piątek, 26 lipca 2013

Rozważanie Ewangelii według Łukasza 10, 1-12.17-20

Rozważanie Ewangelii według Łukasza 10, 1-12.17-20 

Ludzie w czasach dawnych (mówiąc historycznie), wszędzie widzieli aktywną obecność Boga.
Dzisiaj, wraz ze zmianami cywilizacyjnymi, kulturowymi, wiele rzeczy zmieniło się. 
Wielu wydaje się, że Bóg jest nieobecny (albo, że Go po prostu nie ma...). 
Świat wydaje się jakby był pusty, bez Boga. 
Niejednokrotnie ci, którzy są wierzący, wydają się jakby onieśmieleni, zamknięci w nich samych, jakby zawstydzeni ich wiarą, ich przekonaniami, bojąc się bycia „zakrzyczanymi” przez innych. 
Ale taka forma dymisji, czy nawet wręcz ucieczki przed odwagą świadczenia i zaangażowania w wierze, pozostawia świat jakby jeszcze bardziej pusty. 
Jeżeli na takich pozycjach pozostaną wierzący, ten świat naprawdę pozostanie bez wiary w Boga...

W czasach Jezusa, sytuacja także nie była prosta, być może nawet jeszcze bardziej skomplikowana. 
Izraelici byli (czy starali się być) wiernymi Panu Bogu, który dał się poznać  Abrahamowi, Mojżeszowi, a później całemu narodowi wybranemu. 
Ale poza tym narodem, poza ziemią Izraela, był świat imperium rzymskiego, które władało także ziemią Izraela - świat pogański. 
Był to świat wielu bogów, który oddawał się adoracji wielu i często bardzo dziwnych bóstw. 
Także o tym świecie pogańskim można było powiedzieć, że Bóg prawdziwy zdawał się być w nim „nieobecny”. 
Ale to właśnie do takiego świata przyszedł Jezus. 
Chciał aby wszędzie była poznana Dobra Nowina o Królestwie Bożym. 
Jezus, jak czytamy w naszym tekście Ewangelii Łukasza, wydawał się wręcz niecierpliwy, by Dobra Nowina była głoszona jak najszerzej. 
To w tym celu wysyła grupę ludzi, którzy mają głosić Jego naukę. 

Projektem Jezusa jest więc nie pozostawienie świata w sytuacji bycia „bez Boga”, w sytuacji pogaństwa. 
Chodzi tu o cały świat, nie tylko o świat geograficznie bliski Izraelowi...

Jezus wybiera 70 (lub 72 w zależności od tekstu manuskryptu) do zamierzonej przez siebie misji. 
Ta cyfra nie jest obojętna. 
W I Księdze Mojżeszowej, w rozdziale 11, taką była liczba ludów rozproszonych po całej ziemi. 
Po potopie, potomkowie Noego zaludnili ziemię. 
Jeśli policzymy plemiona ich potomków, można ich doliczyć się także 70. 
Chodzi o to, że w tradycji Izraela cyfra 70 odpowiadała całości świata zamieszkałego. 
Kiedy Jezus wysyła tych 70, symbolicznie wskazuje tym samym na swoją intencję objęcia ich nauczaniem całego świata. 
Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich ludzi, gdziekolwiek oni mieszkaliby, jakąkolwiek kulturę prezentowaliby oni. 


Osobom, wysłanym na misję, wybranym spośród swych uczniów, Jezus nakazuje dwie rzeczy. 
Nakazuje im najpierw modlić się, aby Bóg wysłał robotników na żniwo swoje. 
Bo żniwo jest wielkie, obfite. 
Świat jest jak wielkie pole, pole mogące rodzić wiele owocu. 
Jezus zakłada zatem, że jest wiele osób w tym świecie, które mogłyby przyjąć przesłanie Ewangelii, byłyby gotowe uwierzyć w Boga. 
Ale potrzeba tych, którzy im o Nim, o Bogu, opowiedzą. 
Trzeba zatem prosić Boga, modlić się do Niego, aby powołal i wysłał tych, którzy będą potrafili o Nim mówić, którzy będą potrafili zachęcić ludzi tego świata do zrobienia kroku w wierze.  
Jest zatem wielka konieczność modlitwy, ponieważ świat czeka na Słowo Pańskie, nawet wtedy, kiedy wydawałoby nam się coś zgoła odwrotnego. 

I Jezus wysyła swoich uczniów. 
Nakazuje im być żniwiarzami. 
Mają wyruszyć, spotykać ludzi, mówić im o Królestwie Bożym. 
Ale sami także, mając wyruszyć na żniwo, mają prosić Boga, aby to On sam dał żniwiarzy, czyli by On sam był obecny i aktywny w ich misji. 

Przestrzega ich także Jezus, aby „logistyka” ich misji nie stała się czymś, co ich pozbawi motywacji i odwagi zaangażowania. 
By nie uzależniali się od posiadania niezwykłych struktur materialnych (co nie jest tożsame z zachętą do ich lekceważenia). 

Podkreślmy jeszcze raz: modlitwa jest absolutnie niezbędna. 
Czasem – myślę - zapominamy, że Kościół nie istnieje sam z siebie i dla siebie, ale aby być świadkiem Jezusa Chrystusa przed innymi ludźmi. 
Pierwszym i zasadniczym elementem związanym z życiem (a w konsekwencji i z misją) Kościoła jest niezbędność zaangażowania się w modlitwę. 

Oczywiście, nie wszyscy i nie tak samo możemy oddać się misji głoszenia Ewangelii. 
Każdy jednak ma w tej misji swój udział (i to nawet nie można go nazwać mniejszym lub większym, a po prostu innym). 
Są tacy, którzy będą mogli oddać większą część ich czasu bezpośredniemu głoszeniu, nauczaniu. 
Są tacy, którzy będą mogli oddać tego czasu niewiele, ale mogą i powinnio robić to przykładem ich życia. 
Ale wszyscy będą mogli oddać się modlitwie, bo to w niej i dzięki niej rodzi się misja, ta misja prawdziwie skuteczna. 
Nie ma skutecznego działania ewangelizacyjnego, które nie byłoby zbudowane, oparte i podtrzymywane modlitwą. 
Nie ma życia Kościoła bez modlitwy. 
Nie ma indywidualnego życia chrześcijanina, w którym zapomniano by o modlitwie. 
Modlitwa związana z życiem, związana z konkretnością życia, do tej konkretności życia odsyła. 

Jezus nakazał swoim posłanym nieść pokój wszędzie tam, gdzie pójdą. 
Życzenie pokoju nie było tylko zachętą do pozdrawiania życzeniem pokoju wszystkich spotkanych, jak to było w żydowskim zwyczaju. 
Pokój, w rozumieniu hebrajskim (a takie przecież było myślenie Jezusa i osób przez niego wysłanych) to wszysko, czego można w życiu sobie życzyć, pragnąć, to całość tego, co jest konieczne do życia. 
Pokój, to to, co czyni życie pełnym, spełnionym, co pozwala poczuć stan prawdziwego odpoczynku. 

Pokój tak rozumiany, to coś, czego potwornie brakuje ludziom naszego świata. 
Taki pokój jest powszechnie potrzebny, ale tak często nieobecny. 
Tak wiele jest powodów niepokojów, napięć, konfliktów osobistych, czy społecznych (jakich? zastanowić się?). 
Ludzie tak potrzebują pokoju. 
Potrzebują czegoś, co pozwoli im schwycić radość i sens życia. 
Potrzebują pokoju, jako czegoś co jest proste, nieskomplikowane, zrozumiałe.  
Taki właśnie pokój, prosty, ale budujący nasze życie możemy otrzymać dzięki relacji z Bogiem.  
Ci więc, którzy oddadzą siebie samych, ich życie Bogu – znajdą ten pokój. 
Odnajdą w relacji z Nim spokój wewnętrzny, równowagę życia, siłę do życia i nadzieję tam, gdzie zazwyczaj jej brak. 

Ten pokój jest nam oferowany przez naszego Pana i jest już rodzajem uzdrowienia. 
Zwróciliście uwagę, że Jezus wysyła swych posłanych, aby uzdrawiali chorych. 
Uzdrowienie może mieć oczywiście swój wymiar fizyczny. 
Nie można negować możliwości uzdrowień fizycznych dzięki działaniu mocy Bożej. 
Ale pojęcie uzdrowienia dotyczy także życia danej osoby oraz całych społeczeństw (w tym także kościelnych). 
Jeśli rozglądamy się wokół, możemy łatwo stwierdzić, jak bardzo osoba ludzka jest dziś chora. 
Także nasze społeczeństwa są dalekie od bycia okazami zdrowia. 
Zdrowie może być fizyczne, ale może być także moralne i duchowe. 
Wysłani przez Jezusa mają nieść zdrowie w najszerszym znaczeniu. 
Mają uzdrawiać chorych w każdym, najszerszym znaczeniu choroby. 
Mają uzdrawiać złamane życia, sytuacje beznadziejne, osoby rozbite przeciwnościami życia. 

Taka jest także misja nas wszystkich wierzących, naszych Kościołów. 
Oczywiście, nie możemy brać na siebie całej biedy tego świata, a także nie to jest od nas wymagane. 
Ale tam, gdzie jesteśmy, w naszym wąskim kręgu ludzkim, tam gdzie żyjemy, możemy próbować przynieść trochę tego uzdrowienia, trochę tego zdrowia, skromnie, a jednak skutecznie. 

Być wysłanym, to także otworzyć się na innych, chcieć się z nimi spotkać, wysłuchać ich, próbować ich zaakceptować, próbować pomóc, znaleźć wyjście w sytuacjach trudnych. 
Taka możę być także nasza, własna misja, nas wierzących, wysłanych przez Jezusa Chrystusa. 

Rozważanie: Poznanie Boga jest celem życia ludzkiego; poznać Boga to także poznać siebie

Kiedy grecki filozof Sokrates mowi: „Poznaj samego siebie”; to nie zaprasza nas do pochylenia sie nad naszym zyciem i naszymi problemami. 
Przeciwnie, zaprasza nas do poznania tego, czego chcemy, tego, co trzeba byśmy zrobili (tego co jest nam zewnetrznie nakazane); zachęca nas do poznania naszych ograniczeń i naszych słabości, tego co wiemy, jak również tego, czego nie wiemy. 
Wtedy dopiero możemy działać... 

Dla chrześcijanina - poznać prawdziwie siebie człowiek może jedynie wtedy, kiedy pozna Boga. 
Inaczej: dopiero poznawszy Boga, człowiek może poznać samego siebie. 
Jan Kalwin rozpoczyna swoje dzieło Institutio christianae religionis stwierdzeniem, że poznać Boga jest prawdziwym celem życia człowieka, a poznawszy Boga, człowiek może poznać samego siebie. 

Kalwin, w przeciwieństwie do Lutra nie był osobą porywającą, nie miał charakteru naturalnego lidera. 
Nie był także kimś, kto widział w sobie tego, który miałby naturalne predyspozycje do misji, którą Pan Bóg powierzył. 
Kalwin jest zatem postacią, która obrazuje z jednej strony „niezdolność” ludzką, a z drugiej strony niezwykłe działanie Ducha Bożego i niezwykłe efekty w życiu tego, który Duchowi Bożemu się oddaje w prowadzeniu, a który to Duch może w jego życiu budować coś wydawałoby się niemożliwego do osiągnięcia w oparciu o „materiał podstawowy”. 
Bóg tworzy niejako tego, który Go poznał, który Mu się oddał. 

Poznanie Boga, a w Nim siebie –  stało się parwdziwym celem życia Kalwina. 

Trzeba od razu rozróżnić między niepoznawalnym, a nie zrozumiałym, nie pojmowalnym. 
Bóg jest dla nas niezrozumiały, niepojmowalny, w tym znaczeniu, że jest niemożliwym objęcie Go naszą myślą. 
Ale poznać Go, czyli nawiązać z Nim relację, możemy...
Nie sami z siebie, ale z inicjatywy płynącej od Niego...

W pierwszym rzędzie dlatego, że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo
Rdz 1,26-28: (26) Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi. (27) I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. (28) I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi! 

Nie tylko stworzyl, ale i troszczy sie o niego...:
Rm 8, 28-32: (28) A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują, to jest z tymi, którzy według postanowienia jego są powołani. (29) Bo tych, których przedtem znał, przeznaczył właśnie, aby się stali podobni do obrazu Syna jego, a On żeby był pierworodnym pośród wielu braci; (30) a których przeznaczył, tych i powołał, a których powołał, tych i usprawiedliwił, a których usprawiedliwił, tych i uwielbił. (31) Cóż tedy na to powiemy? Jeśli Bóg za nami, któż przeciwko nam? (32) On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale go za nas wszystkich wydał, jakżeby nie miał z nim darować nam wszystkiego?

Nie jest możliwe poznanie Boga obserwując naturę. 
To jedynie intuicja Boga. 
Myśl ludzka, sama z siebie nie tylko nie może Boga poznać, ale wszelkie takie poznanie ryzykuje bycie fałszywym. 

To nie mądrość ludzka prowadzi do poznania Boga. 
1 Kor 1,21: (21) Skoro bowiem świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego Bożej mądrości, przeto upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie. 
1 Kor 2,14: (14) Lecz Bogu niech będą dzięki, który nam zawsze daje zwycięstwo w Chrystusie i sprawia, że przez nas rozchodzi się wonność poznania Bożego po całej ziemi;

Poznanie Boga jest darem Bożym. 
Zależy nie od nowych, naszych wysiłków, ale od wolnej inicjatywy Boga, który w swojej suwerenności i łasce objawił się nam. 
1 Kor 2,9-10: (9) Głosimy tedy, jak napisano: Czego oko nie widziało i ucho nie słyszało, i co do serca ludzkiego nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy go miłują. (10) Albowiem nam objawił to Bóg przez Ducha; gdyż Duch bada wszystko, nawet głębokości Boże.

Poznanie Boga spoczywa całkowicie na Jego objawieniu. 

Trzeba jednak odróżnić między wiedzą a poznaniem. 
Wiedza jest całością pojęć intelektualnych, które są jednak „na zewnątrz” tego, do czego się odnoszą. 
Poznanie natomiast zawsze zawiera relację osobistą, złożoną z intymności i społeczności, komunii, które pozwalają przejść nad tym, co powierzchowne, żeby schwycić, dotknąć tego, co głębokie i ukryte. 

To w Chrystusie Jest nam dane nowe poznanie, poznanie Boga-Ojca, poznanie Boga jako Ojca. To poznanie możemy mieć tylko w Jezusie Chrystusie. 

Jezus w Ewangelii Mateusza wzywa do siebie wszystkich zmęczonych i obciążonych, którym obiecuje dać odpoczynek duszy (Mt 11,28 i nast.): (28) Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. (29) Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. (30) Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie

W Jezusie Chrystusie mamy nie tylko punkt kulminacyjny dawnego objawienia, ale także początek nowego objawienia. 

Poznanie Boga Ojca jest nieodłączne od poznania Jezusa Chrystusa:
Jn 14,7-9: (7) Gdybyście byli mnie poznali i Ojca mego byście znali; odtąd go znacie i widzieliście go. (8) Rzekł mu Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a wystarczy nam. (9) Odpowiedział mu Jezus: Tak długo jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: Pokaż nam Ojca?

Poznać Boga, poznać Chrystusa, to móc z pełną radością powiedzieć: „Mój Ojcze....mój Zbawicielu...mój Panie i mój Boże”:
Jn 20,28: (28) Odpowiedział Tomasz i rzekł mu: Pan mój i Bóg mój.
Flp 3,8: (8) Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa

To poznanie, z powodu jego osobistego charakteru, może być dane tylko temu, który staje w dyspozycji, przyjmuje postawę konieczną by to poznanie otrzymać. 
Postawa ta zakłada najpierw pokorę. 
Polega ona na odłożeniu na bok ambicji inteligencji pełnej pychy ii aspiracji, która jest niezdolna sama z siebie poznać Boga, znaleźć, zbudować tę intymną relację z Nim.

To poznanie wymaga także postawy posłuszeństwa, całkowitego poddania ludzkiej woli – woli Boga

Trzeba także oddać się temu całym sobą, co dopiero czyni możliwym prawdziwą miłość
1 Jn 4,7-8: (7) Umiłowani, miłujmy się nawzajem, gdyż miłość jest z Boga, i każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. (8) Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością.

Nasze poznanie Boga na tej ziemi może być tylko niepełne i niedoskonałe, ale może rosnąć i oczyszczać się. 

Prawo wzrostu poznania Boga to uświęcanie się, czyli wierność społeczności ze Zbawicielem. 
Kiedyś, to poznanie, ta społeczność, przemieni się, osiągnie doskonałość. 

piątek, 12 lipca 2013

Nieco historii... jeszcze o demokracji....


