czwartek, 23 sierpnia 2012

Cel i sens Prawa Bożego


Często słyszaną opinią jest ta, która sprowadza się do myślenia, że przykazania Boże zostały nam dane, by limitować naszą wolność, ograniczać nasze pole działania, zamknąć nasze życie w jakiejś sieci zakazów. 
Z tego jasno wynika pierwsza konkluzja: taka wizja przykazań Bożych jest w pierwszym rzędzie naszą - czysto ludzką - projekcją Boga; naszą Jego wizją, ukutą na podobieństwo nas samych.

Tymmczasem, przykazania Boże nie są nakazami lub zakazami, które miałyby za cel tylko nagiąć naszą wolę do Jego. 
Wręcz przeciwnie! Bóg stworzył świat w swojej wszechmocy i uczynił nas na swój obraz, ponieważ chciał być naszym Ojcem. Nasze życie ma być także byciem na Jego obraz, rozwinąć się w porządku, w radości i miłości. 

Aby być i pozostać żyjącymi, aby podążać w kierunku życia, a nie w kierunku zniszczenia i rozwiązłości, dzieła Boże muszą być regulowane i powściągane przez prawa, które są prawami życia. 
Bóg nie chce, abyśmy umarli! On chce, abyśmy byli silni (por. 5 Mojż/Pwt 11,8) i abyśmy mieli przyjemność z życia. Dlatego też daje nam On przykazania (5 Mojż/Pwt 32,44; Ps 119; Prz 14,4-9). 
I daje nam swoją miłość, łagodną i darmową, ponieważ jest i chce być naszym Ojcem i naszym Zbawicielem. Jedynie Autor życia zna prawa życia. Jedynie Stworzyciel zna swoje dzieło, może je chronić, utrzymywać przy życiu i w istnieniu. Tylko On może je prowadzić do celu życia, który sobie założył stwarzając je. 
Przykazania Boże są zatem kartą życia daną przez Ojca swoim dzieciom. 
Jeżeli natura jest ślepo posłuszna prawom, jakie Bóg jej nadał, powinno być cechą rozumnego stworzenia, obdarzonego zmysłem moralnym, samemu poddać się przykazaniom Bożym. Bóg nie chce nas zmuszać do tego, ale przekonuje nas z łagodnością. Jego prawda jest połączona ściśle z Jego dobrocią! 
„Szukajcie dobrego, a nie złego, abyście żyli” (Amos 4,14a).
„Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo,) miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni” (5 Mojż/Pwt 30,19-20a)

Oczywiście, człowiek zawsze – w swoim zaślepieniu – może myśleć, że uwalniając się od tego, czy innego przykazania Bożego, może coś zyskać (por. 5 Mojż/Pwt 29,19-21). 
Mogę wierzyć, że jestem panem samego siebie i że – aby żyć – muszę podążać ścieżką, którą wyznaczę sobie sam. Staję się tym samym moim własnym bogiem! 
A w rzeczywistości - jestem niezdolny do poznania sam z siebie skąd pochodzę, dokąd podążam, jaki jest cel mojego życia, jakie są prawa, które muszą nim kierować, aby ono było i pozostało życiem prawdziwym. 
„Niejedna droga zda się człowiekowi prosta, lecz w końcu prowadzi do śmierci” (Przypowieści 14,12). 
Będąc nieposłusznym choćby jednemu przykazaniu Bożemu, staję się tym samym nieposłusznym prawu mojego życia, osłabiam samego siebie i zdążam prosto ku śmierci, precyzjnie w chwili, w której wierzyłem, że mój opór mu i moja niezależność prowadziły mnie do posiadania życia pełnego i radosnego. 
Niezależność wobec praw życia – oto śmierć, śmierć ciała, śmierć duszy, śmierć ducha, inteligencji, śmierć całego życia rodzinnego, społecznego, moralnego, śmierć całej sprawiedliwości, całego piękna, harmonii; to śmierć życia wiary – śmierć wieczna. 

Odwrotnie, posłuszeństwo prawom życia, którymi są przykazania Boże, posłuszeństwo w wierze, nawet wtedy, kiedy mam poczucie, że to mnie ogranicza, czy kosztuje wysiłek, prowadzi do życia, daje życie, przywraca życie i wyprowadza mnie już dzisiaj i na wieczność z drogi śmierci. 
Posłuszeństwo przykazaniom Bożym wzmacnia bez ustanku moją wolność stworzenia Bożego, wzmacnia moje możliwości, pozwala mi robić to, czego inni - poddani prawu grzechu, poddani nim samym - nie mogą dokonać. 
Największym, najwyższym wyrazem życia jest móc kochać Boga, czcić Go, służyć Mu. 
A z tym są ściśle związane: móc szanować braci i siostry, oddawać każdemu to, co jest jego, pomagąc innym żyć, by żyć wiecznie. 
Inni tego nie mogą!... 

A zatem, przykazania Boże są nam dane przez Boga dużo bardziej dla nas i dla naszego dobra, niż dla Niego, Boga. 
Tak naprawdę, Bóg nie jest w żadnym stopniu beneficjentem swojego prawa!... 

Czy człowiek może być użyteczny Bogu? Nie, człowiek rozważny może być użyteczny tylko dla siebie samego. Czy to sprawia przyjemność Wszechmocnemu, że jesteś sprawiedliwy? Jeżeli jesteś prawy na twoich drogach, co On z tego zyskuje? 
„Czy człowiek może być przydatny Bogu? Rozumny jest raczej samemu sobie przydatny. Czy Wszechmocny ma korzyść z tego, że ty jesteś sprawiedliwy, albo czy ma zysk z tego, że postępujesz nienagannie? Jeżeli zgrzeszysz, co mu przez to zrobisz, a jeżeli jest wiele twoich występków, co mu zaszkodzisz? Jeżeli jesteś sprawiedliwy, co mu dajesz? Albo co otrzymuje On z twoich rąk?” (Hioba 22,2-3; 35,6-7). 
Bóg jest do tego stopnia źródłem wszystkich dóbr, że nie potrzebuje nic, znikąd. 
Jeżeli Bóg nakazuje nam Go czcić i służyć Mu, nie robi tego dlatego tylko, że tak jest sprawiedliwie i słusznie, ale że jest to dobre dla nas! 
Grzesznik obraża i niszczy przede wszystkim samego siebie. 
Nic nie czyni człowieka bardziej szczęśliwym i bardziej żywym, jak poddanie się Temu, który go wzbudził do istnienia. Cała zatem korzyść z tego poddania jest dla człowieka, dla jego życia. 

Czy tego chcemy, czy nie, wszelkie nieposłuszeństwo nawet jednemu przykazaniu Bożemu (jaka by nie była przewidywalna z tego faktu korzyść bezpośrednia) jest pogwałceniem prawa życia, które nas dotyczy wszystkich i które nas popycha w kierunku zniszczenia i śmierci. 
Emil Brunner, znany teolog reformowany, twierdzi: „Następstwem wszelkiego wykroczenia przeciwko jakiemuś przykazaniu jest większa lub mniejsza katastrofa, ponieważ wszelkie wykroszenie przeciw przykazaniu niszczy, zatruwa lub dezorganizuje nasze życie. Ten, który je łamie, niszczy to, co Bóg stworzył lub co On chce stworzyć”. 
Prorok Ozeasz pisze: „Bo sieją wiatr i będą zbierać burzę. Zboże nie ma kłosa, nie da więc mąki, a choćby nawet dało, obcy ją zjedzą (Ozeasz 8,7). 
Być nieposłusznym przykazaniom, to umierać i podążać do śmierci, tej dzisiaj i tej jutro. 

