrześcijaństwa. 
Jeśli jednak fundament Reformacji znajduje się w tejże obietnicy, jeżeli Reformacja jest jej efektem, to tym samym całość historii Kościoła, szczególnie Kościoła Katolickiego winna być egzaminowana z punktu widzenia Reformacji. 

Nie zapominajmy, że Kościół jest oblubienicą Chrystusa, której On dał swoje Słowo i obiecał wierność. Kościół nie może być czymś innym; istnieje wyłącznie dzięki temu przymierzu, z nim i w nim. 
Pytanie zatem zasadnicze, które chcemy sobie postawić jest następujące: czy wydarzenia wieku XVI są zaprzeczeniem, czy też potwierdzeniem zaangażowania Pańskiego wobec swojej oblubienicy? Czy jest możliwym, aby wydarzenia te przebiegły zgodnie ze słowem danym przez Pana?




Zwróćmy uwagę, że pytanie powyższe jest w porządku wyłącznie wewnętrznym chrześcijaństwa. Protestantyzm nie dotyka niczego innego, jak tylko samego serca relacji Pana ze swoim Kościołem. 
Nie ma żadnego innego poważnego usprawiedliwienia wydarzeń nazwanych umownie Reformacją lub Protestantyzmem, jak tylko wierność Boga danej przez siebie obietnicy. 
Jest to o tyle istotne, że bardzo często w rozważaniach dotyczących początków Reformacji było w zwyczaju mnożenie argumentów związanych z nadużyciami moralnymi kleru katolickiego i na tej płaszczyźnie chwalenie postępowania Reformatorów. 
Wydaje się to z punktu teologicznego swoistą przesadą, ponieważ likwidacja podobnych nadużyć – której to szczerego podkreślenia nie można uniknąć – była także celem działań wewnętrznych samej administracji Kościoła Rzymskiego. Należy zatem podkreślić, że nadużycia o charakterze moralnym nie były pierwotnym terenem Reformacji. Jej cele były dużo bardziej dalekosiężne i głębsze. Do krytyki nadużyć moralnych kleru wcale nie potrzeba byłoby Lutra, Zwingliego czy Kalwina. Można powiedzieć jeszcze mocniej: do oskarżenia nadużyć moralnych wcale nie potrzeba wiary w Jezusa Chrystusa!
Naturalnie, nie wolno rozumieć powyższego rozważania, jako traktującego w sposób lekki postaci, jak np. Aleksander Borgia (papież i „następca Piotra”, słynny ze swojej amoralności), chodzi tylko o właściwe rozumienie sedna problemu. 
Istniejące nadużycia były dla Reformatorów jedynie okazją do uczynienia publicznym ich wielkiego odkrycia (można nazwać je sercem świadectwa apostolskiego), prawdy, która zawsze była obecna w Kościele, i którą pewna liczba wiernych nigdy nie przestała żyć, ale która została na pewnym etapie uśpiona i zapomniana, a którą Luter pochwycił i upublicznił z porywającą pasją. Prawdą tą jest Boży dar (dar w pełni darmowy) usprawiedliwienia w Jezusie Chrystusie grzesznika, który akceptuje swoje skazanie na śmierć; podkreślając, że grzesznik, który akceptuje swoją pozycję skazanego, zamiast zawzięcie oddać się usiłowaniu uniknięcia tejże kary przez „dzieła pobożne”, staje się w wyniku tego daru równie sprawiedliwy jak jego Sędzia, i że grzesznik ów może dzięki temu wykrzyknąć: „Jestem w piekle, ale łaska która mnie dotyka stawia mnie w raju” oraz – zwracając się do Ukrzyżowanego – dodać: „TY jesteś moją sprawiedliwością, ja jestem twoim grzechem”. 
Podczas szeregu lat spędzonych w klasztorze augustianów, brat Marcin Luter walczył ze swoim poczuciem skazania, by wreszcie zrozumieć, że jego walka była na próżno, że była ona przede wszystkim jego niewiarą; że jego pożądanie i pycha prowadziły go przeciw łasce, ponieważ Jezus został skazany w jego zastępstwie, i że to On - i jedynie On - zszedł do piekieł i śmierci wiecznej, niosąc na sobie ciężar potępienia Bożego dla grzesznego człowieka. Tylko dzięki Jezusowi teraz nie ma żadnego potępienia dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie (Rz 8, 1). 
Uzbrojony w tę niesłychaną pewność, wypełniony pokojem i radością, Luter nie dokonał niczego innego, jak tylko bycia świadkiem w swoim Kościele i tam, gdzie władza tego Kościoła go osadziła. 
Jego wiedza i świętość osobista były uznane od dawna. Był wysłannikiem do Rzymu, jako przedstawiciel swojego zakonu w 1510. W 1512 był nominowany profesorem Nowego Testamentu na Uniwersytecie Wittenberskim. To tam komentował List do Rzymian i tamże początkowo nauka nazwana później Reformacją była nauczana w ramach nadanych mu przez Kościół Rzymski i którego autorytetu Luter nie zamierzał podważać. Nadany mu przez Kościół doktorat był do służby w tym właśnie Kościele; to dla tego Kościoła Luter podjął się swojej pracy duchowej i naukowej. To w tym Kościele znalazł skarb i z nim chciał się nim podzielić. Nie jest możliwym pojęcie innego, jak tylko w ścisłej kontynuacji z Kościołem Rzymskim i dla Kościoła Rzymskiego, charakteru wydarzeń tego niezwykłego fenomenu Reformacji. 
Kiedy w 1517, w Wittenberdze, Luter upublicznił swoje 95 tez przeciwko handlowi odpustami prowadzonemu przez Tetzela, dominikanina będącego komiwojażerem odpustów, dokonał on tego nie w sprzeciwie wobec, ale absolutnie dla dobra Kościoła i w jego ramach. 
Dal Lutra było oczywistym, że krytykowany przez niego niegodziwy handel był sprzeczny z pierwotnym nauczaniem Kościoła, był sprzeczny z wartościami Kościoła. 
Innymi słowy, Luter nie dokonał niczego innego, jak tylko pracy, do której Kościół go przygotował i przeznaczył. 
Podobnie i inni Reformatorzy, świadkowie, którzy wystąpili jeszcze podczas życia Lutra lub po nim, kontynuując jego dzieło: żaden z nich nie przybył skądinąd, jak tylko z Kościoła Rzymskiego, podobnie jak i Apostołowie nie przybyli znikąd indziej, jak tylko z ludu Izraela. 
Osoby takie jak Zwingli, Farel, Kalwin, Knox, czy Beza, osoby wiernie oddane i znaczące w Kościele, nie opuścili przywilejów i dostatków związanych z ich kapłaństwem, czy wysoką pozycją w Kościele po to, aby się od tego Kościoła odwrócić, ale dlatego, że Ewangelia ich w nim osadziła w sposób odmienny. 