Pisząc już wcześniej o związku (historycznym) protestantyzmu i demokracji, wspomniałem nieco o dwóch postaciach, mniej znanych w polskiej kulturze historii protestantyzmu (a związanych ściśle z protestanckim dojrzewaniem do demokracji), a także o ruchu protestanckim, zwanym kwakrami, którego historia myśli wywarła na modelu demokracji silne, pozytywne, piętno. 
Poniżej kilka dodatkowych słów w tych trzech kwestiach... 


William Penn (1644-1718)

Syna admirała sir Williama Penna. 
Podczas swoich studiów w Oxfordzie, został odrzucony za swój antykonformizm religijny. Został w dalszej konsekwencji członkiem tzw. Stowarzyszenia Przyjaciół (popularnie zwanych Kwakrami). 
W 1669 roku opublikował dziełko „Żadnego krzyża, żadnej korony”, noszące podtytuł Dyskurs, w którym tłumacząc naturę i dsyscyplinę świętego krzyża Chrystusowego, autor ukazuje, że jedyną drogą dojścia do odpocznienia i Królestwa Bożego jest zaparcie się samego siebie i niesienie każdego dnia krzyża Chrystusowego. W pracy tej Penn krytykuje tradycje kościelne, uważając je za zbyt konformistyczne. Został za to skazany na sześć miesięcy wiezienia... 

Po śmierci swojego ojca otrzyma ziemie w New Jersey i Delaware. 
Zbuduje Pensylwanię, która stanie się schronieniem dla wielu - odrzuconych i prześladowanych - dysydentów religijnych (oczywiście w pierwszym rzędzie Kwakrów). 

Penn zawarł także traktat w wodzami indiańskimi, który to (traktat) był, jak o nim pisano jedynym, który był rzeczywiście respektowany i nie zrywany. 

William Penn był wielkim krytykiem konformizmu kościelnego, rozumianego także jako swoisty sojusz Kościołów z władzą państwową, będący zawsze ogromnym ryzykiem dla Kościoła, dla osłabienia jego ducha ewangelicznego.



Portret Williama Penna

Jest jednak godnym podkreślenia, że przy prezentowanej przez Penna, przez całe jego życie konsekwencji w materii swoich poglądów religijnych, potrafił stać się w Nowym Świecie modelem (i współtwórcą) tolerancji, oraz tym, dzięki którego zaangażowaniu struktury administracyjne Pensylwani dawały gwarancję poszanowaniu wolności sumienia i powstaniu modelu zarządzania, który możemy określić współcześnie mianem wysoce demokratycznym. 


Roger Williams (1603/04-1684)

Teolog pochodzenia walijskiego, założyciel pierwszego Stanu, który wpisał pełną wolność religijną do swojej konstytucji. 
Był także założycielem pierwszego Kościoła Baptystów w Ameryce. 

Urodził się przypuszczalnie w Londynie, zmarł w Providence (Rhode Island). 
Dzięki poparciu sir Edwarda Cooka mógł studiować w Cambridge i wejść w posługę pastorską w Kościele anglikańskim. 
Nabył bardzo szybko przekonania, że Ewangelia odrzuca łączenie władzy politycznej i zaangażowane sumienie chrześcijańskie. 
Stanął w zdecydowanej opozycji wobec prześladowań religijnych. 



Statua Rogera Williamsa na Uniwersytecie Williamsa (Bristol, Rhode Island)

Odczuwając narastające zagrożenie wobec swojej osoby, wyruszył, by dołączyć do Pilgrims Fathers w Nowej Anglii (1630-31). 
Pomimo faktu, że spotkał tam wielu przyjaciół, w jego rozumieniu kolonia purytańska była zbyt przeniknięta ideami teokratycznymi, aby mógł on ją  zaakceptować przy swojej osobistej radykalności w kwestiach politycznych. 

W styczniu 1636 musiał opuścić Massachusetts. 
Przyjaźń Indian, których języka nauczył się broniąc ich praw, pozwoli mu otrzymać terytorium, na którym zbuduje Providence. 

W 1638 roku, dokument regulujący funkcjonowanie terytorium, który Williams 
przyjął wraz ze swoimi dwunastoma towarzyszami, sprecyzuje, że prawa ustanowiane są aplikowalne „wyłącznie w sferze cywilnej”, co oznacza, że prawostanowione nie może regulować sfery sumienia. 

W następnym roku zwiąże się z baptystami i zostaje przez nich ochrzczony. Buduje Kościół (od którego z czasem oddali się, zachowując przyjacielskie kontakty). 
Kolonia wzrastając stanie się Stanem Rhode Island, a Williams otrzyma w 1643 dokument królewski oraz – podczas swojej podróży i pobytu w Londynie w latach 1651-1654 – poparcie Olivera Cromwella, co zagwarantuje trwałość jego dzieła w Nowej Anglii.


Kwakrzy

Członkowie tzw. religijnego Stowarzyszenia Przyjaciół, założonego przez George’a Foxa w 1652 r. 
Nazwa ich pochodzi od przezwiska (przez samych kwakrów przyjętego z dużą akceptacją) quaker („drżący”), nadanego im przez ich krytyków, którzy uważali ich za zbyt „poruszonych” Duchem podczas ich nabożeństw. 

Ten ruch chrześcijańśki, powstały w duchowym nurcie Reformacji, bardzo zbliża się do anabaptyzmu menonickiego, który poprzedzał go o cały wiek w historii protestantyzmu europejskiego. 

Kwakrzy poszli jeszcze dalej od menonitów w koncepcji posługi duchowej we wspólnocie, sprawowanej przez osoby świeckie. Już od wieku XVII dali oni takżęeprzyzwolenie na posługę duchową wykonywaną przez kobiety, co było (i w wielu przypadkach jest nadal) ogromną rewolucją w Kościołach. 



Obraz przedstawiajacy nauczanie na zgromadzeniu kwakrow, w ktorym role wiodaca ogrywaja kobiety. 

