sobota, 29 czerwca 2013

Rozważanie Ewangelii według Łukasza 10, 25-37

Ewangelia według Łukasza 10, 25-37 :

(25) A oto pewien uczony w zakonie wystąpił i wystawiając go na próbę, rzekł: Nauczycielu, co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? (26) On zaś rzekł do niego: Co napisano w zakonie? Jak czytasz? (27) A ten, odpowiadając, rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego. (28) Rzekł mu więc: Dobrze odpowiedziałeś, czyń to, a będziesz żył. (29) On zaś, chcąc się usprawiedliwić, rzekł do Jezusa: A kto jest bliźnim moim? (30) A Jezus, nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców, którzy go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego. (31) Przypadkiem szedł tą drogą jakiś kapłan i zobaczywszy go, przeszedł mimo. (32) Podobnie i Lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, przeszedł mimo. (33) Pewien Samarytanin zaś, podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim. (34) I podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim. (35) A nazajutrz dobył dwa denary, dał je gospodarzowi i rzekł: Opiekuj się nim, a co wydasz ponad to, ja w drodze powrotnej oddam ci. (36) Który z tych trzech, zdaniem twoim, był bliźnim temu, który wpadł w ręce zbójców? (37) A on rzekł: Ten, który się ulitował nad nim. Rzekł mu Jezus: Idź, i ty czyń podobnie.

Uwaga! Proponowany do rozważenia tekst jest bardzo szeroki i pełen wielu różnych myśli, które można poddać komentarzowi. Sugeruję zatem, by w przygotowaniu np. kazania wybrać jeden z występujących w tekście elementów, po to, by nie zatracić się w wielu wątkach, powodując tym samym rozproszenie przesłania, które chciałoby się przekazać zgromadzeniu. 

1-a część : Uczony w Piśmie - można go nazwać także „specjalistą od egzegezy blibijnej” albo „komentatorem biblijnym”, a nawet „profesorem Pism Świętych”. Specjalista w znajomości i interpretacji tekstów świętych przychodzi, chcąc poddać testowi Jezusa Chrystusa (słowo użyte tutaj w jęz. greckim oznacza precyzyjniej: „zastawić pułapkę”, „poddać próbie”), niemniej dalsza lektura tekstu tej historii ukaże, że specjalista ten sam nie posiada prawdziwych odpowiedzi na niektóre z zadawanych przez niego pytań; zauważymy także, że jest dość szczery zadając je... 
Nie można zatem całkowicie wykluczyć stwierdzenia, że w jakimś stopniu (świadomym lub nie) przychodzi on, staje przed Jezusem, z intencją nauczenia się czegoś. Z pewnością, nie przychodzi wyłącznie, jako profesor chcący zmiażdżyć Chrystusa ciężarem swojego intelektu i wiedzy. 
Zauważmy, tekst wskazuje na to dość wyraźnie: jeśli ma on odpowiedź na pierwsze pytanie (w w.25), to nie posiada już jej na kolejne zadane przez siebie (z w.  29). 

Zatrzymajmy się przez moment na pierwszym pytaniu „egzegety”: ... co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? 
Pytanie to jest postawione Temu, który przychodzi właśnie po to, aby DAĆ nam życie wieczne. 
Jezus Chrystus, Syn Boży, nie objawia Bog maniakalnie przywiązanego do detali, pomimo że jest bardzo poważnym uczestnikiem wielu i skomplikowanych - jak na ówczesny świat społeczno-religijny - debat. 
Jezus odsyła profesa Pisma Świętego do samego Pisma, jakby chcąc powiedzieć: „ty, który spędzasz całe dnie studiując Torę (Prawo Boże), powinieneć wiedzieć, co na ten temat Tora mówi. Najwyraźniej jednak nie wierzysz w to, co ona naucza”... 

Z pewnością Jezus oczekuje reflekcji opartej o Dekalog, gdzie znajdują się najistotniejsze elementy, stanowiące odpowiedź na zadane Mu, Jezusowi, pytanie. Tam, w Dekalogu, znajdują się najbardziej precyzyjne wskazówki. 
W tym właśnie momencie, profesor Pisma Świętego pokazuje, że nie ograniczył się wyłącznie do powierzchownej, bądź (stanowiącej jej odmienność) literalnej lektury Tory, Prawa Pańskiego. Jeśli nawet nie zaskakuje całkowicie Jezusa, cytując fragment Shema’ Israel (Księga Powtórzonego Prawa 6,5), to z pewnością prezentuje szersze spojrzenie na problematykę, odnosząc się do Księgi Kapłańskiej 19,18, prezentując przykazanie, wydawałoby się drugorzędne: „Będziesz kochał bliźniego swego, jak siebie samego”. Przypomnijmy, że Mateusz (28,37) i Marek (12,29) włożą ten „skrót” Prawa w usta samego Jezusa, a nie w te należące do nauczyciela Prawa. 

Jezus jest niejako zmuszony do stwierdzenia: Dobrze odpowiedziałeś (odpowiedź jest „prawa” – gr. orthos), co oznacza: „nie masz nic do nauczenia się ode mnie, wiesz wszystko, co powinieneś wiedzieć; idź teraz i czyć to, co mi powiedziałeś, a życie wieczne czeka na ciebie. Nie mam nic do dodania”. 

To wtedy dopiero profesor Pisma Świętego ukaże, że nie tylko z uwagą czytał Pismo, nawet więcej – bardzo dobrze czytał, do tego stopnia, że zdał sobie sprawę, odkrył problem/przeszkodę w realizacji tekstów Pisma. 
Wydaje się, że znalazł się przed przeszkodą dla niego nie do przejścia: chciałby kochać swojego bliźniego, z konsekwencją jakiej wymaga od niego Pismo, ale... nie ma pewności kto jest jego bliźnim i uważan że żaden tekst, nigdzie, nie daje mu takiej precyzyjnej, dobrze określonej, klarownej definicji tego „kto jest moim bliźnim”... 
Nie dysponuje jasnymi i dla siebie samego przekonującymi kryteriami stwierdzającymi kto jest jego, ale i naszym bliźnim. 

2-a część:  To kwestia pytania, spontanicznego i - wbrew naszym pierwszym, spontanicznym ocenom - pełnego powagi: „kto jest moim bliźnim”?

Myślę, że nie można zbyt łatwo oceniać negatywnie samej formy tego pytania zadanego przez uczonego w Prawie. 
Nie można też spłycić informacji zauważając, że zawiera ono w sobie zwrot: „chcąc się usprawiedliwić”. Należy zdanie to rozumieć, jako chęć wskazania, jak ważne było dla niego wcześniej zadane pytanie, które mogłoby się wydawać tak prostym w odpowiedzi...
To drugie pytanie, o bliźniego, zadane przez naszego profesora, jest jak swoista krytyka Tory, wypowiedziana przez człowieka studiującego ją, a nie znajdującego w niej tak ważnej dla niego odpowiedzi. W braku odpowiedzi na pytanie o bliźniego zdaje się brzmieć nieprzekraczalna granica całego znanego przez uczonego w Piśmie systemu moralnego. 

W naszej sytuacji aktualnej, współczesnej, my także powinniśmy w tym miejscu dokonać krótkiej przerwy w naszym rozważaniu, by zadać sobie pytanie: „A kto jest (teraz) moim bliźnim? Kto będzie nim za jakąś np. godzinę?” 
Przed zbyt szybką na to pytanie odpowiedzią niech chroni nas przykład Jezusa, który nie daje od razu odpowiedzi, ale wprowadzi w nią dłuższym przygotowaniem, opowiadając znaną nam świetnie opowieść o Samarytaninie. 
Ale nawet w tej przypowieści, odpowiedź Jezusa nie będzie miała charakteru bezpośredniego, a raczej pośredni i angażujący całą i głęboką refleksję tego, który będzie chciał się z nią zmierzyć. 
Ponieważ na to pytanie nie ma odpowiedzi bezpośredniej! Nie ma idealnego obrazu naszego bliźniego, gotowego do umieszczenia go na afiszu reklamowym. 

Oczywiście, słowo „bliźni”, samo w sobie zakłada rodzaj bliskości miejsca (najczęściej, choć niezupełnie koniecznie). Izraelita, także w czasach Jezusa, zawyczaj myślał, że jego bliźnim jest inny Izraelita. Ale liczba pojedyncza - użyta w pytaniu uczonego w Prawie – poddaje w wątpliwość tę powszechną podówczas lekturę „bliźnich” w Izraelu. 
Uczony w Piśmie wyraźnie zakłada, że co do osoby bliźniego winna zaistnieć jakaś bardziej dokładna personalizacja go, że nie można go zamknąć w jakiejś ogólnej (zwłaszcza mylnej przez jej nacjonalizm) kategorii. 
Z drugiej strony, nawet nasze własne doświadczenie łatwo nas uczy, że zbytnia generalizacja kategorii „bliźni” także dzisiaj powoduje prostą obserwacje: ci, którzy kochają „cały świat”, tak naprawdę nie kochają nikogo. Można tu także poddać krytyce tendencje, które pojawiają się w niektórych Kościołach, gdzie tzw. miłość bliźniego ulega degeneracji, zmieniając się w rodzaj humanitarnej, rozwodnionej filantropii. Działania filantropijne bardzo często pozwalają „poczuć się lepiej” tym, którzy są w nie zaangażowani, ale tego typu forma „autoterapii” z pewnością nie jest intencją Jezusa Chrystusa, ani też najwyraźniej nie była intencją uczonego w Piśmie. 

3-a część: Przypowieść o dobrym Samarytaninie. 

Należy na początku wytłumaczyć dlaczego Jezus daje - dla omówienia kwestii „bliźni” - konkretny przypadek (czy konkretny przykład). Już w tym samym można zaobserwować pewne nauczanie: chęć zwrócenia uwagi na fakt, że „bliźni” za każdym razem jest konkrentym „przypadkiem”, konkretnym przykładem. W jakimś stopniu możemy powiedzieć, że kategoria ogólna „bliźnich” nie istnieje, bo zgodnie z przykładem Jezusa, bliźnim może się stać zawsze i tylko ktoś konkretny, a stając się takim, staje się także „unikalnym bliźnim”. 



Dobry Samarytanin, Vincent Van Gogh, 1890 r. 


a. Można przypuszczać, że Jezus, korzystając z tej przypowieści, chce pokazać, że personel kapłański Jego czasu, związany własnymi interpretacjami Tory, a przede wszystkim zamknięty w stałym interperetowaniu tego co „czyste”, czy „nieczyste”, nie jest dysponowany, by odkryć ich bliźniego. Poraniona osoba, z przypowieści Jezusa, była na wpółumarła i z pewnością pokryta krwią. Były to dwa wystarczające powody, dla których kapłan i lewita musieli unikać z nim kontaktu, by nie popaść w możliwą nieczystość rytualną (por. Ksiega Kapłańska 21,1-4 i 11). To nie z powodu ich zatwardziałych serc umykali, zostawiając poranionego (i umierającego) człowieka. To ich rozumienie Tory, jakby Tora sama, zmuszała ich do tego. 

b. Wybór Samarytanina przez Jezusa jest na swój sposób brutalny, ponieważ Samarytanie, w oczach Izraelitów, byli bardziej godni pogardy niż Filistyni. „Ty Samarytaninie” było określeniem wysoce obraźliwym, równoważnym opętanemu przez demony (por. Ewangelia Jana 8,48). 

Samarytanin z opowieści, który podróżował tamtędy, poczuł litość („jego wnętrzności ścisnęły się”). Można o nim powiedzieć, że pobożność nie zabiła w nim litości. Samarytanin podszedł, „zbliżył się” do poranionego. Czasownik „zbliżyć się” ma tu ogromną wagę, choć etymologicznie w języku greckim nie ma wiele wspónego (jak to się dzieje w szeregu innych języków) z rzeczownikiem „bliźni”. 
Samarytanin uczynił wszystko co konieczne, by pomóc poranionemu, choć – i tu uwaga – ranny ten nie należał do kategorii tych, którym należałoby pomóc na podstawie Prawa Samarytan. 
Niemniej, tenże Samarytanin potrafił przejść ponad, potrafił „zlekceważyć” prawa religijne i zwyczaje ludzkie, ograniczające jego zaangażowanie wobec potrzebującej osoby. Prawdziwym Prawem Samarytanina, jego prawdziwą Torą był człowiek, który go potrzebował (zauważcie także i podkreślcie konkretne gesty pomocy). Poza samą pomocą materialną, oddał mu także swój czas i przewidział wszystko co możliwe, aby rannemu była zapewniona opieka podczas jego – najwyraźniej absolutnie koniecznej – nieobecności. Dopiero wtedy powrócił do przerwanej podróży. 

4-a część: Wydawałoby się, że wszystko, bądź prawie wszystko, już powiedzieliśmy, gdy w naszej historii dochodzi do niezwykłego zwrotu akcji, gdy pada pytanie Jezusa: Który z tych trzech, zdaniem twoim, był bliźnim temu, który wpadł w ręce zbójców? 
Oto okazuje się, że bliźnim nie był ranny człowiek, ale bliźnim – dla rannego – stał się Samarytanin.  

Niemniej, należy zwrócić uwagę, że: 
a. Jezus stawia swoje pytanie niejako na odwrót, tzn. by egzegeta żydowski mógł sam wypowiedzieć słowo, które nie przeszłoby mu w innych okolicznościach przez gardło: „Samarytanin”. Egzegeta do końca będzie unikał przyznania dobrych cech Samarytaninowi, używając formuły Ten, który się ulitował nad nim (w.37); 
b. Jezus dokona poważnego wysiłku, chcąc ukazać, że także Samarytanin (figura tak odrzucona przez Żydów) może stać się bliźnim; 
c. Jezus odpowie na pytanie z w. 25, o bliźniego: „Kiedy będziesz myślał o bliźnim, to aby poznać tych, dla których będziesz mógł dokonać czegoś dobrego. Owszem, gdybyś myślał odmiennie, o bliźnich jako o tych, którzy mogliby dokonać czegoś dobrego dla ciebie, problem może wydawałby się prostszy, ale byłoby to rozwiązanie fałszywe. Bliźni, to ten, który zbliża się do ciebie, bez względu na to kim jest i skąd pochodzi. 

Kończąc swoje nauczanie, Jezus przewraca niejako cały dotychczasowy system uczonego w Prawie, kiedy mówi: Idź, i ty czyń podobnie (w.37). 

Uwaga praktyczna na zakończenie naszego rozważania:
Przygotowując nasze kazanie na kolejną niedzielę, czy też na inną okoliczność, a wymagającą lub sprzyjającą rozważaniu tej opowieści biblijnej, zadajmy sobie i innym zadanie: 
Starajmy się być uważni na tych współczesnych (w naszym rozumieniu) „Samarytan”, którzy każdego dnia są wokół nas; na osoby, które z różnych względów traktujemy jako niegodne kontaktu, niegodne nawet zamienienia z nimi słowa, wymiany myśłi, nie wspomniawszy już o konkretnej pomowy... I stańmy się dla nich odpowiedzią na pytanie: „Kto jest – dla mnie – moim bliźnim”. 

wtorek, 25 czerwca 2013

Łaska

Łaska – to Boża dyspozycja, to Jego stosunek do człowieka./
Nie zwracając uwagi na przepisy Prawa (2 Tes 2, 16; Rz 3,24; 5,16-17; Ef 1,6), 
Na wymagania sprawiedliwości (Gal 2,21; Ef 2,5-7; 1 Tm 1,13-14; 2 Tm 1,9), 
na niegodność ludzką (1 Kor 15,10; Gal 1,15; Hbr 2,9; 1 P 1,10)  
Bóg wybacza, uwalnia z grzechu, czyni z istoty potępionej swoje dziecko, które błogosławi. 

Stare Przymierze jest zbudowane na łasce. 
To nie z powodu swojej wielkości Izrael został wybrany przez Boga, ani też z powodu swojej sprawiedliwości. Ale to z powodu wolnego zamysłu Bożego, Boga kierującego się współczuciem (Pwt 10,14 i nast.). 
Prorocy przypominają, że pomimo wykroczeń, grzechów ludu, Bóg zachował swoją dobrotliwość, że Jego dobroć zawsze przeważała nad Jego chęcią nałożenia n alud sprawiedliwej kary (Wj 33,19; 34,6; Jl 2,13; Jer 31,34; Iz 57,15 i nast.). 

Pełnia łaski ukazuje się w Nowym Przymierzu. 
Całe odkupienie człowieka wynika z łaski; zbawienie z łaski jest jedynym, darmowym; jest zbawieniem, którym Bóg obdarza człowieka. Jego zbawienie stoi w opozycji do wszelkich (podejmowanych na darmo) wysiłków ludzkich, wysiłków związanych z dziełami ludzkimi. 

Całe dzieło Zbawiciela jest związane z łaską. 
Dlatego też łaska szereg razy prezentowana jest w Piśmie, jako łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa (1 Tes 5,28; 2 Tes 3,18; Gal 6,18; 1 Kor 16,23; 2 Kor 13,13; Rz 16,20; Flm 25; Flp 4,23). 
Jezus w Ewangelii Mateusza wzywa do siebie wszystkich zmęczonych i obciążonych, którym obiecuje dać odpoczynek duszy (Mt 11,28 i nast.). 
Wybaczenie, które daje, jest efektem działania Jego łaski (Mt 9,2). 
W Ewangelii Marka (10,45), Jezus czyni ze swej śmierci gwarancję zbawienia dla tych, którzy uwierzą. 

Chrystus w glorii z symbolami Ewangelistow, miniatura wloska, XII w. 

Najwyższym dobrem łaski jest obietnica szczęścia w Królestwie i jego rzeczywistości, obietnica dana każdemu, kto stanie się Jego dzieckiem (Mt 5,11 i nast.; Mt 19,29). 

Miłość Boża i Jego łaska są synonimami (Jn 1,16; 4,10; 13,1; 1 Jn 3,1; 3,16; 4,9). 
U apostoła Pawła łaska streszcza to, co Paweł nazywa Ewangelią: Chrystus jest łaską Bożą. Łaska (Chrystus) zbawia-usprawiedliwia (Rz 3,24), daje pokój z Bogiem i otwiera człowiekowi dostęp do Boga (Rz 5,2). 
Łaska daje także, jest obietnicą i daje posiadanie życia wiecznego (Rz 5,21). 
Łaska (Chrystus) jest źródłem radości, wyzwolenia, mocy, zwycięstwa, które Bóg przyznaje wierzącemu. 
Łaska jest „imieniem” aktywności Bożej w historii tego świata (Ef 2,5; Tt2,11). 
Łaska jest także „imieniem” działania Boga wobec każdego, indywidualnie określalnego wierzącego (Gal 1,15; 1 Kor 15,10; 2 Kor 12,9; Rz 12,3; Ef 4,7). 

Dla chrześcijanina jest niezwykle ważnym bycie tym, kim się jest – kim się staje - dzięki łasce Bożej (1 Kor 15,10), jest ważnym dać się prowadzić łasce Bożej (2 Kor 1,12); jest fundamentalnym żyć łaską i dzięki niej (Rz 6,14). 

Darów miłości Ojca doświadcza się w życiu szczególnie wtedy, gdy Duch daje świadectwo naszemu duchowi, że jesteśmy dziećmi Bożymi (Rz 8,6).

Pełnia życia ludzkiego pochodzi od Boga. 
Łaska Boża jest stała, ale „recepcyjność”, otwarcie człowieka na nią się zmienia (Jn 5,24.40; Flp 2,12 i nast.). 
Możliwości, jakie daje łaska Boża, nie są wyzbyte swoistego „warunku” – zaangażowania człowieka, zaangażowania woli ludzkiej. 
„Warunki” efektywności łaski Bożej w życiu człowieka, zgodnie z Pismem są następujące:
Ø trzeba wierzyć (Mk 1,15; 5,36; Jn 6,29; Dz 16,31), 
Ø okazać skruchę (Dz 2,38; 8,22), 
Ø nawrócić się (Dzi 3,16; 14,15; 26,20), 
Ø czuwać (Mt 24,42; Mk 13,36; 1 Kor 16,13; 1 P 5,8), 
Ø wytrwać (Dz 13,43; 14,22; 1 Kor 15,1; 16,13; Kol 4,2), 
Ø walczyć (1 Kor 9,24-27; 2 Tm 2,5; 4,7). 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Kazanie w oparciu o tekst : Ewangelia według Łukasza 9,18-24.

Ewangelia według Łukasza 9,18-24:
I stało się, gdy modlił się na osobności, że byli razem z nim uczniowie, i zapytał ich tymi słowy: Za kogo mają mnie ludzie? A oni odpowiadając, rzekli: Za Jana Chrzciciela, a inni za Eliasza, inni jeszcze za jednego z dawnych proroków, który zmartwychwstał. I rzekł do nich: A wy za kogo mnie macie? A Piotr odpowiedział, mówiąc: Za Chrystusa, Syna Bożego. A On zgromił ich i zakazał im mówić o tym komukolwiek, powiadając: Syn Człowieczy musi wiele cierpieć i musi być odrzucony przez starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie, i musi być zabity, a dnia trzeciego wskrzeszony. I powiedział do wszystkich: Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie. Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zachowa

Wielu i często wyraża współcześnie zdanie, że świat zachodni jest w trakcie procesu repoganizacji. Świat ten miał swoje długie wieki chrześcijaństwa, ale od kilkudziesięciu lat powraca do swego stanu pierwotnego... Opuszcza wiarę chrześcijańską, powraca do religii czasów zamierzchłych, dokonuje swoistego manewru cofania. 
Niemniej, w tych społeczeństwach „neo-pogańskich” pojawia się zjawisko zaskakujące: zainteresowanie Jezusem. Wyprodukowano kilka filmów o Jezusie (o bardzo zresztą zróżnicowanej wartości), a które spotkały się z pewnym sukcesem. Regularnie publikuje się pozycje książkowe o Jezusie (nie mówimy tu bynajmniej o wydawnictwach chrześcijańskich), które mają także swoją – i to niemałą - grupę czytelników. Paradoks... 