Odwrotnie, wszelkie posłuszeństwo przykazaniu Bożemu – pomimo ewentualnego wysiłku, czy nawet pozornej stracie – opierające się na pewności, że musimy budować nasze życie w harmonii z prawem życia, prowadzi do życia (Mateusz 7,24-25:  „Każdy więc, kto słucha tych słów moich i wykonuje je, będzie przyrównany do męża mądrego, który zbudował dom swój na opoce. I spadł deszcz ulewny, i wezbrały rzeki, i powiały wiatry, i uderzyły na ów dom, ale on nie runął, gdyż był zbudowany na opoce”), daje nam w obfitości entuzjazm, dynamizm, możliwości działania, wolności. Być posłusznym, to żyć i podążać do życia, tego dzisiaj i tego jutro (5 Mojż/Pwt 30,11-20: „To przykazanie bowiem, które ja ci dziś nadaję, nie jest dla ciebie ani za trudne, ani za dalekie. Nie jest ono na niebie, aby trzeba było mówić: Któż nam wstąpi do nieba i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Nie jest też ono za morzem, aby trzeba było mówić: Któż nam się przeprawi za morze i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił. Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i dobro oraz śmierć i zło; gdyż ja nakazuję ci dzisiaj, abyś miłował Pana, Boga twego, chodził jego drogami i przestrzegał jego przykazań, ustaw i praw, abyś żył i rozmnażał się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść. Jeżeli zaś odwróci się twoje serce i nie będziesz słuchał, jeżeli dasz się odwieść i będziesz oddawał pokłon innym bogom oraz im służył, to oznajmiam wam dzisiaj, że zginiecie i niedługie będą wasze dni na ziemi, do której przeprawiasz się przez Jordan, aby dojść do niej i objąć ją w posiadanie. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię. Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo, miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni, abyś mieszkał na ziemi, którą Pan przysiągł dać twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi”). 
Jeżeli Bóg nic by nam nie nakazywał – straciłby nas całkowicie. Zatracilibyśmy się wszyscy. 
W swojej nieporównywalnej miłości, w swojej pełnej pasji woli, by nas zrodzić do życia i dać nam wszystkie radości życia, Bóg nam mówi: „Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli” (2 Mojż/Wyj 20,2). 

Przez swoje przykazania Bóg daje nam prawa życia, życia bieżącego i życia wiecznego. 
W fakcie tym ukazuje się jako nasz Bóg i nasz Ojciec. 
Jeżeli rozpoznamy zatem w wierze cel i sens prawa Bożego, ojcowskie intencje Boże, wtedy Jego prawo będzie dla nas czymś, co nas konstruuje, jest nam miłe i dla nas doskonałe. 

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Filip Jakub Spener (1635-1705)


Dla bardziej plastycznego zrozumienia zjawiska pietyzmu wydaje się celowym zatrzymanie się przez moment i krótkie przedstawienie biografii i myśli jednego z XVII-wiecznych liderów tego nurtu – Filipa Jakuba Spenera. 

Urodzony w Ribeauville (Alzacja) Spener rozpoczął w 1651 r. studia filozofii, a następnie teologii na Uniwersytecie w Strasburgu. 
Po dalszych studiach, odbytych na uniwersytetach w Bazylei, Genewie, Lyonie,  Stuttgarcie i Tübingen, otrzymawszy tytuł doktora teologii w 1664, Spener zostaje kaznodzieją katedry (luterańskiej) w Strasburgu, a od 1666 r. pracuje we Frankfurcie nad Menem. 

Od roku ok.1670 pietyzm zaczyna w Niemczech stawać się coraz bardziej obecny w życiu Kościoła, a to za przyczyną wcześniejsze pracy i głoszenia Johanna Arndta (1555-1621). 
Właśnie we Frankfurcie tworzą się coraz liczniejsze grupy „przebudzeniowe” w 


ramach już istniejących wspólnot (parafii) kościelnych. 

Spener publikuje w 1675 r. swoje Pia desiderai, dzieło które stanie się programowym dla nemieckiego pietyzmu. Znajduje się w nim nawoływanie do reformy pastoratu, umocnienia pozycji osób świeckich i wspólnot (duchowego i strukturalnego), zachęta do zwiększonej praktyki pobożności oraz do dania większego miejsca studium Biblii i teologii. 

To nawoływanie do reformy (kościołów protestanckich – sic!) było wpisana w dynamikę „nadziei lepszych czasów dla Kościoła Bożego na ziemi”. 
Pomimo bardzo silnych ataków, które napotkała głoszona przez niego nauka, Spener pozostał wierny tej nauce. 

W 1686 r. Spener otrzymał nominację na głównego kaznodzieję dworu w Dreźnie, pozycję będącą najwyżej cenioną w luteranizmie niemieckim. 
Niemniej, na skutek konfliktu, Spener musi opuścić Saksonię, wyjeżdżając do Berlina, gdzie w 1691 zostaje członkiem konsystorza i pastorem kościoła  Świętego Mikołaja. 
Tam osiągnie najwyższy poziom swego wpływu na rzeczywistość kościelną i inetlektualną Niemiec swego czasu (między innymi będzie współodpowiedzialny za fundację uniwersytetu w Halle w latach 1692-94). 

Wpływ swój zaznacza i wywiera przede wszystkim dzięki obfitej korespondencji. 
W swoich pismach zwalcza zarówno socynianizm (nurt teologiczny poddający w wątpliwość zasady Trójcy Św.), jak i katolicyzm. 

Następcą i najważniejszym uczniem Spenera był August Francke (z Halle). 

Jeśli chcielibyśmy w dwóch słowach streścić główne założenia nauczania Spenera to byłyby to przede wszystkim: 
Ø nauczanie o nowym narodzenie (czyli mocne osadzenie w nauczaniu Apostoła Pawła), 
Ø podkreślanie osobistego doświadczenia Boga i koncepcja Kościoła, jako zgromadzenia tych, którzy są nowo-narodzeni w wierze. 

Nauczanie Spenera do dzisiaj rozbrzmiewa, czasem bez świadomości tego faktu, w wielu -  także współczesnych - Kościołach protestanckich, nie tylko tzw. historycznych, ale – i być może przede wszystkim – w tzw. Kościołach ewangelikalnych.

Pietyzm - Bracia morawscy


Ciekawym, konkretnym przykładem życia wiary, opierającym się o myśl pietystyczną są tzw. Bracia Morawscy. 
Przykład ten jest być może historycznie nam - Polakom - bliski poprzez kontynuację ich obecności i zaangażowanie na terenach polskich, w ciągu kilku wieków. 

Historia Braci Morawskich (mówi się tu także czasem, choć niezupełnie precyzyjnie oddając znaczenie, o Braciach czeskich) składa się z okresów przed i po hrabim von Zinzendorf (patrz wyżej – pietyzm). 
Ich początków można szukać w wieku XV. 
To podówczas od nurtu husyckiego odłącza się gałąź pod kierunkiem Petra Chelcickiego (ok.1390-1490). 
Pośród głównych idei Braci warto podkreślić zasady nie odpowiadania przemocą na przemoc i braterskie relacje wewnątrz ich małych grup. 
Bracia byli poddani prześladowaniom od początku ich istnienia, a okres Wojny trzydziestoletniej (1618-1648) zdziesiątkował ich wspólnoty i doprowadził do ich rozproszenia. 
Jedna z takich rozproszonych grup osiadła na terenie dzisiejszej Polski, budując wspólnotę i fundamenty przyszłego życia wiary, rodzinnego i zawodowego w Zelowie, niewielkiej miejscowości na terenie województwa łódzkiego. 

Dla zainteresowanych: warto odwiedzić istniejącą i kwitnącą jeszcze dzisiaj zelowską parafię Kościoła ewangelicko-reformowanego właśnie w Zelowie, z jej zabytkami i archiwami. Parafia ta jest bezpośrednim dziedzicem osadnictwa czesko-braterskiego w tej miejscowości. 

Znaczący wzrost liczbowy i podniesienie znaczenia Braci Morawskich nastąpił wraz z zaangażowaniem niemieckiego hrabiego Nikolausa Ludwiga von Zinzendorfa (1700-1760), który na terenach do niego należących otoczył opieką początkowo kilku błądzących w poszukiwaniu gościny morawian, pozwalając w dalszej kolejności nowo przybywającym osiedlić się w obrębie jego posiadłości. 
Był to początek tzw. Herrnhut („strażnicy Pańskiej”). Hrabia Zinzendorf (sam luteranin)  doprowadził do stworzenia nowego ruchu, zorientowanego początkowo na zjednoczenie Kościołów, ale także skierowanego na misje (w Europie i poza Europą) oraz na edukację. 
Z czasem nastrój zjednoczeniowy został odłożony, z racji prostej i realnej niemożności realizacji kierujących nim założeń, a sam ruch Braci stał się nową, odmienną denominacją kościelną (początkowo długo pozostającą w ramach Kościoła luterańskiego). 

Kościół morawski (i jego misje) istnieją do dzisiaj. Protestancki Kościół Braci Czeskich (liczący ok. 300 tys. Członków) jest pod jego silnym wpływem. 
Jako ciekawostkę, użyteczną dla naszego współczesnego życia wiary, warto zwrócić uwagę na zbiór/kalendarz wersetów biblijnych na każdy dzień, wydawany współcześnie przez Jednotę Braterską w Herrnhut (jako tzw. Losungen w języku niemieckim) i tłumaczony na wiele języków. Na każdy dzień proponuje on kilka tekstów biblijnych, wraz z krótkim zdaniem będącym przesłaniem duchowym, do refleksji danego dnia. Zbiór ten jest także dostępny w języku polskim, będąc wydawanym przez luterańskie wydawnictwo „Augustana”.

Pietyzm


W poprzednim numerze „Czy wiem” mówiliśmy sporo o kwestiach teologicznych, o pewnych orientacjach teologiczno-intelektualnych w protestantyzmie (zwłaszcza historycznym). 

Wzmiankowaliśy napięcie istniejące między protestantyzmem liberalnym, a protestantyzmem ortodoksyjnym (skoncentrowanym na dbałości o zgodność proponowanego w Kościołach nauczania z Pismem Świętym, ale i z tradycją kościelną, której refleksem są tzw. wyznania wiary). 

Tym razem zechciejmy się przyjrzeć bliżej innemu nurtowi, czy raczej jednej z tradycji duchowych protestantyzmu (która przenikła do wszystkich - także tych wyżej wskazanych – kierunków protestantyzmu). Tym nurtem jest tzw. pietyzm. 

Pietyzm to silny prąd, który dotknął i dotyka całość pobożności protestanckiej. 
Czerpiąc z tradycji wieków poprzednich, pietyzm (rozwijając się silnie od wieków XVII i XVIII) kładzie nacisk z jednej strony na „przebudzenie” duchowe, na „odrodzenie” i na „uświęcenie” każdej osoby wierzącej. 
Te trzy elementy nie ograniczają się jednak do aspektu indywidualnego, zakładając  także następujące w naturalnej i koniecznej konsekwencji ożywienie życia kościelnego i zaangażowanie w przemianę świata, by bardziej uobecniło się w nim Królestwo Chrystusa (rozumiane przez pietystów przede wszystkim jako królestwo pokoju). 

Wspominaliśmy o ordoksji dogmatycznej, tzn. o trosce, o dbałości o czystość biblijnego nauczania w protestantyzmie. 
Przy całym słusznym, godnym uwagi i szacunku dążeniu, pewne nurty ortodoksji protestanckiej stały się z czasem zbyt suche, by nie rzec „smutne”, pozbawione – przez swój głęboki intelektualizm - odniesienia do realnego, także emocjonalnego życia przeciętnego wierzącego, który poszukiwał (i poszukuje) nie tylko pewności nauczanej wiary (jej słusznej zgodności z Pismem), ale też poszukuje i potrzebuje poczucia 


wewnętrznego zaangażowania, poszukuje indywidualnego i konstruującego wspólnotę żywego kontaktu z Bogiem. 

Pietyzm, zbudowany na tradycji mistyki chrześcijańskiej, na poszukiwaniach duchowych tzw. Reformacji radykalnej kładzie nacisk na potrzebę stałego podkreślania, że często w życiu chrześcijańskim mniej ważne są różnice konfesyjne (w znaczeniu strukturalnym, instytucjonalnym), a większą istotę odgrywają „owoce wiary”, widoczne w życiu codziennym oraz że jednym z najbardziej widocznych znaków życia chrześcijańskiego wiary jest codzienna praktyka miłości braterskiej. 
U początków pietyzmu możemy podkreślić znaczenie osób takich jak Caspar Schwenckfeld (1489-1561), Johann Arndt (1555-1621), Jakob Böhme (1575-1624), Christian Hoburg (1607-1675). 

Pietyzm miał i ma w swoich założeniach i efektach uwewnętrznienie pobożności (tzn. położenie nacisku na głębokie jej przeżywanie wewnętrzne, mniejszy nacisk kładąc na jej formę zewnętrzną) przy jednoczesnej tolerancji religijnej (co oczywiście nie oznaczało i nie oznacza utraty tożsamości, czy też zdolności do wyrażenia własnych, głębokich przekonań wiary biblijnej). 

Za ciekawe inicjatywy historyczne można uznać tworzenie tzw. „wspólnot przebudzonych” dla zbudowania Kościoła. Były to tzw. collegia pietatis rozumiane jako Kościoły w Kościele (ku jego – podkreślmy jeszcze raz zbudowaniu, a nie tworzeniu paralelnych, konkurencyjnych elitarnych struktur). 
Grupy te szły za wzorem już dawno zaistniałych dążeń i pragnień strasburskiego XVI-wiecznego reformatora - Marcina Bucera. 

Tego typu doświadczenie (tzn. tworzenie wspólnot pietystycznych) dla Kościołów reformowanych można zauważyć w dziele Theodora Undereycka (1635-1693), a dla Kościołów luterańskich w dziele Filipa Jakuba Spenera (1635-1705). 
Pisma tego ostatniego, zwłaszcza Pia desideria, lub szczere pragnienie polepszenia prawdziwego Kościoła ewangelicznego (wyd.1675) dały silny impuls ruchowi pietystycznemu, który będzie dominował aż do wieku XVIII w teologii niemieckiej, szwajcarskiej, skandynawskiej i północno-amerykańskiej. 

Należy także podkreślić fundacje dokonane przez Augusta Francke (1663-1727) w Halle, począwszy od 1698 oraz powstanie Braci Morawskich dzięki dziełu hrabiego Nikolausa Lugwiga von Zinzendorf (1700-1760) w Herrnhut (od 1722 r.). 
Miejsca te tworzyły prawdziwe centra pedagogiki i formacji kaznodziejów, były zaangażowane w rozprowadzanie literatury chrześćijańskiej, stając się z czasem także centrami misyjnymi, skierowanymi na inne kraje (czy kontynenty). 

Pietyzm nie były ruchem „ludowym”, w znaczeniu „populizmu wiary”, tzw. „wiary ludu”, oproszczonej, czy wręcz pozbawionej wszelkiego porządku biblijnego, opartej wyłącznie o ludzkie intuicje (jak to ma np. miejsce w przypadku szeregu ludowych praktyk katolickich, czyli rozbudowanego kultu „świętych” i Marii, bazujących przede wszystkim na ludzkiej wyobraźni). 
Podkreślając potrzebę wewnętrznego doświadczenia wiary, pietystyczna otwartość na drugiego człowieka, kładąc akcent na miłość braterską, pozwoliła pietyzmowi zaistnieć także  w środowiskach uniwersyteckich (i oprzeć się o nie). 
Uniwersytety w Giesen (począwszy od roku 1688), Halle (1691-1694) oraz kapituła Uniwersytetu w Tübingen (od 1688 r.) były centrami myśli akademickiej, przenikniętymi nurtem pietystycznym. 
Nurt pietystyczny, który pojawił się w XVIII w. Wurtemberdze stworzył wspólnoty, które pozostają aktywne aż do dnia dzisiejszego. 

Dlaczego warto skupić naszą uwagę na zjawisku pietyzmu protestanckiego? Ponieważ nie tylko miał (ale i ma nadal) znaczący wpływ na życie Kościołów protestanckich i na ich pobożność. 
Pietyzm otworzył także nowe możliwości, orientacji refleksji w filozofii, pedagogice, medycynie, farmacji, technice, sztuce i muzyce. 
Jego wpływy możemy zauważyć także w literaturze, w stylu i rodzaju podejmowanych przez nią problemów (dobrym przykładem będzie tu twórczość Goethego). 
Wszystko to dzięki innemu, nieco głębszemu podkreślaniu znaczenia osoby, indywiduum. 
To dzięki koncentracji nie tylko na jego intelekcie ludzkim, ale i na znaczeniu ludzkich emocji, pragnień, odczuć, na podkreśleniu ludzkiej delikatności, romantyzmie, pietyści mogli wywrzeć tak silny wpływ na życie Kościołów, na całe wieloletnie kierunki nauczania, czy postrzegania świata i życia w nim.

piątek, 10 sierpnia 2012

Rozumienie pojęcia doktryny, nauczania wiary w protestantyzmie


Przez doktrynę rozumie się w teologii protestanckiej jakąś jedną lub więcej formuł, oddających znaczenie jakiegoś jednego lub więcej aspektów świadectwa Biblii. 