Nabożeństwo kwakrów, oparte o milczenie, jest bardzo proste (jeszcze prostsze niż menonickie), a sakramenty, rozumiane w sposób „wewnętrzny” nie są sprawowane w sposób „zewnętrzny”, tzn. z użyciem znaków widzialnych, do których w większości Kościołów jesteśmy przyzwyczajeni. 

Dla kwakrów, Bóg jest przede wszystkim doświadczeniem. 
Każda istota ludzka posiada w głębi niej „iskrę Boską” (divine spark), „światło wewnętrzne” (inner light), które trzeba w sobie odnaleźć i pielęgnować. 
Nowy Świat chrześcijanina (w znaczeniu duchowym) nie jest doświadczeniem „geograficznym”, ale doświadczeniem duchowym i związany z obowiązkiem opanowania „nieprzyjaciela wewnętrznego”, w pierwszym rzędzie, zanim 
nastąpi konfrontacja z „nieprzyjacielem zewnętrznym” (zagrożeniem duchowym, pokusą płynącymi z zewnątrz). 

Główne zasady teologii kwakrów zostały wyłożone w „Apologii” (1675 r.) Roberta Berclaya (1648-1690), szkockiego kwakra, który chciał przez to dziełko usprawiedliwić – wobec jemu współczesnych - prostotę i surowość zewnętrzną w duchowości (i nabożeństwie) kwakrów. 
„Apologia” pozostaje także w czasach współczesnych znakomitym odniesieniem dla zrozumienia ducha tego nurtu chrześcijańskiego. 

Stan „kwakrów” – Pensylwania, został założony w Ameryce Północnej przez Williama Penna, w 1682 r. 
Kiedy w 1756 roku, z powodu konfliktu politycznego i militarnego, kolonia Pensylwańska nie mogła już dłużej zachować charakterystycznego dla nich ducha neutralności i zobowiązań związanych z Holy Experiment (pokojowym współistnieniem Indian i Ameryki francuskiej), została założona kolonia na wyspie Nantucket, która włożyła wiele sił, by zachować neutralność w czasach kolejnych wojen. 

Aktualnie można doliczyć się ok. 340 000 kwakrów na całym świecie. 153 000 z nich przebywa w USA, 157 000 w Afryce, 20 000 w Europie i 10 000 w Azji. 
Pacyfizm pozostaje wartością bardzo ważną dla Stowarzyszenia Przyjaciół. Co ciekawe, duch ten nie odcina ich od „świata”, ale angażuje ich, niejako w sposób naturalny, w mediację sytuacji konfliktowych i w pomoc regionom i osobom, będącym ofiarami systemów przemocowych.

wtorek, 9 lipca 2013

Kościoł (w nauczaniu protestanckim) w relacji ze światem współczesnym...

Rodzaj relacji Kościoła ze światem mu współczesnym nie określa się dzisiaj w tych samych terminach i ramach, jak miało to miejsce w czasach XVI-wiecznej Reformacji. 
Dla Reformatorów, stosunek między Kościołem i światem układał się przede wszystkich w kwestiach koordynacji funkcji władz duchowych i świeckich w społeczeństwach „chrześcijańskich”. Wizja reformowana, wypracowana przez Kalwina, czy luterańska Melanchtona, były przepełnione pragnieniem zbudowania chrześcijańskiego społeczeństwa idealnego. Luter miał marzenia nieco bardziej ostrożne, starając się bardzo silnie pokreślać różnicę istniejącą między dwoma Królestwami (tym duchowym i materialnym). 
Współcześnie, problem wygląda inaczej. Istnieje stała potrzeba refleksji co do misji Kościołów mniejszościowych w społeczeństwach zeświecczonych. 
W refleksji współczesnej, której oddają się różne protestanckie środowiska kościelne, dominuje przekonanie, że Kościół jest - w swojej relacji ze światem - społecznością służby i świadectwa. Chrystus chce włączyć wszystkie istoty ludzkie i całość stworzenia do społeczności z Nim. Temu także ma służyć misja Kościoła. Możemy zatem powiedzieć, że w świecie współczesnym, tak targanym sprzecznościami, Kościół ma misję (oczywiście obok tej pierwotnej,  naturalnej, wynikającej z jego konstytucji: głoszenia chwały Bożej i zbawienia tylko w Chrystusie) współpracy w budowaniu społeczeństw pokoju, braterstwa i sprawiedliwości społecznej. 
Warto tutaj zacytować zdanie Dietricha Bonhoeffera, pastora i męczennika: „Kościół nie jest Kościołem, jak tylko wtedy, kiedy jest tam, dla innych” (w: „Widerstand und Ergebung. Briefe und Aufzeichnungen aus der Haft”). 
W myśli Bonhoeffera, w misję Kościoła jest wpisana realizacja ideału ludzkiego, zaproponowanego przez Jezusa Chrystusa. Nie chodzi tu oczywiście o budowanie rodzaju imperalizmu, czy kolonializmu chrześcijańskiego. Chodzi o to, aby wiara chrześcijańska, zgodnie z Ewangelią Mateusza (5,13) - sól tej ziemi, nadała temu światu nowego smaku, w sposób jak najbardziej konkretny. 
Możemy zatem powiedzieć, że podstawą chrześcijańskiej postawy wobec świata,  nauczanej w Kościołach Reformacji, jest głoszenie Słowa Bożego, które definiuje misję Kościoła w świecie. Słowo to wyznacza świadectwo o służbie Kościoła, która zwraca się do wszystkich, do świata „wokół nas”. Bóg kocha wszystkie istoty ludzkie, a Jego Słowo jest konsekwencją tej miłości...



