piątek, 1 lutego 2013

Rozważanie Ewangelii według św. Mateusza 9,9-13


Rozważanie Ewangelii według św. Mateusza 9,9-13

I odchodząc stamtąd, ujrzał Jezus człowieka, siedzącego przy cle, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: Pójdź za mną. A on wstał i poszedł za nim. A gdy Jezus siedział w domu za stołem, wielu celników i grzeszników przyszło, i przysiedli się do Jezusa i uczniów jego. Co widząc faryzeusze, mówili do uczniów jego: Dlaczego Nauczyciel wasz jada z celnikami i grzesznikami? A gdy [Jezus] to usłyszał, rzekł: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają. Idźcie i nauczcie się, co to znaczy: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Nie przyszedłem bowiem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników. 

Przeczytaliśmy swoiste streszczenie Ewangelii. 
Mateusz, który napisał tę Ewangelię, daje w niej swoje własne świadectwo: jak poszedł za Jezusem, on który był człowiekiem kochającym pieniądz i drwiącym ze swoich współobywateli. 

Rzeczywiście, uczestnicząc w zbieraniu podatków dla okupanta rzymskiego, Mateusz uczestniczył w gnębieniu swojego własnego ludu. 
Ciągnął z tego procederu niemały zysk, bogactwo, ponieważ zbierający podatki mieli prawo zatrzymywania dla siebie pewnej części zebranych pieniędzy. 

Jak taki człowiek mógł pójść za Jezusem i zostać apostołem? 
Jedyną rzetelną odpowiedź znajdujemy właśnie w tekście Ewangelii: 
...ujrzał Jezus człowieka, siedzącego przy cle, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: Pójdź za mną. A on wstał i poszedł za nim. 

Inaczej mówiąc, jest nam dane tylko jedno wytłumaczenie tego faktu: kiedy Jezus mówi, pojawia się, tworzy się nowa sytuacja, nowa możliwość przed człowiekiem. 
A zatem, kiedy Jezus mówi, człowiek może zrobić coś nowego, niezwykłego, coś, co zdawałoby się być ponad jego siły i predyspozycje...

Kiedy Jezus mówi: pójdź za mną, pojawia się zaraz możliwość by człowiek mógł natychmiast, zaraz za Nim pójść. 
Nie wymaga to, zgodnie z tekstem Ewangelii żadnego szczególnego kursu  przygotowawczego. 
Do pójścia za Jezusem nie jest potrzebne zdobycie niezwykłych kwalifikacji. 
Nie ma żadnych specjalnych wymaganych warunków, nie ma też żadnych godności wymaganych od kandydata do pójścia za Jezusem. 

Mateusz, siedzący za biurkiem podatkowym, był – zgodnie z normami społecznym swojej epoki – kimś wyjątkowo mało „uzdolnionym”, mało predysponowanym do pójścia za Jezusem. 
A jednak – poszedł za Nim. 

W niektórych grupach społecznych, w jakichś klubach elitystycznych, żeby do nich należeć, trzeba wypełnić określony katalog oczekiwań, związanych z pozycją, finansami, wykształceniem, postawą moralną itp. 
Mało tego, w niektórych takich miejscach istnieją testy, mające służyć potwierdzeniu spełniania przez kandydata wymaganych kryteriów. 

W przypadku działania, wezwania kierowanego przez Jezusa, nic takiego nie ma miejsca. 
Jezus nie poddał testowi siły woli, zdolności osobowych, a nawet stopnia motywacji tego, którego wezwał – a był nim kolaborant i publiczny grzesznik (bo tak ten był postrzegany przez innych), Mateusz. 

Wszystko to „załatwiło” niejako Słowo Jezusa. 
Słowo Jezusa w przypadku Mateusza, podobnie jak dzisiaj, czyni wszystko, daje możliwość w niemożliwości (niemożliwości postrzeganej taką przez nas, ludzi). 

Jeżeli usiłowalibyśmy wytłumaczyć zgodnie z kanonami psychologii fenomen nawrócenia chrześcijańskiego, tego głębokiego nawrócenia – radykalnej zmiany życia i pójścia za Zbawicielem – nigdy nie podołamy temu zadaniu. 
Każde nawrócenie, to prawdziwe, a nie mówię tu o czymś, co ma przebiegać w sposób spektakularnie ogłaszany publicznie przez przeżywającego go, jest zawsze owocem słowa Jezusa Chrystusa. 
Bo tylko Jego słowo może stworzyć w człowieku nową możliwość, nową sytuację, przekreślić przeszłość, nadać sens przyszłości. 

Zauważcie też, że tekst Ewangelii nie mówi, że Mateusz nawróciwszy się (czy właściwie – zwróciwszy się, by pójść za Jezsusem) wyznał w ten czy inny sposób swoje grzechy, dokonał jakiegoś szczególnego aktu skruchy i pokuty. 
Ku naszemu prawie zgorszeniu tekst Ewangelii nie mówi nawet o tym, że wyznał w skrusze swoją poprzednią pasję pieniądza, permanentne wykorzystywanie innych i pogardzanie nimi. 
Nie, tekst nic o tym nie mówi. 
Mateusz poszedł za Jezusem taki, jaki był, tam gdzie był, z całym bagażem swojego życia. 
Poszedł za Jezusem jako chory – jako grzesznik. 

Dlaczego warto ten element podkreślić. 
Bo to on daje nam dowód prawdziwości stale powtarzanych przez Jezusa deklaracji, że nie przyszedł na ten świat, jak tylko po to, aby objąć swoją opieką chorych, aby powołać grzeszników. 

Podobnie jak z Mateuszem, Jezus nie zawiera z grzesznikami żadnego kontraktu. 
Nie nic wymaga szczególnego, spektakularnego. 
On po prostu wzywa. 
To nie ludzie sami z siebie przychodzą do Niego, osiągnąwszy wcześniej jakiś szczególny stopień wymaganej doskonałości. 
Więcej, to On, Jezus, idzie przed nimi aż na krzyż, gdzie grzech ludzki zostanie człowiekowi wybaczony, niejako odebrany. 
To Jezus pójdzie przed nimi, przed chorymi z grzechu, ku zmartwychwstaniu, w którym objawiona zostanie człowiekowi sprawiedliwość, a właściwiej – zostanie dokonane usprawiedliwienie grzesznika. 

Jezus wchodzi wszędzie tam, gdzie grzech na tym świecie zaobfitował. 
Jezus przychodzi na ten świat grzeszny, świat niedoskonały, w którym człowiek żyje, ten świat realny. 
Czyli mówiąc wprost – w życie każdego człowieka, każdego z nas. 
Jezus nie trzyma się niejako na dystans od człowieka, nie osądza go przed czasem, nie kataloguje go, jak to my w naszym życiu chętnie katalogujemy innych. 
Jezus nie staje przed człowiekiem ze swoistą pogardą nieosiągalnej doskonałości. 

Pewien pastor powiedział kiedyś, i bardzo te słowa spodobały mi się: 
„Wolę człowieka, który wie, że jest niedoskonały, pełen problemów, niż człowieka, który uważa się za sprawiedliwego i który jest, czuje się z tego powodu dumny”. 

A ktoś inny powiedział: „Nie możesz uratować kogoś, kto ugrzązł w bagnie, chcąc samemu pozostać poza tym błotem, na odległość. Trzeba podejść do tego, który tonie, na taki dystans, by móc realnie zadziałać z pomocą mu. Razem będziecie mogli z tego błota, z tego bagna wyjść”. 

Tym, który zawsze jest gotów podejść do nas w naszym życiowym błotku, jest Jezus Chrystus. 
On przyszedł, aby zbliżyć się do nas w naszej konkretnej sytuacji, często w sytuacji, która nie jest prosta, może nawet wydająca się nam beznadziejną. 
On przyszedł, aby nas z niej wyciągnąć, wyprowadzić na zewnątrz jej, wyprowadzić i wprowadzić do nowej sytuacji, gdzie wypełnia się obietnica życia na wieki, obietnica poczyniona Abrahamowi. 

Jezus spożył posiłek z Mateuszem i był niejako otoczony masą grzeszników. 
Ci ludzie lubili świętować, dobrze zjeść, także pewnie dobrze wypić. 
Uczestniczenie Jezusa w ich świętowaniu było szokujące dla obserwujących Go ludzi uważających się za religijnych. 
Tym bardziej że w tamtej kulturze posiłek był znakiem komunii, społeczności  o znaczeniu religijnym. 
I aby w nim uczestniczyć, trzeba było być w stanie czystości rytualnej, religijnej. 
Istniały bardzo ścisłe reguły, których należało przestrzegać, by móc uczestniczyć we wspólnym posiłku. 
Przecież nie rzadko zjadano także mięso ofiar złożonych w ofierze w Świątyni... 

Natomiast Jezus, patrząc na jedzących grzeszników, cytuje proroka Ozeasza, Bóg powiedział: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.... 

Miłosierdzie przyszło, ponieważ Jezus przyszedł do nas, do ludzi, do grzeszników. 
To miłosierdzie Boże, wyrażone w całej osobie Jezusa Chrystusa, jest dostępne, dane wszystkim, którzy zechcą z niego skorzystać. 
I przypomnijmy – bez jakichś specjalnych warunków. 
To do nas, do każdego z nas tutaj obecnych, Jezus mówi: Pójdź za mną. 
A skoro On tak do ciebie mówi, oznacza to, że jesteś – dzięki Niemu – do tego zdolny. Amen. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz