czwartek, 28 marca 2013

Etyka protestancka, jako zaangażowanie ku dobru wspólnemu


Etyka protestancka, jako zaangażowanie ku dobru wspólnemu, dobru w tym świecie -  zaangażowanie polityczne, a etyka protestancka. 

Polityka, to słowo, które nierzadko budzi nienajlepsze skojarzenia, podczas gdy w znaczeniu podstawowym oznacza to, co jest związane z zarządzeniem, czy szerzej – wszelkim zaangażowaniem ludzkim w grupie społecznej, zaangażowaniem z troską i ku dobru danej grupy ludzkiej. Można też powiedzieć, że słowo to oznacza zaangażowanie ku dobru świata nas otaczającego... 
W naszym artykule chcemy podzielić się kilkoma uwagami dotyczącymi etyki protestanckiej w odniesieniu do zaangażowania politycznego, w rozumieniu nakreślonym wyżej – w zaangażowaniiu ku dobru świata nas otaczającego. Jeszcze jedna uwaga – słowo „świat” będziemy tu rozumieli w znaczeniu potocznym, jako rzeczywistość nas otaczającą, miejsce gdzie żyjemy, ludzi, którzy żyją wokół nas. 

Dla właściwego rozumienia relacji człowiek-otaczający go świat, wyrażanego przez etykę protestancką jest niezbędne przypomnienia protestanckiej (czy właściwie – bibljnej) zasady pierwszeństwa dawanego Bogu, który daje się poznać w swoim Słowie. W przypadku protestantyzmu pierwszeństwo to, które stara się on w sposób stały podkreślać (choćby przez klasyczne reformowane soli Deo gloria – tylko Bogu chwała) nie może prowadzić – zgodnie z nauczaniem Ojców Reformacji - do lekceważenia świata (rzeczywistości wokół nas). 
Wręcz odwrotnie – pierwszeństwo dawane każdorazowo przez chrześcijanina Bogu, we wszystkich jego życiowych wyborach, winno zawierać świadomość, że świat stworzony przez Boga cieszy się Jego opieką i stanowi część Przymierza, jakie Bóg zawarł ze swoim ludem. 
Taka świadomość tłumaczy w pierwszym rzędzie etykę protestancką jako pozytywną wobec  świata (co nie oznacza oczywiście – bezkrytycznie wszystko akceptującą) i nie uważającą za istotną postawę odrzucania, czy ciągłego wyrażania nieufności wobec wszystkiego, co stanowi „ten świat” w jego najbardziej prostym, banalnym rozumieniu. 
W etyce protestanckiej istnieje zatem w pierwszym rzędzie pozytywne postrzeganie świata. Podkreślmy bardzo mocno – to pozytywne postrzeganie świata nie wynika z pustego i bezkrytycznego zachwytu nad światem, ale wynika z postrzegania świata w perspektywie łaski, jaką nas Bóg obdarza, jaką obdarza ten świat (..”.abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie, bo słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” – Ewangelia według Mateusza 5,45). 
Jeśli pojawia się w protestantyzmie (a pojawia się i to nierzadko) nurt „ascetyczny”, czyli swoista surowość, trzeźwość czy umiarkowanie (które tradycyjnike podkreślano jako charakterystyczne dla nurtu kalwińskiego), nie są to nigdy cele same w sobie (związane z odrzuceniem świata), a jedynie środki mające za cel realizację braterskiego dzielenia się z innymi dobrami tego świata i troskę o sprawiedliwość na tym świecie. 

Jako ciekawostkę warto podkreślić, że w teorii etyki protestantyzmu, to Dietrich Bonhoeffer, znany teolog i pastor, a jednocześnie ofiara nazizmu hitlerowskiego, przyczynił się w wieku XX do podkreślenia wartości świata, dobra i życia, pomimo trudnych sytuacji, tak znanych przez każdego człowieka. Bonhoeffer, który doświadczył aż z naddatkiem cierpienia, zwłaszcza z ręki nazistów, ostatecznie będąc zamordowanym w obozie koncentracyjnym, nigdy nie zaprzestał podkreślać zasady wartości dobra i życia; nigdy nie poddał tych wartości w wątpliwość. 
Protestantyzm i jego etyka zawiera zatem podkreślenie, a czasami przywrócenie właściwego postrzegania (jeszcze raz: nie pustego, nie bezkrytycznego) wartości świata, który nas otacza. 
Dzieje się to dzięki odnowionej teologii stworzenia, czyli stałemu podkreślaniu,że świat nie jest tylko (czy aż!...) dziełem Pańskim, któremu On sam nadał kształt, ale że Pan nasz o świat ten w swojej opatrzności nadal i wciąż się troszczy. 
Tak określona i usytuowana etyka protestancka pozwala lepiej zrozumieć miejsce, w jakim przychodzi nam żyć i działać, oraz zachęcić nas do większego zaangażowania, do życia odpowiedzialnego nie tylko za nas samych, indywidualnie, ale do życia zaangażowanego i odpowiedzialnego za otaczający nas świat. 

Oczywiście, jesteśmy świadomi, że świat jest ograniczony i przemijający, co pozwala nam mieć świadomość także naszej ograniczoności i naszej słabości (a jednocześnie oba te elementy przyjąć i zaakceptować). 
Niemniej, wiemy, że wszelka nasza odpowiedzialność w świecie i dla świata dzieje się przed Bogiem, co nadaje jej szczególnej wartości i motywacji. 
Oczywiście, nie przyjmujemy, zgodnie z tak postawionymi ograniczeniami, odpowiedzialności za świat, jak ów mityczny Atlas, który na swych barkach miał nieść cały świat. To Bóg jedyny, stworzyciel i działający w swojej opatrzności jest Panem świata. Ale mamy przekonanie, że jesteśmy powołani do jak najlepszego wykonywania w sposób świadomy „władzy” troski o świat (oczywiście relatywnej), władzy-troski nad elementami tego świata (małymi bądź większymi), która została nam powierzona (por. Księga Rodzaju 1,28: „...Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną...”). 

Zgodnie z etyką protestancką celem naszych działań, działań ludzkich, nie jest (bo i być nie może zgodnie z racjonalną oceną naszych możliwości) całkowite przetworzenie świata, ale jest i może być uczynienie go tam, gdzie przychodzi nam żyć, milszym, lepszym, bardziej przyjaznym dla życia nie tylko naszego, indywidualnego, ale i dla życia tych, którzy wraz z nami miejsce to zamieszkują, czy w miejscu tym wykonują swoje aktywności. 

Taka jest, jednocześnie mistyczna (bo świadoma odniesienia do Stwórcy i Opiekuna) ale i polityczna (bo związana z odpowiedzialnością wspólną, z potrzebą wspólnego wysiłku) wizja „politycznej” etyki protestanckiej. 
Tak usytuowana etyka protestancka stara się oddać właściwe miejsce Bogu, rozpoznać i uznać Jego prawo, ale też pokornie, ale konsekwentnie stara się oddać miejsce właściwie pojętym i podjętym wysiłkom ludzkim. Stara się ona podkreślić odpowiedzialności każdego człowieka wierzącego wobec świata go otaczającego. 
Ma to ścisły związek z pragnieniem stałego uzgadniania refleksji etycznej z nauczaniem Chrystusa, z jednej strony podkreślającego wolność i sprawiedliwość płynące z góry, od Ojca, a jednocześnie tak silnie osadzonego w rzeczywistości Go otaczającej. 

                                                W.Blake, Chrystus jako Odkupiciel czlowieka, 1808

Wiara w rozumieniu protestanckim i w odniesieniu do etyki nie jest czymś demobilizującym, zachęcającym do praktyk ascetycznych (mniej lub bardziej absurdalnych, jak zdarzało się to w historii Kościoła, podczas wieków jego istnienia), nierzadko pełnych hipokryzji. 
Wiara w rozumieniu protestanckim nie prowadzi także do ucieczki przed światem w jakieś przekonania, czy struktury mające rzekomo chronić tych, którzy je uznają i oddzielają od świata. 
Wiara, będąc świadomą delikatności i wrażliwości kazdego wierzącego, pozwala mu i pomaga mu znaleźć jego miejsce, miejsce mu wyznaczone w jego powołaniu go przez Pana życia, by ten dzięki łasce, która jest mu dana, mógł realizować swoją misję w tym świecie, odpowiedzialnie realizować to, co stanowi o jego za ten świat odpowiedzialności. 

Etyka protestancka – powołanie i zaangażowanie


Nie jest dla nikogo z nas odkryciem stwierdzenie złożoności współczesnego świata, komplikacja targających nim dramatów. Ale to właśnie w tej konkretnej, historycznie i realnie określonej sytuacji świata, protestantyzm powinien dążyć do podkreślenia i realizacji wartości jego doświadczenia w dziedzinie etyki. Doświadczenie to, jak wskazuje analiza historyczna protestantyzmu, chrakteryzuje się stałym zachęcaniem, by wierzący w ich wyborach życiowych kierowali się Pismem Świętym, kładąc nacisk (biorąc początek z lektury i studium Biblii) na trzy tematy: 
Ø zaangażowania polityczne (jako zaangażowanie ku dobru społecznemu), 
Ø wartość zdrowo rozumianej ekonomii (jako współtworzenia świata w postępie) 
Ø i stałe podkreślanie porządkującej siły związku mężczyzny i kobiety dla życia osobistego i społecznego społeczności ludzkich. 

Te trzy tematy, na których szczególne podkreślenie możemy zdobyć się po krytycznej lekturze prawie już pięciu wieków protestantyzmu, są także dzisiaj niezwykle ważne i stanowią o ustaleniu podstawowych centrów refleksji współczesnej etyki protestanckiej. 
Tymi trzema tematami chcielibyśmy się zająć w kolejno publikowanych artykułach naszego pisma. 
Wymagają one jednak uprzedniej analizy protestanckiego sposobu rozumienia autorytetu Biblii w dziedzienie etyki, bez której wszelkie rozwijanie dalsze tematyki etycznej wydaje się bezzasadne. 

Wydaje się wręcz banalnym przypominanie, że od swoich początków Reformacja pragnęła uznać wyłącznie autorytet Pisma Świętego w dziedzinie wiary. Zasada ta pozostaje także dzisiaj aktualna, fundamentalna dla Kościołów protestanckich. 
Pozostaje jednak do wyjaśnienia:  jak zasada ta – w sposób konkrenty i odpowiedzialny – funkcjonuje w sferze etyki? 
Jak zasada biblijna, bez popadania w skrzywiony (a wygodny, bo znajdujący na wszystko „gotową” odpowiedź) fundamentalizm ma funkcjonować, aby pozwolić, by chrześcijanie współcześni mogli w niej znaleźć prawdziwy głos Boga kierującego ich życiem? 

Wiemy doskonale, że każda poważna lektura Biblii, zwłaszcza kiedy jest motywowana pytaniami o charakterze etycznym, napotyka na szereg trudności. W szeregu przypadków trzeba wybrać między tym a innym rozwiązaniem. Według jakiego kryterium tego dokonać? 
Co robić np. w sytuacjach, gdy tekst biblijny nie zna zupełnie kwestii, które nas zajmują, np. gdybyśmy szukali w Piśmie odpowiedzi etycznych w kwestii energii nuklearnej, czy np. diagnostyki prenatalnej. Często znajdujemy się w kłopocie, kiedy przeglądamy Biblię pod kątem jak najbardziej konkretnej odpowiedzi na pytanie: „co mam robić aby dobrze zrobić w tej konkretnej sytuacji mojego życia?”

                                                      Philippe de Champaigne Dekalog

A jednak, wydaje się, że to nie Biblia, ale j.w. sformułowane pytanie powinno być poddane dyskusji. Znakomitego materiału dostarcza nam pod tym względem biblijna scena z Ewangelii wg Św.Łukasza 10,25-28. 
Uczony w Piśmie zadaje Jezusowi pytanie: Nauczycielu, co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? Jezus nie odpowiada cytując jakiś szczególny katalog cnót, ale odsyła pytającego do świetnie znanego mu Prawa Bożego, znakomicie zresztą streszczonego w dwóch przykazaniach miłości Boga i bliźniego. 
„Kochać Boga i bliźniego”, to wymaganie, które ma się przekładać na działania konkretne, ale musi ono u początku zaakceptować konieczność usytuowania się w szczególnej relacji z Bogiem i bliźnim. 
A zatem, zanim coś chce się „robić”, należy „być”. 
Uczony w Piśmie, z cytowanego wyżej tekstu Ewangelii, myśli w kategoriach „robienia”  dobrze. W dalszej kolejności zapyta więc: Kto jest moim bliźnim? Pytanie jest oczywiście w pełni zrozumiałe, ponieważ chce on jasno zdefiniować obiekt, wobec jakiego jest zobowiązanym czynić dobrze, mając oczywiście motywacje płynące z miłości... 
Jezus odpowiada świetnie znaną nam przypowieścią o dobrym Samarytaninie (Łk 10,30-37), która całkowicie zmienia punkt widzenia postawionego wcześniej pytania: 
Ø bliźnim nie jest ten czy ów, czy też cały świat;  
Ø bliźnim jesteś ty, który usłyszałeś Boże przykazania; 
Ø jesteś nim ty, jako ten, który zbliża się do tego, który cię potrzebuje. 
Znaczenie słów Jezusa jest następujące: czy potrafisz stać się bliźnim drugiego, jak Chrystus stał się nim dla ciebie? 
Centrum pytania zmienia się, przenosząc się ze mnie, który chciałby decydować (wiedzieć, znać) to co należy czynić (by „dobrze” czynić), na tego, którego istnienie wzywa moje zaangażowanie i jest tym samym obietnicą właściwie rozumianego „dobrego” życia. 
Prawo Boże - w ustach Jezusa - nie jest rozumiane jako całość nauk, przykazań, które mam zrealizować, chcąc dobrze czynić, ale jest Słowem, będącym równocześnie wymagającym, ale i obietnicą, które kieruje, popycha mnie do drugiego – Boga i bliźniego – abym stał się otwarty (ze wszystkimi konsekwencjami) na ich obecność. 

Zatem, zanim zaczniemy poszukiwać w Biblii odpowiedzi na nasze pytania etyczne, powinniśmy usłyszeć pytanie, które Słowo Boże stawia nam, w Prawie Bożym: jesteś gotów być stale otwartym, wsłuchanym w relację z Bogiem i bliźnim, czy też oczekujesz pewności, zapewnienia o słuszności twoich wyborów? 

V Przykazanie - Czcij ojca swego i matkę swoją


2 Mojżeszowa/Księga Wyjścia 20,12: Czcij ojca swego i matkę swoją, aby długo trwały twoje dni w ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie

5 Mojżeszowa/Księga Powtórzonego Prawa 5,16: Czcij ojca twego i matkę twoją, jak ci rozkazał Pan, twój Bóg, aby długo trwały twoje dni i aby ci się dobrze działo w ziemi, którą Pan, twój Bóg, ci daje.

Zanim przejdziemy do rozważania treści piątego przykazania, zapamiętajmy, że znaczenia „czci”, o której ono mówi powinniśmy szukać nie w bezkrytycznym uwielbianiu kogolwiek, ale przede wszystkim w uznaniu szczególnej wagi tego kim ten ktoś jest, w przyznaniu (i swoistym wyznaniu) jego ważności. 

Dlaczego w tak nietypowy sposób rozpoczęliśmy nasze rozważanie? Ponieważ treść tego przykazania może być swoistą pułapką. 
Jest nader częstym zjawiskiem, że spotykamy osoby dorosłe, które uważają, że dzieci w ogólności (a zwłaszcza ich własne) zazwyczaj nie obdarzają ich szacunkiem, który (i tu wskazują na przykazanie) winni oni – rodzice - otrzymać... 
Nierzadko także, a zwłaszcza wtedy, gdy pastor rozpoczyna czytanie tekstu biblijnego, poprzedzającego rozważanie piątego przykazania, można usłyszeć szepty rodziców: „a widzisz, posłuchaj, co pastor czyta...”!

Nie zapominajmy jednak, że nigdy Słowo Boże nie może stać się swoistym narzędziem dla jednych przeciwko drugim...
Słowo Boże, przykazanie Boże, jest zawsze zaadresowane do każdego z nas, aby być przez każdego z nas (i to niezależnie od naszej sytuacji, naszego wieku, czy statusu społecznego) usłyszane i przeżywane. 
Słowo Boże, czyli także przykazanie Boże dotyczy każdego z nas, powtórzmy to  jeszcze raz. 

Od takiego zatem założenia chcemy dość zaskakująco rozpocząć nasze rozważanie, czyli od zwrócenia uwagi, że piąte przykazanie jest obowiązujące dla każdego z nas, nawet dla tego, który sam już jest rodzicem, czy nawet dziadkiem (nie zapomniawszy oczywiście w pierwszym rzędzie o tych, których status dziecka jest oczywistym w danym momencie). 

Każdy z nas jest lub był dzieckiem, na określonym etapie jego życia. 
Każdy z nas jest lub był  w relacji dziecka do jakiegoś rodzica... 
Nie ma zatem tych, którzy słuchając tego przykazania mogliby pozostawać wyłącznie na pozycjach niezaangażowanych słuchaczy,  wymagających od innych (ich lub cudzych dzieci?) jego realizacji. 
Zresztą, nie zapomnijmy o fakcie, że Dekalog, kiedy został przekazany przez Boga Mojżeszowi, będąc następnie  stopniowo nauczany w Izraelu, był adresowany przede wszystkim do ludzi dorosłych!

Wróćmy jeszcze przez moment do znaczenia słowa „czcić”. 
Kiedy wypowiadamy je, w naturalny sposób kojarzy nam się ono z dystansem, jeśli nie z obawą, strachem. 
Niemniej, znaczenie słowa „czcij”, które w większości współczesnych języków tlumaczy jego hebrajski pierwowzór, w historii Izraela miało nieco inne i szersze znaczenie.  
Podczas gdy inne kultury wokół Izraela podkreślały posłuszeństwo połączone z obawą i strachem, to konieczne i pełne czci posłuszeństwo wobec starszych i praw, których byli oni strażnikami, sam Izrael w Biblii mówi przede wszystkim o czci rodziców, czyli o relacji wobec osób, z którymi istnieje bardzo określony związek. Izrael uczy o relacji, o którą należy dbać, którą należy pielęgnować, a nie o strachu przed „instytucją” starszego wiekiem (rozumianego ogólnie), jako tą, która nosi cechy nieomylności i władzy. 

Bardzo często inne kultury (i religie) umieszczały „cześć” starszych i ich zdania, ich nauczania w sferze prawie religijnego kultu, niedosiężnego dla młodszych. 
Izrael – wbrew pozorom mogącym wynikać z powierzchownej lektury - nie takiej czci naucza. 
W nauczaniu Izraela, w nauczaniu wynikającym i związanym z 5-ym przykazaniem, nie ma tak rozumianej separacji między pokoleniami. Między innymi dlatego (o czym powinniśmy zawsze pamiętać), że tym jedynym, który jest otoczony tą czcią prawdziwą i ostateczną jest tylko i wyłącznie Bóg jedyny!
W historii biblijnej znaczenie słowa, najczęsciej tłumaczonego jako „czcij”, oznacza: „przydaj szczególnej wagi temu kim są, co nauczają, do czego zachęcają, co przekazują twój ojciec i twoja matka, jak i ci, którzy byli przed tobą”. 

Nie chodzi tutaj zatem o oddawanie czci starszym (rodzicom), jaką np. oddaje się symbolom patriotycznym, czy oznakom przynależności grupowej, czy jakimś szczególnie ważnym dla historii danego narodu obiektom. 
Ale też nie chodzi tu o zwykłe i banalne stwierdzenie, że ci starsi kiedyś „mówili, czy robili ciekawe rzeczy”...
Chodzi tu o cos więcej, o permanentne  darzenie powagą tego kim są (czy byli) nasi rodzice, starsi w ogólności, a w szczególności darzenie uważnym szacunkiem tego, co było ich ideałem, pragnieniami, do czego dążyli, to czego nauczali. 
Chodzi tu zatem o stałą konfrontację (pozytywną, nie rywalizacji, nie prostej  negacji) tego co my robimy, bądź chcemy zrobić, z tym co nasi rodzice, czy ogólnie ci, którzy byli przed nami robili oraz czym (czy raczej kim) byli. 

Nie chodzi tu więc o ślepo religijne  powielanie dawnych modeli; nie chodzi także o wyzbywanie się inicjatywy. Ale nie chodzi także – i przede wszystkim! – o traktowanie przeszłości i tych, którzy ją tworzyli, jako wstecznych, ograniczonych, godnych wyłącznie zapomnienia i odrzucenia wszystkiego czym (kim) byli i co robili...
Chodzi o to, by przed jakąkolwiek decyzją, w trakcie każdej poważnej refleksji, związanej z naszymi ważnymi wyborami, posłuchać starszych, rozważyć ich słowa, przyjrzeć się im i ich postępowaniu, a także modelom, które były dla nich ważne. 

Każde nowe pokolenie uważa się za „odkrywające na nowo Amerykę”, czyli uważające, że to, co tworzy, jest w pełni nowe i jedynie słuszne... Już Kohelet (rozdz. 11 i 12 np.) nauczał o takim zjawisku, problem ten zatem nie jest wyłącznie związany z ostatnimi czasami. 

Możemy zatem - bez większej przesady - stwierdzić, że w sposób stały w historii ludzkiej ścierają się postawy kontestowania wszystkiego, co należy do przeszłości, z postawami zachowawczymi, konserwatywnymi. 
Ścierają się postawy – najczęściej – młodych, jako tych, którzy chcieliby wszystko zrównać ziemią, by wybudować na nowo, zgodnie z ich (rozumianym jako wreszcie tym właściwym) modelem i tych, którzy są gotowi na wszystko, by do takich eksperymentów nie dopuścić. 

Tu właśnie mamy kolejne znaczenie 5-go przykazania: pozwolić, aby każdy był sobą, aby każdy (czy młody, czy należący do dawnego czasu) mógł zachować swoją tożsamość i kreatywność; aby te tożsamości się przenikały i wzajemnie się uzupełniały; by tworzyć nie tyle nowe dla samego nowego (a tak często na gruzach poprzedniego, wcześniejszego), ale tworzyć nowe, w znaczeniu - lepsze, bo oparte o poprzednie doświadczenia, skonfrontowane pozytywnie z usiłowaniami poprzedników, pozwalające tym samym uniknąć ich błędów, rozwinąć wcześniejsze osiągnięcia .

To nie jest jakieś puste rozważanie związane z naukami społecznymi.  
To ukazanie, w sposób konkretny,  sposobu, w jaki Słowo Boże, które jest prawdziwą mądrością, podkreśla wagę starszych, rodziców i tych, których doświadczenie jest cenne i winno być pozytywnie wykorzystane.  
Możemy zatem powiedzieć, że w tym kontekście znaczeniem przykazania byłoby najprościej mówiąc: „Czcij tych, którzy nas poprzedzili”!

                                                 Gerrit Dou, Starsza kobieta czytajaca Biblie, 1630

Piąte przykazanie dotyczy nie tylko pojedynczych osób, rodzin, nie tylko ludzkich projektów społecznych. 
Ile razy zauważamy, że także nasze Kościoły były czy są dotykane kryzysami, wynikającymi z nieporozumień, związanych z jednej strony z odrzuceniem przez młodych wszystkiego tego, co w ich rozumieniu związane jest z przeszłością, a z drugiej strony z obroną za wszelką cenę – a nierzadko też bezrefleksyjnie – przez „starszych” wszystkiego tego, co oni tym razem uważają za zagrożone (w ich rozumieniu) przez młodych. 
Podkreśliliśmy już wyżej, że skoro każdy z nas ma mieć  świadomość bycia dzieckiem (dzieckiem w sposób stały i niezatracalny), to tym samym każdy ma zachować i podtrzymywać tę otwartość we wspólnym poszukiwaniu tego, co dla wszystkich (niezależnie od pokolenia, do którego należą) jest ważne. 
Każdy powinien w danej mu, bieżącej sytuacji, korzystając zarówno z przeszłych i nowych modeli, poszukiwać rozwiązań, wypełnienia potrzeb adekwatnych dla bieżącej naszej historii, ale poszukiwanie to nie może być bezkrytycznie, wręcz niewolniczo, związane czy to z negacją przeszłości, czy też z lekceważeniem teraźniejszości (rozumianej jako „nowość”). 

Powtórzmy zatem po raz kolejny, że 5-e przykazanie dotyczy wszystkich sfer funkcjonowania, wszystkich grup wiekowych, tworzących nasze społeczeństwa. W tym także dotyczy naszych Kościołów. 

Ktoś jednak powie: „No dobrze, tak szeroko i w wielu sferach rozważaliśmy to przykazanie, ale gdybyśmy chcieli go sprowadzić do prostego znaczenia, jakie ono właściwie byłoby?”
Jeśli chcielibyśmy sprowadzić piąte przykazanie do jego najbardziej centralnego znaczenia, to być może powinniśmy powiedzieć, że przestrzega ono przed przekonaniem, że cały świat powstał wraz ze mną samym i że przestrzega przed przekonaniem, że cały świat kręci się wokół mnie i wszystko ma zdążać do zaspokojenia moich interesów, by nie rzec moich kaprysów? 

Celowo dotąd unikaliśmy poruszania znaczenia  przykazania, tego najbardziej ewidentnego, jakim jest podkreślenie obowiązku zajęcia się przez dzieci i troszczenia się o swoich rodziców. 
Nie uważamy, by podkreślanie tego obowiązku z opóźnieniem miało pomniejszyć jego ważność. 
Wręcz przeciwnie – by móc go spełnić z tym większą powagą i zaangażowaniem, wydawało nam się niezbędnym zbudować dla niego solidny fundament. 
Jednym z istotnych problemów naszej współczesnej cywilizacji jest problem właściwej relacji z tymi, którzy są nam najbliżsi. 
Ta niewłaściwość relacji przybiera wiele form. Może to być wykorzystywanie bliskich (rodziców) w kwestiach materialnych. Może to być lekceważenie ich potrzeb duchowych, emocjonalnych, stawianie ich na pozycjach: „jesteś, ale nie przeszkadzaj”... 
Nasza cywilizacja zachodnia cierpi na grzech choroby odrzucenia tych, którzy są nam najbliżsi... 
Nadszedł zatem czas na to, aby zadać sobie pytania:
- jaką dzisiaj relację, jakiej jakości mamy z naszymi rodzicami; 
- jaką opiekę im zapewniamy, 
- na ile o tę opiekę się troszczymy? 
Wszyscy wiemy, że żyjemy w społeczeństwach, o których mówi się, że podlegają stałemu „starzeniu się”, tzn. że jest w nich coraz liczniejszą grupa osób w wieku zaawansowanym. 
W przypadku współczesnej Polski sytuacja zdaje się stawać coraz bardziej trudną, zważywszy na niezwykle niski wskaźnik urodzeń, na malejącą aktywną zawodowo grupę młodych, na których barkach ma się opierać przyszłość ich rodziców, tych wielokrotnie tutaj wzmiankowanych „starszych”. 
Niezwykle istotnym zdaje się zatem tutaj pytanie: jaki rodzaj zaangażowania wobec „starszych”, jaki rodzaj troski młodzi chcą i są w stanie okazać starszym, ich rodzicom? 
Jaki rodzaj życia już teraz chcą i są w stanie im zgotować? 
To właśnie w tym kontekście Słowo Boże mówi o „przedłużeniu naszych dni”. Bo przecież ten młody dzisiaj będzie starszym jutro, a starszy dzisiaj, był tym młodym wczoraj... 
Słowo Boże nie jest tylko pustą zachętą do „duchowych” zapałów, do rozważań czysto teoretycznych. 
Na Słowie Bożym jest zbudowane nasze życie prawdziwe, to  zycie każdego dnia i to na jego – Słowa – modelu opiera się nasze szczęście dzisiaj, tutaj, a także to w dniach przyszłych. 

Postarajmy się poddać nasze życie konfrontacji ze Słowem, które dzisiaj przemawia do nas w piątym przykazaniu. Jakie jest nasze życie, jak je konstruujemy, jakie miejsce w nim mają ci, którzy są, czy byli naszymi rodzicami, ci, którzy nas w tym życiu poprzedzili?

poniedziałek, 18 marca 2013

Kościół?...


Problematyka definicji Kościoła, jego rozumienia, czyli czym jest, skąd się bierze, jakie są jego prawdziwe i rozpoznawalne znaki (w przeciwieństwie do innych społeczności ludzkich, także w przeciwieństwie do grup tej nazwy nadużywających) wydaje się ciągle aktualna. 
Jest to problematyka aktualna, ponieważ żyjemy w czasach, gdzie - z racji dużej swobody prawnej - w wielu ma miejsce krajach swobodne i co najważniejsze zgodne  - w większości przypadków - z prawem w danym kraju obowiązującym,  powstawanie wspólnot, określających się mianem Kościołów, a będących w zdecydowanej większości grupami samo-proklamującymi się, tzw. Kościołami niezależnymi (czyli efektywnie nie poddanymi żadnej kontroli zewnętrznej), nie należącymi do żadnej większej i poważnej struktury Kościelnej, a zatem niezwykle podatnymi na dewiacje i możliwość stania się najbanalniej w świecie kolejnymi sektami. 

To nie jest jednak jedyny problem. 
Niestety, także w Kościołach poważnych, tzn. funkcjonujących już od wielu lat, czy nawet setek lat, może dojść do zagubienia w kwestii rozumienia Kościoła. 
Może dojść do tak głębokiego zagubienia, że dany Kościół zatraca w swojej tożsamości (lokalnie, czy szerzej – ponad-lokalnie, a także  instytucjonalnie), to, co winno być świadomością jego sensu, jego misją, jego powołaniem. 
Jest to ryzyko nie mniejsze, niż to opisane wyżej, odniesione do fenomenu sekciarskiego. 
Oba te ryzyka prowadzą do zagubienia tych, którzy pragną szukać – w sposób często bardzo szczery – wiary, będąc głodnymi poważnych wartości, a „wpadają” w tak poddającą się negatywnej ewolucji społeczność „kościelną”. 
Z tego też względu, by być może nieco pomóc (nikogo nie piętnując, nie wykluczając, ani jednostkowo nie pouczając), wydaje nam się słusznym zachęcenie do powrotu do refleksji nad pierwotnymi zasadami regulującymi tę problematykę, czyli jakiej jest rozumienie i przeżywanie rzeczywistości Kościoła Jezusa Chrystusa. 
W dalszych numerach naszego biuletynu, w kolejnych miesiącach, będziemy stopniowo rozwijać, ale i uszczegóławiać naszkicowaną w bieżącym numerze tematykę. 

Na początek nieco ważnych – w refleksji nad Kościołem - odniesień do historii protestantyzmu. 

W Augsburskim Wyznaniu Wiary (Konfesji Augsburskiej) z 1530 r., jednej z najważniejszych Ksiąg Wyznaniowych 
luteranizmu (której to Konfesji autorem – przypomnijmy – był Filip Melanchton, najbliższy, choć samodzielny w myśleniu przyjaciel Marcina Lutra), znajdujemy następujące (i wielce znaczące) słowa: „Ażeby ktoś nie powiedział, że oddajemy się mrzonkom o jakimś idealnym państwie platońskim, dodajemy znamiona zewnętrzne, po których winno się poznać Kościół, mianowicie zgodę co do Ewangelii i korzystanie z sakramentów zgodne z Ewangelią”. 
Przez cały rodział VII tego niezwykle ciekawego dokumentu przewija się definicja Kościoła, którą można sprowadzić do określenia go jako zgromadzenia wszystkich wierzących, którym głoszona jest Ewangelia w sposób czysty i którym są udzielane sakramenty zgodnie z Ewangelią. 

Jan Kalwin tym razem, jako jeden z głównych teologów tzw. nurtu reformowanego (inni wolą mówić:  bardziej porządkujący jego myśl, niż tworzący koncepcje całkowicie nowe), w IV księdze swojej Institutio Christianae Religionis podaje formułę (definicję pojęcia Kościół) bardzo zbliżoną do tej, którą prawie trzydzieści lat przed nim głosili niemieccy Ojcowie Reformacji: „Wszędzie, gdzie zobaczymy Słowo Boże, głoszone w sposób czysty (prawidłowy) i słuchane, sakramenty udzielane zgodnie z ustanowieniem Chrystusa, tam nie ma wątpliwości, że jest Kościół” (IRC, IV,I,9). 

Warto też dodać tutaj te znaczące słowa Marcina Lutra: „Kto chce znaleźć Chrystusa, musi najpierw znaleźć Kościół... Przy czym, Kościół nie jest z drewna czy kamienia, ale jest to zgromadzenie wierzących. To z nim powinien się związać (ten, który poszukuje) i zobaczyć jak owi wierzą i nauczają; mają oni z pewnością Chrystusa z nimi”. 

Aby jeszcze uzupełnić, pogłębić ten tak bogaty już szkic znaczeń, dokonajmy skoku historycznego o  kilka wieków do przodu. 
Zacytujmy tym razem krótki fragment dokumentu XX-wiecznego, który powstał w w Niemczech, u początku lat 30-tych, w obliczu rosnącego zagrożenia nazizmem  (tekst zresztą w całości swojej prawdziwie proroczy). 
Nie zapomnijmy bowiem, że Hitler, poszerzając swoją władzę, podporządkował sobie z czasem niemiecki Kościół Katolicki i przeważającą część oficjalnego tamtejszego – większościowego - Kościoła Luterańskiego. 
W odpowiedzi na narastające zagrożenie ze strony idei nazistowskich dla prawdziwej wiary chrześcijańskiej, grupa teologów protestanckich z różnych Kościołów, skupiona wokół Karola Bartha (był wśród nich także zamordowany później przez nazistów pastor Dietrich Bonhoeffer) opublikowała w 1934 r., opracowaną głównie przez Bartha tzw. Deklarację z Barmen. 
Interesuje nas tutaj zwłaszcza art. 3 tego dokumentu, który mówi, co następuje: „Kościół chrześcijański jest wspólnotą braci, w której Jezus Chrystus działa jako Pan i ukazuje swoją obecność przez Ducha Świętego w swoim Słowie i w sakramentach”. 

Te defnicje zaczerpnięte z tekstów XVI-wiecznych i ostatniego, XX-wiecznego, jak łatwo zauważymy są ze sobą wzajemnie zgodne i to bez żadnej dwuznaczności. 
Możemy zatem pokusić się o już nieco bardziej rozbudowaną definicję tego, czym jest Kościół: 
Ø Kościół jest wspólnotą wierzących, istot ludzkich usprawiedliwionych przed Bogiem wyłącznie z wiary. 
Ø Wspólnota ta gromadzi się wokół Słowa i sakramentów, w celebracji których usprawiedliwienie jest otrzymane i przeżywane. 
Te elementy są podstawowymi danymi, zgodnie z którymi konstytuuje się w Kościół jakaś wspólnota ludzka. 
Kościół w pierwszym rzędzie charakteryzuje się zatem wymiarem osobistym i duchowym. 

Kolejną niezwykle ważną kwestią jest związek istoty Kościoła z Duchem Świętym. 

Najstarsze chrześcijańskie wyznania wiary, do których także protestanckie społeczności zawsze się odwoływały, stwierdzają ścisły związek między Kościołem i Duchem Świętym. 

Kościół jest dziełem Ducha Świętego i z tego powodu padają w Apostolskim Wyznaniu Wiary te słynne słowa: „Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie”... 
Proklamując takie wyznanie wiary, wspólnoty pierwszych wieków podjęły i wyraziły w nim szereg twierdzeń biblijnych, które podkreślają ten duchowy aspekt Kościoła, określając go ciałem Chrystusa lub świątynią Ducha Świętego. 
Wspólnie z innymi tradycjami chrześcijańskimi, Kościoły protestanckie w ich refleksji zdążają w tym właśnie kierunku. 

Takiemu rozumieniu Kościoła, jako elementu wiary, odpowiada już przeżywana konkretnie rzeczywistość Kościoła, który w swojej mnogości form historycznych, społecznych i geograficznych staje się łatwym obiektem postrzegania doświadczalnego/empirycznego. 

Nie jest czymś niezwykłym, a wręcz może być to pojmowane jako jego bogactwo, ta duża odmienność w zewnętrznym praktykowaniu życia wiary w różnych Kościołach. 

Chodzi nam tutaj o praktyki kościelne znane nam już z konkrentego życia Kościołów: bardzo zróżnicowane, wyrażające się w bardzo odmiennych często formach pobożności (np. bardzo odmienne liturgicznie lub „aliturgiczne” wręcz formy nabożeństw), czy też tradycje duchowości, kładące akcenty na elementy często bardzo zróżnicowane. 
Do tej palety rżnic należą także często dość różne formy zarządzania społecznościami, czy całymi instytucjami kościelnymi.  

Rozległość różnic w Kościołach jest przecież po części związana z odmiennościami ich funkcjonowania społecznego, miejscem geograficznym, tradycją historyczną Kościołów. 
Mogą do tego dojść także odmienne sytuacje prawne Kościołów w różnych państwach, związane, czy skutkujące ich odmiennym miejscem w życiu społecznym, miejscem np. odmiennie sprawowanego autorytetu przez Kościoły w różnych krajach. 

W praktycznym, doświadczanym przez nas na codzień postrzeganiu, Kościół ukazuje się zatem jako fenomen ogromnie złożony, którego forma, rzeczywistość i sens są - i mogą być  - interpretowane w bardzo różny sposób, czasem nawet bardzo odmienny... 
Jak wiele różnych aspektów zawiera w sobie pojęcie Kościół, mamy już tego dowód kiedy konfrontujemy je z potocznymi o pojęciu tym wyobrażeniami.  
Przecież juz samo słowo „kościół”, używane w języku potocznym, oznacza jednocześnie budynek, kult (formę kultu), wspólnotę, ale i uczestnika życia społecznego, kulturalnego oraz – nierzadko – politycznego. 
Oznacza także instytucję lub jej reprezentantów, czasem samo ciało „kierownicze” instytucji. 

Niestety, a o tym też powinniśmy wspomnieć, jednym z owoców obserwacji „realności” Kościołów, może być nierzadko zauważenie znaczących rozbieżności między „namacalną” rzeczywistością kościelną, a winnymi ją regulować koncepcjami duchowo-teologicznymi. 
Tak często można spotkać się ze zdaniem, wyrażającym oczekiwanie, że ten czy ów Kościół powinien być „bardziej konsekwetny” w swym życiu wiary... 

Nie bójmy się zatem poświęcić rozważaniom poświęconym teologii Kościoła odpowiednio wiele czasu. 
Tak łatwo jest naszym Kościołom wpaść w pułapki, z których będzie im się wydostać bardzo trudno... 
Dlatego tak ważnym jest stałe powracanie, odważne i szczere, do fundamentu Kościoła, jakim jest Słowo Boże. 

Fundament i istota Kościoła – Słowo Boże i jego związek z ludem Bożym


Dla pelni naszego rozważania o Kosciele musimy sobie zadać podstawowe, choć bardzo złożone pytanie: 
Jaki jest fundament i istota Kościoła, skąd Kościół czerpie nie tylko swój sens, ale i swój byt podstawowy, tzn. co go nie tylko tworzy, ale i utrzymuje przy życiu. 
Więcej nawet – co daje mu rację nazywania się Kościołem; wszak nie każda społeczność - nosząca taką nazwę – jest w istocie swej teologicznie Kościołem... 

Szukając pierwszych odpowiedzi, postawmy dwa niezwykle ważne założenia;  i powiedzmy to od razu z całą mocą: 
Ø Kościól nie ma sam w sobie swojego własnego fundamentu. 
Ø Kościół nie rodzi się z woli, czy decyzji istot ludzkich, które go tworzą. 

To bardzo ważne stwierdzenie, ważne zwłaszcza dzisiaj, gdy tworzenie Kościołów niezależnych (wolnych, samopowstałych wspólnot) w szeregu krajów staje się bez mała działalnością rynkową, ale i też gdy szereg Kościołów „tradycyjnych” stara się z całym zaangażowaniem znaleźć podstawy ich własnej odnowy.  

Podkreślmy bardzo ważną kwestię dla nauczania Kościołów protestanckich, szególnie widoczną w nurcie luterańskim i reformowanym (oraz tych, które z tych dwu obfinie czerpią, nimi się inspirują): 
Kościół to creatura verbi divini – Kościół jest tworem, kreacją Słowa Bożego, Ewangelii! 

Luter w swoim dziele Von den Konziliis und Kirchen (z 1539 r.) kładzie nacisk na fakt, że Słowo Boże i lud Boży są ze sobą ściśle związane. 

Reformatorzy szesnastego wieku i Kościoły w dalszych wiekach, naznaczone tym ruchem, podkreślają tę wzajemną relację Kościoła i Słowa Bożego, która prowadzi jednocześnie do złączenia i oddzielenia Boga i Jego Kościoła. 

Co to znaczy? 
Oznacza to, że Kościół nie ma sam w sobie ani swego źródła, ani też nie jest sam w sobie celem. 

Kościół nie „produkuje” sam z siebie Słowa, nie jest jego panem i rządcą arbitralnym.

Słowo Boże jest zawsze suwerenne i ponad Kościołem. 

To Kościół jest tworem Słowa Bożego, które jest do niego adresowane, które pozostaje jednak od niego na zawsze oddzielone, bo to ono jest właśnie Słowem Bożym (Kościół nie może aspirować do „zlania się” ze Słowem, do bycia bez mała sam z siebie Słowem Boga na ziemi). 

Jeszcze raz powiedzmy ku utrwaleniu -  Słowo Boże zawsze jest Słowem Boga suwerennego i - dodajmy - będąc jednocześnie zawsze tym, które poddaje stałej krytyce i ocenie Kościół. 
To nie Kościół ocenia wartość Słowa, czy je reglamentuje, poddając swojej własnej -  subiektywnej - lekturze. 

Słowo jest Słowem suwerennym, suwerennego Boga, czy Kościołowi (lub grupie Kościołów) to się podoba, czy nie; nawet jeśli wymagania tego Słowa są trudne, wymagające znaczącego wysiłku dla uszanowania Go w pełni. 

Stwierdzenie o związku (i różnicy) Kościoła ze Słowem oznacza jednocześnie kontynuację, ale i zerwanie z Izraelem, ludem Bożym Starego Przymierza. 

Podobnie jak lud Izraela, Kościół zna swoje wybranie: jest wybrany i wezwany do bycia ludem Bożym przez Słowo najwyższego Boga, Słowo suwerenne, od niczego i od nikogo niezależne. 
Nowy Testament pojmuje Kościół jako odnowione zgromadzenie Izraela w wizji i wypełnieniu eschatologicznym (czasów ostatecznych). 
Znajdujemy tego potwierdzenie np. w 1 Liście Piotra 2,10 i Liście do Tytusa 2,14. 

Taka koncepcja jest zgodna z nauczaniem Jezusa, znanym z Ewangelii. 
Jezus nie pragnął w swoim nauczaniu i przykładzie życia przywrócić Izraelowi jego historycznej wielkości, jego politycznej i ekonomicznej wielkości (czego od Mesjasza, w wizji Jezusowi współczesnej, właśnie oczekiwano). 
Jezus dążył do zbudowania nowego Izraela, zgodnego z wolą Bożą - Izraela czasów ostatecznych. 
W tym duchu należy interpretować ustanowienie przez Jezusa dwunastu uczniów, reprezentujących tym samym dwanaście plemion Izraela (Ewangelia Mateusza 19,28), a także zainteresowanie Jezusa grzesznikami publicznymi, czyli osobami odrzuconymi przez tych członków społeczności, którzy uważali się za sprawiedliwych. To ci odrzuceni znajdują ich właściwą im wartość właśnie w oczach Bożych. 
Takim działaniem Jezus ukazywał Boże pragnienie zdobycia dla siebie jak największej liczby tych, którzy byliby nawet najbardziej oddalonymi, czy odrzuconymi przez ich społeczności. 
Podkreśla tym samym kwestię całkowicie samodzielnego wybrania przez Boga tych, którzy będą Jego dziećmi; w tym także ich całkowite niezasługiwanie na tak wspaniały i obfitujący w konsekwencje wybór Boży. 

Możemy zatem powiedzieć, że - dzięki Słowu - Kościół gromadzi teraz „Żydów i pogan” (1 List Piotra 2,9 i nast.). 

Ale to Jezus Chrystus - Jego nauczanie, Jego działanie, a przede wszystkim Jego śmierć „za wielu”,  zmartwychwstanie i uwielbienie (Ewangelia Marka 10,45)  - gromadzi wierzących, wzywa ich do uczestniczenia w panowaniu Boga i daje im życie wieczne. 

Słowo Boże, które buduje Kościół, jest Słowem Bożym, które stało się człowiekiem w Jezusie Chrystusie. 
To Słowo Boże dochodzi do nas także dzisiaj, dzięki słowu Pisma Świętego, z którego czerpią Wyznania wiary oraz głoszenie, nauczanie Kościoła. 
Słowo to pisane, dochodzi do nas – co mocno podkreśla Luter - nie tylko dzięki jego ustnemu podawaniu, czyli dzięki „ustnemu głoszeniu”, ale także jako „słowo widzialne” (verbum visibile) w sakramentach Chrztu i Wieczerzy Pańskiej. 
Sakrament nie może jednak być odłączony, samodzielny niejako wobec słowa ustnego, które go ustanawi i towarzyszy mu. Sakrament bez słowa ustnego (bez zwiastowania Słowa) może ulec deformacji. 

Taki zdeformowany sakrament, może być pojmowany źle jako gest sam w sobie skuteczny, by nie rzecz magiczny, 
działający automatycznie (przez sam fakt jego udzielenia).  

Podsumowujac...

A zatem, reasumując, Kościół jest zbudowany na Słowie Bożym, które jest też zobowiązany przekazywać przez słowo ustne w kazaniach, przez zachętę indywidualną jego członków, przez Chrzest i Wieczerzę Pańską. 

W głoszeniu, Chrzcie i Wieczerzy Pańskiej, Jezus jest obecny przez Ducha Świętego. 
Usprawiedliwienie w Chrystusie jest dane człowiekowi i Pan gromadzi w ten sposób swój Kościół (por. Konkordia Leuenberska z 1973, art.13). 

Słowo Boże napotyka i dotyka istotę ludzką w formie słowa lub celebracji ludzkiej. 

Słowo ludzkie nie staje się samo z siebie Słowem Bożym, jak tylko dzięki działaniu Ducha Świętego, który daje sam sens temu 
słowu, potwierdza go i rozjaśnia serca wierzących, aby odkryli jego pełną prawdę. 
To tzw. wewnętrzne świadectwo (por. Institutio Religionis Christianae Kalwina, t.I, VII.4) nie jest inną formą słowa, ani też innym słowem, które dołączałoby się do  słowa pisanego, głoszonego lub „widzialnego”, ale jest potwierdzeniem go w sercu ludzkim. 
To przekonanie jest bardzo ważne dla całej teologii protestanckiej. 

Kościół, jako creatura verbi divini nie dysponuje Słowem Bożym ku własnemu upodobaniu i zgodnie z własnym upodobaniem. 
Kościół, jego instytucje i jego ministeria (posługi) nie panują Słowem nad wszystkimi wiernymi. 
Takie panowanie jest zarezerwowane wyłącznie dla Ducha Świętego. 
Podobnie takie ustawienie relacji Słowa z Duchem zabrania jakiemukolwiek słowu ludzkiemu indywidualnemu lub kościelnemu przybrać się w szaty Słowa Bożego. 

poniedziałek, 11 marca 2013

Rozważanie Ewangelii według Jana 8,1-11


A Jezus udał się na Górę Oliwną. I znowu rano zjawił się w świątyni, a cały lud przyszedł do niego; i usiadłszy, uczył ich. Potem uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, postawili ją pośrodku i rzekli do niego: Nauczycielu, tę oto kobietę przyłapano na jawnym cudzołóstwie. A Mojżesz w zakonie kazał nam takie kamienować. Ty zaś co mówisz? A to mówili, kusząc go, by mieć powód do oskarżenia go. A Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A gdy go nie przestawali pytać, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem. I znowu schyliwszy się, pisał po ziemi. A gdy oni to usłyszeli i sumienie ich ruszyło, wychodzili jeden za drugim, poczynając od najstarszych, i pozostał Jezus sam i owa kobieta pośrodku. A Jezus podniósłszy się i nie widząc nikogo, tylko kobietę, rzekł jej: Kobieto! Gdzież są ci, co cię oskarżali? Nikt cię nie potępił? A ona odpowiedziała: Nikt, Panie! Wtedy rzekł Jezus: I Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz. 


Wprowadzenie
Historia kobiety przyłapanej na cudzołóstwiie jest jednym z najbardziej znanych i komentowanych tekstów Nowego Testamentu. Podobnie w malarstwie „sakralnym”, usiłującym przedstawić najbardziej znane wydarzenia z historii biblijnej, scena ta jest jedną z najchętniej malowanych. Jest tak być może dlatego, że historia z Ewangelii Jana dotyka szeregu niezwykle delikatnych elementów w życiu nie tylko wiary, ale i tym osobistym każdego człowieka, niezależnie od upływających wieków historii naszej cywilizacji... 

Zaproponowane poniżej rozważanie celowo nie poddaje dyskusji wielu zwyczajowo rodzących się przy lekturze tego tekstu pytań, pozostawiając zasygnalizowane problemy 
własnemu rozważeniu, przybraniu własnych postaw, poszukaniu własnych - adekwatnych 
do konkretnych wydarzeń i historii życia - rozwiązań...


Kontekst biblijny problematyki
Cudzołóstwo jest rzeczywiście sprawą ciężką i poważną w Biblii. Powraca ono w jej tekstach bardzo często. Trzeba też przyznać, 
że wraca nierzadko z towarzyszącą faktowi temu dużą gwałtownością reakcji. 

To Księga Powtórzonego Prawa/5 Księga Mojżeszowa oraz Księga Kapłańska.3 Mojżeszowa ustanawiają surowo, że karą dla popełniających cudzołóstwo jest kara śmierci: tak dla mężczyzny, jak i dla kobiety, równość zobowiązuje... 

Zacytujmy tutaj znaczący w tej kwestii fragment Księgi Powtórzonego Prawa/5 Mojżeszowej 22,21-29: 
Jeżeli zastanie się mężczyznę złączonego z kobietą zamężną, to śmierć poniosą oboje; zarówno ten mężczyzna, złączony z kobietą zamężną, jak i ta kobieta. Wytępisz to zło z Izraela. Jeżeli jakąś dziewczynę, dziewicę, zaręczoną z mężczyzną, napotka w mieście inny mężczyzna i złączy się z nią, to wyprowadzicie ich oboje do bramy tego miasta i ukamienujecie ich, i poniosą śmierć; dziewczyna za to, że w mieście nie wołała o pomoc, a mężczyzna za to, że znieważył żonę swego bliźniego. Wytępisz to zło spośród siebie. Lecz jeżeli mężczyzna napotka zaręczoną z kim innym dziewczynę na polu, zniewolił ją, i złączył się z nią, to ten mężczyzna, który się z nią złączył, sam poniesie śmierć, ale dziewczynie tej nic nie uczynisz. Dziewczyna ta nie zasłużyła na śmierć. Ze sprawą tą jest podobnie, jak gdy ktoś powstanie przeciwko swemu bliźniemu i zabije go. Wszak napotkał ją na polu; dziewczyna zaręczona z innym wołała o pomoc, lecz nikt jej nie udzielił pomocy. Jeżeli mężczyzna napotka dziewczynę, dziewicę nie zaręczoną, pochwyci ją i złączy się z nią, i tak się ich zastanie, to mężczyzna, który się z nią złączył, da ojcu dziewczyny pięćdziesiąt srebrników, a ona zostanie jego żoną. Za to, że ją znieważył, nie będzie mógł jej oddalić przez całe swoje życie. 
Jest rzeczą ważną, aby podkreślić, że poza potępieniem moralnym występku cudzołóstwa w ogólności, w Torze (Prawie) żywą jest idea, że - tolerując grzech pośród siebie - lud Boży przyjąłby wraz z grzechem i uobecnił grzeszną, w sensie bez mała materialnym, rzeczywistość. A zatem w zacytowanych, odnoszących się do rozważanego przez nas tutaj problemu, tekstach biblijnych, chodzi nie tyle o ukaranie (w naszym współczesnym znaczeniu tego słowa) występku, ale jeszcze bardziej i  mocniej - o wygnanie zła spośród ludu, wygnanie tej stworzonej przez zło rzeczywistości.... 
W takim znaczeniu, wraz z podaną sankcją, Biblia precyzuje: Wytępisz to zło spośród siebie (w.23). 
Chodzi tu zatem zarówno o ukaranie zaistniałego aktu, jak i podjęcie prewencji, aby zło nie rozprzestrzeniło się. 

To w podobnym kontekście znaczeniowym (tzn. głębokiej prewencji) Jezus powie słowa, które – zauważmy - są bardzo mocne i wymagające: Słyszeliście, iż powiedziano: Nie będziesz cudzołożył. A Ja wam powiadam, że każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim (Ewangelia według Mateusza 5,27-28). 
Słowa Jezusa są bardzo mocne, przed którymi niewielu – przyznajmy to w głębi naszych serc – może z całą prawdą uznać się za niewinnych... Któż z nas, ludzi, może zawsze być pewny porządku własnych myśli? 

Wielu mówi, że - po pierwszej analizie, w obecności takich tekstów Pisma Świętego - nie są w stanie odnaleźć w nich oblicza Boga miłości, które wszyscy chcielibyśmy tak bardzo ujrzeć... Czym i jaki jest jednak ten nasz własny obraz miłości Boga, to juz inna kwestia...

Rozwinięcie znaczenia problematyki w Piśmie Świętym 
Prowadząc dalej nasze poszukiwanie bibilijne, są nam dane kolejne tłumaczenia, aby lepiej zrozumieć surowość wszystkich tych sformułowań w odniesieniu do cudzołóstwa. 
W Księdze Kapłańskiej/3 Mojżeszowej tym razem, w rodziale 20, w wersecie 10, znajdujemy także karę za takie przewinienia: Mężczyzna, który cudzołoży z żoną swego bliźniego, poniesie śmierć, zarówno cudzołożnik jak i cudzołożnica. 
Jednakże, pośród szeregu innych przestróg i zakazów, rozdział ten kończy się konkluzją, która jest swoistym otwarciem, dlatego też warto ją zacytować: Będziecie przestrzegać wszystkich moich ustaw i wszystkich moich praw i będziecie je wypełniać, aby nie wyrzuciła was ziemia, do której Ja was prowadzę, abyście w niej mieszkali. A nie postępujcie według ustaw ludu, który Ja wypędzam przed wami, gdyż to wszystko czynili i obrzydziłem ich sobie. I rzekłem do was: Wy odziedziczycie ich ziemię, a Ja dam ją wam, abyście ją posiedli, ziemię opływającą w mleko i miód. Ja, Pan, jestem Bogiem waszym, który was oddzieliłem od ludów. Będziecie więc rozróżniali między zwierzętami czystymi a nieczystymi i między ptactwem nieczystym a czystym. Nie kalajcie siebie samych przez zwierzęta i ptactwo i przez wszystko, co pełza po ziemi, a co oddzieliłem, aby było dla was nieczyste. Będziecie mi więc świętymi, bo Ja jestem święty, Ja, Pan i oddzieliłem was od innych ludów, abyście byli moimi (20,22-26)

Są to słowa, które dają nam istotne światło na sens zakazu, który Bóg daje swojemu ludowi. Nie chodzi Bogu najwyraźniej w tym, jak i w szeregu innych przypadków, aby dawać prawa, bez dania jednocześnie możliwości pojęcia ich sensu, ich wagi. 
Jeżeli dobrze wczytamy się w te słowa, te regulacje postępowania, to zauważymy, że są w ścisłym związku z powołaniem Izraela. 
Izrael jest wezwany/powołany przez Boga, aby zamieszkiwał ziemię, ale zamieszkiwał ją w sposób szczególny, odmienny niż wszyscy inni, aby zamieszkiwał ją - będąc świadkiem - pełen szacunku do Boga. 
I to właśnie pośród tego szeregu zakazów i nakazów, które Bóg daje swojemu ludowi, podaje On znamienną prawdę, uświadamia ją Izrealowi: „Jesteś inny, odmienny, od reszty ludów, ponieważ to ty do mnie należysz. A ponieważ do mnie należysz, nie możesz żyć tak samo, jak żyją te inne ludy”. 
I kiedy Izrael zostanie wypędzony w niewolę do Babilonu, prorocy będą głośno krzyczeć: „Zapomnieliście o Prawie i jego przykazaniach, zapomnieliście Prawo Boże, gdy jeszcze mieszkaliście w waszym kraju!” 

Bóg nie tyle zatem czyni wyrzuty moralne tym, którzy niewłaściwie postępują, ale przypomina im, ludowi, Jego dzieciom, jego/ich powołanie: należycie do Boga i jesteście tam gdzie przyszło wam żyć po to, aby wypełniać Jego wolę. 
Cudzołóstwo jest zatem w pierwszym rzędzie aktem, który dowodzi zapomnienia i zniweczenia przymierza Boga ze swoim ludem! Jest zniszczeniem wierności Bogu i zaufania Mu! 

Ewangelia Jana
Co zatem stało się, jaki jest kontekst zdarzenia w Ewangelii według Jana? 
Zostaje przyprowadzona przed Jezusa kobieta złapana in flagranti na akcie cudzołóstwa. Postępek, co do jego rzeczywistości, nie pozostawia wątpliwości. 
To uczeni w Piśmie i faryzeusze doprowadzają kobietę przed Jezusa. Oczywiście, przywołane zostają Prawo i Mojżesz – kobietę trzeba ukamienować. 
Pomimo tego, wydawałoby się jasnego kontekstu, sedno nie leży w samym postępku kobiety, ale w pułapce zastawionej na Jezusa. 
Wiemy doskonale o co chodzi – oto Jezus przedstawia się jako Ten, który jest większy niż Prawo i nauczał, że wybaczenie, miłosierdzie, jest ważniejsze niż wszelkie ofiary. Wszyscy pamiętają Jego słowa, gdy zapewaniał, że nie przyszedł, aby odrzucić, ale aby wypełnić Prawo... A zatem? Ukamienowanie kobiety byłoby czymś, co stałoby w sprzeczności z wybaczeniem Bożym (zgodnie z nauczaniem Jezusa), a nieukamienowanie jej stałoby w sprzeczności z Prawem Mojżeszowym. 
Nie ma tutaj pozornie żadnego wyjścia. Każde jest pułapką. 
Nie ma tutaj w istocie rzeczy także znaczenia ta kobieta, zagubiona pośród tłumu tych – przede wszystkim – mężczyzn, przypuszczalnie otaczających ją półkolem. 
Nie ma ona żadnego prawa do swojego słowa, nie może się bronić. Tak naprawdę jest ona tylko pretekstem, jak znana wszystkim moneta, którą pokazano Jezusowi, by pochwycić Go na pozycjach politycznie nieakceptowalnych, by oskarżyć Go o sprzeciw władzy cesarza, o niepłacenie podatków cesarzowi... 
Tak naprawdę, to nie kobieta jest tam, by być ukamienowaną, ale ukamienowaniu ma zostać poddany sam Jezus! 

Reakcja Jezusa
Co więc robi On - Pan Jezus? 
Pochyla głowę, pisze na ziemi. Co? To nieistotne. Czy słucha? Trudno powiedzieć, ponieważ „dziwi się”, kiedy zauważa, że faryzeusze odeszli... 
To, co z pewnościa robi, to pozwala na rozwinięcie się wydarzeń. 
Niektórzy z komentatorów tego wydarzenia dostrzegają w Jego zachowaniu jeśli nie lekceważenie, to zbytnie może dystansowanie się do emocji sytuacji... Inni, widzą w Nim przede wszystkim spokój Tego, który ma autorytet ponad całą tą konkretną sytuacją oraz dystans do prowokacji w niej zawartej. 
Niezależnie od wszystkiego, w tym pozornym, pełnym zamyślenia, oderwaniu Jezusa nie możemy nie dostrzec pewnego napięcia z nim związanego. My sami jesteśmy jakby zawieszeni na Jego ustach, oczekując Jego odpowiedzi; tej, wreszcie, która złamie panującą ciszę. 
I istotnie, odpowiedź ta pada, jak wyrok, jak werdykt wygłoszony przez sąd. Ale werdykt ten jest niezwykle zaskakujący. Jezus mówi w sposób zrozumiały dla słuchających go prowokatorów i widzów zdarzenia: to wy wszyscy jesteście winni! Bo taki jest istotny sens Jego słów. 

Jego werdykt jednak nie ma na celu potępienia przezeń kogokolwiek, nawet tych tak obrzydliwie grających z nim Jego przeciwników. 
Celem słów Pana Jezusa jest zachęcenie każdego człowieka, każdego tego, który słucha Jego Słowa, do odkrycia siebie samego takim, jakim jest naprawdę: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem. 
Aby oskarżać z taką gwałtownością, trzeba naprawdę czuć się absolutnie czystym w sobie samym, w swoim sercu, czyli w tych najbardziej intymnych pokładach naszej osoby. 
Trzeba być całkowicie, bez żadnych wątpliwości, przekonanym o byciu po tej „dobrej stronie”, czyli posiadać wszelkie prawo za i ze sobą. 

Krótki komentarz do wykorzystania w kazaniu
Historia ludzkości od wieków jest, w tym także współcześnie, poddana cierpieniom stosowanym przez systemy totalitarne. Jedne należą do przeszłości, jak choćby sowiecki system w Europie wschodniej i centralnej, a inne pojawiły się później i pojawiają się w sposób stały, zajmując kolejno miejsce znikających. 
Nie ma rzeczy bardziej niebezpiecznej, niż ta, którą jest przekonanie o posiadaniu władzy nad innymi, pod pozorem wiedzy, co jest dla tych innych najlepsze i wdrażaniu w życie tego przekonania za wszelką ceną. Jakże często takie przekonania autorytarne, takie programy i ideologie usiłuje się poddawać realizacji pod etykietą dobra wspólnego, dobra i ochrony najbardziej cennych (jakich?) wartości? 
To także w imię takich programów totalitarnych (także tych religijnych - historia Kościoła także obfituje w takie przykłady) pojawiają się przekonanie, że można zabijać jednostki dla dobra wspólnego. W tej kwestii Talmud (komentarz Tory/Prawa, zawierający nauki rabinów) mówi, że zabicie jednego człowieka, to zabicie wszystkich ludzi!
Kto jednak może uważać się za autorytet, który daje sobie prawo do narzucania swego autorytetu innym? 
Oto Bóg sam przyszedł w swoim Synu, jako ten, który rzuca ziarno na glebę – każdego typu – dając czas, by wydało owoc. 
Nie daje przy tym nikomu prawa, pośród nas ludzi, do oddzielenia dobrego zbioru, od tego, który zawiera chwasty.  

Ostatnie kilka myśli…
Pozostaje nam jeszcze ta kobieta postawiona przed Jezusem. Była nikim, a odzyskała swoją godność. Stała się godną by nią spoglądać z szacunkiem, by być z szacunkiem słuchaną. Była wcześniej pośród tych, którzy wskazywali na nią z pogardą palcami, teraz jest przed Jezusem, sama, razem z Tym, z którym może podjąć dialog i otrzymać to niezwykle wiążące słowo: Idź i odtąd już nie grzesz. 

Wszystkich, którzy byli wyniesieni na innych (czy też takimi się czuli), Jezus ich zniża. Tych, którzy byli poniżeni – Jezus podnosi. 
Wszystko to dzieje się przez Jego Słowo: słowo, które nie jest nigdy wspólnictwem w grzechu, ale też nie jest słowem strasznym, pełnym groźby (jak często takimi są nasze słowa ludzkie). Jezus nie przymyka oczu na grzech, nie szuka także okoliczności łagodzących, ale oferuje przebaczenie, które przemienia życie wybaczonego. 
Jesteś ułaskawiony przez Boga, głosi Jezus, zaakceptowany przez Boga, wybaczony przez Boga. To wszystko zostało powiedziane w tych krótkich słowach tej kobiecie cudzołożnej, to samo Jezus mówi dzisiaj każdemu z nas. 
Jezus nie manipuluje słowem, nie manipuluje okolicznościami. Jezus pozostaje zawsze w prawdzie, ale jest Synem Boga żywego, z nami i dla nas. 

Możemy powiedzieć, że po tej słynnej historii opowiedzianej przez Ewangelię Jana, nie ma już kobiety, grzesznicy, nie ma już skupienia uwagi na grzechach innych, ale to ja jestem przed Bogiem, sam, z moimi myślami, czynami, słowami; ja, który za nie ponoszę odpowiedzialność, nie polegającą na przerzucaniu jej na innych. Ja – sam - jestem przed sobą, przed Panem! 
Ta kobieta, to tak naprawdę każdy z was, mówi Jezus. A Jezus nie jest tym, który przyszedł rzucać kamieniem, ale skłonić do nawrócenia, byśmy żyli! 
Jezus nie pozwala na akceptację grzechu, ale broni przed przerzucaniem odpowiedzialności zań na innych. Grzech jest naszą wewnętrzną, indywidualną sprawą intymną. Sprawą naszej przed Nim odpowiedzialności. 

czwartek, 7 marca 2013

Znaczenie IV przykazania (przestrzegania szabatu – dnia odpoczynku) – ciąg dalszy


W kolejnej części rozważania znaczenia IV przykazania poświęćmy kilka chwil refleksji znaczenia kultu kościelnego - nabożeństwa, jako jednego z szeregu elementów (ale też niezwykle ważnego) realizacji tego przykazania Bożego. 

Nabożeństwo publiczne wspólnoty chrześcijańskiej, a szczególnie zgromadzenie niedzielne, reprezentuje w życiu chrześcijanina to wielkie nabożeństwo, które trwa cały czas w niebie. Nabożeństwo niedzielne jest w jakimś stopniu obrazem kultu, który gromadzi wokół tronu Bożego anioły, istoty żyjące (cherubiny), starców i wszystkie stworzenia (por. Ks. Objawienia 5,11-14: A gdy spojrzałem, usłyszałem głos wielu aniołów wokoło tronu i postaci, i starców, a liczba ich wynosiła krocie tysięcy i tysiące tysięcy; i mówili głosem donośnym: Godzien jest ten Baranek zabity wziąć moc i bogactwo, i mądrość, i siłę, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo. I słyszałem, jak wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i w morzu, i wszystko, co w nich jest, mówiło: Temu, który siedzi na tronie, i Barankowi, błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków. A cztery postacie mówiły: Amen. Starcy zaś upadli i oddali pokłon).  

Oczywiście, wiemy doskonale, że całe życie chrześcijańskie uczestniczy w adoracji Boga, w zgromadzeniu żyjących i „pierworodnych zapisanych w niebiosach”, ale zgromadzenie niedzielne jest szczególnie mocnym momentem tej adoracji. 
Ponadto, zgromadzenie wiernych zapowiada i jest figurą naszego uczestnictwa w ostatecznej rzeczywistości „Kościoła triumfującego” (por. 1 List do Koryntian 10,11: A to wszystko na tamtych przyszło dla przykładu i jest napisane ku przestrodze dla nas, którzy znaleźliśmy się u kresu wieków). 

Przyjrzyjmy się zatem problematyce nabożeństwa. 
Postawmy sobie pytanie: czy istnieją zasady, które powinny porządkować nabożeństwo? 
Czy też wyłącznie „wolność w Duchu” powinna być regułą dominującą? 
W kulcie, nabożeństwie praktykowanym przez lud Izraela, istniała równowaga pomiędzy wolnością w Duchu i dość ścisłą organizacją kultu. 
Po powrocie z niewoli do Jerozolimy, przed Bramą Wodną, Nehemiasz zachęca lud (który przybył słuchać Prawa i który to lud rozumie, że nadeszła chwila wyrażenia wdzięczności) do świętowania i dodaje: „radość Przedwiecznego jest naszą siłą” (Księga Nehemiasza 8,10). 
Ta radość musi zawsze być odczuwalna w prawdziwym kulcie/nabożeństwie. 
Jednocześnie, jest rzeczą interesującą, że w Starym Testamencie naruszenie reguł, dotyczących spotkania z Bogiem, pociągało za sobą surowe sankcje. 
Podajmy taki przykład z 2 Księgi Mojżeszowej/Wyjścia 23,15: Będziesz przestrzegał Święta Przaśników. Siedem dni jeść będziesz przaśniki, jak ci rozkazałem, w wyznaczonym czasie miesiąca Abib, bo podczas niego wyszedłeś z Egiptu. A niech się nie pokazują przed obliczem moim z próżnymi rękami (por. 2 Mojżeszowa/Wyjścia 34,20, 5 Mojżeszowa/Powtórzonego Prawa 16,16-17). Ofiary były obowiązujące, ponieważ potwierdzały przynależność do przymierza Bożego i były także znakami nadziei ludu Bożego. W Izraelu, nie realizowanie kultu/nabożeństwa ściśle zgodnie z nakazami składania ofiar skutkowało wyłączeniem się z obietnic Bożych. 

Prawdziwe nabożeństwo jest miejscem, gdzie najpierw Bóg wzywa nas, byśmy stanęli w Jego obecności i daje nam moc przyjścia do Niego, na spotkanie z Nim. 
Ten, który zasiada na tronie i Baranek Boży, ukazują ich obecność swojemu stworzeniu. 
To On pozwala, że Jego głos słyszy cały wszechświat, który ma odpowiadać w adoracji (por. tekst cytowany wyżej z Księgi Objawienia 5,12-14). 

To dlatego, że Pan jest obecny podczas nabożeństwa, poddanie siebie samego egzaminowi/analizie sumienia wymagane jest np. w praktyce sakramentów (1 List do Koryntian 11,28-29: Niechże więc człowiek samego siebie doświadcza i tak niech je z chleba tego i z kielicha tego pije. Albowiem kto je i pije niegodnie, nie rozróżniając ciała Pańskiego, sąd własny je i pije). 
Zbliżyliśmy się do góry Syjon i do Miasta Boga żywego, mówi autor Listu do Hebrajczyków. 
Nie odrzucajmy Tego, który mówi do nas, ale zdobądźmy się na wysiłek, by oddać  Mu kult, który będzie Mu miły (List do Hebrajczyków 12,22: Lecz wy podeszliście do góry Syjon i do miasta Boga żywego, do Jeruzalem niebieskiego i do niezliczonej rzeszy aniołów, do uroczystego zgromadzenia). 

Rodzi się pytanie zatem: jak jednocześnie wzbudzić spontaniczność w nabożeństwie, zachowując reguły, które czynią nabożeństwo miłe Bogu? 

Pierwsza wspólnota chrześcijańska, złożona z tych, którzy przyjęli pozytywnie głoszenie Apostoła Piotra w dzień Pięćdziesiątnicy i dali się ochrzcić, gromadziła się i trwała w czterech praktykach: nauczaniu, komunii, posiłku braterskim i modlitwie. 
Te cztery elementy zasadnicze winny znajdować się w liturgii chrześcijańskiej. Muszą także stanowić centrum nabożeństwa. Są to: 
1. lektura Słowa Bożego i kazanie biblijne, 
2. budowanie wzajemne, przez zachętę i pouczanie, przez śpiew pieśni, jak i przez dzielenie sią (pomoc) dobrami materialnymi, 
3. sakramenty, to znaczy Wieczerza Pańska i Chrzest, 
4. modlitwa. 

Ad 1. Lektura Biblii jest fundamentalna. Pismo Święte jest Słowem Bożym i powinno budować tożsamość ludu Bożego. Ono jest naszym Przymierzem, naszą „Konsytucją”. 
Dziesięć Przykazań, z których jedno poddajemy tutaj rozważaniu, zostało objawionych ludowi Bożemu, zgromadzonemu u stóp góry Synaj. Ale owe dwie tablice należą do większej całości, stanowiącej Przymierze Boże. 

To dlatego, że lud słyszy głos Boży i jest w przymierzu z Nim, stanowi on królestwo kapłańskie i naród święty (por. 2 Mojżeszowa/Wyjścia 19,5-6: A teraz, jeżeli pilnie słuchać będziecie głosu mojego i przestrzegać mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich ludów, bo moja jest cała ziemia. A wy będziecie mi królestwem kapłańskim i narodem świętym. Takie są słowa, które powiesz synom izraelskim). 
Jest to w równym stopniu prawdziwe dla Nowego, jak i dla Starego Testamentu, które razem tworzą całość Biblii. 
Kościół jest kolumną i podporą prawdy (1 Tm 3,15: gdyby jednak przyjście moje się odwlokło, to masz wiedzieć, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podwaliną prawdy...). 

Godny także zacytowania tutaj jest fragment 2 Tm 3,14-4,2: Ale ty trwaj w tym, czegoś się nauczył i czego pewny jesteś, wiedząc, od kogoś się tego nauczył. I ponieważ od dzieciństwa znasz Pisma święte, które cię mogą obdarzyć mądrością ku zbawieniu przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany. Zaklinam cię tedy przed Bogiem i Chrystusem Jezusem, który będzie sądził żywych i umarłych, na objawienie i Królestwo jego; Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem. 
Biblia musi więc być czytana i tłumaczona, głoszona podczas nabożeństwa! 

Ad 2. Budowanie (zbudowanie) ludu Bożego podczas nabożeństwa jest niezbędne. Jego forma może zmieniać się w zależności od kontekstu. Kazanie jest z pewnością elementem głównym ku budowaniu wiernych. Powinno ono zawierać nie tylko zachęty, ale i pouczenia. 
Kazanie nie może proponować jednak wyłącznie nauczania biblijnego - doktrynalnego (w znaczeniu teoretycznym), choć ono jest oczywiście konieczne. Kazanie winno przypominać w pierwszym rzędzie pożywienie, by móc dać gwarancję zbudowania tych, którzy go słuchają. 

Kazanie ma ukazać miłość Jezusa Chrystusa, Dobrego Pasterza, który kocha i troszczy się o swoje ziemskie owieczki. 
W takim też kontekście pastor wspólnoty winien ciągle pamiętać, że jest sługą Słowa, a nie generałem, rządzącym armią według swego upodobania... 
Zbudowanie Kościoła ma także swój wymiar wzajemny. To o takim aspekcie mówi Apostoł Paweł w Liście do Kolosan 3,16: Słowo Chrystusowe niech mieszka w was obficie; we wszelkiej mądrości nauczajcie i napominajcie jedni drugich przez psalmy, hymny, pieśni duchowne, wdzięcznie śpiewając Bogu w sercach waszych. 

Ad 3. Sakramenty stanowią część kultu/nabożeństwa. Są one znakami, pieczęciami Przymierza. We wspólnotach chrześcijańskich zawsze są praktykowane podczas nabożeństwa. O sakramentach - szerzej - pisaliśmy już w naszych biuletynach i z pewnością jeszcze będziemy pisać, przy okazjach bardziej z nimi związanych...

Ad 4. Wreszcie modlitwa, która ma swoje centralne miejsce podczas nabożeństwa. 
Jeżeli nabożeństwo jest punktem spotkania – Boga kierującego się ku nam – modlitwa jest zwykłą formą konwersacji z Bogiem. Jest ona relacją, której motywacją jest zawsze w wierze. 
Modlitwa może przybrać różnorodne formy. 

Aby to zrozumieć, Modlitwa Pańska (Ojcze nasz) jest znakomitym przykładem. Zaczyna się ona wezwaniem Boga, który jest jednocześnie naszym Ojcem i tym, który mieszka w niebiosach. Po wezwaniu Go, Bóg jest adorowany: „święć się imię Twoje”. Zanim zaczniemy formułować nassze prośby, należy oddać Panu chwałę. Następnie dopiero następują wyrazy naszego pragnienia, by Jego Królestwo przybyło i aby Jego wola realizowała się zawsze na tym świecie tutaj, jak to się dzieje w niebiosach. To w takim ujęciu, w takich ramach, to znaczy mając na uwadze postępowanie Królestwa Bożego, a nie tylko dla naszego wyłącznie szczęścia indywidualnego, wyrażamy nasze prośby. 
Dotyczą one najpierw pożywienia ziemskiego i koniecznie z nim związanego – pożywienia dychowego, które Bóg nam obiecał. 
Następnie, prosimy, aby Pan przebaczył nam nasze grzechy, przypominając, że nasze prośby są uprawnione, ponieważ – korzystając z Jego łaski – wybaczamy i my chętnie tym, którzy zgrzeszyli przeciwko nam. 
W końcu, wyrażamy podwójne pragnienie, aby Bóg oszczędził nam zbyt ciężkich prób i aby wyzwolił nas od zła (lub Złego). 

Opisana powyżej droga modlitwy może odbywać się w ciszy lub na głos, indywidualnie lub wspólnotowo. 
Modlitwa możę być przygotowana uprzednio i napisana lub też może być całkowicie spontaniczna. 
Może ona być śpiewana, jak i wypowiadana. 
Modlitwa śpiewana ma służyć wypowiedzeniu tego, co mamy w głębi serca i teksty śpiewane mają temu służyć, to ułatwiać. Stąd też jest ważna treść i jakość tekstów pieśni. 

To oczywiście tylko uwagi ogólne, mające zachęcić do refleksji nad rodzajem kultu, rodzajem i jakością nabożeństw w naszych zborach, naszych społecznościach. 
Jak każda praktyka ludzka i ta może ulec z jednej strony skostnieniu, gdy tradycja zaczyna być swoistym celem samym w sobie, tracąc jednocześnie na głębi przekazu, ale też może zaistnieć sytuacja, gdy w imię nie popadania w rutynę tradycji, będzie miało miejsce stałe poszukiwanie „nowości”, „spontaniczności”, powodując szereg niepokojów i nieporozumień, mogąc także wpłynąć na przejrzystość, spoistość i rzetelność przekazu wiary chrześćijańskiej. 
Wydaje się, że trzeba mieć ciągle na nowo w pamięci tę podstawową myśl, że wszystkie wysiłki związane z kultem Kościoła, z jego nabożeństwem mają ułatwić spotkanie z Tym, który daje się nam pierwszy, nim my sami oddaliśmy Mu się cali, tacy, jakimi jesteśmy.