Kościół jest widzialny i godny zaufania wtedy, kiedy żyje i naucza, jako wspólnota, to co odkrył w Słowie Bożym i do czego został wyzwolony przez Chrystusa. Jego (Kościoła) życie ma być życiem ufności w sprawiedliwość i miłosierdzie Boże, który zmienia, nawraca serca ludzkie i daje im nową tożsamość, będącą źródłem nadziei. Kościół głosi i buduje nadzieję w otaczającym go świecie. 
Kościół, to wspólnota braterska praktykująca akceptację wzajemną każdej osoby ludzkiej (nie akceptując grzechu oczywiście), stająca w opozycji do wszelkiej niesprawiedliwości wewnątrz, jak i na zewnątrz Kościoła. 
Kościół jest miejscem kreatywności, ponieważ każda sytuacja nowa w życiu wymaga zdolności kreacyjnych i zachowań odpowiedzialnych. A te Kościół znajduje w Słowie Bożym, które ponownie odsyła go do życia codziennego, życia świadectwa i relacji z innymi ludźmi, w określonej, codziennej rzeczywistości.

niedziela, 7 lipca 2013

Protestantyzm?

Protestantyzm, czym jest?...

Warto od czasu do czasu powracac do tego pytania, ktore zwlaszcza w polskiej rzeczywistosci wydaje sie "niejasne"... Czym zatem jest (a czym nie jest) protestantyzm?...

Czy jest możliwym danie właściwej odpowiedzi na pytanie „czym jest protestantyzm” 
- bez odniesienia się do wydarzeń XVI wieku, 
- bez zadania sobie pytania, czy nie były one niezgodne z Bożą obietnicą, czy też (przeciwnie) są one zgodne z nią i ją potwierdzają?
Pan obiecał swojemu Kościołowi nie pozostawić go sobie samemu, być razem z nim „po wszystkie dni, aż do skończenia świata” i „że bramy piekielne go nie przemogą”. Jest to słynna obietnica wiecznotrwałości Kościoła. Kościół nie może odstąpić od Boga, ponieważ Bóg go nie odstępuje. Tego typu obietnica mogłaby zdecydowanie wykluczyć konieczność i możliwość Reformacji i dać podstawy nieomylności Kościoła i jego jedności pod pastorałem jednego pasterza rzymskiego, gwarantującego („od apostoła Piotra”), widzialną kontynuację władzy apostolskiej. Takie jest na przykład w rozumieniu Kościoła Katolickiego znaczenie tej obietnicy, wykluczające wszelkie usprawiedliwienie Reformacji. 
Jest to niezwykle istotne, ponieważ jeśli wydarzenia związane z Reformacją nie znajdują ich fundamentu właśnie w tejże obietnicy Bożej, ich lektura pozostaje wyłącznie taka, jaką oferuje Kościół Katolicki, Reformacja stając się tym samym jedynie negatywną aberracją chrześcijaństwa. 
Jeśli jednak fundament Reformacji znajduje się w tejże obietnicy, jeżeli Reformacja jest jej efektem, to tym samym całość historii Kościoła, szczególnie Kościoła Katolickiego winna być egzaminowana z punktu widzenia Reformacji. 

Nie zapominajmy, że Kościół jest oblubienicą Chrystusa, której On dał swoje Słowo i obiecał wierność. Kościół nie może być czymś innym; istnieje wyłącznie dzięki temu przymierzu, z nim i w nim. 
Pytanie zatem zasadnicze, które chcemy sobie postawić jest następujące: czy wydarzenia wieku XVI są zaprzeczeniem, czy też potwierdzeniem zaangażowania Pańskiego wobec swojej oblubienicy? Czy jest możliwym, aby wydarzenia te przebiegły zgodnie ze słowem danym przez Pana?




Zwróćmy uwagę, że pytanie powyższe jest w porządku wyłącznie wewnętrznym chrześcijaństwa. Protestantyzm nie dotyka niczego innego, jak tylko samego serca relacji Pana ze swoim Kościołem. 
Nie ma żadnego innego poważnego usprawiedliwienia wydarzeń nazwanych umownie Reformacją lub Protestantyzmem, jak tylko wierność Boga danej przez siebie obietnicy. 
Jest to o tyle istotne, że bardzo często w rozważaniach dotyczących początków Reformacji było w zwyczaju mnożenie argumentów związanych z nadużyciami moralnymi kleru katolickiego i na tej płaszczyźnie chwalenie postępowania Reformatorów. 
Wydaje się to z punktu teologicznego swoistą przesadą, ponieważ likwidacja podobnych nadużyć – której to szczerego podkreślenia nie można uniknąć – była także celem działań wewnętrznych samej administracji Kościoła Rzymskiego. Należy zatem podkreślić, że nadużycia o charakterze moralnym nie były pierwotnym terenem Reformacji. Jej cele były dużo bardziej dalekosiężne i głębsze. Do krytyki nadużyć moralnych kleru wcale nie potrzeba byłoby Lutra, Zwingliego czy Kalwina. Można powiedzieć jeszcze mocniej: do oskarżenia nadużyć moralnych wcale nie potrzeba wiary w Jezusa Chrystusa!
Naturalnie, nie wolno rozumieć powyższego rozważania, jako traktującego w sposób lekki postaci, jak np. Aleksander Borgia (papież i „następca Piotra”, słynny ze swojej amoralności), chodzi tylko o właściwe rozumienie sedna problemu. 
Istniejące nadużycia były dla Reformatorów jedynie okazją do uczynienia publicznym ich wielkiego odkrycia (można nazwać je sercem świadectwa apostolskiego), prawdy, która zawsze była obecna w Kościele, i którą pewna liczba wiernych nigdy nie przestała żyć, ale która została na pewnym etapie uśpiona i zapomniana, a którą Luter pochwycił i upublicznił z porywającą pasją. Prawdą tą jest Boży dar (dar w pełni darmowy) usprawiedliwienia w Jezusie Chrystusie grzesznika, który akceptuje swoje skazanie na śmierć; podkreślając, że grzesznik, który akceptuje swoją pozycję skazanego, zamiast zawzięcie oddać się usiłowaniu uniknięcia tejże kary przez „dzieła pobożne”, staje się w wyniku tego daru równie sprawiedliwy jak jego Sędzia, i że grzesznik ów może dzięki temu wykrzyknąć: „Jestem w piekle, ale łaska która mnie dotyka stawia mnie w raju” oraz – zwracając się do Ukrzyżowanego – dodać: „TY jesteś moją sprawiedliwością, ja jestem twoim grzechem”. 
Podczas szeregu lat spędzonych w klasztorze augustianów, brat Marcin Luter walczył ze swoim poczuciem skazania, by wreszcie zrozumieć, że jego walka była na próżno, że była ona przede wszystkim jego niewiarą; że jego pożądanie i pycha prowadziły go przeciw łasce, ponieważ Jezus został skazany w jego zastępstwie, i że to On - i jedynie On - zszedł do piekieł i śmierci wiecznej, niosąc na sobie ciężar potępienia Bożego dla grzesznego człowieka. Tylko dzięki Jezusowi teraz nie ma żadnego potępienia dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie (Rz 8, 1). 
Uzbrojony w tę niesłychaną pewność, wypełniony pokojem i radością, Luter nie dokonał niczego innego, jak tylko bycia świadkiem w swoim Kościele i tam, gdzie władza tego Kościoła go osadziła. 
Jego wiedza i świętość osobista były uznane od dawna. Był wysłannikiem do Rzymu, jako przedstawiciel swojego zakonu w 1510. W 1512 był nominowany profesorem Nowego Testamentu na Uniwersytecie Wittenberskim. To tam komentował List do Rzymian i tamże początkowo nauka nazwana później Reformacją była nauczana w ramach nadanych mu przez Kościół Rzymski i którego autorytetu Luter nie zamierzał podważać. Nadany mu przez Kościół doktorat był do służby w tym właśnie Kościele; to dla tego Kościoła Luter podjął się swojej pracy duchowej i naukowej. To w tym Kościele znalazł skarb i z nim chciał się nim podzielić. Nie jest możliwym pojęcie innego, jak tylko w ścisłej kontynuacji z Kościołem Rzymskim i dla Kościoła Rzymskiego, charakteru wydarzeń tego niezwykłego fenomenu Reformacji. 
Kiedy w 1517, w Wittenberdze, Luter upublicznił swoje 95 tez przeciwko handlowi odpustami prowadzonemu przez Tetzela, dominikanina będącego komiwojażerem odpustów, dokonał on tego nie w sprzeciwie wobec, ale absolutnie dla dobra Kościoła i w jego ramach. 
Dal Lutra było oczywistym, że krytykowany przez niego niegodziwy handel był sprzeczny z pierwotnym nauczaniem Kościoła, był sprzeczny z wartościami Kościoła. 
Innymi słowy, Luter nie dokonał niczego innego, jak tylko pracy, do której Kościół go przygotował i przeznaczył. 
Podobnie i inni Reformatorzy, świadkowie, którzy wystąpili jeszcze podczas życia Lutra lub po nim, kontynuując jego dzieło: żaden z nich nie przybył skądinąd, jak tylko z Kościoła Rzymskiego, podobnie jak i Apostołowie nie przybyli znikąd indziej, jak tylko z ludu Izraela. 
Osoby takie jak Zwingli, Farel, Kalwin, Knox, czy Beza, osoby wiernie oddane i znaczące w Kościele, nie opuścili przywilejów i dostatków związanych z ich kapłaństwem, czy wysoką pozycją w Kościele po to, aby się od tego Kościoła odwrócić, ale dlatego, że Ewangelia ich w nim osadziła w sposób odmienny. 

Reformacja zawdzięcza wszystko Kościołowi zwanemu rzymskim, tak jak apostołowie zawdzięczali wszystko Izraelowi. Reformacja nie przyniosła temu Kościołowi nic zewnętrznego, co wcześniej nie istniałoby w nim. 
Reformacja tylko podkreśliła, pozwoliła odżyć wartościom i skarbom będącym jego własnymi. 
Jak Apostołowie odkryli w Jezusie z Nazaretu prawdę i pełnię wszystkiego tego, co zostało dane Izraelowi, to Boże „tak” dla Jego ludu (por. 2 Kor 1, 20), tak i Reformatorzy odnaleźli w Jezusie Chrystusie tę samą prawdę i tę samą pełnię daną Kościołowi Rzymskiemu; to „tak” pozwalające człowiekowi grzesznemu przejść ze śmierci do życia. 
Bóg wielokrotnie obiecywał Izraelowi jego trwanie na wieki. A jednak obietnica ta nie przeszkodziła zerwaniu i odejściu po Pięćdziesiątnicy grupie uczniów Mistrza z Nazaretu. Można nawet powiedzieć, że obietnica owa ją sprowokowała. 
Dlaczego zatem Boża obietnica dotycząca Kościoła miałaby być w opozycji do zerwania i odejścia Reformacji? Dlaczego też nie miałaby jej sprowokować? 
Reformatorzy mieli tego pełną świadomość.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dziesiąte przykazanie

Dziesiąte przykazanie: 

Nie pożądaj domu bliźniego swego, nie pożądaj żony bliźniego swego ani jego sługi, ani jego służebnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego (Księga Wyjścia 20,17). 

W przykazaniu tym Bóg wyraża swoją wolę, aby wszystko, co rodzi się w naszym duchu, a także wszystko co z niego wychodzi, było przeniknięte poczuciem miłości i odpowiedzialności za dobro naszego bliźniego, za to, co dla niego jest pożyteczne. 
W konsekwencji mam czuwać, by nie ulegać pożądaniu, które zawsze prowadzi do negatywnych skutkow dla mojego bliźniego. 

