poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ewangelia według Mateusza 1,18-25


Ewangelia Mateusza 1,18-25

A z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak: Gdy matka jego, Maria, została poślubiona Józefowi, okazało się, że, zanim się zeszli, była brzemienna z Ducha Świętego. A Józef, mąż jej, będąc prawym i nie chcąc jej zniesławić, miał zamiar potajemnie ją opuścić. I gdy nad tym rozmyślał, oto ukazał mu się we śnie anioł Pański i rzekł: Józefie, synu Dawidowy, nie lękaj się przyjąć Marii, żony swej, albowiem to, co się w niej poczęło, jest z Ducha Świętego. A urodzi syna i nadasz mu imię Jezus; albowiem On zbawi lud swój od grzechów jego. A to wszystko się stało, aby się spełniło słowo Pańskie, wypowiedziane przez proroka: Oto panna pocznie i porodzi syna, i nadadzą mu imię Immanuel, co się wykłada: Bóg z nami. A gdy Józef obudził się ze snu, uczynił tak, jak mu rozkazał anioł Pański i przyjął żonę swoją. Ale nie obcował z nią, dopóki nie powiła syna, i nadał mu imię Jezus. 

Pozostańmy jeszcze przez chwilę refleksji, w te pierwsze dni nowego roku, z tekstem „Bożonarodzeniowym”, ponieważ otwiera on niejako nowy czas, czas pójścia za Bogiem, a pragniemy, aby takim był ten nasz nowy, 2013 rok.  

Pierwsze uwagi

Rozpocznijmy od streszczenia tego tekstu. 
W.18 daje tytuł temu fragmentowi: „Narodzenie Jezusa Chrystusa”. 
18b: to, co przydarzyło się (w czasie przeszłym!) Marii, narzeczonej Józefa, z działania Ducha Świętego. 
19: Józef chce ją oddalić. 
20-21: Anioł mówi do Józefa: weź Marię za żonę, ona poczęła z Ducha Świętego. Jej syn nazywać się będzie Jezus. 
22-23: Wypełnienie proroctwa Izajasza 7,14. 
24: Józef jest posłuszny wezwaniu. 
25: „Nie zna” swojej żony („nie obcuje z nią” - za „Brytyjką”) aż do narodzenia dziecka. 

Zauważyliście z pewnością, że zawartość tego fragmentu nie wydaje się odpowiadać jego tytułowi. Wydaje się, że nie opowiada się tutaj o narodzeniu Jezusa. 
Spróbujcie wziąć ołówek i zaznaczyć osoby odgrywające w tym tekście istotną rolę. Zauważycie wtedy łatwo, że osobą centralną tekstu jest w istocie rzeczy Józef. Inni pozostają przede wszystkim w relacji z nim. Maria jest prezentowana, jako narzeczona Józefa; anioł ukazuje się Józefowi i mówi do niego. 
Jeżeli dodatkowo spróbujecie dokonać kolejnego streszczenia tekstu, „odcedzając” wszystkie detale, pozostanie wam struktura tekstu pozwalająca dostrzec, że dynamika tekstu zaczyna się intencją Józefa, chcącego zerwać narzeczeństwo (w.19), podążając do decyzji Józefa - wzięcia Marii za żonę (w.24). 

Te proste uwagi pozwalają nam zauważyć pewną myśl tekstu: Mateusz nie usiłuje opowiedzieć pięknej opowieści Bożonarodzeniowej. Z drugiej strony, pisze swój tekst do chrześcijan, którzy znają najwyraźniej tę historię. To, co chce przekazać, to wpływ, efekt Bożego Narodzenia na Józefa. 
Oto wcielenie Dobrej Nowiny. Schodzi ona do ludzi, a jej pierwsze efekty dotyczą wyraźnie konkretnego człowieka. Jej pierwszym skutkiem jest radykalna zmiana (można byłoby powiedzieć – swoiste „nawrócenie”) w życiu człowieka – Józefa – będące skutkiem działania Bożego, a nie zmian wynikających z ludzkich racji. 

Pójdźmy zatem śladem Józefa: znajduje on swoją narzeczoną brzemienną i chce zerwać związek. Nie chce zaakceptować sytuacji przeciwnej porządkowi Prawa (= porządkowi chcianemu przez Boga). 
Natomiast anioł mu mówi: masz uczynić dziecko twoim synem, członkiem rodziny Dawida. 
Józef akceptuje - będzie ojcem. Akceptuje cud. Uznaje i wyznaje, że jego Bóg jest Bogiem Wszechmocnym i Stworzycielem. 
Zatem, mimo wszystko, tytuł paragrafu jest dobry! 
Jest tam w istocie o narodzeniu Jezusa Chrystusa:
Ø To człowiek ma się narodzić, syn Dawida; 
Ø Ale narodzi się na marginesie porządku naturalnego; jest to dziecko cudu (i w.25 będzie kładł na ten aspekt silny akcent); 
Ø Ale to wiara i „nawrócenie” Józefa, daje cudowi jego głębszy sens, jego znaczenie. Jest to apel, który roznosi się potężnie u progu Ewangelii: Bóg działa z mocą ku zbawieniu. 

Człowiek, podobnie jak Józef, powinien widzieć, że także jego samego dotyczy działanie Boże i poddać mu się – taka jest stała intencja autorów Biblii, od jej początku, od Księgi Rodzaju, 1 Mojżeszowej. 
Można także wyrazić to w języku teologii klasycznej, mówiąc, że Jezus jest Bogiem, a jednak człowiekiem, Słowem Bożym wcielonym. I nie ma wcielenia, jak tylko wtedy, gdy stworzenia są nim dotknięte, w odniesieniu do niego, ale i napomniane nim. 

Tekst w zbliżeniu

Przyjrzyjmy się teraz kilku detalom i słowom. 

W.18: dosłownie „oto geneza Jezusa Chrystusa” (gr. genesis – narodziny). Oto jak Jezus był, stał się, jaka była Jego historia. Jego narodzenie, ale nie tylko. Jest tutaj ta sama intencja, jak w Jego genealogii, która rozpoczyna się tym samym słowem: „oto” (1,1). 
Uwaga: nie poddajcie opozycji obu paragrafów, czytając wersety 1 do 17, jako odnoszące się do narodzenia naturalnego, zaś wersety 18 do 25, jako dotyczące narodzenia nadprzyrodzonego. 
W obu przypadkach jest to to samo działanie stwórcze Boga. Stwarza On dla człowieka i z nim. 