Protestanci uważają uporządkowaną doktrynę wiary za niezbędną z kilku względów, a przede wszystkim z trzech powodów: 

1. Objawienie biblijne ukazuje się w pewnym porządku rozproszonym. Choćby z samej racji rodzajów tekstów biblijnych, ponieważ mamy do czynienia w Biblii z pismami prorockimi, mądrościowymi, odnoszącymi się do historii Izraela, Chrystusa i Apostołów. Doktryna – nauczanie wiary – może być dopiero zddefiniowana po dostrzeżeniu pewnych wspólnych i dominujących elementów (pamiętajmy - całkowicie zgodnych z Pismem); 

2. Objawienie Boże, podane w Piśmie, jest możliwe do uchwycenia dopiero po pewnych wysiłku, nazywanym w języku technicznym „hermeneutycznym”, tzn. dotyczącym interpretacji pozwalającej na tłumaczenie/przełożenie zawartości treści tekstu biblijnego, często nie do końca jasnego, na pojęcia zrozumiałe dla człowieka pochodzącego z tak często odmiennych kultur (odmiennych od środowiska kulturowego Biblii, ale także odmiennych - zwłaszcza  współcześnie - między sobą); 

3. Zgodność i swoista zwartość doktryny wiary, nauczania wiary, w protestantyzmie ukazuje się dopiero wtedy, gdy interpretacje różnych tekstów biblijnych dokonuje się poprzez tzw. analogię wiary (por. List do Rzymian 12,6), tzn. kiedy refleksja jest poddana kryterium prawdy wyznaczonemu przez samo Pismo Święte. 
Prawdę tę pozwala rozpoznać wiara wspólnotowa (nigdy indywidualna – to nie miejsce na prywatne objawienia, czy głębokie i subiektywne przekonania jednostek, choćby o wielkim przekonaniu ich misji duchowej...). 
Ta wiara wspólnotowa musi być bezwględnie poddana działaniu Ducha Świętego. 

Dogmat jest w protestantyzmie nauczaniem par excellence, tzn. dogmat jest nauczaniem w szczególności - jest on wyrazem elementów najbardziej fundamentalnych dla świadectwa biblijnego, takich jak np. Trójca Św., albo dwie natury w jednej osobie Chrystusa. 

To, co jest tutaj warte podkreślenia, to różnice pomiędzy nie tylko katolicyzmem i protestantyzmem, ale także różnice - w łonie samego protestantyzmu – między protestantyzmem ortodoksyjnym (patrz wyżej) i liberalnym (również j.w.). 

W katolicyzmie, na podstawie przekonania o asystencji Ducha Świętego gwarantowanej Kościołowi i jego głowie, następcy Piotra, doktryna (niekiedy) i dogmat (zawsze) kiedy zostają już ustalone i zdefiniowane przez papieża „w społeczności z Kościołem”, są uważane jako nie podlegające zmianom, niepodlegające reformie i mające charakter nieomylny, także w ich formułach. 
Ponadto papież i Kościół (katolicki oczywiście) mają moc rozpoznania (i uznania) w depozycie apostolskim (za którego strażników noi się uważają)  obecności prawd wiary, zawartych często tylko w sposób „domyślny” w Piśmie Świętym. 
Najlepszymi przykładami będą tu tzw. dogmaty maryjne (niepokalanego poczęcia i wniebowzięcia Dziewicy, ogłoszone odpowiednio w 1854 r. i 1950 r. – a zatem bardzo współcześnie) i dogmat o nieomylności papieskiej (1870 r.). 

W protestantyzmie mogą być przyjęte wyłącznie doktryny i dogmaty wyraźnie zgodne z Pismem Świętym. 


Ponadto, sformułowania ich mogą ulegać modyfikacji, zważywszy na świadectwo Ducha Świętego, oświecającego wciąż na nowo literę Pisma. 
Nauczanie to jest zatem gromadzone, ale i formułowane wciąż na nowo (tu słynne Ecclesia semper reformanda – Kościół wciąż 


do reformowania...) przez wspólnotę wierzących. 
Jak zauważamy, ponownie zostaje tutaj położony akcent na unikanie subiektywnej lektury „duchowej”, którą mogliby wnieść, czy nawet narzucić niektórzy - nazwijmy ich delikatnie – liderzy Kościoła. 

Lektura Pisma Świętego, mająca skutkować formułami nauczania jest w protestantyzmie wsparta kościelną posługą teologów. 

W łonie samego protestantyzmu, dla „ortodoksów” szczególnie, doktryna, pomimo że podlegająca rewizji w jej sformułowaniach, stanowi autorytet określający drogę, którą winny podążać poszukiwania teologiczne oraz głoszenie Słowa przez kaznodziejów. 

Dla teologii tzw. liberalnej istnieje (niestety i o tym musimy mieć odwagę napisać) dużo większa „swoboda”, ponieważ uważają oni (oczywiście w ich subiektywnej lekturze) za nierzadko stojące we wzajemnej opozycji nauczanie wiary i tzw. „życie”. 

Protestantyzm zatem, to nurt, który uznaje i przyznaje wielkie znaczenie pracy intelektualnej, ale w swoim kierunku ortodoksyjnym podkreśla przede wszystkim poddanie tej pracy Słowu Bożemu, którego właściwa lektura jest zapewniona dzięki działaniu Ducha Świętego, w którego głos trzeba się wciąż z pokorą wsłuchiwać, o którego pomoc trzeba wciąż w modlitwie prosić. 

Można zatem z dużą dozą odwagi powiedzieć, że protestantyzm to nurt chrześcijaństwa wsłuchanego w Ducha Św., dążący przy tym do formułowania tego, co Duch mówi, w sposób intelektualnie i odpowiedzialnie uporządkowany.

Protestantyzm „rozproszony” ? Ortodoksja protestancka.


Bardzo często jednym z zarzutów stawianych protestantyzmowi jest jego wielość teologiczna (postrzegana w taki sposób z zewnątrz), czy wręcz swoista „swoboda” dogmatyczna. 
Dla osób stojących poza środowiskiem protestanckim, czy też mających z nim kontakt dość selektywny, istotnie może powstać takie wrażenie. 

Czy jest ono słuszne, czy nie? 
Czy oddaje ono całość funkcjonowania nurtu zwanego protestantyzmem (rozumianego tym razem w jak najszerszy sposób)? 
Jeśli chodzi o „swobodę” w nauczaniu, jaką możemy spotkać w protestantyzmie, to po części jest ona wynikiem złożoności tego nurtu, który jako przeciwstawienie autorytaryzmowi instytucjonalnemu, tak np. charakterystycznemu dla nurtu katolickiego, stworzył dość elastyczne struktury dyscyplinarne. 
A zatem tam, gdzie w przypadku katolickim interweniuje hierarchia kościelna (według własnej lektury sytuacji; lektury opartej o wiele - i nierzadko złożonych - kryteriów), czyli władza kościelna, w przypadku protestanckim wiele rzeczy jest pozostawionych odpowiedzialności tych, którzy publicznie zabierają głos. 

Coś takiego, jak zamykanie ust osobom nieposłusznym instytucji kościelnej,  teologom, myślicielom-filozofom, w przypadku protestanckim nie istnieje. 
Ø Dlatego tak ważna jest formacja wiary, będąca nierzadko czymś głębszym, niż tylko wysoki poziom intelektualny zarówno nauczających, jak i nauczanych w protestantyzmie. 
Ø Dlatego za tak ważną było zawsze uważane w protestantyzmie nauczanie Biblii; nauczanie w rozumieniu intelektualnym, ale i – równolegle – nauczanie życia duchowego chrześcijan budowanego na Biblii. 

W bieżącym artykel chcę zdobyć się na przypomnienie, że – istotnie - w mnogim w swoim wyrazie protestantyzmie istnieją różne nurty teologiczne, ale istnieje przede wszystkim godny podkreślenia (i stale obecny w historii protestantyzmu) kierunek teologiczny odpowiedzialny za Słowo (przede wszystkim głoszone), pisane przez „S” duże. 
Kierunek ten nazywany jest ortodoksją protestancką, która w ciągu już wielu wieków istnienia protestantyzmu jest tym swoistym przywoływaniem do powrotu do fundamentów, zachętą do odwagi refleksji teologicznej, ciągle przypominając, że refleksja o tym charakterze nie ma innego celu, jak życie wiary Kościoła i temu celowi winna być podporządkowana. 
Warto także przypomnieć samo rozumienie doktryny, czy dogmatu w protestantyzmie. 

W Polsce, czy to z racji dominującej kultury katolickiej, czy też z powodu nieco późniejszej niż na szeroko rozumianym Zachodzie (ze zrozumiałych historycznie względów) fascynacji „nowinkami” teologicznymi (ale i z pewnym jakby lekceważeniem negatywnych konsekwencji, które niektóre z tych „nowinek” przyniosły),  pojawia się swoiste lekceważenie tego, co dawne, nie-nowe, czyli jakby pozbawione siły stymulującej nasze życie wiary. 
Jest to ogromna pułapka dla wszystkich, czy to protestantów historycznych (luteran, reformowanych, itd.), ale także tzw. „ewangelikalnych”. 

Wydaje się zatem istotnym przypomnienie tego co cenne, co sprawdzone, co dało niekwestionowane owoce duchowe w życiu Kościołów. 

Termin „ortodoksja” (dosłownie „prawa opinia”) odnosi się w pierwszym rzędzie w Kościołach Wschodnich (Kościołach Prawosławnych – Ortodoksji Wschodniej) do całości nauczania zdefiniowanego - z udziałem wielkich teologów epoki patrystycznej – przez pierwsze siedem soborów powszechnych (Nicea – 325 r.; Konstantynopol I – 381 r.; Efez – 431 r.; Chalcedon – 451 r.; Konstantynopol II – 553 r.; Konstantynopol III - 680 r.; Nicea II – 787 r.). 
W Katolicyzmie Rzymskim/zachodnim, termin ten odnosi się dodatkowo do doktryn sformułowanych podczas 14 soborów właściwych Kościołowi rzymskiemu (od Soboru Konstantynopolitańskiego, właściwego Rzymowi, z 869 r., do Watykańskiego II, który obradował w latach 1962-1965). 

Z tego tytułu umieszcza się w opozycji do ortodoksji (nauczania prawego/prawdziwego/prawowiernego) nauczanie określane mianem heterodoksji (nauczanie „inne”, „odmienne”). 

W łonie protestantyzmu luterańskiego i reformowanego, termin „ortodoksja”, 
„ortodoksyjny”, oznacza uporządkowanie nauczania Reformatorów (zawierającego uznanie fundamentalnej ważności czterech pierwszych Soborów Powszechnych Kościoła – patrz lista wcześniej). Nauczanie takie, stanowiące ortodoksję luterańską, czy reformowaną, zostało opracowane przede wszystkim w wieku XVII. 

Mówiąc o osobach reprezentatywnych, związanych z tym procesem, należy wymienić ze strony luterańskiej: Johanna Gerharda (1582-1637), Georga Calixta (1586-1656), Abrahama Calova (1612-1686), Walentyna Ernsta Löshera (1637-1749), Jakoba Carpova (1699-1768). 

Podobny charakter pracy prezentowali ze strony reformowanej teologowie tacy jak:  Franciszek Gomar (1563-1641), Piotr Du Moulin (1568-1658), Antonius Walaeus (1573-1636), Johannes Wolleb (1586-1629), Samuel Maresius (lub des Marets, 1599-1673), Franciszek Turrettini (1623-1687), Jean-Henri Heidegger (1633-1698), Benedykt Pictet (1655-1724). 

Można spotkać się także z określeniem ortodoksji protestanckiej „oświeconej”, w odniesieniu do prac teologów XVIII-wiecznych. Tu za przykład możemy podać słynny „triumwirat helwecki”, czyli Samuela Werenfelsa, Jana-Fryderyka Ostervalda i Jana-Alfonsa Turettiniego. 
Teologowie ci podejmowali wysiłek intelektualny związany z próbą pogodzenia nauk protestantyzmu tradycyjnego z filozofią Oświecenia... (z bardzo różnym zresztą efektem...)...

Współcześnie, przez ortodoksję protestancką rozumie się pozycje teologiczne, które przyjmują jako punkt wyjścia dla refleksji teologicznej autorytet danych pochodzących z Pisma Świętego i nauk zgodnych z Pismem Świętych. 

Ortodoksję tę pojmujemy w wyżej rozumiany sposób, w odróżnieniu od liberalizmu teologicznego, który uważa, że dane z Pisma nie mają autorytetu, jak tylko na miarę ich zgodności z naukami ścisłymi, filozofią, filozofią religii. 
Nurty liberalne uważają dane pochodzące spoza Pisma, jako naturalnie posiadane przez człowieka, a zatem równie (jeśli nie bardziej) istotne dla refleksji „teologicznej”... 

Współczesną ortodoksję protestancką można zaprezentować pod dwiema głównymi formami. 

Pierwsza, to głębokie przekonanie, że wiara chrześcijańska oznacza przylgnięcie ducha ludzkiego do dosłownie rozumianych tekstów biblijnych i doktrynalnych (wyznań wiary Kościołów opartych ściśle o Pismo). 

Druga natomiast forma (nie zapomnijmy że jest to wciąż ortodoksja) uważa teksty Pisma i wyznań wiary (nauki, doktryny) za filary wyznaczające drogę chrześcijanom; uważa te filary za całkowicie niezbędne, ponieważ są znakami na drodze wierzących podążających w kierunku wypełniającego ich życie skutków osobistego spotkania z Bogiem w Trójcy Św.

Uwaga – spotkanie osobiste z Bogiem, ortodoksja protestancka uważa ze efekt będący owocem światła Ducha Świętego, który rozświetla literę Pisma i objawia jej najgłębszy sens. 
Spotkanie to ma swoją podstawową płaszczyznę w Słowie, a nie w subiektywnie duchowym doświadczeniu. 

Wokół ortodoksji protestanckiej narosło wiele napięć i nieporozumień. 
Jest jednak niezbędnym przypominanie wciąż i na nowo o roli Kościoła, jakim jest głoszenie Ewangelii. 
Teologia zaś est sposobem analizy, wciąż na nowo, tego co Kościół naucza, czym żyje i jak żyje. A nie są to kwestie obojętne. 

Teologia nie może istnieć poza Kościołem i jednocześnie nosić tego miana. 

Owszem, może istnieć filozofia religii, czy socjologia religii, ale mianem teologii nie można określić refleksji, opierającej się o reguły naukowe, gdy przestaje ona służyć najważniejszemu celowi życia ludzkiego: poznaniu Boga, a w Nim – ludzkiemu poznaniu samego siebie. 

Studium Ewangelii wg św. Łukasza 18,9-14


I powiedział także do tych, którzy pokładali ufność w sobie samych, że są usprawiedliwieni, a innych lekceważyli, to podobieństwo: Dwóch ludzi weszło do świątyni, aby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak się w duchu modlił: Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku. A celnik stanął z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w pierś swoją, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Powiadam wam: Ten poszedł usprawiedliwiony do domu swego, tamten zaś nie; bo każdy, kto siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. 

1. Struktura tekstu. 
Centrum przypowieści stanowią wersety 10-13. Relacjonują one postępowanie związane z religijnością dwóch mężczyzn (w.10), po której następuje szczegółowy opis każdego z nich, najpierw faryzeusza (w.11-12), a następnie celnika. 
Werset 9 jest wprowadzeniem, który nadaje kierunek interpretacji przypowieści (jest to postępowanie, które Łukasz często używa w swoich pismach: por. 15,1-2; 18,1; 19,11). 
Werset 14 jest konkluzją w dwóch częściach: werset 14a podaje sąd Jezusa, w odniesieniu do dwóch bohaterów historii, a werset 14b jest aforyzmem, który uogólnia całość lekcji zawartej w przypowieści. 

2. Lektura tekstu. 
Wersety ujmujące przypowieść w pewne ramy kierują ją w określonym precyzyjnie kierunku, to znaczy w odniesieniu do sądu, który Bóg wyraża wobec pewnych zachowań religijnych. 
Takie literackie ujęcie tekstu pozwala mu zachować daleko idącą zwartość tematyczną i logiczną. 

2.1. Wskazówki do lektury. 
Uważna lektura tekstu pozwala zauważyć, że istnieją w nim trzy elementy egzegetyczne godne podkreślenia oraz podkreśla, że jest 
koniecznym wyjaśnić kontekst socjo-religijny, który wykorzystuje przypowieść. 

Werset 9 zaznacza, że Jezus kieruje przypowieść do „niektórych”, „tych, co...” (pros tinas). Ciąg dalszy sugeruje, że zwrot ten ma być rozumiany w znaczeniu polemicznym: „wobec niektórych”, a zatem dotyczy „pewnych osób”. Kto jednak jest jego celem? Dość spontanicznie myśli się o faryzeuszach, ponieważ to jeden z nich jest tutaj obecny i zachowuje się jak osoba zadowolona z siebie samego (por. Ew. Łukasza 16,15). 

W w.11 faryzeusz modli się na stojąco, co było zwykłą postawą modlitwy (por. Ew. Marka 11,25) i nie można pozornie widzieć w jego zachowaniu czegoś ostentacyjnego. Niemniej, słowa które po tym następują (w tekście gr. pros auton – dla siebie samego) pozwalają nam stwierdzić, że jednak w jego postawie jest coś, co ma go dowartościować przed sobą samym, tak jakby modlił się w sobie samym, by nie rzec – do siebie samego... 

Główne nauczanie przypowieści zawiera się w fakcie, że celnik wraca do swego domu (w.14a) usprawiedliwiony, a nie jest usprawiedliwionym ten drugi (lub pierwszy w kolejności), to znaczy faryzeusz. Wyrażenie greckie tu użyte można przetłumaczyć przez „raczej ten, niż tamten” lub „obok tego tam”. 
Oczywiście, czytelnicy obruszają się: jakże to, człowiek ludzko i religijnie sprawiedliwy (bo fakt ten nie jest poddany w wątpliwość!) nie miałby być zaakceptowany przez Boga? 
W oczach wielu znaczenie sceny winno być następujące: celnik odszedł usprawiedliwiony tak, jak i faryzeusz, który istotnie był sprawiedliwy (w znaczeniu religijnym – wypełniając nakazy związane ze „sprawiedliwością” religijną). 
Owszem, celnik stał się sprawiedliwym dzięki łasce Bożej, ale obok faryzeusza, nie zaś jako ten wskazany, jako „raczej” (i naprawdę) sprawiedliwy, „bardziej” niż faryzeusz... 
Już Augustyn z Hippony tłumaczył, że takie rozumienie przypowieści nie może mieć miejsca. 
Po pierwsze, ze względu na znaczenie wyrażeń greckich użytych tutaj, które jednoznacznie porównują, przeciwstawiając sobie wzajemnie dwie postacie, a po drugie, że w sposób jednoznaczny przypowieść ma zadanie podkreślić kontrast (a nie wzajemne uzupełnianie się) dwu opisanych w niej postaci. 
Wreszcie w.14b mówi wyraźnie o „poniżeniu” jednego z bohaterów historii. 
Sens przypowieści jest jednoznaczny, choć może i szokujący dla „pobożnych” słuchaczy: przychylność Boża kieruje się ku celnikowi, a nie ku faryzeuszowi. W tym właśnie wymiarze przypowieść stanowi swoisty szok. 

2.2. Tekst w jego kontekście. 

Kontekst literacki. 
Można bez trudu zrozumieć, że nasza przypowieść stanowi dalszy ciąg tej o sędzi i wdowie (Łk 18,1-9). Podobieństwa między nimi istniejące są jednoznaczne: 
- ważność modlitwy, 
- sąd Boży, 
- pomoc udzielona pokornym. 
Te trzy tematy są często akcentowane zarówno w Ewangelii Łukasza, jak i w Dziejach Apostolskich. 

Po naszej przypowieści, Łukasz opowiada jak Jezus, wbrew zdaniu swoich uczniów, przyjmie dzieci (Ew. Łukasza  18,15-17), to znaczy tych właśnie „małych”, pokornych. 
A epizod z człowiekiem bogatym, który następuje jeszcze dalej (18,18-27) zawiera ten sam akcent: „wielcy” (w.18 – jest to osoba ważna) i bogaci (w.23: jest to osoba bardzo bogata) z trudnością przyjmą Królestwo Boże. 

Kontekst bezpośredni naszej przypowieści pozwala na dodatkowe wyjaśnienie i na zróżnicowanie (ubogacające) wyżej opisanego przesłania. Dokonuje tego przez wzmocnienie i podkreślenie wagi pytań wokół: „kto jest wysłuchany i kto jest przyjęty” przez Boga. 
Można też nieco rozszerzyć tę kwestię, parafrazując pytanie: „Kim jest Ten, który wysłuchuje i przyjmuje”? 

Kontekst socjo-religijny. 

Faryzeusz. 
Pharisaîoi, faryzeusze, są precyzyjnie opisani przez historyka żydowskiego Flawiusza Józefa (I w. n.e.) w jego historii Żydów, dotyczącej II wieku p.n.e. Określenie „faryzeusz” pochodzi od hebrajskiego perouchim, które oznacza „odłączonych”, w znaczeniu osób odseparowanych od reszty, chcących pozostać czystymi i odmiennymi od reszty. Ci odłączeni, odseparowani, odrzucali niejasne postępowanie moralne (wybierając radykalizm moralny, jednoznaczną prawość) i wszelkie zdziwaczałe nauki. Krótko: ci „odseparowani” to prawdziwie pobożna elita, którą można nazwać „purytańską”. 
Ich troska o unikanie dewiacji religijnych wyrażała się przede wszystkich w skrupulatnym zachowywaniu Prawa Bożego, w jego szczególnym rozumieniu, tzn., że: 
- etyka życia miała dla nich znaczenie podstawowe, 
- stare prawa muszą być bez ustanku aktualizowane i podkreślane, co zrodziło szeroką tradycję interpretacji (to o tej tracycji pisze Marek 5,1-13). 

Faryzeusze pochodzili - w epoce Jezusa - z warstw społecznych raczej skromnych, to znaczy z klasy, którą dzisiaj nazwalibyśmy „średnią niższą”: drobnych handlarzy, rzemieślników, pisarzy, kapłanów itp. Były to profesje, w ramach których zarobki nie były szczególnie wysokie. 
Obraz, jaki w epoce Jezusa wyraża faryzeusz, to człowiek pobożny i moralny, który nie akceptuje żadnego rozluźnienia moralnego, ani też jakichś dziwnych kierunków politycznych (jak to robili np. zeloci lub herodianie). Dla większości populacji żydowskiej czasów Jezusa, faryzeusz, to obraz człowieka budzącego szacunek. 

Celnik. 
Słowo greckie telônes dotyczy osób, które miały za zadanie zebrać, na konto władzy rzymskiej, pewne podatki pośrednie i opłaty przejazdowe. 
W epoce Nowego Testamentu, imperium rzymskie ustanawiało w prowincjach i koloniach „prokuratorów”, mających nadzorować system podatków. Ci prokuratorzy rekrutowali do pracy dla nich osoby odpowiedzialne - już w terenie - za odprowadzanie stosownych opłat przez obywateli, np.: 
- za dostęp osób lub towarów do portów, 
- za przejazd osób lub towarów prze pewne miejsca, gdzie ustanowione były stanowiska celne (np. wjazd do miast lub przejazd przez granicę prowincji), 
- za dostęp sprzedawców do targów publicznych. 

W Palestynie celnicy byli zazwyczaj Żydami, którzy nabyli tę profesję, mając nadzieję na znaczące korzyści z nią związane. Korzyści były przewidywalne, ponieważ mieli oni za obowiązek dostarczyć do skarbca administracji określone minimum, mogąc sami ustanawiać maksimum opłaty (i jej część zatrzymywać dla siebie). Ten margines wolności pozwalał celnikom znacząco się wzbogacać, co powodowało, że byli oni traktowani jako kolaboranci i korzystający z systemu w sposób nieuczciwy. 
Nowy Testament oddaje tę złą reputację celników, stawiając ich obok złodziei, prostytutek i pogan (por. np. Ew. Mateusza 18,17; 21,31-32; Ew. Łukasza 19,7). 

Takimi są zatem obaj mężczyźni, bohaterowie naszej przypowieści. 

2.3. Komentarz kilku wybranych wersetów. 

W.9 – Ewangelista wprowadza w przypowieść: opisuje osoby, które są „celem przypowieści”, a które mają dwie cechy – dobre sumienie i lekceważenie drugiego, to znaczy są to osoby, które mają poczucie bycia sprawiedliwymi. 
Jest to o tyle ważne, ponieważ takie osoby, zgodnie z przypowieścią, są jednocześnie okrutnymi sędziami wobec innych. Gr. słowo exouthéneô użyte tutaj dla określeniu ich postawy, oznacza: lekceważący, uważający innych za nic. Osoby takie dzielą ludzkość na „ich” obóz i obóz „tych innych” (gorszych oczywiście...). 

W w.11-12 uwaga skupia się na zachowaniu i modlitwie faryzeusza. Jego zachowanie (na stojąco) nie ma nic szczególnego. Niemniej, jest ona pełna stałych odniesień do siebie samego, podkreślając swoje własne „sukcesy” (tu także jego podziękowanie, że nie jest jak „inni”...), bo przecież on (właśnie – on sam) robi tyle wspaniałych rzeczy... 
Pod pozorem dziękowania Bogu, człowiek ten znajduje swoistą przyjemność w spoglądaniu na siebie samego! 
Jego modlitwa zawiera dwa znaczące elementy: poczucie odmienności od innych i jego dzieła, zasługujące przed Bogiem. 
Podkreślając swoją odmienność, faryzeusz dokonuje podziału: z jednej strony on (i bez wątpienia ci, którzy są mu bliscy), a z drugiej strony „inni” ludzie, to znaczy ci, których on umieszcza na marginesie swoich wyborów. Ci „inni” są zakwalifikowani jednoznacznie, jako: rabusie, oszuści, cudzołożnicy, a wreszcie z konkretnym wskazaniem na osobę stojącą gdzieś blisko niego... („jak ten oto celnik”). 

A obok stoi właśnie ten grzesznik, celnik. Utożsamia on tę drugą kategorię ludzi – „innych”, notorycznych grzeszników. Faryzeusz dziękował Bogu za zachowanie go od bycia tą kategorię ludzi...

Co ciekawe, faryzeusz podkreśla dwa ze swoich dzieł: post i dziesięcinę. 
Prawo Mojżeszowe nakazuje jedynie jeden post na rok - w dzień pokuty, Yôm Kippour : Ks. Kapłańska 16,19 i 31; 23,27-32; Nehemiasza 9,1. 
Jednak Stary Testament zna także posty okazjonalne (np. 2 Samuela 12,21; 1 Królewska 21,27; Daniela 9,3). Najwyraźniej to do tego typu pobożności skłania się postawa naszego faryzeusza. Taki rodzaj praktyki jest znakiem głębokiej pobożności. 
Niemniej, to nie z powodu swoich własnych grzechów pości nasz faryzeusz (uważa się za bezgrzesznego), ale z powodu grzechów tych „innych”, ludzi „drugiej kategorii”, do jakich zalicza naszego celnika. Uważa on (faryzeusz), że przez swoje posty w jakiś sposób „zrównoważy” grzechy „innych”. 
Jeszcze kwestia dziesięciny z całego dobytku faryzeusza. Nie jest ona tylko dziesięciną z jego dochodów, ale ze wszystkich jego produktów, w nadziei, że będzie ona kompensowała to, co „inni”, niepobożni nie zapłacą... 
Czyli, efektywnie, faryzeusz nie jest pozbawiony szczodrości, ponieważ dziesięciny zasilały skarb świątyni jerozolimskiej, z którego wspierano biednych. 

W.13 koncentruje naszą uwagę na modlitwie celnika, to znaczy tego, który jest od początku zakwalifikowany jako grzesznik. 
Jego zachowanie charakteryzują trzy elementy: 
- „stanął on z daleka”: jest to uwaga nie tylko topograficzna, ale psychologiczna i teologiczna. Można ją zrozumieć, że staje on w oddaleniu od tego człowieka moralnego i religijnego, bądź też można ją zrozumieć w sensie jego psychologicznej niezdolności do podejścia do przodu, do życiowego parcia  w przód. 
- „nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu”: ten gest modlitwy jest bardzo znany w Biblii (por Psalm 121,1; 123,1; Ew. Marka 6,41; 7,34). Gest spuszczania oczu oznacza poczucie upokorzenia. 
- „bił się w pierś swoją”: to gest, który podkreśla wewnętrzne poczucie smutku i samo-oskarżenia (por. Ew. Łukasza 23,48). 
Modlitwa celnika odpowiada jego zachowaniu: jest to wezwanie na pomoc. 
Dosłownie: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”. Słowo gr. ilaskomai znaczy „być przychylnym dla kogoś, kto zbłądził”, a zatem okazać otwartość wobec niego. Taka jest prośba, którą celnik wznosi do Boga: bądź mi przychylny, zmiłuj się nade mną!. 
Jest to prośba o wybaczenie, której powinno towarzyszyć zaangażowanie w naprawienie wyrządzonych szkód, jak to było np. w przypadku Zacheusza (Ew. Łukasza 19,1-10). 
Możemy tym samym nakreślić portret celnika, jako człowieka przytłoczonego ciężarem winy i proszącego o Boże zmiłowanie. 

Czytelnik powinien bardzo na serio wziąć  samo-oskarżenie celnika i nie przekształcać go zbyt łatwo w model, który należałoby naśladować. Jest on w istocie rzeczy smutną postacią, ale nie ignorującą swojej sytuacji, nie szukającą zbyt łatwych usprawiedliwień. 
Nie szuka on innej pomocy, jak tylko łaska Boża i tylko tej on szuka. 

W.14 zawiera konkluzję, którą wprowadza uroczysty zwrot Jezusa - „powiadam wam”. 
Mamy tu do czynienia z dwoma częściami przekazu: 
- sąd Boży wobec obu osób, 
- aforyzm, który rozszerza sens znaczeniowy przypowieści. 

Celnik jest usprawiedliwiony, faryzeusz nie. 
Słowo gr. dikaioô, „usprawiedliwiać”, jest szczególnie bliskie apostołowi Pawłowi, ale można go spotkać także w innych częściach Nowego Testamentu, a szczególnie w Ewangelii Łukasza i w Dziejach Apostolskich. 
Tutaj jego znaczenie jest proste: człowiek proszący jest zaakceptowany przez Boga, ponieważ imiesłów „usprawiedliwiony” ma za podmiot Boga samego działającego ku usprawiedliwieniu. 
Jezus podaje tutaj werdykt Boży. A werdykt ten jest przyjęciem celnika, notorycznego grzesznika. 
Jest to zatem werdykt łaski. 
Uwaga nie skupia się na uczuciach głównych bohaterów: czy celnik wie, że jest usprawiedliwiony? A jeśli tak, to jak? I co z tego konkretnego wyniknie? A czy faryzeusz poznał swoją sytuację, on także? 
Na te pytania Ewangelista nie daje odpowiedzi, koncentrując się wyłącznie na podaniu opinii Jezusa, który zna i objawia sąd Boży w tej konkretnej sytuacji. 
Przez swój szeroki (i rozszerzony celowo) kontekst przypowieść odnosi się do każdego człowieka. Zaprasza do rozważenia tego, co Jezus objawia jako sąd Boży, jako opinię Bożą, a która odnosi się do tych, którzy w pokorze zwracają się do Niego i dzięki Niemu wzrastają...

Wiara chrześcijańska i głoszenie Ewangelii


Jeżeli wiara chrześcijańska jest darem Bożym (pisaliśmy o tym wielokrotnie w naszych poprzednich rozważaniach), jeżeli jest ona prawdziwym cudem, to jest nim dlatego, że nie jest ona możliwa, jak tylko z powodu i za przyczyną głoszenia Ewangelii. A także dlatego, że to głoszenie jest darem i cudem bez ustanku odnawianym. 

Nie musimy poszukiwać innego daru Bożego i innego cudu, jak tylko tego, 
którym jest głoszenie Jezusa Chrystusa i mocy tego głoszenia. 
Nie musimy wznosić się do niebios, aby dotrzeć do źródeł wiary, czy też, jeśli już tam się „wznosimy”, to przez i dzięki głoszeniu Ewangelii. 
Bóg także nie musi „zstępować” dzisiaj, każdorazowo, w jakiś szczególny sposób, do każdego z nas, aby dać nam wiarę. 
W Chrystusie już raz zstąpił do nas, uczynił się na zawsze Emanuelem, Bogiem z nami. 
Także dzisiaj, nie zstępuje do nas inaczej, jak tylko przez głoszenie Ewangelii, która otrzymuje moc przez Ducha Świętego. 

Nasze nawrócenie, to znaczy radykalna zmiana kierunku naszej wiary, aby z wiary „świeckiej” stała się wiarą chrześcijańską, abyśmy odwrócili się od naszych idoli i abyśmy zwrócili się do Boga żywego, to nawrócenie, zgodnie z regułą ogólną, nie ma innej przyczyny, jak głoszenie (por. Ewangelia Jana 12,48-49). 
Dzieje się tak, ponieważ głoszenie Ewangelii jest mocne, ma moc aby zmienić „ducha, który nas wypełnia” i przemienić nasze serce. 
A przeto – pisze Apostoł Paweł - i my dziękujemy Bogu nieustannie, że przyjęliście Słowo Boże, które od nas słyszeliście nie jako słowo ludzkie, ale, jak jest prawdziwie, jako Słowo Boże, które też w was wierzących skutecznie działa (I List do Tesaloniczan 2,13). 

Wiara pochodzi z tego, co się słyszy. A słyszy się, kiedy Słowo Boże jest głoszone. A Słowo Boże nigdy nie jest głoszone, aby nie działo się to z łaski i miłosierdzia naszego Pana. 
Musimy być pewni, że wszędzie, gdzie tylko Słowo Boże jest głoszone, tam jest wezwanie Boże, powołanie Boże, zaproszenie Boga skierowane do wszystkich - do wiary chrześcijańskiej i do życia wiecznego, że jest w tym wezwaniu oferowanym wszystkim obietnica odpuszczenia grzechów... 

Kiedy Ewangelia jest głoszona w jakimś miejscu, nikt nie może wątpić, że Bóg wzywa go imiennie; nikt nie może wątpić, że Bóg chce, aby on wierzył. 
Przez głoszenie Ewangelii, Bóg nie chce dać poznać swojej woli tylko kilku osobom, ale chce dać ją poznać wszystkim. 
On chce, aby wszyscy okazali skruchę i doszli do życia wiecznego. 

Podobnie, jak Bóg działał w ludziach - przez słowo Apostołów - nazajutrz po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, podobnie i dzisiaj Bóg działa w nas tym samym słowem, które czyni żywym głoszenie go, które Bóg sam czyni skutecznym dzięki mocy Ducha Świętego. 

Jego Słowo jest dynamiczne, żywe, mocne, przekonujące. Gdyż jak deszcz i śnieg – mówi Bóg - spada z nieba i już tam nie wraca, a raczej zrasza ziemię i czyni ją urodzajną, tak iż porasta roślinnością i daje siewcy ziarno, a jedzącym chleb, tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem (Księga Izajasza 55,10-11). 

Chrystus „zadomawia się” w naszej duszy,  On sam Słowo potwierdzając, które jest głoszone. Nie znajduje On jednak miejsca w naszej duszy bez głoszenia Słowa. 

Ponad 20 wieków historii chrześcijaństwa daje nam tego dowód: nie ma nawrócenia, nie ma wiary chrześcijańskiej tam, gdzie nie ma głoszenia Ewangelii - Słowa. 
Nikt nie może wierzyć  w Tego, o którym nigdy nie usłyszał. 
Nie musimy poszukiwać jaka jest ukryta wola Boża, ale musimy słuchać i rozumieć Jego wolę objawioną w Biblii i głoszoną na całym świecie. 

Dzisiaj także, Bóg nie chce innego rodzaju dzieła i innych środków, aby dać się poznać ludziom i objawić im się. 
Wiara nie pochodzi z tego, co sobie wyobrażamy lub przypuszczamy o Bogu. Pochodzi ona z tego, co słyszymy kiedy jego Słowo jest wiernie głoszone. 

Nie mówmy zatem: „Nie wiem, czy Bóg chce obdarzyć mnie wiarą”. On tego chce, ponieważ Jego Słowo jest mi głoszone i to Jego Słowo jest źródłem wszelkiej wiary. 
Nie mówmy także: „Czy Bóg zechce wzmocnić moją wiarę?” On tego chce, ponieważ głoszenie Słowa dodaje sił i wzmacnia moją wiarę; ono nas uczy i nas koryguje, aby uczynić z nas chrześcijan w pełnym tego słowa znaczeniu. 
Nie mówmy też: „Czy Bóg zechce mi wybaczyć grzechy?” Tak, On tego chce, ponieważ oferuje mi to wybaczenie w głoszeniu Ewangelii. 

Czy możemy powiedzieć: „Oby Bóg dał mi pewność mojego zbawienia?!” Pamiętajmy, że On chce, abyśmy – przez Jego Słowo – pozostawali w Chrystusie i aby Chrystus w nas mieszkał. 

Nie możemy zatem pozwalać sobie na mówienie, że być może przyjdzie moment, że Bóg pozwoli mi się usłyszeć i że mnie nawróci, ponieważ ten moment już nadszedł, ponieważ Bóg daje się usłyszeć w głoszeniu swego Słowa, głoszonego nam wszyskim, bez wyjątku, a zatem także mnie samemu. 

Co więc robić, już teraz, kiedy jesteśmy świadomi tylu faktów, aby Bóg nas nawrócił? 
Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko nawrócić się, będąc posłusznymi Jego Słowu i przyjmując wybaczenie, które jest nam ofiarowane.  
Co czynić, aby Bóg przylgnął do nas? Możemy po prostu przylgnąć jeszcze mocniej do tego, co słyszymy, przyjąć jeszcze lepiej złożone nam obietnice. Musimy mieć także świadomość, że ich (obietnic) odrzucenie nie pozostawi nas w stanie „neutralnym”, ale odrzucając propozycje, więcej - obietnice Boże, ryzykujemy nasze zatracenie, gdyż nie przyjmujemy tego, co nam było obwieszczane. 
A wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy (List do Hebrajczyków 11,1). 

Nie mamy innej odpowiedzi na nasze pytania, na nasze wątpliwości. 
Nie mamy innego kierunku dla naszych działań, jak tylko słuchanie i przyjmowanie Słowa, które jest nam głoszone. 
Nie zachęca się nas przecież do poznawania jakichś niezwykłych tajników woli Bożej, do praktykowania jakiejś przepełnionej niezwykłością „mistyki” tajemnej. 
Nie! Mamy po prostu zaangażować się całym sercem w poznanie woli Bożej, tej która jest nam objawiona w Słowie; tej woli, której gwarancję prawdziwości daje Słowo. 

Nasza wiara nie czerpie z żadnego innego źródła, jak tylko ze źródła Słowa.  
Powtórzmy to po raz kolejny z całą mocą: wiara pochodzi z tego, co się słyszy, a słyszy się, kiedy Słowo Chrystusa jest głoszone, nauczane. 
Źródło naszej wiary jest zatem tak blisko nas, moglibyśmy powiedzieć, że jest wręcz w zasięgu ręki: to słowo wiary, które jest nam głoszone. 

Autor Listu do Hebrajczyków (12,25) pisze te szczególne słowa z całym przekonaniem, z całą powagą: Baczcie, abyście nie odtrącili tego, który mówi; jeśli bowiem tamci, odtrąciwszy tego, który na ziemi przemawiał, nie uszli kary, to tym bardziej my, jeżeli się odwrócimy od tego, który przemawia z nieba. 

Na zakończenie chciałbym wam zacytować obszerny fragment jednego z najbardziej znanych dzieł Marcina Lutra. 
Uważam, że nie tylko nie można dzielić Reformatorów, ponieważ tworzyli oni w sposób wzajemnie się uzupełniający, ale jest niezbędnym, chcąc lepiej zrozumieć całość głoszonej przez Reformację nauki, odnosić się do pism każdego z nich w sposób komplementarny. 

Chcę zatem zaprosić was do przeczytania krótkiego fragmentu traktatu O wolności chrześcijanina z 1520 roku. Pismo to zaliczane jest do głównych pism reformacyjnych Lutra. Zostało ono sporządzone na prośbę Karola Miltitza, który na własną rękę próbował mediować między Lutrem a Rzymem: 

A choćbysmy odrzucili wszystko, również kontemplacje, medytacje i to, co należy do dziedziny studiów duchowych, nic nam to nie pomoże. Jedyna rzecz jest potrzebna do życia, sprawiedliwości i wolności chrześcijańskiej - nieskażone Słowo Boże, Ewangelia Chrystusowa, jak mówi (Ewangelia Jana 11,25): „Jam jest zmartwychwstanie i żywot, kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”. I znowu: „Jeśli Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie" (Ewangelia Jana 8,36). I: "Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych" (Ewangelia Mateusza 4,4). Uznajemy tedy za rzecz pewną i ugruntowaną, że dusza może obejść się bez wszystkiego, z wyjątkiem Słowa Bożego, bez którego nic nie jest w stanie jej pomóc. Mając zaś Słowo, jest bogata i niczego nie potrzebuje, ponieważ jest to Słowo Żywota, prawdy, światłości, pokoju, sprawiedliwości, zbawienia, radości, wolności, mężności, cnoty, łaski, chwały i wszelkiego
dobra nieoszacowanej wartości. To jest Słowo Boże, które prorok w całym Psalmie 119 i w wielu innych miejscach, tyloma westchnieniami wzywa. I zaiste nie ma groźniejszej plagi gniewu Bożego, niż gdy ześle głód słuchania Słowa Bożego, jak powiada prorok Amos (8,11-12), a zarazem nie ma większej łaski, niż gdy zsyła Słowo swoje, jak powiada Psalm 107,20: „Posłał Słowo swoje, aby ich uleczyć i wyratować ich od zagłady". Także i Chrystus nie do innej służby został zesłany, jak tylko do służby Słowa, a urząd apostolski, biskupi, cały w ogóle stan kapłanski jest powołany i ustanowiony dla posługi Słowa. Zapytasz zas: „Które to jest Słowo?” albo "w jaki sposób należy z niego korzystac, skoro tak wiele jest słów Bożych?". Odpowiadam: wyjaśnia to apostoł Paweł (Rzym. 1,1), że mianowicie jest to Ewangelia Boża o Jego Synu wcielonym, który cierpiał, został zmartwychwzbudzony i uwielbiony przez Ducha, który uświęca.

Niech Duch Święty prowadzi nas na drodze słuchania i życia tym Słowem, którym Pan nas tak obficie obdarza.