Dlaczego dzieje się tak, że już po wcześniej podanym zakazie cudzołóstwa, kradzieży, kłamstwa, obmowy, Bóg wraca w swoich przykazaniach po raz kolejny, jak wydawałoby się, do zakazu pożądania czyichś dóbr? 
Racja tego jest zrozumiała, jeśli nie zapomnimy, że Bóg jest Duchem.  
W poprzednich przykazaniach zakazywał nam poddania się, w duchu lub w czynach, pokusie cudzołóstwa, kradzieży, kłamstwa, obmowy... Zakazywał przyjęcia tych pokus i poddania się nim. 
W dziesiątym przykazaniu mówi, że nie chce, by choć sama tylko idea takich rzeczy pojawiła się w naszym duchu; abyśmy „tylko” wyobrażali sobie, nawet w niewielkim wymiarze, popełnienie jakiegokolwiek zła. 

Podobnie jak nasza wola, nasze projekty i nasze działania muszą być dyscyplinowane i moderowane przez miłość, którą winniśmy okazywać naszemu bliźniemu. 
Jest koniecznym, aby nasze myśli  - spontanicznie powstające w naszym duchu -  odnosiły się i czerpały inspirację ze świadomości ważności osoby bliźniego i naszej wobec niego koniecznej postawy miłości i odpowiedzialności. 
Winniśmy zatem postrzegać jako zło wszelką, nawet drobną, chęć wyrządzenia bliźniemu krzywdy. 
Musimy zrobić wszystko, by być prawdziwymi panami naszego serca (Przysłów 16,32; 25,28). 
Jeśli nie, pożądanie rodzące się we mnie i nie poddawane dyscyplinie ukazuje mi jasno, że miłość, którą jestem winien bliźniemu, nie przybrała jeszcze we mnie formy takiej, jaką Bóg ode mnie wymaga. 

Zakazując pożądania, które niszczy duszę (1 P 2,11) Bóg wskazuje na źródło wszystkich innych grzechów, wszelkiego zła i zobowiązuje mnie do uświadomienia sobie tego, co dzieje się w moim wnętrzu. 
Jeżeli cała moja istota i moje serce (pamiętajmy, że w języku biblijnym „serce” oznacza te najgłąbsze, najbardziej intymne pokłady naszej osoby, skąd pochodzą wszelkie myśli i przyszłe decyzje działania), dążyłyby do miłości bliźniego - żadne pożądanie nie pojawiłoby się w nim. 

Zgodnie ze swoją metodą, Bóg obejmuje wszystkie rodzaje pożądań, przedstawiając sposród nich kategorię najbardziej ogólną - pożądanie materialne, które rodzi się we mnie z chęci porównywania. 
Kiedy porównuję np. członków mojej rodziny, moją sytuację, moje dobra itp. do tych należących do innych (Prz 14,30), jeżeli znajduję, że coś brakuje do mojego szczęścia i stwierdzam, że inni są bardziej ode mnie uprzywilejowani, że moja część szczęścia, ta którą Bóg mi dał, jest zbyt mała w porównaniu z tą, która jest udziałem innych, jeśli to u siebie zauważam, są to znaki, że jestem oddany pożądaniu, jestem zniewolony przez pożądanie. 
Kiedy szukam w posiadaniu dóbr tajemnicy szczęścia i uzdrowienia mojej duszy, kiedy widzę moje nieszczęście w tym, że czegoś nie posiadam – jestem oddany pożądaniu, jestem niewolnikiem pożądania. 
Tak często i tak wielu oddaje się myślom: „Och, gdybym miał...!”, bądź - „Och, gdybym był tym lub innym...!” 
Tak często żałuje się, że się nie posiada tego, co ma inny, lub że się nie jest tym innym. 
To pragnienie przejęcia dóbr czy osoby drugiego jest zazdrością, jest niemożnością życia, jest zabójstwem, ponieważ wbrew naszej świadomości pożądanie prowadzi do  postrzegania drugiego, jako stałej konkurencji, jako swoistego zagrożenia, a w konsekwencji staje się pragnieniem przejęcia tego, co do niego należy, czy wręcz eliminacji go...

Tak często człowiek jest poddany „cierpieniu” nie-bycia innym (by mieć jego dobra, jego szczęście), że wewnętrznie już jakby tego drugiego wyeliminował. 
Taka przecież była również znana wszystkim świetnie historia Kaina i Abla... 

A jednak Chrystus chce i może nas wyzwolić z naszej pożądliwości. Jak? 
Wszelkie pożądanie, które pojawia się w moim sercu, jest poczuciem jakiegoś braku, jakiejś pustki, braku czegoś, czego nie mam lub kim nie jestem. 
To dlatego, że czuję się pusty, wyzuty z życia, z radości, z miłości, z pobożności, z uznania, z powodu tych wszystkich „pustek” grzeszę coraz bardziej i wykraczam przeciw wszystkim przykazaniom Dekalogu. 
Aby wyrzucić poczucie pustki jest tylko jeden sposób: wypełnić naszą istotę, nasze serce prawdziwym życiem, prawdziwymi uczuciami, prawdziwymi nadziejami. 
Trzeba wygnać pustkę przez pełnię. 
Nasze życie umarłe, umęczone, zrujnowane, nasze puste serce trzeba zastąpić życiem pełnym dynamiki, entuzjastycznym – życiem Jezusa Chrystusa. 
Życie nierealne, iluzja życia, ma ustąpić miejsca pełni życia, tej płynącej od Tego, który jest Panem życia. 

Tron łaski, nieznany mistrz niemiecki, 1440 r.