Reformacja zawdzięcza wszystko Kościołowi zwanemu rzymskim, tak jak apostołowie zawdzięczali wszystko Izraelowi. Reformacja nie przyniosła temu Kościołowi nic zewnętrznego, co wcześniej nie istniałoby w nim. 
Reformacja tylko podkreśliła, pozwoliła odżyć wartościom i skarbom będącym jego własnymi. 
Jak Apostołowie odkryli w Jezusie z Nazaretu prawdę i pełnię wszystkiego tego, co zostało dane Izraelowi, to Boże „tak” dla Jego ludu (por. 2 Kor 1, 20), tak i Reformatorzy odnaleźli w Jezusie Chrystusie tę samą prawdę i tę samą pełnię daną Kościołowi Rzymskiemu; to „tak” pozwalające człowiekowi grzesznemu przejść ze śmierci do życia. 
Bóg wielokrotnie obiecywał Izraelowi jego trwanie na wieki. A jednak obietnica ta nie przeszkodziła zerwaniu i odejściu po Pięćdziesiątnicy grupie uczniów Mistrza z Nazaretu. Można nawet powiedzieć, że obietnica owa ją sprowokowała. 
Dlaczego zatem Boża obietnica dotycząca Kościoła miałaby być w opozycji do zerwania i odejścia Reformacji? Dlaczego też nie miałaby jej sprowokować? 
Reformatorzy mieli tego pełną świadomość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz