wtorek, 5 lutego 2013

Krótka analiza pojęcia „apostolat”


Nicejsko-konstantynopolitańskie wyznanie wiary wspomina cztery charakterystyki Kościoła: Kościół jest jeden, święty, katolicki (powszechny), apostolski. 
Jeśli chodzi o zakorzenienie ich w Biblii, dwa z podanych wyżej wyrażeń są tam explicite obecne: „jeden” i święty”. 
Dwa pozostałe, „katolicki”, w znaczeniu powszechny i „apostolski”, są pochodnymi historycznej lektury Pisma Świętego. 

Reformatorzy w XVI w. utrzymali te cztery charakterystyki Kościoła. 

W praktyce zauważa się często, że pojęcie apostolskości, ze strony protestanckiej, często wyrażała dążenie do wyrażania, 
myślenia i działania, jak to robiliby Apostołowie, bez wyraźnej łączności z tradycją. 

Kościół ma charakter jednocześnie duchowy i instytucjonalny. 
Od Chrystusa i dzięki Jego jedynemu i doskonałemu pośrednictwu, wierni świadczą z wdzięcznością o zrealizowanym zbawieniu. 
Kościół może zatem być nazywany „kapłaństwem” i wierzący nazywani „służbą kapłańską” (1 Piotra 2,5-10) z racji zwiastowania przez nich wszystkim, że dzieło Chrystusowe miało miejsce efektywnie i raz na zawsze. 

W Nowym Przymierzu, rozróżnienie między kapłanami a świeckimi nie ma już miejsca ani sensu, a to w odniesieniu do jednego Chrztu. 
A zatem kapłaństwo wszystkich wierzących jest zawsze podporządkowane idei jednego i jedynego kapłaństwa Chrystusa, do którego się odnosi. 

Niemniej, Kościół ma się budować na fundamencie, który został położony: Kościół ma trwać w nauczaniu Apostołów. 
Kościół Nowego Testamentu jest przewodzony, w imię swojej Głowy, Chrystusa, przez Apostołów. To co usprawiedliwia taką świadomość Kościoła, to fakt, że to głoszenie Apostołów tworzy Kościół, wzmacnia go i potwierdza. 
Kiedy Apostołowie znikają ze sceny historii, nie widać innych ludzi, którzy pojawiliby się i przejmowali ich funkcje: Kościół będzie miał „biskupów”, ale nie apostołów. 
Apostolat ma swoje unikalne miejsce w historii zbawienia. 

W listach Pawłowych (najstarszych pismach Nowego Testamentu), pojęcie apostolatu przybiera dwa odmienne znaczena: 
Ø Paweł mówi o „apostołach Kościoła” (2 Koryntian 8,23; Filipian 2,25) w rozumieniu ogólnym, jako o obarczonych jakąś misją; 
Ø mówi on także o „apostołach Chrystusa” (1 Koryntian 12,28; Efezjan 4,11) w rozumieniu tych, którzy zajmują pierwsze miejsce pośród innych posługujących. 
Ale krąg apostolski w sensie ścisłym jest kręgiem zamkniętym. 
Współpracownicy, którymi Paweł się otacza, wykonują konkretne zadania misyjne, ale nigdy nie są nazywani apostołami. 

Bóg zechciał, aby między nami a Chrystusem, umarłym i zmartwychwstałym, zaistniali ci, na których jak na zawiasie oprą się drzwi nauczania: to Apostołowie należący jednocześnie do „czasu Chrystusa” i do „czasu Kościoła”. 
Kościół nie może na tej podstawie mieć innych apostołów, jak ci jego początków, ponieważ fundament Kościoła jest położony raz na zawsze. 
Ale na tak długo, na ile trwa czas bieżący, Kościół ma być „budowany”, a to budowanie postępuje przez inną formę posług, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego (Efezjan 4,12). 

Funkcja przekazywalna i stała głoszenia Ewangelii jest koniecznością dla Kościoła, gdzie pokolenia następują jedne po drugich, ale jest to głoszczenie oparte o kanon Pisma Świętego, który ustala w piśmie świadectwo apostolskie. 

Kim są następcy Apostołów?


Apostołowie byli naocznymi świadkami Chrystusa - Jego życia, Jego śmierci, Jego zmartwychwstania (Dzieje Apost. 10,41; 1 Jana 1,1).
Jako tacy nie mogli mieć żadnego następcy.
Po ich śmierci natomiast, ich głos pozostaje ciągle żywy aż do naszych dni.
Ich głos rozbrzmiewa w Ewangeliach i w Listach i ożywia całość kanonu Nowego Testamentu.
Przez Nowy Testament, który nam raportuje głos ten jako świadectwo, pozostali oni między nami naocznymi świadkami Jezusa.

Deklaracja Jezusa: A kto was słucha, mnie słucha, a kto wami gardzi, mną gardzi (Łukasz 10,16a), pozostaje ciągle aktualnie stosowalną do ich świadectwa.

Ich słowo stawia nas ciągle przed najważniejszymi wyborami naszego życia. Przez nie jesteśmy związani lub uwolnieni. Przez nie, jak kluczem, dostęp do Królestwa jest dla nas otwarty lub zamknięty (Mateusza 16,19; 18,18; Jana 20,23).
Wszystko, co Kościół zwiastuje i wszystko co on robi, jest poddane temu słowu
apostolskiemu i musi być bez ustanku z nim konfrontowane.

Natomiast, jako przywódcy Kościoła pierwotnego, apostołowie mieli następców.
Wszędzie tam, gdzie dzieło misyjne przynosiło owoce i gdzie tworzyły się nowe Kościoły, widzimy każdorazowo grupy starszych i nadzorujących (presbiteroi, episkopoi), wybranych spośród danego Kościoła, aby paść Kościół Boży (Dzieje Apost. 20,17.28-36; Dzieje 14,23; Listy do Tymoteusza i Tytusa).

Przez pewien moment, wydawało się, że Jerozolima, jako stolica i Kościół-matka chrześcijaństwa, miałaby próbować wywierać wpływ, usiłować sprawować władzę jurysdykcyjną nad innymi Kościołami.
Ale to nie kto inny, jak właśnie Paweł Apostoł, stał się obrońcą wolności Kościołów lokalnych, broniąc je przed pretensjami do dominacji ze strony Jerozolimy.

Paweł robił to nie po to, aby przeciwstawić Jerozolimie jakieś inne miasto ziemskie (jak np. RZym lub Korynt, bądź Cezareę), ale Jeruzalem, które jest w górze, jest wolne i ono jest matką naszą (Galatów 4,26).
To także Paweł dodawał do swoich tłumaczeń ten tak ważny apel: Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli (Galatów 5,1).

Idea, że każdy Kościół może mieć więcej, jak tylko jednego biskupa (to znaczy - nadzorującego) i że ów, w linii „sukcesji apostolskiej”, miałby być następcą apostołów i miałby na tej podstawie dzierżyć ich posługę i ich władzę (jakkolwiek byłaby ona wyobrażana), pojawiła się historycznie dużo później w dziejach Kościoła.
Zawiera ona w sobie nieuniknione niebezpieczeństwo, że ci tzw. następcy apostołów wyeliminują ich własnym autorytetem (czysto ludzkim), żywy autorytet apostołów, obecny i widzialny w Słowie pisanym, i że Kościół może poczuć się silniejszy i ważniejszy niż prawdziwe, w Słowie, świadectwo apostołów.
Niestety, historia potwierdza, że stało się to efektywnie, w ciągu wieków, w Kościele zachodnim, nazwanym z czasem Kościołem katolickim
Element ten był objęty jednym z pierwszych wezwań Reformatorów, by przywrócić mu pierwotne znaczenie, pierwotne funkcjonowanie. Nawoływanie to pozostaje aktualne do dzisiaj, po pięciuset latach... 

Posługa i społeczność wierzących w Nowym Testamencie


Oczywiście, Nowy Testament mówi nam o posługach w Kościele, ale nie są one w żaden sposób związane z kapłaństwem Starego Testamentu; nie są one nigdy rozumiane, jako mogące ograniczać (czy „reglamentować”) prawo bezpośredniego dostępu społeczności wiernych Kościoła do Bożego dzieła zbawienia. 

Kapłaństwo powszechne wierzących i społeczność duchowa Kościoła idą razem. Posługi kościelne nie mają żadnej funkcji „dystrybucji”, czy jedynego prawa słusznej „reglamentacji”, dzieła Bożego. 
Nawet Apostołowie, którzy przecież cieszyli się szczególną pozycją w Kościele ich czasów, nigdy nie posuwali się do utrzymywania we „właściwym nurcie” wiary Kościołów lokalnych, używając do tego jakichkolwiek środków jurysdykcyjnych, a szczególnie związanych, czy wynikających z ich pozycji. Należy zwrócić uwagę, że używali jedynie środków o znaczeniu duchowym (por. np. 1 Koryntian 4,14-21: Piszę to, nie aby was zawstydzić, lecz aby was napomnieć, jako moje dzieci umiłowane. Bo choćbyście mieli dziesięć tysięcy nauczycieli w Chrystusie, to jednak ojców macie niewielu; wszak ja was zrodziłem przez ewangelię w Chrystusie Jezusie. Proszę was tedy, bądźcie naśladowcami moimi. Dlatego posłałem do was Tymoteusza, który jest moim umiłowanym i wiernym synem w Panu; ten wam przypomni postępowanie moje w Chrystusie, którego nauczam wszędzie, w każdym zborze. A niektórzy wzbili się w pychę, myśląc, że nie przyjdę do was; ja jednak przyjdę do was wkrótce, jeśli Pan zechce, i zapoznam się nie ze słowem pysznych, lecz z ich mocą. Albowiem Królestwo Boże zasadza się nie na słowie, lecz na mocy. Czego chcecie? Czy mam przyjść do was z rózgą, czy też z miłością i w duchu łagodności? ). Nigdy nie chcieli wykonywać posługi dyscypliny duchowej indywidualnie w Kościele, ale – przeciwnie – zawsze razem z nim (por. 1 Koryntian 5,4-13: Gdy się zgromadzicie w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, wy i duch mój z mocą Pana naszego, Jezusa, oddajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała, aby duch był zbawiony w dzień Pański. Nie macie się czym chlubić. Czy nie wiecie, że odrobina kwasu cały zaczyn zakwasza? Usuńcie stary kwas, abyście się stali nowym zaczynem, ponieważ jesteście przaśni; albowiem na naszą wielkanoc jako baranek został ofiarowany Chrystus. Obchodźmy więc święto nie w starym kwasie ani w kwasie złości i przewrotności, lecz w przaśnikach szczerości i prawdy. Napisałem wam w liście, abyście nie przestawali z wszetecznikami; ale nie miałem na myśli wszeteczników tego świata albo chciwców czy grabieżców, czy bałwochwalców, bo inaczej musielibyście wyjść z tego świata. Lecz teraz napisałem wam, abyście nie przestawali z tym, który się mieni bratem, a jest wszetecznikiem lub chciwcem, lub bałwochwalcą, lub oszczercą, lub pijakiem, lub grabieżcą, żebyście z takim nawet nie jadali. Bo czy to moja rzecz sądzić tych, którzy są poza zborem? Czy to nie wasza rzecz sądzić raczej tych, którzy są w zborze? Tych tedy, którzy są poza nami, Bóg sądzić będzie. Usuńcie tego, który jest zły, spośród siebie). 

Listy Apostołów w tych kwestiach są adresowane przede wszystkim do Kościołów lokalnych. 
Pełniących posługi, których Dzieje Apostolskie i Listy nazywają w różny sposób, nie mają żadnej władzy instytucjonalnej nad „świeckimi” (a zwłaszcza świeccy” nie są rozumiani, jako rodzaj grupy „niższej” duchowo), mają natomiast autorytet duchowy w łonie wspólnoty. 

Autorytet duchowy, który to czasami - dla dobra danej wspólnoty - Duch Święty obdarzał szególnymi charyzmatami (por. 1 Koryntian 12, 28), ukazuje się chwilami w sposób nieco bardziej wyraźny (List do Tymoteusza i Tytusa, Hebrajczyków 13,17). 
Autorytet ten znajduje swój fundament, ale i ograniczenia, w fakcie, że posługi zwiastują i reprezentują w Kościele łaskę i panowanie Chrystusa. Nic w Piśmie Świętym nie pozwala nam rozumieć ich (posług i osób je wykonujących) jako wyłącznych reprezentantów kapłaństwa Chrystusowego. 
Reprezentują rzeczywiście Chrystusa w ich zwiastowaniu, pełnię całego jego dzieła, w Jego potrójnym dziele Proroka, Kapłana i Króla, ale czynią to podkreślając, że ofiara zbawcza Chrystusa miała miejsce raz na zawsze, w sposób jedyny i skuteczny. Nie mają nic do dodania, ani do swoistego „zaktualizowania” Jego ofiary – została ona dokonana raz na zawsze i jest wciąż aktualna i skuteczna!

Przez swego Ducha, Chrystus chce posługiwać się wypełniającymi posługi w Kościele, a to przede wszystkim w posłudze Słowa, aby wszystkie dusze mogły otrzymać Jego ofiarę (jej skutki), aby poddały się Mu w posłuszeństwie wiary i aby Jego ofiara i Jego autorytet znalazły praktyczny wymiar w życiu tych, którzy słuchają i oddają się Słowu, oddają się Jezusowi Chrystusowi, jedynemu Kapłanowi i Pośrednikowi. 

Dlatego też, w opisie ich obowiązków, pełniący posługi szczególnie zachęcani są do głoszenia Słowa, do nauczania, do pouczania, do prorokowania, do przestrzegania (Rzymian 12,7-8; Efezjan 4,11; 1 Tymoteusza 4,6-16; 2 Tymoteusza 2,2.15-18.25; Tytusa 1,9; 2,1.7.15). 
Model taki możemy zaobserwować w Ewangeliach: kiedy uczniowie stają się Apostołami, jest im powierzona przede wszystkim posługa proroczego głoszenia Ewangelii: 
Ø Mateusza 18,19 - Nadto powiadam wam, że jeśliby dwaj z was na ziemi uzgodnili swe prośby o jakąkolwiek rzecz, otrzymają ją od Ojca mojego, który jest w niebie
Ø 1 Koryntian 1,17- Nie posłał mnie bowiem Chrystus, abym chrzcił, lecz abym zwiastował dobrą nowinę, i to nie w mądrości mowy, aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy.. 


Sukcesja apostolska

Na zakończenie tego artykułu jeszcze kilka refleksji precyzujących tak ważne pojęcie, jakim jest tzw. sukcesja apostolska.

Sukcesja apotolska to zasada kontynuacji między misją daną przez Chrystusa Apostołom i Kościołem dzisiaj. 
Jest to tzw. zasada apostolskości Kościoła. 
Chodzi jednak o to, aby wiedzieć jakiej natury jest ta sukcesja. 
Dla Kościoła katolickiego jest to przed wszystkim innym porządek instytucjonalny. 
Tak rozumiana sukcesja apotoslska ukazuje się – w rozumieniu katolickim - przez nieprzerwany łańcuch konsekracji biskupich od Apostołów aż do dzisiaj. Dodaje się do tego zasadę pozostawania w społeczności z papieżem, następcą Piotra Apostoła (por. Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium z 1964 r., 18). 

Natura apostolska Kościoła jest potwierdzona przez Reformatorów. 
W tym duchu Kalwin pisze: „Apostołowie (...) zostali posłani (...) aby położyć fundamenty Kościoła na całym świecie, jako pierwsi i główni budowniczowie budowli”. Ale chodzi tu o „służbę nadzwyczajną” (Institutio christianae religionis IV, II, 4). 

Dlatego też „pastorzy mają podobny obowiązek do tego, jaki mieli Apostołowie, jednakże każdy z nich ograniczając się do jego Kościoła lokalnego” (IRC IV,II,5). 
Kryterium apostolskości biskupów, jak i pastorów, nie jest związane z ich sukcesją o typie jurysdykcyjnym (j.w.), ale w wypełnianiu bez lekceważenia głoszenia Ewangelii i udzielaniu sakramentów. Kalwin podkreśla, że ci, „którzy lekceważą jedno i 
drugie, fałszywie pretendują do bycia w stanie apostolskim” (IRC IV,III, 6). 

Związane z nauczaniem o posłudze w Kościele i o posługach szczegółowych tych, którzy je wykonują, pojmowanie sukcesji apostolskiej pozostaje nadal podstawowym problemem w dialogu między-konfesyjnym prowadzonym z Kosciołem katolickim. 
Nie negując całkowicie istnienia episkopatu historycznego, luteranie, anglikanie i reformowani, pojmują tak rozumianą sukcesję apotolską jako drugorzędną wobec apostolskości całego Kościoła. 
Jest niezbędnym, aby wzajemne uznanie Kościołów w dziedzinie posług mogło mieć za bazę, za kryterium Słowo i sakramenty, a nie zachowanie sukcesji apostolskiej historycznej w episkopacie. 

Kapłaństwo w Nowym Testamencie, a…posługa w Kościele


Jeżeli odnosimy się do używania terminu „kapłan” w Nowym Testamencie, jesteśmy tym samym zobligowani do stwierdzenia, że nigdy nie służy on tutaj do oznaczenia tych, których wypełnialiby jakąś posługę w Kościele. 

Nie znajdujemy najmniejszego śladu kontynuacji posługi arcykapłanów i kapłanów Starego Testamentu. Zgodnie ze świadectwem Listu do Hebrajczyków, ich posługa i ich aktywność zostały wypełnione w Jezusie Chrystusie, który jest jednocześnie Arcykapłanem i prawdziwą Ofiarą. 

Kiedy Nowy Testament mówi o „kapłanach”, to termin ten odnosi się do wszyskich wierzących; to im jest przyznany ten tytuł. 
Oto jak Apostoł Piotr zwraca się do wierzących: I wy sami jako kamienie żywe budujcie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu przez Jezusa Chrystusa (1 Piotra 2,5). Ale wy jesteście rodem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym, abyście rozgłaszali cnoty tego, który was powołał z ciemności do cudownej swojej światłości... (1 Piotra 2,9). 

Termin ten znajdujemy także w Księdze Objawienia (Apokalipsy) św.Jana, kiedy mówi on o Jezusie Chrystusie:  i uczynił nas rodem królewskim, kapłanami Boga i Ojca swojego... (1,6; por. 5,10 i 20,6). 

Dlaczego termin ten jest używany w takim znaczeniu? 
List do Hebrajczyków, pomimo, że nie używa go dla określenia wierzących; daje nam tego wyraźną rację: stwierdza on z całym naciskiem, że ponieważ Chrystus, będąc prawdziwym Arcykapłanem, dał wolny dostęp do miejsca najświętszego ze świętych, wszyscy wierzący mają od tej chwili prawo do zbliżenia się doń z prostotą (Hebrajczyków 4,16; 10,19-22) i złożyć Bogu ofiarę uwielbienia i miłości (Hebrajczyków 13,15-16: Przez niego więc nieustannie składajmy Bogu ofiarę pochwalną, to jest owoc warg, które wyznają jego imię. A nie zapominajcie dobroczynności i pomocy wzajemnej; takie bowiem ofiary podobają się Bogu). 

To tylko w tym wymiarze, w jakim prawa i obowiązki arcykapłanów i kapłanów nie znalazły ich spełnienia w dziele Jezusa Chrystusa, zostały one przekazane wspólnocie wierzących w ich całości. 
W Nowym Testamencie nie znajdziemy śladu jakiejkolwiek funkcji mediacji, pośredniczenia kapłaństwa ludzkiego. Mamy tu do czynienie ze znaczeniem tego, co Reformatorzy zawarli w pojęciu „kapłaństwo powszechne wierzących”

piątek, 1 lutego 2013

Rozważanie Księgi Micheasza 6,6-8


Rozważanie Księgi Micheasza 6,6-8, czytania przewidzianego na tegoroczny Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan. 

Z czym mam wystąpić przed Panem, pokłonić się Bogu Najwyższemu? Czy mam wystąpić przed nim z całopaleniami, z rocznymi cielętami? 
Czy Pan ma upodobanie w tysiącach baranów, w dziesiątkach tysięcy strumieni oliwy? Czy mam dać swojego pierworodnego za swoje przestępstwo, własne dziecko na oczyszczenie mojego grzechu? 
Oznajmiono ci, człowiecze, co jest dobre i czego Pan żąda od ciebie: tylko, abyś wypełniał prawo, okazywał miłość bratnią i w pokorze obcował ze swoim Bogiem.

Przyznam się wam, że kiedy po raz pierwszy przeczytałem teksty liturgiczne, teksty biblijne, wybrane na tegoroczny Tydzień Modlitwy o Jedność chrześcijan, nie mogłem ukryć radości i jednocześnie wdzięczności wobec tych, którzy pracowali nad tegorocznym przesłaniem. 

Chciałbym zwrócić szczególnie waszą uwagę na ostatnie zdanie proroka Micheasza: Oznajmiono ci, człowiecze, co jest dobre i czego Pan żąda od ciebie: tylko, abyś wypełniał prawo, okazywał miłość bratnią i w pokorze obcował ze swoim Bogiem.
Tak naprawdę w tych kilku słowach znajdujemy całą kwintesencję tego, co nazywamy życiem człowieka wierzącego, trzy elementy fundamentalne dla tego życia, a są to : 
1. wypełnianie Prawa (oczywiście Micheasz myśli tu o życiu zgodnie z  Dekalogiem – Dziesięcioma przykazaniami), 
2. kwestia jakości relacji z drugim człowiekiem – okazywanie mu miłości bratniej, czyli szacunku, otwartości, gotowości pomocy, niezależnie od jego pozycji społecznej, przekonań, itp., 
i 3. obcowanie z Bogiem w pokorze, czyli pozostawanie z Nim w stałej relacj:  relacji świadomej, że On jest moim Bogiem, czyli tym, który chce dla mnie i dla innych tego, co najlepsze. 

Jaki jest związek z tak postawioną tematyką, nadającą kierunek rozważań w tygodniu, który jest tradycyjnie skoncentrowany na modlitwie o jedność chrześcijan? 
Odnoszę nieodparte wrażenie, że przygotowujący ten tydzień podeszli z ogromnym realizmem do problemu podziałow w chrześcijaństwie, chcąc podkreślić, że jeśli chcemy szukać realnej, prawdziwie istotnej i co najważniejsze realizowalnej płaszczyzny spotkania nas wszystkich, wszystkich chrześcijan, to staje ona właśnie dzisiaj przed nami w programie wyznaczonym przez proroka Micheasza. 

Nie chodzi oczywiście o proste przypomnienie, o zachęte do „teoretycznego” nauczania po raz kolejny tego, co Micheasz około 2,7 tys. lat temu zawarł w swojej księdze.  
Głosić, nauczać jest rzeczą relatywnie prostą. 
Można łatwo wypowiadać wiele słów, nawet najbardziej wzniosłych, porywających, a jednocześnie pozostawać na wygodnych pozycjach „nauczającego bez zobowiązań”. 

Wiemy wszyscy doskonale, a życie daje nam tego stale dowody, że zarówno nasze Kościoły, jak i cały świat, potrzebują nie tylko teoretycznego głoszenia. 
Wszyscy, bez względu na dzielące nas różnice (różnice wszelkiego rodzaju, nie tylko te natury religijnej) potrzebujemy realnego świadectwa życia, konkretnego świadectwa życia tych, którzy głoszą jakąś prawdę, a szczególnie tę, która tak często obnaża większość dręczących ludzkość mechanizmów cierpienia, zła. 

Nasz świat nie potrzebuje teoretyków życia, ale świadków wiary, czyli tych, którzy doświadczyli życia z Bogiem.  
Nasz świat potrzebuje świadków wiary, która przekłada się na życie konkrente, dowodząc, że to co głosimy, jest nie tylko możliwe do życia, realizowalne, ale tak naprawdę stanowi esencję naszego życia i czyni nasze życie szczęsliwym. 

Świat, w tym także nasze Kościoły, oczekuje na świadectwo życia, będące radykalną odpowiedzią na to podstawowe pytanie, które – jak czytamy w Ewangelii według św.Jana - Jezus Chrystus po swoim zmartwychwstaniu zadał Piotrowi: czy mnie kochasz? 
Czy ty – osobiście - mnie, twojego Zbawiciela, kochasz? 
Nie, czy jesteś gotów do jakichś niezwykłych pobożnych gestów, ale po prostu: czy mnie kochasz? 
Czy mnie kochasz, to znaczy czy masz ze mną relację na tyle intymną, na tyle głęboką, aby zaważyła ona na całym twoim życiu, na wszystkich twoich  życiowych wyborach? 
Tych wyborach rodzinnych, zawodowych, opartych o prawdziwe postrzeganie siebie samego i innych...? 

W nauczaniu chrześcijańskim sprawą fundamentalną jest osobista relacja z Bogiem i to relacja nie byle jaka, ale właśnie taka intymna relacja, którą wyraża słowo miłość. 
Bóg zna człowieka, nawet bardziej niż człowiek zna samego siebie, dlatego też Słowo Boże, objawione w Piśmie Świętym, wciąż powtarza tę prawdę: 
- by być prawdziwie człowiekiem, zdolnym do niezwykłych rzeczy, potrzebujesz Mnie, twojego Boga. 
Potrzebujesz wejść ze Mną w prawdziwą relację, w tę intymną relację miłości. 

Jan Kalwin, XVI-wieczny francuski teolog Reformacji, już na początku swojego głównego dzieła „Institutio christianae religionis” pisze, że  - zgodnie z Biblią - poznanie Boga prowadzi człowieka do poznania samego siebie. 
Poznanie siebie, czyli konstruowanie siebie, budowanie siebie prawdziwego, wymaga najpierw – zgodnie ze Słowem Bożym - prawdziwego poznania Boga. 
Pamiętajmy, że „poznać kogoś” w języku Biblii oznacza: „mieć z kimś niezwykle intymną relację”. 
Nie chcę przy tym, by słowa poznanie Boga, doświadczenie Boga, były rozumiane, jako jako coś tajemniczego, „mistycznego”. 
Nie, doświadczenie Boga, to ta prosta, ale doświadczana każdego dnia świadomość, że jest Ktoś, mój Bóg, który mnie kocha i który chce, abym tę Jego miłość do mnie dzielił z innymi ludźmi. 
Uwaga jeszcze jedna: jest to relacja indywidualna, intymna, która przebiega na linii ja i Bóg, nie mogąc być przez żadną osobę ludzką reglamlentowaną, regulowaną. 
Jeśli nie ma takiej relacji z Bogiem, nie ma nas prawdziwych, nie ma naszej prawdziwej osoby, naszej prawdziwej tożsamości, nie ma także prawdziwej relacji z innymi ludźmi. 
Jeśli nie ma prawdziwego doświadczenia Boga w życiu chrześcijanina, nie będzie on prawdziwie otwarty na innego, nie stanie się nigdy prawdziwie bliźnim tego „drugiego”.  

Prorok Micheasz, twierdzi, że Pan Bóg nie ma żadnego upodobania w realizowaniu przez człowieka tych tak naprawdę mało kłopotliwych gestów religijnych: ofiar, wspaniałych rytuałów religijnych. 
Micheasz szokuje, mówiąc jeszcze więcej: Pan Bóg nie oczekuje nawet oddania Mu kogoś najbliższego, w celu skłonienia Go, Boga, do przyjęcia postawy nam przychylnej. 
Nie, przychylność Boża jest nam zapewniona - bo jest On Bogiem.  
On jest nam przychylny z zasady, właśnie dlatego, że jest Bogiem. 
Nie musimy Go przekonywać przez jakieś spektakularne gesty, aby nas kochał, aby otaczał opieką nasze życie. 
To wszystko jest nam dane, ponieważ On jest Bogiem! 
Oczekuje jednak od nas jednego: obcowania z Nim (bycia z Nim w intymnej relacji). 
Nie chce relacji okazjonalnej, ale tej każdego naszego dnia. 
I uwaga! Bóg oczekuje od nas, aby relacja z Nim była objęta i wyznaczona realizacją przykazań Bożych i aby wyrażała się w okazywaniu innym miłości bratniej. 

Reasumując: jestem przekonany, że nasz świat potrzebuje świadectwa przykładu życia, świadectwa szacunku wzajemnego, życzliwości, solidarności, konstruktywnej otwartości pomimo istniejących różnic. 
A dla chrześcijan, takie otwarcie ma swoje źródło wyłącznie w ich prawdziwym doświadczeniu Boga żywego. 
Świat nie ma tak naprawdę potrzeby i tak naprawdę nie interesuje się naszymi dyskusjami teoretycznymi (czytaj teologicznymi), zostawiając je fachowcom (czyli tak naprawdę wąskiej grupie specjalistów). 

Kościóły chrześcijańskie, mają wciąż szansę, a właściwie stoi przed nim stałe wyzwanie, by niezależnie od swoich podziałów (bez wątpienia podziałów bolesnych) świadczyć o doświadczeniu Boga żywego, dając temu dowód realizując przykazania Boże oraz dowodząc realności ich doświadczenia Boga w relacji z żywym człowiekiem, człowiekiem realnym. 

W tym wymiarze możemy dostrzec i przeżyć jedność Kościoła. 
I o taką jedność zachęcam was dzisiaj do modlitwy. 
Kościoły muszą być jednym w doświadczeniu Boga i w świadectwie praktycznym tego doświadczenia, albo nie tylko nie są jednym, ale po prostu nie są Kościołem. 
Kościoły mają prowadzić świat do nadziei w radykalizmie radosnego życia tych, którzy spotkali, doświadczyli Boga i żyją z Nim w poważnej relacji. 

Już na zakończenie chcę zacytować słowa Johna Wesleya, twórcy nurtu zwanego metodyzmem, z jego kazania z 1750: 
„Chociaż różnice poglądów czy sposobów oddawania czci Bogu mogą udaremnić pełną jedność zewnętrzną, to jednak czy muszą udaremniać jedność we wzajemnych wobec siebie uczuciach? 
Chociaż nie możemy myśleć podobnie, to jednak czy nie możemy miłować się podobnie?... 
Bez wątpienia możemy. 
Pod tym względem wszystkie dzieci Boże, pomimo mniejszych różnic, mogą się zjednoczyć. 
A chociaż te ostatnie pozostają niezmienne, mogą zbliżać ludzi do siebie nawzajem, tak w miłości, jak i dobrych uczynkach”.

Rozważanie Ewangelii według św. Mateusza 9,9-13


Rozważanie Ewangelii według św. Mateusza 9,9-13

I odchodząc stamtąd, ujrzał Jezus człowieka, siedzącego przy cle, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: Pójdź za mną. A on wstał i poszedł za nim. A gdy Jezus siedział w domu za stołem, wielu celników i grzeszników przyszło, i przysiedli się do Jezusa i uczniów jego. Co widząc faryzeusze, mówili do uczniów jego: Dlaczego Nauczyciel wasz jada z celnikami i grzesznikami? A gdy [Jezus] to usłyszał, rzekł: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają. Idźcie i nauczcie się, co to znaczy: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Nie przyszedłem bowiem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników. 

Przeczytaliśmy swoiste streszczenie Ewangelii. 
Mateusz, który napisał tę Ewangelię, daje w niej swoje własne świadectwo: jak poszedł za Jezusem, on który był człowiekiem kochającym pieniądz i drwiącym ze swoich współobywateli. 

Rzeczywiście, uczestnicząc w zbieraniu podatków dla okupanta rzymskiego, Mateusz uczestniczył w gnębieniu swojego własnego ludu. 
Ciągnął z tego procederu niemały zysk, bogactwo, ponieważ zbierający podatki mieli prawo zatrzymywania dla siebie pewnej części zebranych pieniędzy. 

Jak taki człowiek mógł pójść za Jezusem i zostać apostołem? 
Jedyną rzetelną odpowiedź znajdujemy właśnie w tekście Ewangelii: 
...ujrzał Jezus człowieka, siedzącego przy cle, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: Pójdź za mną. A on wstał i poszedł za nim. 

Inaczej mówiąc, jest nam dane tylko jedno wytłumaczenie tego faktu: kiedy Jezus mówi, pojawia się, tworzy się nowa sytuacja, nowa możliwość przed człowiekiem. 
A zatem, kiedy Jezus mówi, człowiek może zrobić coś nowego, niezwykłego, coś, co zdawałoby się być ponad jego siły i predyspozycje...

Kiedy Jezus mówi: pójdź za mną, pojawia się zaraz możliwość by człowiek mógł natychmiast, zaraz za Nim pójść. 
Nie wymaga to, zgodnie z tekstem Ewangelii żadnego szczególnego kursu  przygotowawczego. 
Do pójścia za Jezusem nie jest potrzebne zdobycie niezwykłych kwalifikacji. 
Nie ma żadnych specjalnych wymaganych warunków, nie ma też żadnych godności wymaganych od kandydata do pójścia za Jezusem. 

Mateusz, siedzący za biurkiem podatkowym, był – zgodnie z normami społecznym swojej epoki – kimś wyjątkowo mało „uzdolnionym”, mało predysponowanym do pójścia za Jezusem. 
A jednak – poszedł za Nim. 

W niektórych grupach społecznych, w jakichś klubach elitystycznych, żeby do nich należeć, trzeba wypełnić określony katalog oczekiwań, związanych z pozycją, finansami, wykształceniem, postawą moralną itp. 
Mało tego, w niektórych takich miejscach istnieją testy, mające służyć potwierdzeniu spełniania przez kandydata wymaganych kryteriów. 

W przypadku działania, wezwania kierowanego przez Jezusa, nic takiego nie ma miejsca. 
Jezus nie poddał testowi siły woli, zdolności osobowych, a nawet stopnia motywacji tego, którego wezwał – a był nim kolaborant i publiczny grzesznik (bo tak ten był postrzegany przez innych), Mateusz. 

Wszystko to „załatwiło” niejako Słowo Jezusa. 
Słowo Jezusa w przypadku Mateusza, podobnie jak dzisiaj, czyni wszystko, daje możliwość w niemożliwości (niemożliwości postrzeganej taką przez nas, ludzi). 

Jeżeli usiłowalibyśmy wytłumaczyć zgodnie z kanonami psychologii fenomen nawrócenia chrześcijańskiego, tego głębokiego nawrócenia – radykalnej zmiany życia i pójścia za Zbawicielem – nigdy nie podołamy temu zadaniu. 
Każde nawrócenie, to prawdziwe, a nie mówię tu o czymś, co ma przebiegać w sposób spektakularnie ogłaszany publicznie przez przeżywającego go, jest zawsze owocem słowa Jezusa Chrystusa. 
Bo tylko Jego słowo może stworzyć w człowieku nową możliwość, nową sytuację, przekreślić przeszłość, nadać sens przyszłości. 

Zauważcie też, że tekst Ewangelii nie mówi, że Mateusz nawróciwszy się (czy właściwie – zwróciwszy się, by pójść za Jezsusem) wyznał w ten czy inny sposób swoje grzechy, dokonał jakiegoś szczególnego aktu skruchy i pokuty. 
Ku naszemu prawie zgorszeniu tekst Ewangelii nie mówi nawet o tym, że wyznał w skrusze swoją poprzednią pasję pieniądza, permanentne wykorzystywanie innych i pogardzanie nimi. 
Nie, tekst nic o tym nie mówi. 
Mateusz poszedł za Jezusem taki, jaki był, tam gdzie był, z całym bagażem swojego życia. 
Poszedł za Jezusem jako chory – jako grzesznik. 

Dlaczego warto ten element podkreślić. 
Bo to on daje nam dowód prawdziwości stale powtarzanych przez Jezusa deklaracji, że nie przyszedł na ten świat, jak tylko po to, aby objąć swoją opieką chorych, aby powołać grzeszników. 

Podobnie jak z Mateuszem, Jezus nie zawiera z grzesznikami żadnego kontraktu. 
Nie nic wymaga szczególnego, spektakularnego. 
On po prostu wzywa. 
To nie ludzie sami z siebie przychodzą do Niego, osiągnąwszy wcześniej jakiś szczególny stopień wymaganej doskonałości. 
Więcej, to On, Jezus, idzie przed nimi aż na krzyż, gdzie grzech ludzki zostanie człowiekowi wybaczony, niejako odebrany. 
To Jezus pójdzie przed nimi, przed chorymi z grzechu, ku zmartwychwstaniu, w którym objawiona zostanie człowiekowi sprawiedliwość, a właściwiej – zostanie dokonane usprawiedliwienie grzesznika. 

Jezus wchodzi wszędzie tam, gdzie grzech na tym świecie zaobfitował. 
Jezus przychodzi na ten świat grzeszny, świat niedoskonały, w którym człowiek żyje, ten świat realny. 
Czyli mówiąc wprost – w życie każdego człowieka, każdego z nas. 
Jezus nie trzyma się niejako na dystans od człowieka, nie osądza go przed czasem, nie kataloguje go, jak to my w naszym życiu chętnie katalogujemy innych. 
Jezus nie staje przed człowiekiem ze swoistą pogardą nieosiągalnej doskonałości. 

Pewien pastor powiedział kiedyś, i bardzo te słowa spodobały mi się: 
„Wolę człowieka, który wie, że jest niedoskonały, pełen problemów, niż człowieka, który uważa się za sprawiedliwego i który jest, czuje się z tego powodu dumny”. 

A ktoś inny powiedział: „Nie możesz uratować kogoś, kto ugrzązł w bagnie, chcąc samemu pozostać poza tym błotem, na odległość. Trzeba podejść do tego, który tonie, na taki dystans, by móc realnie zadziałać z pomocą mu. Razem będziecie mogli z tego błota, z tego bagna wyjść”. 

Tym, który zawsze jest gotów podejść do nas w naszym życiowym błotku, jest Jezus Chrystus. 
On przyszedł, aby zbliżyć się do nas w naszej konkretnej sytuacji, często w sytuacji, która nie jest prosta, może nawet wydająca się nam beznadziejną. 
On przyszedł, aby nas z niej wyciągnąć, wyprowadzić na zewnątrz jej, wyprowadzić i wprowadzić do nowej sytuacji, gdzie wypełnia się obietnica życia na wieki, obietnica poczyniona Abrahamowi. 

Jezus spożył posiłek z Mateuszem i był niejako otoczony masą grzeszników. 
Ci ludzie lubili świętować, dobrze zjeść, także pewnie dobrze wypić. 
Uczestniczenie Jezusa w ich świętowaniu było szokujące dla obserwujących Go ludzi uważających się za religijnych. 
Tym bardziej że w tamtej kulturze posiłek był znakiem komunii, społeczności  o znaczeniu religijnym. 
I aby w nim uczestniczyć, trzeba było być w stanie czystości rytualnej, religijnej. 
Istniały bardzo ścisłe reguły, których należało przestrzegać, by móc uczestniczyć we wspólnym posiłku. 
Przecież nie rzadko zjadano także mięso ofiar złożonych w ofierze w Świątyni... 

Natomiast Jezus, patrząc na jedzących grzeszników, cytuje proroka Ozeasza, Bóg powiedział: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.... 

Miłosierdzie przyszło, ponieważ Jezus przyszedł do nas, do ludzi, do grzeszników. 
To miłosierdzie Boże, wyrażone w całej osobie Jezusa Chrystusa, jest dostępne, dane wszystkim, którzy zechcą z niego skorzystać. 
I przypomnijmy – bez jakichś specjalnych warunków. 
To do nas, do każdego z nas tutaj obecnych, Jezus mówi: Pójdź za mną. 
A skoro On tak do ciebie mówi, oznacza to, że jesteś – dzięki Niemu – do tego zdolny. Amen. 

Dzień odpoczynku - czwarte przykazanie


Dzień odpoczynku, wynikający z czwartego przykazania, jego sens i znaczenie. 

„Celem tego (czwartego) przykazania jest, abyśmy będąc umarłymi dla naszych własnych przywiązań i dzieł rozważali Królestwo Boże i abyśmy do tej medytacji ćwiczyli się przez środki, które Bóg nam przykazał” (J.Kalwin). 

Przykazaniu temu Bóg nakazał szczególne posłuszeństwo: 
I rzekł Pan do Mojżesza: Powiedz synom izraelskim: Zaiste, przestrzegać będziecie sabatów moich, gdyż to jest znakiem między mną a wami po wszystkie pokolenia wasze, abyście wiedzieli, żem Ja Pan, który was poświęcam. Synowie izraelscy będą przestrzegać sabatu, zachowując sabat w pokoleniach swoich jako przymierze wieczne. Między mną a synami izraelskimi będzie on znakiem na wieki, bo w sześciu dniach stworzył Pan niebo i ziemię, a dnia siódmego odpoczął i wytchnął (2 Mojż/Wyjścia 31,12-13.16-17)

Bóg powtarza wielokrotnie w Piśmie: Święćcie moje sabaty i niech będą znakiem między mną a wami, aby wiedziano, że Ja, Pan, jestem waszym Bogiem! (Ezechiela 20,20; por. Jeremiasza 17,22). 

Szczęśliwy człowiek, który jest posłuszny mojej woli – mówi wielokrotnie Pan - i syn człowieczy, który ją wiernie praktykuje, zachowując dzień szabatu, aby go nie sprofanować i zachować swe ręce od wszelkiego złego działania (por. Izajasza 56,2; 2 Mojż/Wyjścia 23,12; 35,2-3; 3 Mojż/Kapłańska 19,3b.30). 

Dwa słowa podstawowe, które powinniśmy uchwycić z tych cytatów to: przymierze i znak. 
Szabat jest znakiem przymierza Boga ze swoim ludem. 
Przez zachowywanie szabatu, Lud Wybrany uznaje przez swój czyn, że przynależy on do Boga. Szabat jest dniem wydzielonym przez Wiekuistego i dla Wiekuistego. 
Jest znakiem przymierza, tzn. znakiem, że lud nie jest zdany na samego siebie, że nie jest opuszczony, że należy do Boga i że jego Bóg chce, by Mu służono i by Mu oddawano chwałę. 

Z szacunku dla dnia szabatu Izraelici musieli zachowywać bardzo precyzyjnie określone reguły. Ten, który naruszyłby te reguły był karany śmiercią i kamienowany (2 Mojż/Wyjścia 31,14-15; 35,2-3; 4 Mojż/Liczb 15,35; Jeremiasza 17,21-27; Ezechiela 22,8; 23,38 itd.). 
Tym, którzy zachowywali szabat były obiecane wielkie nagrody: Tak mówi Pan: Przestrzegajcie prawa i kierujcie się sprawiedliwością, gdyż bliskie jest nadejście mojego zbawienia i objawienie się mojej sprawiedliwości. Szczęśliwy człowiek, który to czyni... (Izajasza 56,1 i n.). 

Kościół chrześcijański zastąpił szabat niedzielą. 
W Chrystusie jesteśmy wyzwoleni z zachowywania ceremoniałów i elementów zewnętrznych, rytualnych, związanych z szabatem. Chrystus jest Prawdą, której obecność zmazuje wszystkie dawne obrazy, figury, jednakże, duchowa zawartość i wewnętrzne znaczenie czwartego przykazania pozostaje ważne na wszystkie czasy (2 Mojż/Wyjścia 20,24b). 
W Chrystusie ważność tego przykazania znalazło wręcz swoje pogłębienie i ubogacenie. 

Tłumaczenie sensu niedzieli, kiedy napotyka się ją po raz pierwszy, jest prawdziwym objawieniem, które odnawia całkowicie sens i przekaz zachowywania dnia wypoczynku. 
Podkreśla centralne dla całej Biblii zdanie: „To ja, Wiekuisty, was uświęcam”. 

Niedziela przynosi nam to, co potrzebujemy: widzialny znak miłości Bożej, pracy, którą wypełnia On w naszym sercu przez Ducha Świętego. 
Przypomina mi, że nie mogę się uświęcić sam i zachęca mnie do świadczenia o tym przekonaniu, zachowując ten dzień i święcąc go. 
Uznaję wtedy, że moje zbawienie zależy wyłącznie od dzieła, które Bóg dokonuje we mnie, a nie od moich dzieł, które ja dokonywałbym dla siebie lub „dla Boga”. 
Nie muszę zatem odpocząć tyle od mojej pracy, jak od wszystkich moich dzieł; oczyścić się wewnętrznie, wyznać, że nie mogę być zbawiony, jak tylko wtedy, kiedy dam Bogu działać we mnie. 

Dzień Pański jest zatem demonstracją mojej niezdolności do zbawienia samego siebie i mojej potrzeby Boga. 
Dzień ten przestrzega mnie, że moje własne dzieła, moja praca, nie mogą same z siebie dać sensu mojemu życiu i całej realności. 
Rzeczywistość jest bowiem w Chrystusie: Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus (List do Kolosan 2,17). 
Życie jest w Bogu. Nie mogę go znaleźć gdzie indziej niż w Tym, który daje życie światu. 

W wielu rodzinach, niedziela jest dniem tygodnia najbardziej obciążonym własnymi dziełami. Może to być nie tylko dzień pracy, jak wszystkie inne, może i dzień gniewu, przesadnych trosk, ale także różnych spektakli, licznych zaproszeń, spotkań bez końca i absorbujących zajęć. 
Może też być – zupełnie przeciwnie – pozbawiony wszelkiego zajęcia, wyzbytego sensu.  Może być dniem nieużytecznym i nudnym.  

W rzeczywistości Chrystusa, niedziela jest dniem, w którym Bóg chce nas sobą wypełnić. Jest ważnym, abyśmy usłyszeli tę wiadomość, którą zawiera czwarte przykazanie i abyśmy zatrzymując naszą pracę i zawieszając nasze zwyczajowe dzieła odpowiedzieli Bogu i zaakceptowali oddanie się Mu w wolności, aby mógł w nas pracować, przez swojego Ducha, aby realizował w nas swoje dzieło. 
Niedziela nie dąży do niczego innego i nie ma żadnego innego celu, jak tylko uczynić Lud Boży zgodnym z wolą Jego Stwórcy. 

Z tego, co zostało powiedziane wyżej o dziele Boga w nas, wynika, że najlepszym sposobem święcenia dnia odpoczynku jest zatem najpierw oddanie Bogu tego, co należy do Boga. 
Niedziela jest dniem kultu publicznie oddawanego Bogu, przez cały Kościół. 
Chodzi o ukazanie oczom wszystkich, że Bóg ma swój lud na ziemi i że ten lud wie, że jest z Nim związany. 

Pod tym kątem, nasze uczestnictwo w nabożeństwie niedzielnym Kościoła nie odnosi się tylko do tego, co to nabożeństwo nam daje, bądź do tego, że daje nam okazję do oddania czegoś (chwały np.) Bogu. Ale odnosi się także do ukazania, do świadczenia porzed światem, że Bóg ma swój lud i że ten lud jest Mu posłuszny: I rzekł Mojżesz do Aarona: Oto, co Pan rzekł: Na bliskich moich okazuje się świętość moja, a wobec całego ludu chwała moja. I Aaron zamilkł (3 Mojż/Kapłańska 10,3). 

Tutaj także pojawia się nieuniknione pytanie: poza nabożeństwem, co robić w niedzielę? 
Czy mogę wyjść gdzieś, przyjąć przyjaciół, przeczytać jakąś lekką książkę? 

Byłoby całkowicie bezużytecznym starać się odpowiedzieć na każdy detal zawarty w tym pytaniu i przygotować pełną listę rzeczy dozwolonych i zakazanych, związanych z niedzielą. 
Nie jesteśmy już pod Prawem! 
Odpowiedź jest bardzo prosta: 
Czyńcie wszystko, co chcecie, tak jednak, aby niedziela pomogła wam rozważać i chwalić dzieła Boże!
Dla przykładu:
Ø Niedziela jest dla was okazją spotkania członków waszej rodziny, dzieci, wnuków, we wdzięczności Bogu za przyznane wam błogosławieństwo, łaski? Czyńcie to w prostocie serca! 
Ø Czujecie potrzebę świeżego powietrza, żeby wyprostować nogi? Chcecie udać się na przechadzkę, zająć się pracą w ogródku? Róbcie to błogosławiąc Panu!
Ø Wolicie zostać w domu? Zostańcie, ale także tam nauczcie się rozważać i chwalić dzieła Boże. Nie spędźcie całej niedzieli wpatrzeni w telewizor lub w ekran komputera. Poczytajcie może jakąś dobrą książkę?! 
Ø Jeżeli wykonywany przez was zawód jest tak męczący, że nie macie na nic ochoty ze zmęczenia - nie róbcie nic (poza nabożeństwem), wypocznijcie w bezczynności. Bóg daje wam także ten odpoczynek i możecie z niego skorzystać ze spokojnym sumieniem. 
Ø Nie zapomnijcie przy tym wszystkim, że niedziela jest dniem szczególnie korzystnym dla lektury Pisma Świętego, do chwili zamyślenia, refleksji nad nim!

Oczywiście pozostaje kwestia pracy w niedzielę. 
Czy jednak praca ta nie staje się często zamkniętym kołem bez wyjścia, bez wypoczynku, który przecież obiektywnie zmniejsza produktywność pracownika? 
Może takie choćby argumenty mogą przemówić do tych, którzy uważają pracę w niedzielę za niezbędną dla ich sukcesu finansowego?... Cóż, być może nie, trzeba jednak wiary...

Oczywiście, istnieją pewne zawody, które wymagają same z siebie pracy w niedzielę. 
Warto jednak, by wykonujący je chrześcijanie starali się – także w czasie ich obowiązkowych zajęć, zajęć związanych z ich niezbędną, uczciwą pracą – pamiętać o duchu szabatu, o jego znaku naszej całkowitej zależności od Boga, a nie od naszych dzieł, naszych sukcesów. 
Paradoksalnie – takie stawienie rzeczy może wręcz pomóc w wykonywaniu często trudnej i odpowiedzialnej pracy... 

Nie chcemy w naszym rozważaniu banalizować ciężkiej rzeczywistości codziennej, trudu codziennego zdobywania chleba. 
To, co chcemy powiedzieć, to przestroga, aby człowiek wierzący nie zapominał, że jego głównym celem nie jest zbijanie majątku, pomnażanie pieniądza (jest znacząca różnica między pracą skierowaną na utrzymanie godnego ludzkiego statusu włąsnego i rodziny, a pracą gorączkowo skoncentrowaną na sukcesie finansowym, ciągle zreszta bez końca). 
Oczywiście, za każdym razem jest to akt wiary, ale mamy pewność, że Bóg odpowiada wierze i że Jego łaski nie są obiecane na próżno. 
Może ich realizacja nie jest dokładnia taka, jaką my chcielibyśmy im nadać, ale On troszczy się o nas zawsze, troszczy się o swoje dzieci. 

Na zakończenie zauważmy, że Biblia widzi pracę ludzką w świetle szabatu (dla nas – niedzieli), a właściwie niedzielę w świetle pracy. 
Człowiek, ogarnięty i ogłuszony grzechem, nie rozumie już sensu swojej pracy; nie tylko pracy zreszta, ale często nie rozumie już sensu swojego życia. 
Jego praca nie jest już służbą Bogu, ale wysiłkiem skierowanym na stworzenie swojego własnego świata, wysiłkiem obliczonym na konkurencję wobec Boga. 
Zachowanie niedzieli jest wysiłkiem wiary, jej doświadczeniem, ale i świadectwem, że sens pracy, sens życia, jest gdzie indziej – jest w naszym Stwórcy i Zbawicielu.