W.18b: Narzeczeństwo jest widziane przez prawo żydowskie (por. 5 Mojż./Powtórzonego Prawa 22,23 nn.) jako związek prawie tak solidny jak małżeństwo. To samo słowo oznacza narzeczonego i męża. Niewierność narzeczonej jest zatem porównywalna z cudzołóstwem i oddalenie jej (lit. odrzucić – gr. apolusai w w.19) może nastąpić zgodnie z prawem. 
Cztery postaci są w tej scenie: Maria, Józef, dziecko poczęte i Duch Święty (warto tu zauważyć, że dziecko poczęte jest osobą, człowiekiem! – to w ramach aktualnych dyskusji o życiu poczętym...). 
Wszystkie cztery postacie sprawiają wrażenie, że czytelnik winien je już znać - nie ma żadnej szczególnej ich prezentacji. To też wydaje się znaczące – Mateusz ma intencję katechizowania, głoszenia chrześcijanom, a przynajmniej osobom już „w inicjacji”, a nie byle komu. 

Maria stała się „brzemienną” z Ducha. Zwróćcie uwagę, że już samo wyrażenie podkreśla działanie Ducha Świętego. Warto zwrócić także uwagę na inne teksty Mateusza, mówiące o działaniu Ducha Świętego: 3,11; 4,1; 12,18 i 28. Jest to zawsze działanie bezpośrednie Boga, odzielne lub nawet w opozycji do działania ludzkiego. 

W.19: To mąż ma podjąć decyzję. Uważa on Marię za winną, bądź – w najlepszym przypadku – uznaje całość za fakt niezwyczajny. Jest on sprawiedliwy. Jego sprawiedliwość jest sprawiedliwością Prawa, ale słowo to przyjmuje zazwyczaj u Mateusza znaczenie głębokiej pobożności, pokornej, dobrej i aktywnej. 
Jest prawie synonimem miłosierdzia (por. Mt 5,20; 6,1; 23,23; 25,37). 
Józef jest zatem przedstawiony jako człowiek zarazem pobożny i dobry. 

Maria jest brzemienna, urodzi dzieko, Jezus będzie Synem Bożym. Gdyby Józef ją odrzucił, cud i tak miałby miejsce, ale byłby obarczony odrzuceniem. Bóg chce działać tak, jak On uważa, ale chce, by Jego działanie miało określony pozytywny kontekst, dlatego wysyła anioła... 

Przyjęcie cudu

W.20-21: Anioły są bardzo obecne w apokaliptycznych opowiadaniach Judaizmu współczesnego czasom powstania Ewangelii. Są zatem bardzo obecne i znane w tradycji czytelników Mateusza. 
Anioł Mateusza nie jest jednak tak anonimowy, bezosobowy, jak anioły podejmujące interwencję w Starym Testamencie: dyskretne, będące często prostymi pośrednikami, posłańcami Boga do ludzi (taki zresztą jest źródłosłów angelos – posłaniec). 
Tutaj anioł jest kimś bardziej znajomym, bliskim... Mówi on prosto, jasno i skutecznie, jako rzecznik Boga. Józef nie jest pozostawiony sam swoim przemyśleniom, ani też swojej sprawiedliwości. 
Piękna historia: człowiek pobożny, religijny nie jest po prostu „automatycznie” przemieniony, ale odwiedzony i odwaga jego jest wzmocniona. 
To, co jest nakazane przez anioła Józefowi, jest odmienne od tego, co Józef uważał za słuszne. Anioł mówi, że Jezus musi się urodzić w żydowskiej – pełnej – rodzinie. Dziecko jest – poczęte - z Ducha (gr. ek pneumaton estin)
Józef ma przyjąć odpowiedzialność cudu. Nie według porządku „religijnego”, ale zgodnie z wiarą. 

Jest to bardzo poważna scena. Józef może odrzucić wezwanie Boże. Nie może oczywiście ograniczyć Wszechmocnego, ani też uniemożliwić cudu. Ale cud przyjmuje swój właściwy sens wtedy, gdy się go akceptuje, kiedy człowiek poznaje jego sens, sens który daje mu Bóg. 
Wcielenie, Boże Narodzenie, ma zatem sens wtedy, kiedy człowiek go zaakceptuje i przyjmie!
„Przyjmij Marię: według zwyczaju żydowskiego sprowadź ją do twego domu. Inaczej mówiąc: poślub ją. 
„Albowiem to, co się poczęło”: nie chodzi tu o dodanie Józefowi pewności, że nie jest to „dziecko grzechu”, ale bardziej chodzi o to by zrozumiał, by nie bał się on cudu, nie odrzucał go. Nie bał się Boga, mimo, że ten burzy znany mu porządek. 
„Nadasz mu imię Jezus”: imię jest dawane podczas obrzezania, osiem dni po narodzeniu. Imię jest tutaj znakiem osoby i jej aktywnej służby Bogu w historii człowieka – Jezus, hebr. Yehoszua lub Yeszua:  „Bóg pomaga, zbawia”. Jest on Jezusem, ponieważ to On zbawi. 
Nic nie jest tutaj powiedziane co do „kiedy” i „jak” zbawienia. Już samo przyjście Jezusa na ziemię jest Ewangelią, Dobrą Nowiną. Pierwsze rozdziały Mateusza i Łukasza nie są zatem tylko rodzajem prologu Ewangelii –w nich, już od pierwszych słów, pierwszych wydarzeń, brzmi Dobra Nowina. 

Wypełnienie proroctw

W.22-23: oto komentarz Mateusza, który ma szczególną „słabość” do tematu wypełnienia proroctw. Z Jezusem obietnice, które potrafiły mówić do ludzi Starego Przymierza, otrzymują ich pełne znaczenie: to, co Bóg zamierzył i to, co ludzie wcześniej rozumieli jeszcze w sposób niedoskonały. Nie aby Stary Testament warunkował Nowy Testament, ale Nowy Testament otwiera i oświeca Stary. To zawsze nowe stworzenie pozwala zrozumieć Genesis – pierwsze stworzenie. 

Izajasz 7,14 obwieszczał wydarzenie mające zawstydzić niewiarę króla Achaza zagrożonego przez swych nieprzyjaciół. Przed narodzeniem dziecka i jego wczesną młodością niebezpieczeństwo zostanie odsunięte. 
Tekst hebrajski wskazuje matkę dziecka, jednym słowem (hlmh), które oznacza jednocześnie młodą dziewczynę i młodą kobietę. Tłumaczenie greckie partenos (młoda dziewczyna lub młoda mężatka) wśród szeregu specjalistów tekstu biblijnego spowodowało poruszenie co do problemu ze zwyczajową interpretacją – „dziewica”. Wydaje się, że tłumaczenie „dziewica” jest nadinterpretacją znaczenia hebrajskiego. W tradycji natomiast zrodzenie z dziewicy miałoby być znakiem czegoś jeszcze bardziej – w rozumieniu ludzkim - nadzwyczajnego...
Jest jednocześnie iluzorycznym poszukiwanie w proroctwie Izajasza źródła lub bazy tekstu Mateusza. Przeciwnie, to narodzenie Jezusa daje starożytnej obietnicy jej prawdziwe znaczenie. Dowodem na to jest imię dziecka: nie będzie nazywało się Emmanuel, ale Jezus!
Jest to zatem rodzaj komentarza biblijnego i tłumaczenie, które pozwala lepiej pojąć intencję autora naszego paragrafu: dziecko, które się narodzi, jest Bogiem z nami, Emmanuelem. 
Jest to doskonałe wypełnienie proroctwa Izajasza. Jest to odpowiedź na śmiertelny niepokój każdego człowieka, którego Achaz był jakby typem w proroctwie. 
Cała Ewangelia jest w tych słowach: Bóg jest z nami. Jest to bardzo odmienne od: my wiemy, że Bóg jest z nami, dla nas... Oto godzina, w której Bóg chce stać się człowiekiem. 

Możemy odczytac jednocześnie szerzej szereg pytań, stawianych przez anioła Jóżefowi: 
Ø Czy zaakceptujesz to, co się wydarzyło?
Ø Pozwolisz, aby Bóg był naprawdę z tobą? 
Ø Z tobą i nie w niebiosach lub w jakimś cudownym miejscu, w jakim większość religii chce zazwyczaj „izolować” ich bóstwo. 
Ø Czy ośmielisz się być posłusznym Bogu, czy będziesz miał wiarę, oddalisz swoje niepokoje, także te związane z kodeksem „dobrych reguł”? 
Ø Otworzysz się wystarczająco na to, aby Bóg mógł być z tobą? 
W tym kontekście każdy z nas nazywa się Józef...

„Nawrócenie” dobrego człowieka

W.24: To, co w nim jest nadzwyczajne, to swoiste „nawrócenie” dobrego człowieka, człowieka porządnego. Dla pierwszych czytelników chrześcijańskich, podobnie jak dla nas dzisiaj, jest to wielka rzecz: pierwszym człowiekiem, który musi zweryfikować swoje przekonania, swoje postawy, zgodnie z Ewangelią według Mateusza, jest człowiek porządny, dobry i religijny. Jest to prawdziwy cud – „nawrócenie” tego, którego postępowanie było podejmowane w imię Boże i zgodne z Prawem. Józef „nawraca się”, czyli akceptuje wolność Bożą, stara się ją rozpoznać i realizować; jednocześnie sam staje się wolny, wyzbyty wiążących go wcześniej wyobrażeń, kodów postępowania. 

W.25: Jest to ostatni akcent Mateusza w tym paragrafie. 
Józef zdecydował się, o czym jest na powiedziane, ale nie wierzcie, że miałby miejsce jakiś błąd, że Maria pomyliła się w swoich intymnych rachubach. Cud dokonał się, ponieważ człowiek go przyjął, ale przyjęcie to nie pozbawia go cudowności!
Życie „zwykłe”, ludzkie, chciane przez Boga, zaistnieje w małżeństwie Józefa i Marii, niemniej Józef swym postępowaniem do pewnego czasu (nie obcowaniem z Marią do momentu narodzenia syna) podkreśli jeszcze mocniej cudowność tego, co się wydarzyło. 

Dwa słowa „praktyczne” do możliwego kazania

Tekst Mateusza jest nośnikiem wielu emocji konfesyjnych. Dla katolików jest związany z niepokojem poszukiwań dziewictwa Marii, także po narodzeniu Jezusa, dla chrześcijan starających się budować ich wiarę w oparciu o tekst biblijny – dowodem na coś dokładnie odwrotnego. Niemniej, nie tego typu poszukiwania i nie tego typu emocje winny towarzyszyć lekturze Słowa. Ma ono przede wszystkim dostarczyć materiału dla naszego życia konkretnego, dla naszej codzienności. 
W rozważaniu tekstu Mateusza warto podkreślić decyzję Boga o cudzie wcielenia, który zakłada – chcianą i oczekiwaną przez Boga – współpracę człowieka. Cud pozostaje cudem w wolności działania Bożego, bo tylko On jest autorem prawdziwych cudów, ale – zgodnie z Jego wolą - nabiera swojej szczególnej wartości praktycznej wtedy, kiedy jest przyjęty z wiarą i współpracą człowieka. 
Bóg nie łamie sumień, ale działa z właściwą Mu delikatnością; nie narzuca czegoś, do czego jednocześnie nie usposabiałby tych, których do współdziałania zachęca; daje im siłę i rację działania, jako tym, których do swojej służby powołuje. 
W tym rejestrze należy umieścić zapewnienie Boga o chęci bycia z tymi, którzy wyznają w Jezusie Syna Bożego (por. 1 J 4,15). Emmanuel, to jednak nie tylko Bóg ze mną, ale to przede wszystkim Jezus/Yehoszua – Bóg, który zbawia, który przez Krew swojego Syna pojednał mnie z Nim. 
To ten Bóg wchodzi w życie Józefa, człowieka prawego i zmienia jego życie radykalnie, czyniąc go prawdziwie wolnym, uwalniając go do służby Mu w najbardziej wydawałoby się trudnych do zaakceptowania okolicznościach. 
Podobnie wchodzi On w nasze życie, często tak mocno już oparte o wypracowane przez nas fundamenty (akcent na „wypracowane przez nas”), mówiąc: teraz jest czas, abyś poszedł prawdziwie za Mną, realizując Moją, a nie twoją wolę. 

Trzecie przykazanie


Trzecie przykazanie

2 Mojż./Wyjścia 20,7:
Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

5 Mojż./Powtórzonego Prawa 5,11: 
Nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, bo nie dozwoli Pan, by pozostał bezkarny ten, kto bierze Jego imię do czczych rzeczy.

Łatwo można zaobserwować, powszechnie obecne w kulturze polskiej, wezwania typu: „O Boże! O Jezu!” i im podobne, i ich pochodne. 
Przywykliśmy do nich tak silnie, że nawet osoby wierzące nie zawsze zwracają uwagę na ich wokół nas obecność. 
Nie można jednak banalizować tego typu faktów, tego typu okrzyków. Zwłaszcza, że jeśli sięgniemy pamięcią, zauważymy, że można je usłyszeć nie tylko w banalnych, ale nawet i w wulgarnych okolicznościach. 
Nie można banalizować tego, czego przykazanie Pańskie jasno zakazuje. 
Nie można zapominać, że banalizowanie przykazań Bożych zawsze jest grzechem, czyli prowadzi do naszego osamotnienia w tym świecie, w którym obecność Boga jest dla Jego stworzeń całkowicie witalną.  

Przejdźmy zatem do krótkiej, skondensowanej analizy sensu tego przykazania. 

Celem trzeciego przykazania jest darzenie szacunkiem wielkości imienia Bożego, które powinno być dla nas święte i nienaruszalne, którego nie wolno żadnym sposobem sprofanować. 
Bóg chce, abyśmy nie pozbawiali Go czci przez bluźnierstwa, fałszywe przyrzeczenia, czy  bezużyteczne obietnice. Bóg chce, abyśmy czy to przez nasze milczenie, czy naszą akceptację wobec zachowania innych, nie popełnili grzechu braku szacunku wobec Niego. 
W konsekwencji, tak ustami, jak i sercem, nie możemy mówić o Bogu i Jego tajemnicach jak tylko z nieskończonym szacunkiem, z powściągliwością właściwymi Pismu Świętemu. 
Rozmyślając o Jego dziełach nie powinniśmy myśleć, ani też postrzegać Go w naszym duchu, w sposób, który nie odpowiadałby Jego chwale i Jego czci. 

Jest to związane z rozumieniem biblijnym imienia, a szczególnie imienia Bożego. 
W Biblii, zwłaszcza w Starym Testamencie, imię wyraża osobę, osobowość, tożsamość tego, który je nosi i który nim się dzieli. Dlatego też imię i relacja wobec niego jest czymś niezwykle ważnym w kulturze biblijnej. 
Szczególnie, w wyżej opisanym aspekcie, taką uwagą i powagą winno być otoczone imię Boże. 
Imię Boże, to Jego renoma, Jego sława, opinia o Nim, którą dał nam poznać przez swoje Słowo i przez swoje dzieła w Jezusie Chrystusie. 

Bóg odrzuca także wszelkie mówienie z użyciem terminów „religijnych”, wyzbyte sensu i powagi. Nie akceptuje, aby Jego święte imię było we wszystko wmieszane. 
Jego święte imię winno być używane wyłącznie do wskazania prawdziwego Boga, Ojca i Zbawiciela, takiego, jaki objawił się w Piśmie Świętym: 
Ø Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego (Mt 5,37); 
Ø A przede wszystkim, bracia moi, nie przysięgajcie ani na niebo, ani na ziemię, ani nie składajcie żadnej innej przysięgi; ale niech wasze "tak" będzie "tak", a wasze "nie" niech będzie "nie", abyście nie byli pociągnięci pod sąd (Jk 5,12)

„Praktykę” trzeciego przykazania można ująć w trzech punktach:
1. To, jak w moim duchu pojmuję Boga, to, co mówi o Nim mój język, ma zgadzać się z Jego wspaniałością, ze świętością Jego imienia i mieć na uwadze wywyższanie jego piękna i wielkości. 
2. Nie mogę nigdy lekkomyślnie nadużywać Jego mocy (por. Mt 12,38-42; 16,1-4), Jego świętego Słowa, ani też poddać sobie lub własnym ambicjom prawdy, nauczania Pisma Świętego. Ponieważ godność Jego imienia jest wdrukowana w Jego Słowo i Jego dzieła, winienem zawsze mieć wobec nich postawę czci i poważania, które im są właściwe. 
3. Nie wolno nigdy źle mówić, ani krytykować Pana. Przeciwnie, we wszystkim co On uczynił, winniśmy Go chwalić. Winniśmy chwalić Jego mądrość, Jego sprawiedliwość, Jego moc, Jego miłość (5 Mojż./Pwt 32,2-4). 

Trzecie przykazanie ukazuje się zatem jako pogłębienie drugiego. 
Nie wystarczy nam wiedzieć bardzo dokładnie jaki jest Bóg w Jezusie Chrystusie. Jest koniecznym, aby używanie tej wiedzy było prawe i nie prowadziło nigdy do próżności. 
Powinienem mieć odwagę przeanalizowania i wychwycenia wszystkich próżnych sposobów używania imienia Bożego w moim życiu; od tych najbardziej poważnych, do wydawałoby się banalnych, drobnych, a których powadze i skutkach nawet dotąd nie myśleliśmy. 

Warto zastanowić się nad takim przykładem:
Czy jest do przyjęcia mówienie o „państwach chrześcijańskich”, „o narodach chrześcijańskich”, „o cywilizacjach chrześcijańskich”, itd.? 
Przecież wyraźnie można dostrzec, także w faktach z życia codziennego, z obserwacji mediów krajowych i międzynarodowych, że żaden z rządów, żadna z partii obecnie istniejących (w jakimkolwiek państwie), aspirując do nazwy „chrześcijańskiej”, nie są w istocie rzeczy zasługującym na określanie się chrześcijańskimi. 
Żaden naród, żaden kraj nie ma prawa do określania się takim, mając na uwadze jego świadectwo dziejowe. 
„Chrześcijańskość” nie może stać się denominacją kulturową, mającą na celu określone i doraźne korzyści, bądź stawanie w opozycji do innych (jednostek lub grup), uznanych za „nie-chrześcijan”, „nie-chrześcijańskich”... 
Warto zwrócić uwagę, tak na marginesie, poruszając kwestię „chrześcijańskości”, w jakim kontekście „chrześcijanin”, „chrześcijańskość” jest użyta w Piśmie Świętym: Dz 26,25-31; Rz 16,4-10; 1 Kor 9,2-8; 1 P 4,13-19... 
Być może nigdy o tym nie myśleliśmy, ale aspiracja w życiu politycznym, społecznym, ekonomicznym, nazywania się „chrześcijańskim” (z oczywistych powodów zysku politycznego, ekonomicznego...) jest ewidentnym naruszeniem trzeciego przykazania (przecież termin „chrześcijański” odnosząc się do Syna Bożego, Boga prawdziwego wcielonego, odnosi się do Boga samego).  

Czy nie jest rzeczą właściwszą, jeśli chce się podkreślić własną „chrześcijańskość”, dowieść tego przez fakty życia zgodnego z Ewangelią, a nie usiłować przydać sobie łatwej etykietki, zapominając, że jest ona niezgodna z wolą Bożą? 

Trzeba mieć odwagę przedsięwzięcia pracy wyrwania z korzeniami tego, co jest w naszym życiu niezgodne z przykazaniem głębokiego szacunku dla imienia Bożego. 
Musimy mieć odwagę skupienia się na naszym sposobie wypowiadania Jego imienia, okoliczności w jakich ma to miejsce, świadectwa, jakie zachowania tego typu za sobą w sposób nieunikniony pociągają. 

A zatem – po pierwsze - zakaz używania imienia Bożego ma znaczenie szerokie. 
Określiliśmy już, że dotyczy ono całej palety zwrotów i im pochodnych; słów, którymi tak często i tak wielu posługuje się w ich retoryce, bardzo często niezwiązanej zupełnie z kontekstem, jakiemu słowa te (nie zapominając o niezwykłej ostrożności z ich używaniem) winny odpowiadać. 
Słowa te nie mogą być używane dla uzasadnienia określonych, subiektywnych apetytów polityczno-finansowych, nieważne czy byłyby używane przez osoby indywidualne, czy instytucje kościelne. 

Musimy bardzo czuwać, by każde słowo, odnoszące się w swym znaczeniu do Boga było używane w prawdzie i dla prawdy, z pełną świadomością jego znaczenia i wagi; by było używane w prawdziwej potrzebie, wiedząc, że Bóg nie uważa za niewinnego tego, który przekracza przykazanie, używając Jego imienia do czczych rzeczy. 

Jak być posłusznym trzeciemu przykazaniu? 
Przede wszystkim obserwując, że Bóg sam naucza nas uświęcenia Jego imienia. Jeżeli mówimy źle o Bogu, Bóg mówi dobrze o sobie. Jeżeli używamy Jego imienia do czczych rzeczy, On nadaje swemu imieniu cały bagaż powagi, jaki jest mu niezbędny. 
Takie przecież jest przesłanie Biblii: Bóg uświęca swoje imię! 
Bóg nie odsuwa się od człowieka po objawieniu swego imienia. Mówi: „Uświęcę moje wielkie imię, które zostało sprofanowane wśród narodów, które wy sami sprofanowaliście pośród nich. I narody dowiedzą się, że ja jestem Przedwieczny” (por. Iz 48,9-11; Ez 20,9; 36,23). 

Winniśmy zatem modlić się, być Mu posłusznym i działać: Bóg chce nas włączyć do uświęcenia i szacunku dla Jego imienia (por. 3 Mojż./Kpł 22,31; Ez 20,41). 

Uświęcamy imię Przedwiecznego przez: 
Ø nasze dzieła, dokonane z wiary (5 Mojż./Pwt 4,5-8); 
Ø modlitwę, uważną, skoncentrowaną i żarliwą; 
Ø kult oddawany Bogu w sposób godny; 
Ø świadome używanie środków łaski które daje nam ku temu; 
Ø podziwianie bez ustanku Jego Słowo i Jego dzieła; 
Ø dawanie prawdziwego i świadomego świadectwa temu, czym jest „Bóg miłosierny i współczujący, wolny w gniewie, bogaty w łaskę i wierność, który okazuje łaskę do tysiącznego pokolenia, który wybacza nieprawość, bunt i grzech, ale nie uważa winnego niewinnym”. 

Taka jest jedyna możliwość nie używania imienia Bożego do czczych rzeczy. 

środa, 19 grudnia 2012

Chrzest dzieci w tradycji reformowanej.


Znanym jest fakt, że niektóre Kościoły protestanckie nie uznają ważności i odrzucają praktykę Chrztu dzieci osób wierzących i wymagają, aby Chrzest był ukoronowaniem nie tylko nauki religii, ale chęci świadomego oddania się na służbę Jezusowi Chrystusowi w skrusze i wierze. 
Oczywiście, jest rzeczą godną szacunku praktyka Chrztu świadomego (zresztą praktykowanego również w wielu Kościołach reformowanych), podkreślającego zaangażowanie człowieka w powagę bycia znakiem, świadectwem nowego narodzenia i chęci wyznania swej wiary w społeczności z Panem. 
Niemniej wydaje się również niewłaściwym nie przedstawienie teologii, jaką środowiska reformowane przydają Chrztowi dzieci. Takiemu zatem przedstawieniu rozumienia Chrztu będzie poświęcony poniższy artykuł. 
Celem ponizszego artykułu nie jest zatem prowadzenie polemiki, ani też chęć przeciwstawienia jednej koncepcji Chrztu drugiej, ale wydaje nam się celowym napisanie kilku słów na temat Chrztu dzieci praktykowanego w środowiskach protestantyzmu historycznego, aby pomóc zrozumieć ich rację tym, którzy ich nie znają, a także tym, którzy racji tych nie podzielają. 

Czytelników zapraszamy do niezbędnej w tej kwestii otwartości, zwłaszcza, że w kraju jakim jest Polska, istnieje naturalne ryzyko poddania się rozumieniu Chrztu dzieci, charakterystycznemu dla środowiska katolickiego. Chrzest dzieci w rozumieniu teologii reformowanej nie jest z nim tożsamy. 

Z punktu widzenia litery tekstów biblijnych, zwolennicy i przeciwnicy Chrztu dzieci starają się odnosić do Nowego Testamentu. 
Jeśli jednak chodzi o Stary Testament, zwolennicy Chrztu dzieci posługują się nim dla podkreślenia analogii między obrzezaniem i Chrztem (por. Ks.Rodzaju/I Mojżeszowa 17,7 i Listo do Kolosa 2,11-13), jedno i drugie będące znakiem, który noszą na sobie członkowie ludu Bożego, znakiem odpuszczenia grzechów i uświęcenia. Posługują się także tekstami opisującymi Przymierze Łaski (identyczne w Starym i Nowym Testamentach) i jego ducha, ktory nie jest nigdy indywidualistyczny (por. Izajasza 44,3; Powtórzonego Prawa/V Mojżeszowa 30,6; Dzieje Apostolskie 2,29)
Reformowani są przekonani, że wyrażają tym samym wewnętrzną jedność objawienia (jedność Starego i Nowego Testamentu) i wierność teologii Przymierza Łaski. 
Podstawą teologii Przymierza Łaski jest przekonanie, że w Piśmie Świętym Bóg daje nam pewność, że wzywa On nie tylko wierzącego - rozumianego indywidualnie - do otrzymania Jego łaski, do odziedziczenia sprawiedliwości i życia wiecznego, ale wierzącego i jego potomstwo z nim i po nim. Bóg czyni potomstwo wierzących dziedziczącym obietnice, które On poczynił ich przodkom i łaski, które On im zaofiarował (por. Rdz 17,7; Ps 105,8-10; 1 Kronik 16,14-18; Jer 32,38-41; Es 59,21; Dzieje 3,25-26; Hbr 6,18-20.11,9 itd.). 

W rozumieniu Chrztu protestanci historyczni stawiają sobie pytania: czy mając na uwadze naturę Chrztu należy położyć akcent 1. na osobiste sentymenty człowieka, czy też 2. na obietnice Boże? 

W pierwszym przypadku, jest wyraźnie jasnym, że dziecko, które jest prezentowane do Chrztu, nie może mieć żadnego realnego poczucia pokuty, skruchy i wiary. Asystuje ono jedynie w sposób pasywny w ceremonii. Chrzest jest więc tutaj jedynie formalny. Stąd też konkluzja, że godziwym jest udzielanie sakramentu Chrztu tylko osobom, które doszły do stadium pełnej dojrzałości religijnej. Trzeba zatem zakazać Chrztu dzieciom... 
Niemniej, spojrzenie na Chrzest zmienia się radykalnie, jeśli akcent zostanie położony na naturę sakramentu, a nie na uczucia, sentymenty osoby chrzczonej; na naturę sakramentu, czyli na obietnice Boże z nim związane, na sprawy wewnętrzne i duchowe, które Chrzest ukazuje. To nie chrzczony jest w centrum Chrztu, ale to Bóg sam, jako Ojciec, Syn i Duch Święty, Stwórca dziecka, jego Pan, jego Zbawca i jego Mistrz. 
A zatem, ochrzczenie dziecka, to przyjęcie za fakt obietnic, które Bóg mu poczynił, przyjęcie gestu Bożego, który deklaruje swoją postawę wobec dziecka już od jego narodzenia, i który (Bóg) chce zachować ją przez całe życie dziecka. 
W takim porządku rzeczy jest rzeczą oczywistą, że dorośli, którzy aktywnie (przez prezentację dziecka do chrztu) uczestniczą w przyjęciu - w wierze - deklaracji i obietnic Bożych co do dziecka, angażują się aby dokonać wszystko, by obietnice Boże były owocne, oczekując, aby dziecko dorastając samo mogło w wierze uznać w Bogu swojego Stworzyciela, Pana, Zbawiciela i Ojca. 

Chrzest dorosłych kładzie systematycznie akcent na inicjatywę człowieka, który prosi o Chrzest w odpowiedzi na otrzymaną łaskę. 
Chrzest dzieci Przymierza łaski kładzie akcent na inicjatywę Boga, który nakazuje, aby dziecko otrzymało znak na jego ciele, w odpowiedzi na łaskę obiecaną. 

W całości objawienia i teologii łaski, które potwierdzają bez ustanku inicjatywę Bożą i Jego suwerenność w kwestii zbawienia, reformowani wierzą, że Chrzest dzieci ma w niej swoje miejsce istotne i że znajduje się w pełnej harmonii z całością ekonomii zbawienia: od ich urodzenia dzieci Przymierza stanowią część ludu Bożego. Bóg chce, aby nosiły na sobie znak przynależenia do Jego Przymierza, że należą do Niego – znakiem tym jest Chrzest. 
Bóg czyni dzieciom Przymierza osobistą obietnicę, że objawi im się jako Ojciec, że zaofiaruje im wiarę, odpuszczenie grzechów, sprawiedliwość i życie wieczne, i że przez dar Ducha Świętego, przez odnowienie ich wewnętrznej wolności, dzieci (dorastając) będą mogły zawierzyć Jego obietnicom i otrzymać Jego łaski. 

W Przymierzu łaski obietnice Boże nie są dokonane w sposób pusty, nie są jakimś mirażem, fantazją. Byłyby takimi, gdyby były poczynione przez Boga osobom, których stan moralnego zniszczenia stawiałby je w praktycznej niemożności aby uwierzyły i aby zaakceptowały poczynione im obietnice. Bóg sam jednak odradza serca dzieci Przymierza w stopniu wystarczającym, aby Jego oferta łaski mogła być przyjęta i zaakceptowana oraz aby Jego obietnice były skuteczne realnie. To Bóg sam zasadza w sercach, przez działanie Ducha Świętego, nasienie wiary i pokuty, skruchy. 