Zjawisko to stawia szereg pytań. Dlaczego i skąd bierze się owa atrakcyjność Jezusa, skoro większość populacji już w Niego nie wierzy? I co oznacza zainteresowanie postacią, która wielu wydaje się obcą? 

W istocie rzeczy nie jest to zjawisko nowe. Zauważamy je już w Nowym Testamencie, jak choćby w proponowanym tutaj do rozważenia fragmencie Ewangelii według Łukasza. 

Pewnego dnia Jezus pyta swoich uczniów: za kogo mają mnie ludzie? Wydawałoby się, że tym samym wyraża On swoistą ciekawość... bądź też dokonuje rodzaju sondażu, by dowiedzieć się, jakie krążą o Nim opinie... Musiano przecież o Nim słyszeć, Jego sława szerzy się w całym kraju. Słyszano, jak naucza i interpretuje Prawo Mojżeszowe. Widziano Go dokonującego cudów. 
Jakie są zatem krążące o Nim - w populacji Izraela - opinie?  
Uczniowie składają Mu z nich relacje. Zgodnie z nimi Jezus miałby być:
- zmartwychwstałym Janem Chrzcicielem, 
- ewentualnie prorokiem Eliaszem, 
- bądź też innym ze znanych w przeszłości proroków, tym, który wrócił do życia. 

Jezus rejestruje te odpowiedzi. Nie podejmuje ich analizy, ani ich nie odrzuca. Sprawia wrażenie, jakby nagle stracił zainteresowanie tym mini-sondażem, stawiając uczniom kolejne pytanie: A wy za kogo mnie macie?
Tym razem to nie opinia publiczna interesuje Jezusa, ale opinia tych, którzy są przy Nim, którzy są Mu najbliżsi. Interesuje Go opinia tych, którzy zdecydowali się pójść za Nim...
Ich odpowiedź ma mieć charakter osobisty. Będzie wymagać przyjęcia i wyrażenia osobistej postawy. Jezusowi nie chodzi już o relację opinii zewnętrznych... 

To Piotr odpowiada na pytanie Jezusa: Ty jesteś Chrystusem, Synem Bożym... 
Chrystus, to greckie tłumaczenie hebrajskiego Machih, z którego powstało słowo Mesjasz. 
Mesjasz, Chrystus, jest wysłannikiem Boga. Jest tym, który mówi i działa w Jego imieniu. Mesjasz jest tym, który przybywa, aby ustanowić Królestwo Boże i przywrócić porządek Boży na świecie. Mesjasz jest nadzieją Izraela. 

Jezus nie dyskutuje także tej odpowiedzi Piotra, która wyraża również – jak się wydaje – przekonanie pozostałych uczniów. Niemniej, istnieje obawa, że odpowiedź ta, pomimo faktu bycia prawdziwą, pomimo pochodzenia z dobrego „katechizmu”, może być kolejną zwykłą opinią, opinią nieangażującą... 
Może wynika ona z refleksji intelektualnej; z przekonań, czyli bardziej „ze sfery myśli”, a nie „ze sfery życia realnego”, konkretnego? 
To, czego Jezus oczekuje, to „wiara przeżywana”, wiara, która ożywia egzystencję, wiara, która coś zmienia w naszej egzystencji. 

To na ten element Jezus chce położyć nacisk, kiedy mówi: ten, ...kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie... 
Ten, kto chce być prawdziwie moim uczniem, musi zaprzeć się samego siebie. Ma jakby odstawić samego siebie na bok, obrać kierunek ku innej rzeczywistości. 

Czym jednak tak naprawdę jest „zaparcie się samego siebie”? 
„Zaprzeć się samego siebie” oznacza odrzucenie siebie, jako centrum świata. Oznacza odrzucenie przekonania, że tylko to, co ja myślę jest jedyną rzeczą mającą wartość. Oznacza odrzucenie opierania się na przekonaniach, które uważałem za „mój” jedyny fundament. 
To, co wydawało się ewidentne, przestaje nim być.
Dlaczego? Ponieważ odkrywszy Słowo Boże, odkrywa się, że jest ono jedyną prawdą. Że nic innego nie uczy nas - w takim jak Słowo wymiarze - tego kim jesteśmy i jak winniśmy żyć. 
„Zaparcie się samego siebie” jest poddaniem samego siebie pod dyskusję, aby móc otworzyć się na inną, nową ścieżkę życia; nie tylko zresztą otworzyć się, ale i wybrać ją i nią podążać. 
„My” przestajemy być centrum wszystkiego, bo to Pan staje się naszym centrum. Akceptujemy naszą od Niego zależność, a nasze uczucia grawitują wokół Niego.

Ale to nie tylko „nabranie do siebie dystansu” jest skutkiem odkrycia Slowa Bożego. 
Zaakceptowanie Słowa Bożego oznacza także akceptację istnienia innych poza mną i faktu, że relacje z innymi winny być otwarte i konstruktywne. Oznacza odrzucenie nienawiści, egoizmu, które zamykają nas na świat wokół nas; to odrzucenie, by otworzyć się na obecność innych, aby odkryć w nich bliźnich. 

„Zaparcie się samego siebie” nie oznacza w najmniejszym stopniu odrzucenia tego, co w niektórych środowiskach chrześcijańskich nazywa się „światem” i związanych z nim zasadnych przyjemności. 
To coś zupełnie innego i to coś dużo więcej. 
„Zaparcie się samego siebie” jest odkryciem czegoś fundamentalnego, co poddaje dyskusji całe nasze życie i prowadzi nas do całkowitej zmiany naszego sposobu myślenia i życia. 
Zaczynamy rozumieć, że jesteśmy kochani, kochani przez Boga. To coś prawdziwie nadzwyczajnego. 
To prawdziwe, dogłębne przyjęcie, że Bóg nie jest tylko rodzajem idei filozoficznej. Ale także nie jest On kimś, którego pierwszą cechą jest surowość i chęć sądu.  
To odkrycie, że Bóg jest Ojcem, w pełnym i najgłębszym, najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.  Przyjęcie tego faktu zmienia raykalnie nasz sposób widzenia Go i naszej z Nim relacji. 

Istotnie – jesteśmy kochani, kochani przez Boga! Nawet kiedy popełniamy głupstwa! A popełniamy je tak często... 
Możemy Go słuchać w pokoju, a co ważniejsze, to że On także nas słucha i wysłuchuje. 
Mamy w Nim słuchacza niezwykle uważnego, ale i potrafiącego nam odpowiedzieć. Jego Słowo dotyka  głębi naszego serca, czyli pokładów naszej najgłębszej intymności. Dzięku niemu stajemy z Nim w relacji osobowej, indywidualnej, w której nie jesteśmy anonimowymi numerami w przeogromnej populacji ludzkiej, ale osobami szczególnymi, unikalnymi, nie przypominającymi nikogo innego. 

A zatem „zaparcie się samego siebie” w istocie rzeczy jest odnalezieniem siebie. 
Odrzućmy obawy, że zatracenie się w Bogu spowoduje pełne bólu zniknięcie naszej tożsamości, czy naszej wartości. 
Po wejściu na drogę doświadczania naszej z Nim relacji, zrozumiemy, może nie od razu, może stopniowo, ale z mocą, że dopiero w Nim i z Nim stajemy się prawdziwymi „my”, jak nigdy wcześniej i nigdy inaczej. 
To w takim wymiarze słowa Jezusa: Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zachowa, są pełne prawdy. 

Wspomnieliśmy już też, że ten, który zaprze się samego siebie, odkryje wokół siebie innych. Ci „inni” nie będą już dla niego bezosobową grupą, ale będą jego braćmi i siostrami. Opadają bariery między tymi, którzy pokładają ich ufność w Jezusie Chrystusie. 
Taki też jest przekaz słów Pawła w jego Liście do Galacjan 3,28. Nie masz Żyda ani Greka, pisze apostoł Paweł.  Nie ma już różnicy między ludźmi różnych ras, różnych klas społecznych; nie ma różnicy między człowiekiem wolnym i uzależnionym od innych. Wszyscy odkrywają ich prawdziwą wartość i równość dzięki ufności w Bogu, w Jezusie Chrystusie.  Wszyscy są razem, wspólnie, przed Tym i z Tym, który ich jednoczy. 
Każdy człowiek jest cenny, ma swoją nieporównywalną wartość, ponieważ Bóg sam jest gwarantem naszej ludzkiej wartości. 
Wiara w Boga, w Jezusie Chrystusie, podkreśla tę wartość, wartość którą daje nam Pan. Daje ją On nam, indywidualnie, podobnie jak i wszystkim wokół nas. 
W tej wierze, każdy rozpoznaje własną godność i żyje innym, pełnym życiem. Żyje tym życiem już nie sam, ale z tymi, których rozpoznaje jako jego braci i siostry. 

Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak zachęcić Was bracia i siostry, do oddania się tej najwspanialszej przygodzie ludzkiego życia, przygodzie, która to nasze życie konstruuje – przygodzie spotkania z Tym, który jest wszystkim i wszystko wypełnia sobą i swoją miłością. Amen. 

czwartek, 20 czerwca 2013

La crise... de nos Eglises, de nos sociétés.. de nos économies... de nos théologies...

En grec, dans le Nouveau Testament, c'est le mot krisis qui désigne l'action de ‘juger’, d'‘apprécier’, d'‘évaluer’, de ‘décider’ ... 
Ce mot a donné en français le mot ‘crise’.

• Le verbe de même racine en grec, c'est krinô, qui veut dire ‘juger’.
Un verbe qui signifie d'abord, ‘séparer’, ‘distinguer’.
Juger va donc consister à faire la différence entre la vérité et le mensonge par exemple.
Il va s'agir de distinguer la vérité au milieu d'une situation compliquée et confuse.
Et il va falloir séparer, distinguer aussi précisément que possible, d'où ces autres sens du verbe : ‘estimer’,ou encore ‘peser’ ; on retrouve ici l'allégorie de la balance pour représenter la justice.

• Un autre encore mot français construit sur la même racine est le mot 'critère', du grec kriterion (= tribunal) ; de nouveau cette idée de distinguer, d'évaluer, et pour ce faire, il faut des critères.

• Le mot 'critique' vient aussi de cette même racine krisis.
En grec, kritikos signifie “qui peut discerner”; comme dans ce verset de la lettre aux Hébreux qui dit :
“... la parole de Dieu est vivante, agissante,
plus acérée qu'aucune épée à deux tranchants ;
elle pénètre jusqu'à la division de l'âme et de l'esprit, des jointures et des moelles ;
elle est juge des sentiments et des pensées du cœur. ...”
(Hébreux 4,12)

Littéralement, il faudrait dire ”elle est ‘critique’ des sentiments et des pensées du cœur.”
On retrouve ici de façon limpide cet aspect nécessairement tranchant du jugement qui décèle, et qui révèle les failles ou les incohérences cachées, et surtout qui les met à jour.

Le jugement apparaît donc comme un moment critique de révélation.
Un moment dans lequel on sort du flou et de l'ambiguïté du vécu pour en dire la vérité ultime, un instant de vérité en quelque sorte.

Est-ce que, dans une certaine mesure, toute crise, n'est finalement pas un moment de révélation, un moment de manifestation de la vérité, et n'est pas, en ce sens, un moment de jugement ?
On le voit bien, le jugement n'est donc pas d'abord une parole négative, une condamnation ou une peine, mais un moment de vérité.
Même si la vérité est parfois dure à reconnaître, même si elle peut mettre en crise les personnes, les institutions, les idéologies et les systèmes.

Poir finir, laissez-moi me référer à Paul Tillich dont parut en 1948, il y a donc 65 ans, un petit livre, sous le titre : The Shaking of the Foundations (traduction en français sous le titre : Les fondations sont ébranlées).
Il s’agit d’un recueil de « discours religieux » (c’est le terme qui est employé), c’est-à-dire de sermons donnés sur un laps de plusieurs années (Tillich ne prêchait qu’occasionnellement).
Pour Tillich, les fondations qui sont ébranlées font apparaître la vérité, celle qui porte vraiment.
L’ébranlement des fondations dégage les véritables fondements sur lesquels on peut construire du neuf et qui soit aussi du solide.
Tillich invite donc à relire les crises, comme un jugement, non pas un jugement qui condamnerait et rajouterait de la culpabilité à la douleur, mais comme jugement qui révèle une vérité.
Comment donc sortir de toute crise ?
La question se pose à deux niveaux : celui de l’urgence, des solutions immédiates, et celui de la réflexion de fond.

Je vous invite à prier pour que nos Eglises puissent avoir le courage d’aborder leurs crises avec la conscience de cette urgence et le courage nécessaire à la réflexion de fond. 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Piesn/modlitwa - zycie, praca...

W ziemskim mym istnieniu...

W ziemskim mym istnieniu, w pracy utrudzeniu mam przeżywać dni. 
Czasu bym nie tracił, umysł mój bogacił, Bóg polecił mi. 
Bo niemiłe, Panie Ci, gnuśne naszych dusz uśpienie i bez pracy mienie. 

Praca życie słodzi, radość w życiu rodzi, spędza myśli złe. 
Praca krzepi siły, czyni pokarm miłym i spoczynek w śnie; 
ona w cnocie wzmacnia mnie, wszędzie błogi plon wydaje i bogaci kraje. 

Życie to działanie i usiłowanie, by pożytek nieść sobie i bliźniemu, 
dobru ogólnemu, Bogu zaś na cześć. 
Bo nakazów Boskich treść przy modlitwie ten pojmuje, 
kto wśród trosk pracuje. 

Lecz niech w pracy chciwość ani nieuczciwość nie kieruje mną. 
Skarby, choć obfite, niecnie wszak zdobyte są własnością złą. 
Boże, wolę spełnia Twą, kto się dostatkami swymi, dzielić chce z bliźnimi. 

Pókim jest na ziemi, ja czynami swymi, będę Ciebie czcił. 
Pobłogosław, Panie, me usiłowanie, Ty mi udziel sił, 
bym Twej łaski godnym był i w tym życia utrudzeniu myślał o zbawieniu. 

Tekst: ks. Józef Spleszyński +1879, superintendent Kościoła Ewangelicko-Reformowanego. 
(źródło: Śpiewnik Ewangelicki, Wydawnictwo Augustana 2008, str. 1195)

Protestantyzm, a „patriotyczna” postawa wobec życia i pracy

Jaka jest nasza „patriotyczna” postawa wobec życia i pracy? Protestantyzm, w swej historii, poddał tę kwestię znaczącej refleksji. 

Protestantyzm wprowadził pojęcie pracy i wykonywanego zawodu odmienne od nauczanego przez katolicyzm średniowieczny. 
Koncepcja protestancka stanowiła fundamentalną krytykę wobec monastycyzmu (życia klasztornego) i etyki życia z tym związanej, rozróżniającej między tzw. vita activa (życiem czynnym) i vita contemplativa (życiem kontemplacyjnym, monastycznym). 
Koncepcja katolicka przyznawała (i przyznaje) większą wartość życiu „kontemplacyjnemu”, realizowanemu w klasztorach. Zgodnie z tą koncepcją Boga szuka się - i znajduje – dużo trudniej w życiu „świeckim”, codziennym, w życiu wypełnionym pracą, niż w życiu klauzurowym, „z dala od świata”. Teologia ta opiera się w swej argumentacji na biblijnej historii Marii i Marty (Ew. Łukasza 10,38-42). Marta w służbie Jezusowi symbolizuje vita activa, natomiast Maria miałaby wybrać tę „lepszą część” (Łukasz 10,42): słuchanie Jezusa, w teologii katolickiej utożsamione z vita contemplativa. Jedynie zatem asceza monastyczna  pozwalałaby człowiekowi oddać się Bogu w całości... Ludzie „zwykli”, żyjący w małżeństwie i rodzinie, przymuszeni do codziennej pracy aby zapewnić sobie środki do życia, byli postrzegani jako chrześcijanie mniej doskonali... 
Marcin Luter (1483-1546) stanął w opozycji do takiego widzenia życia w małżeństwie, rodzinie i pracy. Odnosząc się do 1 Listu do Koryntian 7,17-24 ((17) Poza tym, niech każdy żyje tak, jak mu wyznaczył Pan, w takim stanie, w jakim powołał go Bóg; tak też zarządzam we wszystkich zborach. (18) Był ktoś w chwili powołania obrzezany? Niech nie ukrywa obrzezania. Był ktoś w chwili powołania nieobrzezany? Niech się nie obrzezuje. (19) Obrzezanie nie ma żadnego znaczenia i nieobrzezanie nie ma żadnego znaczenia, ale tylko przestrzeganie przykazań Bożych. (20) Niech każdy pozostanie w tym stanie, w jakim został powołany. (21) Zostałeś powołany, będąc niewolnikiem? Nie trap się tym; ale jeśli możesz stać się wolnym, raczej korzystaj z tego. (22) Kto bowiem jako niewolnik został powołany w Panu, ten jest wyzwoleńcem Pana; podobnie - kto jako wolny został powołany, jest niewolnikiem Chrystusa. (23) Drogoście kupieni; nie stawajcie się niewolnikami ludzi. (24) Bracia, niech każdy pozostanie przed Bogiem w tym stanie, w jakim został powołany), stwierdza, że każdy chrześcijanin jest powołany przez Boga i że w konsekwencji nie ma odmiennych „stanów doskonałości” wśród chrześcijan, a życie monastyczne jest pozbawione podstaw biblijnych. Wszyscy chrześcijanie są wezwani do podążania za Chrystusem, co nie oznacza oddalenia się od świata, gdyż chrześcijanie są wezwani do służby Panu w świecie i dla świata. 
Luter odrzuca tradycyjną różnicę między życiem aktywnym i życiem kontemplacyjnym. To właśnie w życiu aktywnym (vita activa), w życiu małżeńskim i w pracy, chrześcijanin ma stanąć do służby Bogu. Codzienna praca jest zatem powołaniem Bożym. 

Pamiętajmy, że Luther i inni reformatorzy, nigdy nie odrzucali biblijnej idei naśladowania Chrystusa. W ich rozumieniu, monastyczny ideał czystości, ubóstwa i posłuszeństwa winien być obecny w życiu codziennym każdego, żonatego i pracującego chrześcijanina. Każdy chrześcijanin jest wezwany do prowadzenia „życia monastycznego”, czyli życia w pełni oddanego Bogu, ale nie za murami klasztoru, a w jego życiu, w świecie, każdego dnia. Doskonałość chrześcijańska i uświęcenie są zadaniami powierzonymi chrześcijanom przez Boga w małżeństwie, rodzinie i w wykonywaniu ich pracy. 

Jan Kalwin (1506-1564) w III Księdze swojego dzieła Institutio christianae religionis, rozwinął  myśl Lutra , gdy tłumaczy, że chrześcijanin rodzi się na nowo przez wiarę, a wiara „wprowadza” pokutę, która trwa całe życie. Jednak Kalwin odróżnia „pokutę legalną”, czyli „umartwienie” ciała (zdążające do samodoskonalenia przez wyrzeczenie, bliższe bardziej niechrześcijańskim religiom wschodnim, niż chrześcijaństwu biblijnemu) od „pokuty ewangelicznej”. Ta druga, właściwa, polega na coraz większym otwieraniu się na działanie Ducha Świętego, aby to On kierował naszym życiem; by nie kierowało nim nasze „ciało”, nasze ludzkie pożądania. 
Kalwin uczy o powołaniu i „stanie”, w jakim przychodzi nam żyć. Przez „stan” rozumie także naszą sytuację zawodową, pozycję pracy i w pracy. Nie rozumie zawodu, pracy, tylko jako środka realizacji siebie, aktywności o korzystnych skutkach finansowych. Kalwin widzi w wykonywanym przez danego człowieka zawodzie miejsce, które jest mu przyznane przez Boga. Praca, którą chrześcijanin wykonuje, wiąże się z określoną „dyscypliną” etyczną. 
Nie oznacza to, że Kalwin nie widzi pracy, jako aktywności mającej zapewnić nam niezbędne środki na życie oraz na przyjemności z nim związane. Kalwin nie był człowiekiem ociekającym smutkiem i taki smutek życia usiłującym narzucić innym... Przez wspomnianą „dyscyplinę” życia zawodowego, życia pracy i w pracy, rozumie on stałą pamięć (i poddanie się jej – stąd pojęcie „dyscypliny”) faktu, że życie chrześcijanina jest zorientowane ku wieczności Bożej i świadomość tego ma kierować jego zachowaniami wszędzie i zawsze, także w wykonywanej pracy. 
Do takiej zatem „ascezy”, czyli życia zaangażowanego i odpowiedzialnego, w rodzinie i w pracy, do zorientowania tego życia na wieczność z Bogiem, zachęca nas protestantyzm. Wydaje nam się to ważnym dla naszej polskiej współczesności...

czwartek, 13 czerwca 2013

Chrześcijanie ewangelikalni/ewangeliczni...

W świecie protestanckim, historycznie rzecz ujmując, termin „ewangeliczny” (jako odnoszący się do Ewangelii, czyli wskazujący na czerpanie inspiracji przede wszystkim z Pisma Świętego) dotyczy szeregu różnych rzeczywistości. 
W wieku XVI był on synonimem „protestanta”. Ten sens zachował on w języku niemieckim, gdy mówi się przede wszystkim o Evangelische Kirche in Deutschland. W języku polskim najbliższemu znaczeniu takiego rozumienia zawartej w nim treści odpowiada słowo „ewangelicki”, określające dzisiaj przede wszystkim protestanckie Kościoły 

Reformacji historycznej; przede wszystkim luterański i reformowany (znane formalnie jako Ewangelicko-augsburski i Ewangelicko-reformowany), ale także Kościół metodystyczny (Ewangelicko-metodystyczny)... 

W świecie anglo-saksońskim, począwszy od końca wieku XVIII termin evangelical przyjął  sens bardzo szczególny. Rozpowszechnił się on dzięki ruchowi zwanemu Przebudzeniem Kościołów, określanemu także mianem evangelical movement, którego apogeum w Wielkiej Brytanii przypada na lata między 1780 a 1830 r. 
Ruch ten nie dotyczył jednego, szczególnego Kościoła, ale wśród jego adeptów (owego ruchu przebudzeniowego) byli wierni zarówno z Kościoła anglikańskiego (czyli bardzo tradycyjnego), jak i z tzw. Kościołów non-konformistycznych (czyli np. baptyści, kongregacjonaliści, itd.), a co ważne objął on sobą całość świata protestanckiego w Europie, jak i w USA. 




Jego punkt wyjścia nie jest w ścisłym sensie teologiczny (czyli związany z uporządkowaną doktrynalnie refleksją teologiczną), akcentując przede wszystkim chrześcijańskie doświadczenie wewnętrznego nawrócenia. 
Chrześcijanin „ewangeliczny” (bądź ewangelikalny), zgodnie z wyżej wspomnianym pragnieniem wewnętrznego nawrócenia, odczuwa okropność grzechu, ale także nieskończone miłosierdzie Boże i rozległość Jego łaski, którą dla grzesznika czyni osiągalną jego nawrócenie serca. 

To kładzenie nacisku na wiarę indywidualną i niejaka relatywizacja przynależności konfesyjnej (wewnątrz rodziny Kościołów protestanckich) staną się głównymi charakterystykami ruchu ewangelikalnego (ewangelicznego), związanego z Przebudzeniem. 

Kiedy w 1846 ukonstytuuje się w Londynie Alians ewangeliczny, da on sobie za cel gromadzenie, dotykanie swoim programem, bardziej jednostek, osób niż Kościołów (podkreślając tym samym swoją otwartość konfesyjną). 

W trakcie późniejszych debat niektórzy ewangelikalni będą uważali się za wyrazicieli określonych pozycji dogmatycznych, uważając je za jedyne ortodoksyjne, w niektórych przypadkach ciążąc do nie zawsze szczęśliwego fundamentalizmu doktrynalnego (podkreślmy: sprzecznego z pierwotną inspiracją ruchu - evangelical movement). 

Co warto jednak zauważyć, w swoim rozwoju historycznym współczesny ewangelikalizm wytworzył się jako nurt bardzo niejednorodny i bardzo złożony. Istnieją w nim tendencje bardzo ortodoksyjne teologicznie, ale także te o charakterze liberalnym (w ostatnim czasie bardzo liczne, organizujące także międzynarodowe kongresy teologiczne) oraz typowo pietystyczne. 

W większości przypadków chrześcijanie ewangelikalni są bardzo uważni na jednostkę ludzką, na jej pobożność, są także nastawieni na zachowywanie przez nią rzetelnej moralności. 
W niektórych sytuacjach, zwłaszcza w krajach bogatych, widać pewną słabość środowisk ewangelikalnych w refleksji związanej z problemami socjo-politycznymi, które uważają te środowiska za jakby z dalszego planu. 
Trzeba jednak strzec się przed wszelką formą uogólnień, w każdej z wyżej wspomnianych kwestii. 
Choćby mówiąc o sprawach społecznych: i w tej sferze znajdujemy wielu ewangelikalnych bardzo zaangażowanych. Warto tu dla przykłądu przypomnieć słynnego pastora baptystów Martina Luthera Kinga, który w latach 60-tych XX wieku był głównym liderem amerykańskiego ruchu walczącego z nierównościami społęcznymi o charakterze rasowym. 

Od drugiej połowy XIX wieku, zwłaszcza do 1945 r., termin „ewangeliczny” był często używany w odniesieniu do prądu doktrynalnego, który walczył z liberalnymi innowacjami teologicznymi. 
W takim wymiarze, adepci tego kierunku (ewangelicznego) kładli nacisk na wierność Ewangelii, o której to - według nich - niektórzy liberalni mieli skłonność zapominać... 

Współcześnie, tożsamość ewangeliczna (ewangelikalna) może być zdefiniowana wokół czterech kryteriów: 
1. nawrócenie serca (które wyraża się przez zmianę życia); 
2. biblicyzm (Biblia jest widziana literalnie jako Słowo Boże); 
3. fundamentalna rola ofiary Jezusa Chrystusa na krzyżu, który umarł dla zbawienia rodzaju ludzkiego; 
4. swoisty „militantyzm”, czyli kultura zaangażowania. 

Wyżej podane elementy prowadzą do kładzenia nacisku na ludzkie indywiduum i wolność sumienia, a także - i w większości przypadków - na podkreślanie odrzucenia wszelkiego związku (nazwijmy go dialektycznym - wzajemnego wpływu) między Kościołem a państwem. 

Ewangeliczni (ewangelikalni) optują zatem za tożsamością religijną wybraną przez jednostkę (na podstawie świadomej i konsekwentnej decyzji), w przeciwieństwie do tożsamości religijnej odziedziczonej (czyli tej, która jest „nadana”). 
Oczywiście oba te elementy nie wykluczają się wzajemnie, nacisk jest położony tutaj na świadomość i konsekwentny wybór. Może to być świadomy wybór religijności „odziedziczonej”, który jednak winien skutkować prawdziwym i konsekwentnym zaangażowaniem w życie wiary. 

Od XX wieku można zauważyć pojawiające się po raz kolejny w dziejach tego kierunku, swoiste napięcia w łonie samych Kościołów protestanckich historycznych, w których pojawiają się coraz silniej tendencje ewangeliczne, związane ze świadomością potrzeby odnowy duchowej tych Kościołów. Dzieje się tak, w wyniku zaobserwowania w nich przerostu tradycji i formalizmu nad wiarą żywą. 
Podobnie w łonie samych, już typowo ewangelikalnych Kościołów, dochodzi do dyskusji między rozwijającymi się (a wspomnianymi już wyżej) pozycjami ewangelikalizmu liberalnego, a tymi, które uważają się za środowiska ortodoksyjnie ewangelikalne, bądź za „istotnie” ewangelikalne.

Należy także podkreślić, że od okołu dwudziestu lat, w przeciwieństwie do odczuwalnego ogólnego kryzysu chrześcijaństwa, Kościoły nie tylko typowo ewangelikalne, ale także nurty o charakterze ewangelikalnym w łonie Kościołów tradycyjnego, historycznego 
protestantyzmu, prezentują istotną i pełną życia dynamikę rozwoju. 
Jest to szczególnie odczuwalne i obserwowalne w Ameryce Centralnej i Łacińskiej, ale także w Azji Południowo-Wschodniej (np. w Korei Południowej), gdzie protestantyzm ewangelikalny prezentuje swój spektakularny rozwój. 
Podobny, choć o nieco mniejszej dynamice proces, obserwowalny jest w Ameryce Północnej i Europie (zwłaszcza Zachodniej). 

Teologia ewangeliczna/ewangelikalna

Teologia ewangeliczna (ewangelikalna) pragnie postrzegać siebie samą jako ścisłą kontynuatorkę myśli Reformatorów wieku XVI. 
Niemniej, jej wierność temu źródłu, mając na uwadze zmianę kontekstu zewnętrznego życia Kościoła, nabrała zdecydowanie własnej fizjonomii... 
Myśl teologiczną ewangelikalną odróżnia w pierwszym rzędzie (od nurtu pierwotnie reformacyjnego) jej opór wobec modernizmu, jako dziedzictwa cywilizacyjnego okresu Oświecenia, które to jednak Oświecenie– wbrew oczekiwaniom samych ewangelikalnych– także wpłynęło na ich refleksję teologiczną, np. w jej skoncentrowaniu się na jednostce, z mniejszym naciskiem na grupę społeczną, na społeczność jako taką... 

Elementem szczególnym nurtów ewangelikalnych jest przylgnięcie do nieomylnego autorytetu Pisma Świętego. 
Hermeneutyka biblijna (sztuka interpretacji tekstu biblijnego) uprawiana w tym środowisku jest wysoce nieufna wobec założeń intelektualnych wynikających z ducha (mody) czasu i pragnie bardzo silnie podkreślić zakorzenienie treści nauczania kościelnego w fakcie historycznym, za jaki są uważane opowieści biblijne.  




Konflikt z tendencjami kultury dominującej, traktowanej często z dużą nieufnością, prowadzi ewangelikalnych do podkreślania poczucia winy/grzechu (związanego w naturalny sposób w uczestniczeniu w pseudo-wartościach regulujących życie świata) i do kładzenia nacisku na konieczność osobistego nawrócenia, widzianego jako zerwanie z przeszłością, jako radykalna przemiana życia, jego punktów odniesienia, wartości życie to regulujących. 
Ewangelikalizm kładzie silny nacisk na eschatologię (czyli nauczanie o tym, co dotyczy rzeczy ostatecznych człowieka i świata), często w kategoriach odniesionych do konkretnych, zwiastujących czasy ostateczne w konkrenty sposób, wydarzeń historycznych. 

Teologiczny model ewangelikalny (to znaczy podstawowe kategorie intelektualne teologii ewangelikalnej), dominujący wśród szeregu różnych Kościołów tego nurtu, jest przede wszystkim dziedzicem myśli Jana Kalwina, mając na uwadze:  
- umieszczenie soteriologii (teologicznej nauki o zbawieniu) w centrum refleksji teologicznej,  - naukę o Krzyżu, jako ofierze zastępczej za grzechy ludzkie oraz 
- pewną równowagę między usprawiedliwieniem i uświęceniem. 

Ewangelikalni, będący w ich koncepcjach teologicznych ścisłymi kalwinistami, podtrzymują i podkreślają augustyńską nadrzędność łaski, podczas gdy w tym samym ewangelikalnym środowisku można spotkać teologów o skłonnościach arminiańskich, wprowadzających i akcentujących wolność woli (Chrystus umarł za wszystkich, ale zbawienie zależy od przyjęcia go w wierze, co jest i należy do wolnej decyzji człowieka). 

Obok tych wyżej wspomnianych tendencji (zróżnicowanych tak, jak choćny kalwinizm ścisły i arminianizm), wśród ewangelikalnych można spotkać tendencje zbliżone do luterańskiego pietyzmu (przede wszystkim niemieckiego i skandynawskiego, które są mniej dogmatyczne), bardzo związanego z pojęciem nowego narodzenia. 

Można także zaobserwować w łonie ewangelikalizmu istnienie jeszcze innych nurtów, jak choćby te o historycznym charakterze anabaptystycznym (np. menonici), będące ściśle pacyfistycznymi, podkreślające konieczność, stojącą przed każdym chrześcijaninem, pójścia za przykładem życia Chrystusa (pójścia konkrentego, także w detalach). 

W kwestiach eklezjologii (teologicznej nauki o Kościele), wśród ewangelikalnych można spotkać także wiele odmiennych postaw; od eklezjologii typu reformowanego po typ charakteryztyczny dla myśli baptystycznej, z wielu niuansami i wariantami oby tych modeli... 

Sami ewangelikalni między sobą są także dość zróżnicowani, jeśli chodzi o otwartość wobec myśli i nauki zewnętrznej, zewnętrznej wobec środowisk kościelnych. 
Dla przykładu, szczególną podstawę dla wielu różnych postaw stanowi rozumienie - mniej lub bardziej literalne - Księgi Rodzaju, proroctw Starego Testamentu oraz interpretacja cudów obu Testamentów. 
Podobnie, problemem dla wielu środowisk ewangelikalnych mogą być debaty o charakterze społecznym, jak na przykład kwestia feminizmu, czy tzw. kontekstualizacja Ewangelii (ukonkretnienie życia nią w danym kontekście historycznym), we współczesnej, innej historycznie (niż ta, współczesna Nowemu Testamentowi) sytuacji społecznej. 

Pośród teologów, znaczących w wymiarze światowym dla współczesnej myśli ewangelikalnej, warto wymienić nazwiska, takie jak: 
- James Innel Parker, anglikański kalwinista; 
- Donald A.Carson, baptysta; 
- I.Howard Marshal, metodysta; 
- Charles Caldwell Ryrie, dla tzw. nurtu dyspensacjonalizmu (nurtu podkreślającego niezbędność literalnej interpretacji Pisma Świętego, szczególnie zawartych w nim proroctw oraz odróżniającego Izrael od od Kościoła Nowego Testamentu). 
Jeśli chodzi o apologetykę ewangelikalną, warto wspomnieć dwie postaci: 
- John Warwick Montgomery oraz 
- Clark Harold Pinnock. 
Dla lepszego i z pewnością bardziej kompetentnego przedstawienia teologicznej myśli ewangelikalnej, gorąco zachęcamy czytelników do sięgnięcia po dzieła napisane choćby przez wyżej wspomnianych autorów. 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Protestantyzm a demokracja...

Demokracja oznacza rządy ludu (demos gr.), przy czym nie każde rządy ludowe są same z siebie rządami demokratycznymi... Prawdziwa demokracja zakłada nie tylko wolne wybory, w których uczestniczą wszyscy obywatele danego społeczeństwa, ale także oznacza państwo prawa, szanujące rozdział władz (wykonawczej, ustawodawczej i wymiaru sprawiedliwości) i prawa człowieka (szczególnie prawa mniejszości). 
Ustanowienie demokracji często jest związane z pluralizmem religijnym (związanym z szacunkiem dla religii mniejszości) i z niezależnością sfer polityki i kościelnej. 
Analiza historyczna i socjologiczna pozwala stwierdzić, że protestantyzm w znaczący sposób przyczynił się (a szczególnie nurty kalwinistyczny i baptystyczny) do budowania demokracji w krajach, w których mógł mieć on wpływ na sferę publiczną. 

Elementem podstawowym dla powstania i rozwijania się struktur demokratycznych w Kościołach protestanckich, jest fakt „zindywidualizowania” lektury biblijnej. Oznacza to, że wierni nie tylko mogą indywidualnie czytać Pismo Święte, ale i rozumieć je i analizować, bez koniecznego - obowiązującego w tej kwestii - filtra „właściwej interpretacji” narzuconego przez władzę kościelną. 
Od wieku XVI polemika katolicka wiązała pojęcie Reformacji z rewolucją (w jej negatywnym oczywiście znaczeniu). Po części była to prawda, ponieważ przez powstanie nowych, a zatem „rewolucyjnych” struktur kościelnych, protestantyzm dopomógł powstaniu polityki świeckiej (oderwanej od instancji religijnych, nie-uwikłanej w interesy Kościołów). 
Doprowadzając do desakralizacji autorytetu religijnego (czyli, że żadna z władz kościelnych w protestantyzmie nie wynika z „namaszczenia Bożego”, a wszelka jej nieomylność jest wykluczona, jako sprzeczna z Objawieniem Bożym danym w Piśmie Świętym), protestantyzm ułatwił desakralizację władzy politycznej (pamiętajmy, że np. w średniowieczu królowie byli uznani za „pomazańców Bożych”, a gest namaszczenia króla był quasi-sakramentem). 
Po słynnej masakrze we Francji w noc/dzień Świętego Bartłomieja (1572 r.), która doprowadziła (przy wydatnym udziale kościelnych środowisk katolickich) do wymordowania wielu tysięcy protestantów, myśliciele kalwinistyczni będą kładli nacisk na fakt, że to przecież lud ustanawia królów i że książęta winni rządzić w zgodzie z prawami boskimi i ludzkimi... 
W 1581 roku, Deklaracja Niepodległości Zjednoczonych Prowincji (w 1581 r. 17 prowincji dzisiejszej Holandii, podległych władzy królów hiszpańskich dokonało aktu zrzucenia jarzma zależności) stwierdzi, że „poddani nie są stworzeni dla księcia (...), ale raczej książę dla poddanych (...), aby rządzić zgodnie z prawem i rozumem”. 

Nie zapomnijmy, że to biblijna koncepcja powszechnego kapłaństwa wierzących (por. 1 List Piotra 2,5) miała demokratyczne efekty w życiu Kościołów protestanckich. Kościoły protestanckie, uznając równość pastorów, ustanawiając odpowiedzialność świeckich w radach lokalnych parafii/zborów oraz na synodach (zgromadzeniach dla całego Kościoła krajowego), podejmując decyzje większością głosów osób uprawnionych do głosowania, już w połowie XVI wieku odprowadziły do zerwania z jakąkolwiek formą absolutyzmu kościelnego.  
W Ameryce Północnej, purytanie (kalwini angielscy, emigrujący do kolonii brytyjskich) oraz inni, jak np. baptysta Williams (1603-1684), czy kwakier William Penn (1644-1718) wprowadzali terytorialne zarządzanie demokratyczne, wyprzedzając znacząco ich czasy. Williams, w Rhode Island, doprowadził do ograniczenia prerogatyw państwa w kwestii sumienia jednostek (1647). Penn doprowadził do zbudowania w Pensylwanii stanu bardzo tolerancyjnego i pacyfistycznego, którego Konstytucja posłużyła za model tej dla całych Stanów Zjednoczonych Ameryki. 
Alexis de Tocqueville (1805-1859), słynny francuski teoretyk demokracji, w swoim dziele O demokracji w Ameryce (1835-1840), wyraził swój podziw dla umiejętności połączenia w Ameryce „ducha wolności” z „duchem religii”. Tocqueville dostrzegł w Ameryce - naznaczonej dziedzictwem purytańskim - pluralizm konfesyjny, który przy zachowaniu głębokich indywidualnych zasad religijnych, doprowadził do kontroli i zwalczania wszelkich nadużyć władzy publicznej, zagrażających wolności sumienia jednostki. 
To dziedzictwo protestanckie spowodowało powstanie w Ameryce politycznych mechanizmów, zapewniających wolne wybory i udział reprezentantów ludności we władzach państwa... 
Można zatem stwierdzić, na podstawie cytowanych faktów, że Kościoły protestanckie w znaczącym stopniu były szkołą dla rodzącej się demokracji. 

Protestantyzm a patriotyzm

Czy protestantyzm jest patriotyczny?

Czym jednak jest patriotyzm? Internetowa encyklopedia Wikipedia definiuje go  w sposób następujący: Patriotyzm  – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. [...]  Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.
Encyklopedia PWN twierdzi, że patriotyzm to postawa łącząca przywiązanie i miłość do ojczyzny oraz solidarność z własnym narodem — z szacunkiem dla innych narodów i poszanowaniem ich suwerennych praw.

Czy jednak protestantyzm jest patriotyczny? W Polsce, w ciągu wielu lat narosło w tej kwestii wiele stereotypów co do „obcości” protestantyzmu, nie bez udziału zresztą tych, którzy umacnianiem takich stereotypów byli i są zainteresowani... Zauważmy jednak, że wyżej cytowane definicje podkreślają, jako kryterium, związek z własnym narodem, ze społecznością, a przecież wszyscy wiemy, że z zasady swej Kościoły protestanckie – nawet należąc do nurtu tradycji, czy teologii przekraczających granice danego kraju – nigdy nie mają struktur instytucjonalnych, decyzyjnych, umieszczonych poza krajami, w których Kościoły te się znajdują. Kościoły te, nie mając „zagranicznego” centrum zarządzania z zasady są przypisane do danego kraju, będąc w pełni zależnymi od rzeczywistości danego kraju; są związane z jego przeszłością i teraźniejszością. Przyszłość danego kraju, to przyszłość danego Kościoła protestanckiego...
Paradoksalnie zatem, od strony instytucjonalnej, z samej mocy ich funkcjonowania, Kościoły protestanckie są już same z siebie patriotyczne...

Patriotyzm jednak wyraża się w określony sposób. Zauważmy, że wyżej cytowane definicje patriotyzmu odnoszą się do postawy życiowej, związanej z odkryciem i akceptacją własnej tożsamości i solidarności z innymi ludźmi. Solidarność ta przekłada się na konkretne (ku dobru innych) działania.
Tak określone postawy ludzkie nie są niczym innym, jak postawą życia, którą – zgodnie z nauczaniem Ewangelii – ma prezentować każdy chrześcijanin, każdy który wstąpił do szkoły życia, jaką jest Kościół Jezusa Chrystusa. To zatem Kościół jest miejscem, w którym kształtuje się postawa, którą możemy określić mianem „ prawdziwie patriotycznej”.
Protestantyzm, jak wymaga tego Pismo Święte, nauczając o „byciu” członkiem Kościoła, naucza bardzo jasno, że „bycie” to wymaga określonych, konkretnych postaw w życiu.
A zatem, protestantyzm jest odpowiedzialnym, zaangażowanym „byciem” w świecie, którego dla chrześcijanina szkołą tego „bycia” jest Kościół. Kościół ten jest związany z danym narodem na jego dobre i złe. W tym Kościele obywatele danego narodu uczą się wartości, które są wartościami w pełni patriotycznymi, istotnymi dla całej społeczności danego narodu.  

Zapytajmy jednak, w jakim konkretnym wymiarze nasze Kościoły, Kościoły protestanckie kreaują postawy „patriotyczne”?
Pismo Święte naucza, a za nim nasze Kościoły, że wspólnota wierzących nie może żyć dla niej samej. Angażując się w rzeczywistość codzienną, Kościół, wspólnota wierzących, uczestniczy w dziele mesjańskim Jezusa Chrystusa i bierze udział w historii świata. Wspólnota Kościoła jest wysłaną do świata (por. Mt 28,19 i nast.; Jn 17,18; 20,21). Kościół jest wezwany do bycia konkretnym znakiem Ewangelii, którą sam głosi.
K.Barth i J.Moltmann pisali o Kościele, że jest on „prowizoryczną reprezentacją ludzkości” i „ludem mesjańskim Królestwa, które nadejdzie”.

Tak rozumianą kwestię „patriotyzmu protestanckiego” świetnie oddaje fragment art. 5 jednego z najstarszych protestanckich dokumentów wyznaniowych, Konfesji Augsburskiej, napisanej przez Filipa Melanchtona w 1530 r. : Atoli Kościół nie jest tylko wspólnotą rzeczy zewnętrznych albo obrzędów, jak inne instytucje polityczne, lecz w zasadzie jest wspólnotą wiary i Ducha Świętego w sercach, wspólnotą, która jednak ma zewnętrzne znamiona, aby można było ją poznać, mianowicie znamionami tymi są czysta nauka Ewangelii i sprawowanie sakramentów zgodne z Ewangelią Chrystusową. [...] (Przeciwnicy doktryny ewangelickiej – przyp.TP) dodają, że do prawdziwej jedności Kościoła potrzebne są powszechne tradycje ludzkie, lecz temu stanowczo zaprzeczamy. [...] Wyraźnie uczy o tym Pismo św. w różnych miejscach, jak np.: „Królestwo Boże to nie pokarm ani napój, lecz sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym" (Rzym. 14,17). „Wszyscy synami Bożymi jesteście przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Którzykolwiek bowiem ochrzczeni jesteście, w Chrystusa się przyoblekliście. Nie ma Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety" (Gal. 3,28 i n.)

Konfesja Augsburska jednoznacznie rysuje rozumienie Kościoła - w pierwszym rzędzie wspólnoty wiary. 
Położenie akcentu na wspólnotę wiary, na jej aspekt z jednej strony nadprzyrodzony (czyli odniesienie do źródła wiary, jakim jest Bóg sam), ale jednoczesne związanie wiary z jej wymiarem wspólnotowym, relacyjnym, stawia Kościół w centrum życia społeczności ludzkiej. Kościół to wspólnota życia, to konkretni ludzie!
Takie postawienie sprawy uwalnia jednocześnie Kościół z jego własnych „niepatriotycznych” ambicji polityczno-ekonomicznych. Przecież jeśli wspólnota wiary jest fundamentem, to jej instytucje ludzkie nie tylko nie są konstytutywne, ale nie mają też swojej jedynej i absolutnej formy. Wszyscy Reformatorzy byli w tej kwestii realistami, tzn. zdawali sobie sprawę z konieczności funkcji porządkującej instytucji, niemniej jej kształt konkretny uważali za mniej istotny dla Kościoła. Reformatorzy wiedzieli doskonale, że przesadne podkreślanie ważności struktury kościelnej – jak historia dowodzi – bardzo często powodowała i powoduje skłonność do stawiania jej interesów ponad interesy nie tylko szeregowych wiernych, ale i nawet całych narodów, czy państw. A to przecież nie jest patriotyczne...

Kościół jest zatem w pierwszym rzędzie miejscem spotkania z Chrystusem (bo w Kościele jest zwiastowane Słowo Boże, będące podstawą tego spotkania), ale Kościół jest też miejscem świadectwa, czyli życia nastawionego nie tylko na swój własny, wewnętrzny świat wspólnoty, ale i na świat zewnętrzny.
Mówi o tym wyraźnie tzw. Deklaracja z Barmen, powstała w niemieckich Kościołach protestanckich, w czasach nabierającego siły nazizmu hitlerowskiego. Mówi ona: Kościół chrześcijański jest wspólnotą braci, w jakiej Jezus Chrystus ukazuje swoją obecność, przez Ducha Świętego w Jego Słowie i w sakramentach (art.3 Deklaracji z Barmen, 1934 r.).
Kościół jest zatem wspólnotą braci, która ma być widziana z zewnątrz. To braterstwo ma niejako „dowieść” obecności Jezusa Chrystusa.
To nie piękne słowa, wypowiadane w Kościele z niezobowiązującą łatwością, będą jego świadectwem życia. Nie będzie nim także nawet najbardziej wysublimowane intelektualnie nauczanie. A z pewnością nie będą nim kościelne ambicje, związane z wartościami tego świata: pragnienie dominującej pozycji, pieniądza, wpływu na otaczającą rzeczywistość (wpływu korzystnego dla „swojej” instytucji).
Świadectwem ma być braterstwo zgodne z Listem Pawła do Galatów, cytowane w Konfesji Augsburskiej, gdzie nie rozróżnia się między Żydem a Grekiem, między niewolnikiem a wolnym, tzn. podkreśla się wartość każdej jednostki, jej prawa i godność, będące podstawami każdego społeczeństwa i robi wszystko, by prawa te i godność mogły zaistnieć w życiu praktycznym każdego człowieka; zaistnieć w sposób praktyczny, tzn. pozwolić każdemu żyć w sposób godny, w sprzyjających temu warunkach (materialnie i duchowo).  
Kościół zatem, czyli tworzący go wierzący, ma – zgodnie z wyżej przedstawioną treścią – być „patriotyczny”, tzn. być i działać tam, gdzie przychodzi mu żyć, ku dobru nie tylko swojemu, ale całej otaczającej go rzeczywistości.

Taki jest protestancki, czyli biblijny patriotyzm. 

sobota, 8 czerwca 2013

Studium tekstu Ewangelii według Jana 16,12-15

Tekst Ewangelii według Jana 16,12-15 :
12 Mam wam jeszcze wiele do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie; 13 lecz gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę, bo nie sam od siebie mówić będzie, lecz cokolwiek usłyszy, mówić będzie, i to, co ma przyjść, wam oznajmi. 14 On mnie uwielbi, gdyż z mego weźmie i wam oznajmi. 15 Wszystko, co ma Ojciec, moje jest; dlatego rzekłem, że z mego weźmie i wam oznajmi. 


Wprowadzenie

Będąc wsłuchani w Ducha, uczniowie są pewni zwycięstwa Chrystusa i Jego wsparcia, by móc świadczyć wobec świata. Ale jaki jest efekt tego zwycięstwa na ich życie, na ich gloszenie...? Tekst Jana stara się to przekazać: On (tenże – gr. ekeinos, w rodzaju męskim) poprowadzi wierzących do pełnego przyjęcia prawdy o Synu; przez Jego tchnienie uczniowie będą mogli uczestniczyć w tym, co należy do Jezusa Chrystusa, Uwielbionego. 
Poprzednie wersety rozdziału 16 (8-11) obwieszczały stan kryzysu, który to kryzys Duch pomoże przezwyciężyć. Dzięki działaniu Ducha dojdzie do przekształcenia smutku w radość. , Takie działanie Ducha będzie zwiastowane  w dalszej części tekstu...

Analiza tekstu 16,12-16:

1. Mam wam jeszcze wiele do powiedzenia (legein), ale teraz znieść nie możecie; lecz gdy przyjdzie On (ekeinos), Duch Prawdy, wprowadzi (hodegesei) was we wszelką prawdę... (w.12-13a)

Powyższe wersety (12-13a) łączą dwie części przemowy Jezusa (wcześniejszą o kryzysie i kolejną - o działaniu Ducha). Jednocześnie, uczą o tej szczególnej prawdzie: jest czas „nie rozumienia” słów Jezusa i jest czas rozumienia, dzięki działaniu Ducha, który doprowadzi do całej prawdy; więcej: Duch „wprowadzi” w prawdę. 
Wersety kolejne (13b-15) będą jednostką łączącą w sobie dwa elementy poprzednio rozdzielone: oto „mówienie” Ducha, Jego komunikacja, ma swój początek w Jezusie uwielbionym. A zatem Duch prawdy i Syn są „dwoma”, ale są „jednym” w ich działaniu. 

Jezus ma jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia (16,12), ale jakich? Werset ten nie tłumaczy tego. Według niektórych chodziłoby tutaj o śmierć/zmartwychwstanie Jezusa; według innych o doświadczenia, przez które przejdzie wspólnota post-paschalna. 
Niemniej, kontrast w w.13a, co do działania Ducha, pozwala sprecyzować rozumienie istotnego faktu: jeżeli Jezus z Nazaretu nie doprowadził swoich uczniów do całej prawdy, to dlatego, że nie mogli oni jeszcze „ponieść” (bastazein) objawienia Jezusa. W języku greckim bastazein, termin oznaczający niesienie jakiegoś ciężkiego przedmiotu - por. 10,31; 19,37; 20,15 – może mieć znaczenie metaforyczne i sugerować tutaj, że w sytuacji uczniów pre-paschalnej mieli oni wielką trudność w przyjęciu objawienia Jezusa. 
Teraz ostatniej Wieczerzy jest w opozycji do czasu przyjścia Parakleta/Pocieszyciela; przyjście to jednak zależy od Paschy Syna (por. 6,7). 

Oczywiście, Jezus oznajmił uczniom wszystko, co usłyszał od Ojca (15,15); ale aby mieli oni tę głęboką inteligencję, by wszystko to przyjąć, potrzeba było interwencji Ducha. Jak w 14,25-26 Pocieszyciel jest „autoryzowanym interpretatorem” Jezusa: era Ducha Świętego jest tą, w której przeszłość oświeca teraźniejszość. 
Zgodnie z naszym tekstem, gdzie początek nie ma miejsca w słowach, ale w milczeniu Jezusa, era Ducha jest jeszcze czymś więcej: Pocieszyciel przekaże „mówienie” Syna uwielbionego, zakomunikuje to, co jest Jego, w Jego doskonałej jedności z Ojcem. 
Zauważymy to jasno, poddając analizie trzy czasowniki, które opisują tutaj post-paschalne działanie Ducha: 
- doprowadzić do pełnej prawdy, 
- wyrazić to, co usłyszy, 
- komunikować uczniom to, co należy do Syna. 

Duch poprowadzi (hodegesei) uczniów do prawdy. Wysłuchuje on modlitwy psalmisty: „Prowadź mnie (hodegeson) do prawdy!” (Psalm 24,5 według LXX). 
To głębokie pragnienie jest echem biblijnej tradycji drogi Pańskiej, którą trzeba poznać i którą trzeba kroczyć, aby mieć życie. Bóg sam jest na niej przewodnikiem (por. Wyjścia 15,13; Izajasza 49,10; 58,11; Psalmy 48,15; 73,24; 119,105). 
Tradycja ta przypisywała możliwość przejścia Morza Czerwonego działaniu Ducha Yahwe: Jak bydło, które schodzi w dolinę, tak ich prowadził Duch Pana do odpoczynku. Tak wiodłeś swój lud, aby sobie zapewnić sławne imię (Izajasza 63,14). 

Duch działa pośród Hebrajczyków w ich podążaniu do Ziemi Obiecanej. Jest On kojarzony czasem z ogniem, może być rozpoznany w słupie płomiennym (por. Nehemiasza 9,12 i 19). 
Filon z Aleksandrii (12 p.n.e – 54 n.e.), filozof i dziedzic tradycji żydowskiej, mówi, że „duch Mojżesza nie zdążałby do celu tak doskonale prawidłowo, gdyby nie miał tchnienia Boskiego, aby go prowadzić w pełni do poznania samej prawdy”, a także, że „tchnienie prowadzi (aphegoumenon) na drodze w pełni prawej” (Filon, "Życie Mojżesza", II, 165 i "De Gigantibus", 55). 




To do pełnej prawdy prowadzi Duch. Czy byłaby to inna forma przekazu tego, że Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem (Jana 14,26) ? Jeżeli ze śmiercią Jezusa ma miejsce zamknięcie niejako Jego ziemskiego nauczania, z Duchem dochodzi do skutku rozumienie - obejmujące całość tego nauczania - elementów dotąd jakby w nim rozproszonych, wcześniej trudnych do całościowego powiązania (w całości działania i nauczania Jezusa chrystusa). 

Przez wspomnienie i sprecyzowanie, że dojdzie do pełnego przekazania wszelkiej prawdy, Ewangelista chce powiedzieć jakby nieco więcej: ponad tym światłem na przeszłość związaną z Jezusem, dokonuje się ukazanie Jego teraźniejszości, która jest teraźiejszością Syna Bożego. Cała prawda oznacza pełnię tej tajemnicy. 
Inaczej mówiąc, zostaje przekazane, zakomunikowanie (poza samym rozumieniem Jego nauczania) Panowanie Chrystusa Zbawiciela, Panowanie, które ustanowił Ojciec: Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM - ku chwale Boga Ojca (Filipian 2,9-11), a które celebruje także pieśń z Kolosan 1,15-20: On jest obrazem Boga niewidzialnego - Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała - Kościoła. On jest Początkiem, Pierworodnym spośród umarłych, aby sam zyskał pierwszeństwo we wszystkim. Zechciał bowiem /Bóg/, aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą: przez Niego - i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża
Uwaga, tekst ten nie oznacza, że Duch daje gwarancję wierzytelności wszystkim ambicjim doktrynalnych formuł Kościoła. To co jest tutaj w centrum, to kwestia jedynej i pełnej prawdy o Chrystusie uwielbionym w Bogu i jako taki dającym się swoim. 

2. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi (w.13-15). 

Aby prowadzić do prawdy, Duch „będzie mówił” lub raczej „wyrazi” (lalesei) to, co usłyszy On od Syna. Ewangelista Jan, jak to jest w jego zwyczaju, rozróżnia między czasownikami lalein i legein.  Pierwszy z nich oznacza akt mówienia, drugi to, co powiedziane. Jeżeli zatem „wypowiadanie się” przez Jezusa przestało mieć miejsce, Jego „mówienie” (równoważne „wyjawianiu”, „objawianiu”) będzie kontynuowane i da się „usłyszeć” za pośrednictwem Ducha. „Mówienie” Ducha nie pochodzi z Jego własnego autorytetu, podobnie, jak Jezus nie mówił sam z siebie (por. 5,19; 8,28); Duch usłyszy Jezusa, jak Jezus sam słyszał Ojca (8,26). 
Jego (Ducha) mówienie nie dotyka uszu, jak to miało miejsce z mówieniem Jezusa, za Jego życia ziemskiego, ale mówienie Ducha dotyczy i dotyka serca ludzkiego. Syn przedłuży swoje objawienie w odmienny, nowy sposób, w sposób „duchowy”, co precyzuje trzeci czasownik charakteryzujący funkcję Pocieszyciela. 

Jeżeli Duch wyraża (w znaczeniu lalein) to, co usłyszy od Syna, to po to, aby przekazać, komunikować. Czasownik anaggellein pojawia się trzykrotnie. Złożony z aggellein (por. Jana 20,18) i z ana, zawiera on sens obwieszczania, wyjawiania rzeczy nieznanej. 
Z powodu prefiksu ana, który sugeruje powtarzanie, zawiera on w sobie znaczenie powtórnego mówienia: zwiastowanie, nowe dla adresatów, było najpierw otrzymane przez tego, który je przekazuje; zwiastujący nie jest sam autorem zwiastowania (podobnie zresztą Apostołowie głosili to, co otrzymali od Pana: Dzieje 20,20 i 27; 1 Piotra 1,12). 
Duch jest zatem wyrażaniem się samego Jezusa. 

Tekst mówi oznajmi wam rzeczy przyszłe (ta erkhomena). 
Sformułowanie to jest dość szerokie. 
Część interpretatorów uważa, że dotyczy ono wydarzeń Męki/Zmartwychwstania, zważywszy, że słowa te są wypowiadane w noc zdrady. Inni chcieliby widzieć tutaj wzmiankę o czasach ostatecznych, jakoby to Ewangelista miał usprawiedliwić działania „proroków” chrześcijańskich, zwiastujących koniec czasu. Nie zapomniawszy, że w słowach tych Kościół katolicki szukał racji swoich decyzji doktrynalnych, wykraczających poza nauczanie Pisma... 
Większość jednak poważnych komentatorów uważa, że zwiastowanie o rzeczach przyszłych dotyczy historii życia ludzkiego, w tych jej sytuacjach, w których Duch będzie prowadził chrześcijan w ich codziennej, konkretnej i trudnej konfrontacji z tym, co historia ze sobą niesie. Duch da chrześcijanom właściwy sposób reagowania na wydarzenia historii, wobec jej wydarzeń, w wierności nauczaniu Jezusa Chrystusa. 

Nie należy zapominać, że to, co Duch objawi, pochodzi od Jezusa, pochodzi z tego, co Syn posiada. 
Jest to jasno podkreślone przez stwierdzenie: Wszystko, co ma Ojciec, moje jest. Stwierdzenie to kieruje nie ku jakiejś nowej niezwykłej tajemnicy, ale do życia,które jest w Ojcu i Synu (por. 5,26), do chwały danej od całej wieczności Synowi (por. 17,5 i 24), do miłości, która jest w Bogu. 

Duch przekaże wierzącym to, co otrzyma przez Jezusa z tego niewyczerpanego skarbca życia, chwały i miłości Bożej. 
Czyniąc to, uwielbi On Syna, którego misja ma za cel uczestniczenie wierzących w „życiu wiecznym”, już od teraz, na tej ziemi, od spotkania z Jezusem żywym (por. 3,16; 10,28). 
Rozdział 17 wyrazi zawartość tej „komunikacji Jezusa”, powierzonej Duchowi w sposób następujący: I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy (...) Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich (Jana 17,22 i 26). 

Kilka uwag końcowych...

Jest rzeczą bardzo ważną powracanie w naszym głoszeniu Słowa do tekstu Janowego. Z wielu powodów, z których choćby jeden wydaje się już wystarczająco ważny: pokusa, w którą niektórzy mogą wpaść (chcianie lub nie-chcianie), uzasadniając „pochodzeniem” od Ducha Świętego (od Boga samego zatem) ich indywidualne rozumienie Objawienia Bożego, które z kolei prezentują w ich nauczaniu... Pojawia się szereg sytuacji w Kościołach, w których auto-proklamowani liderzy, bądź całe grupy kościelne odnoszą się do tego tekstu Ewangelii Jana, szukając w nim fundamentu, usprawiedliwiającego ich własne idee, podkreślając tym samym ich szczególny „kontakt” z Duchem. 

Jest zatem rzeczą niezwykle ważną podkreślanie w nauczaniu naszych Kościołów elementu, który przewija się przez cały wyżej podany tekst: Duch bierze z Jezusa, nie tworzy nowego nauczania, ale je aktualizuje, czyni możliwym, dotyka nim serca ludzkie. 
Słowa Jezusa, w tak rozumianej aktualizacji, przekazie możliwym dzięki Duchowi, nie mogą być odmienne od tego co Jezus już wcześniej nauczał słowem, czy całym swoim życiem. Całość tego nauczania, od strony jego treści znajdujemy w słowie Pisma Świętego. Rolą Ducha Świętego jest  natomiast aktualizacja tej treści w znaczeniu otwarcia naszego serca na nią, czyniąc tę treść niejako skuteczną, aktywną w naszym konkretnym życiu. 
Możemy zatem być pewni, że jeżeli w nauczaniu poszczególnych osób, czy nawet całych Kościołów, znajdziemy elementy obce Słowu Biblii, to możemy być pewni, że nauczanie to nie jest z Ducha Bożego, Ducha Pocieszyciela, Tego, który naucza z Syna. 
Duch prawdy, Duch prawdziwy poprowadzi wierzących do pełnego przyjęcia prawdy o Synu, a przez Jego tchnienie, uczniowie będą mogli uczestniczyć w tym, co należy do Jezusa, Uwielbionego. 




Istnieje jeszcze jedna możliwość, będąca biegunowo odmienną, od poprzednio opisanej. 
Jest nią możliwe zamknięcie liderów kościelnych (pastorów, ewangelistów, nauczycieli teologii), a także całych środowisk kościelnych (może nawet całych zborów) na niezbędność działania Ducha. Osoby takie i grupy opierają się wyłącznie na intelektualnej analizie tekstu biblijnego, ufając całkowicie ludzkiej zdolności interpretacji tego tekstu. 
Jest to ryzyko równie niebezpieczne, jak to opisane wcześnie. 
Nigdy i nikt nie może sam pojąć prawdziwej treści Słowa Bożego, jeśli nie będzie w nim działał Duch Pocieszyciel, Duch Święty. 
Słowo Biblii, analizowane i głoszone bez stałego odnoszenia się do Ducha, otwierania się na Jego działalność w pełnej pokory modlitwie, pozostanie słowem martwym, niezdolnym zmienić ludzkie serca, niezdolnym do otwarcia ich na życie. 
Taka postawa głoszących będzie równie fałszywa, jak ta autoproklamowanych liderów „z Ducha”, bo prowadzi ich słuchaczy na manowce ludzkich wyobrażeń i ambicji...