Bóg także chce włączyć rodziców w obietnice, które poczynił dzieciom, w takim samym wymiarze, w jakim chce w rodzicach ożywić ich poczucie sensu i znaczenia ich własnego Chrztu. To przez Chrzest dzieci Bóg daje im znak pewności i gwarancji prawdziwości Jego obietnic. 
Przypomnijmy jeszcze raz: to obietnice i dzieła Boże są w centrum Chrztu. Sprawy wewnętrzne i sprawy duchowe, które są w nim nam ukazane, owoce które ze sobą niosą, ukazują ich realność i ich skuteczność. Uczestniczący i asystujący im nie mają nic innego do zrobienia, jak tylko przyjąć je i odpowiedzieć im z wiarą. Zaangażowaniu Bożemu odpowiada zaangażowanie rodziców, chrzestnych i – później – samych dzieci. 

Reformowani twierdzą, że odrzucenie Chrztu dzieci nie jest w sposób konieczny odrzuceniem Przymierza Łaski i stwierdzeniem, że obietnice Boże są niczym. Uważają jednak, że odrzucenie go niesie ze sobą – tak dla rodziców jak i dla dzieci – ryzyko odrzucenia owoców Chrztu, o których wspomnieliśmy: pewności obietnic i łask Bożych, których sakrament jest - zgodnie ze swoją naturą - znakiem, dowodem i gwarantem. 
Na tej podstawie reformowani uważają, że lekceważenie Chrztu dzieci jest ryzykiem zubożenia duchowego dzieci i rodziców, nie bez swoistego lekceważenia konkretnych pomocy duchowych, które Bóg niesie w ich słabości dzieciom i rodzicom. Bóg dał nam zbroję, by móc odnieść triumf w chwilach wątpliwości i pokusy i ze zbroi tej – jak wierzą reformowani - trzeba korzystać. 

wtorek, 4 grudnia 2012

Rozważanie Ewangelii Św. Marka 12,28-34


Ewangelia Św. Marka 12,28-34

 I przystąpił jeden z uczonych w Piśmie, który słyszał, jak oni rozprawiali, a wiedząc, że dobrze im odpowiedział, zapytał go: Które przykazanie jest pierwsze ze wszystkich? Jezus odpowiedział: Pierwsze przykazanie jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest. Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej. A drugie jest to: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz. I rzekł do niego uczony w Piśmie: Dobrze, Nauczycielu! Prawdę powiedziałeś, że Bóg jest jeden i że nie masz innego oprócz niego; i że jego miłować z całego serca i z całej myśli, i z całej siły, a bliźniego miłować jak siebie samego, to znaczy więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary. A Jezus, widząc, że on rozsądnie odpowiedział, rzekł mu: Niedaleki jesteś od Królestwa Bożego. I nikt nie śmiał go już więcej pytać. 

Pan jest jeden, mówi Biblia, a relacja z Nim, z naszym Bogiem, ma być relacją miłości. 
Będziesz miłował Pana, Boga swego – mówi Jezus, odwołując się tym samym w swojej odpowiedzi danej uczonem w Piśmie do Ksiąg Starego Testamentu, do przykazań znanych każdemu wierzącemu z Narodu Wybranego. 

Ta relacja miłości z Bogiem, relacja idnywidualna, głęboka i prawdziwa, jest jedynym źródłem tej, która jest jej koniecznym, nieodwołalnym następstwem – relacją miłości z drugim człowiekiem, człowiekiem konkretnym, stojącym obok nas, tym, którego Słowo Boże tradycyjnie nazywa naszym bliźnim. 

Dzisiaj chciałbym skupić się na właśnie tej drugiej części przykazania, przypomnianego przez Syna Bożego; tego, która mówi o miłości bliźniego. 
Oczywiście, mam świadomość, że jest to temat bardzo wyeksploatowany w kazaniach, ale nie zmienia to faktu, że pozostaje on wciąż aktualny i warty rozważenia. 
Chcę mówić o tych słowach Pańskich Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. 

Zaraz na początku powinna przyciągnąć naszą uwagę relacja między Będziesz miłował bliźniego swego i jak siebie samego. 
Można tę relację rozumieć następująco: 
Ø Najpierw, że nie możemy kochać naszego bliźniego, jak tylko na tyle, na ile kochamy sami siebie. Jeżeli my samych siebie nie kochamy, nasza miłość do bliźniego będzie conajmniej dwuznaczna. 

Można – niestety – czasem spotkać osoby, także w naszych Kościołach, czy w organizacjach pomagających potrzebujących, które całkowicie oddają się pomocy innym: chorym, dzieciom, osobom samotnym, ale które jednocześnie nie mają litości wobec siebie samych, a także wobec osób im najbliższych, ich rodzin. Są to soby nerzadko uwielbiane przez innych, a nie znoszone, jeśli nie nienawidzene przez ich bliskich... 

Niestety, zdarzają się takie przykłady osób, które pozwalają nam na zadanie pytanie: czy ich oddanie pomocy osobom obcym, bez przeniesienia tego samego na siebie samych, na osoby im bliskie, jest naprawdę przeniknięte miłością? Czego tak naprawdę osoby te szukają? Czy raczej przed czym usiłują uciec? Ja sam znam osoby, które przez lata były dla innych modelami altruizmu, bezinteresownego wydawałoby się oddania innym, a które pewnego dnia popadły w głęboką depresję,  ich życie rodzinne poszło w rozsypkę, a nawet usiłowały targnąć się na ich życie. 

Człowiek nie może żyć bez miłości. Kiedy „kocha się” bliźniego, bez kochania samego siebie, taka pseudo-miłość nie jest niczym innym, jak rodzajem usprawiedliwienia swego własnego istnienia. 

Ø W Biblii, w Słowie Bożym, miłość bliźniego nie jest kwestią banalnych sentymentów. Fragment Biblii, który najlepiej mówi o miłości, to świetnie znany 13 rodział 1 Listu do Koryntian, gdzie padają słowa: Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, itd. ... Ten rozdział cytuje piętnaście czasowników, słów charakteryzujących miłość, które określają jednoznacznie postawy działania, czasem trudne wybory, wymagające wysiłku, ale nie puste emocje. To tymi słowami, które określają zaangażowanie myśli, rąk, nóg, czasem kieszeni Słowo Boże mówi o miłości bliźniego. 

Równie konkretny jest fragment Księgi Kapłańskiej, która zachęcając nas do działania sprawiedliwego i pełnego szacunku wobec bliźniego mówi (rozdział 19, 9-18): Nie będziesz uciskał bliźniego, nie będziesz go wyzyskiwał. Zapłata najemnika nie będzie pozostawać w twoim domu przez noc aż do poranka. ... Nie będziecie wydawać niesprawiedliwych wyroków. Nie będziesz stronniczym na korzyść ubogiego, ani nie będziesz miał względów dla bogatego. Sprawiedliwie będziesz sądził bliźniego. ... Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. ... Ja jestem Pan! 

Kochanie bliźniego, według Słowa Bożęgo nie wpisuje się w rejestr emocji, czy sentymentów, jest to autentyczne przejęcie się, zaangażowanie, aby pomóc drugiemu żyć, aby pomóc mu wzrastać i rozwijać się. 
To nie zastanawianie się: „czy znajduję mojego bliźniego sympatycznym”, ale to zastanawianie się nad „jak, w moim kalendarzu, moim planie zajęć, dałem świadectwo miłości bliźniego, w tych konkretnych dniach”. 
I co ważne, kiedy myślę o bliźnich, ta kategoria obejmuje wszystkich, zarówno osoby obce, 
jak i osoby mi najbliższe, także moją rodzinę. 

Takie postawienie sprawy pozwala nam zrozumieć inną szokującą zachętę Biblii, kiedy ta naucza nas, że należy kochać także naszych nieprzyjaciół. Biblia nie zachęca nas do znajdowania naszych nieprzyjaciół sympatycznymi. Natomiast mówi, że mamy poszukiwać wszystkich środków, wszystkich rozwiązań, które pozwalałyby nam im pomóc, by wzrastali jako ludzie, by wzrastali także w wierze. 

Jeżeli mówimy o tym wszystkim, to także po to, żeby podkreślić, że taka lektura biblijna przykazań zakłada świadomość, że tak wymagająca definicja miłości, jest możliwa do realizacji tylko wtedy, gdy we właściwy sposób, odkrywszy miłość Boga do nas, kochamy samych siebie, a to wcale nie jest takie proste, ani ewidentne. 

Kochać siebie, to kwestia czasu i uwagi, to potrzeba dbania o swego ducha, swoją duchowośc, ale także o swoje ciało. Każda z części naszej osoby musi znaleźć jej właściwe miejsce, być właściwie karmioną – duch modlitwą i Słowem Bożym, ciało - odpoczynkiem, dbałością i szacunkiem. Dopiero wtedy będziemy mogli ofiarować prawdziwą i zaangażowaną miłość bliźniemu. 

Biblia nie zachęca nas do miłości wszystkich ludzi, ale naszego bliźniego, czyli osoby konkretnie znajdującej się w naszym bliskim zasięgu. Określenie kochanie wszystkich ludzi łatwo bowiem prowadzi do zwolnienia się z miłości konkretnej, bo słowo „wszyscy” nie ma żadnej twarzy konkretnej. 

Biblia nie jest zainteresowana jakąś miłością „uniwersalną”, teoretyczną czy poetycką, ale miłością konkretną, zaangażowaną, praktyczną. 
I taka miłość jest tylko wtedy możliwa, jeśli towarzyszy jej odwaga, bo trzeba dużo samozaparcia i odwagi, żeby pomóc bliźniemu się rozwijać, wzrastać. 
Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, ale lenistwo i obojętność. 

Miłość drugiego, to także poznanie cierpienia drugiego. Dopóki nie zna się cierpienia drugiego, pozostaje się na płytkiej powierzchni jego osoby. 
Miłość bliźniego jest czasem także naszym cierpieniem z nią związanym, kiedy nie potrafimy się w niej odnaleźć, kiedy znane nam środki zawodzą i czujemy sie bezradni. 

Miłość drugiego, to nie tylko danie mu przysłowiowego kawałka chleba – to może zrobić i maszyna, automat. 
Kochać bliźniego, to znać i dzielić jego marzenia, sny, jego nadzieje i jego strachy, jego niepokoje. 
Miłość bliźniego wymaga czasu, uwagi, koncentracji... To prawdziwa praca. 

Odróżnienie miłości bliźniego, u jej początku, od sentymentów, jest celowe, ponieważ to dopiero prawdziwe zaangażowanie dla i wobec naszego bliźniego, czyli miłość zaangażowana, miłość-działanie, pozwoli nam w konsekwencji odczuwać sentymenty, prawdziwe sentymenty, emocje, wobec naszego bliźniego. Nie zatem sentymenty, emocje są początkiem biblijnie rozumianej miłości wobec bliźniego, ale zaangażowanie dla niego, które w dalszej kolejności pozwoli nam mieć właściwe wobec niego uczucia. 

Jeśli nie nawiążesz zaangażowanego kontaktu z drugim, nie jesteś w stanie żywić wobec niego prawdziwych i zdrowych sentymentów na długi czas. Dopiero wtedy będziesz mógł prawdziwie cieszyć się z jego sukcesów, współczuć mu i rozumieć jego przegrane, być z nim naprawdę tak i wtedy, kiedy cię potrzebuje. 

Podsumujmy zatem całość: 
Ø Bóg jest miłością i mogę i powinienem Go kochać. On także jest sam w sobie źródłem wszelkiej miłości. 
Ø Kochając Boga, rozumiem i poznaję, że kocha On mnie i że ja także mogę kochać samego siebie. 
Ø Kochając mnie samego staję się zdolny do kochania mojego bliźńiego, który to bliźni odsyła mnie w sposób stały do miłości Boga. 
Przykazanie, o którym w pierwszym rzędzie mówi Księga Kapłańska, a jest ono cytowane i zaktualizowane przez Jezusa Chrystusa, jest takie właśnie: Będziesz miłował swego bliżniego, jak siebie samego, Ja jestem Panem, twoim Bogiem! Amen.