piątek, 29 czerwca 2012

Nieco historii...

Powstając i rozwijając się w ramach państwa pogańskiego (dominacji rzymskiej) wspólnoty chrześcijańskie, a właściwie całe chrześcijaństwo, stanie się stopniowo religią państwową (proces ten przebiegnie dynamicznie po „nawróceniu się” cesarza Konstantyna w 325 r.).
W roku 380 cesarz Teodozjusz zakończy rzymską politykę wolności religijnej i podniesie Kościół do rangi jedynej oficjalnej religii cesarstwa.

Niemniej, relacja tego typu, powiązania między Kościołem i państwem, nie reguluje wszystkich kwestii autorytetu-władzy.
Znamy doskonale - w Europie Zachodniej tym razem - trwające przez całe Średniowiecze konflikty między papiestwem i Cesarstwem (ale i konflikty z poszczególnymi
królami, władcami często znaczących państw...).

Kwestia relacji między Kościołem i państwem stała się ponownie i ze szczególną ważnością aktualna w czasach Reformacji.
Luter zakładał autonomiczność Kościoła, ale z racji politycznych musiał przyjąć i zaakceptować fakt, że władze cywilne uczestniczą w zarządzaniu Kościołem.
Jeśli chodzi o Kalwina, to nie mógł on zaakceptować sytuacji, w której władze cywilne dyktowałyby prawa kościelne. Udało mu się, przyznajmy - po części i po długotrwałych negocjacjach, opublikować „Rozporządzenia kościelne” (Ordonnances ecclésiastiques), regulujące życie obywateli wierzących.
Wiek XVIII zaznaczył nowy rozdział w historii Europy.
Filozofia Oświecenia i rewolucje angielska, amerykańska i francuska (proklamacja praw człowieka i ideałów demokratycznych) znacząco zmieniły pejzaż polityki kościelnej w szeregu krajów europejskich.

Jeśli chodzi o Kościół Katolicki, mający charakter ponad-narodowy, ponad-państwowy, to skupił się on na umacnianiu swojej organizacji. Znaczącą w tej kwestii będzie swoisty finał reakcji na zwiększające się poczucie autonomii państw w kwestiach religii i ich krytycyzm wobec instytucji przede wszystkim katolickich. Finał ten polegał na ogłoszeniu w 1870 dogmatu o nieomylności papieskiej.

Kościoły protestanckie, z natury swej bardziej wolne w dziedzinie zmian zewnętrznych, strukturalnych, reagowały inaczej niż Kościół rzymski, na pojawiające się nowe sytuacje polityczne w państwach, w jakich przyszło im się znajdować.
Nie zapomnijmy przy tym, że wszelkie organizacje o charakterze międzynarodowym, dla protestantów nie mają znaczenia władzy, a jedynie unii,  mających nie tyle władzę instytucjonalną, ale posiadających autorytet moralny, duchowy, społeczny.

Kościoły protestanckie są z natury związane z danym państwem i jego kulturą.
Paradoks ten, skrzętnie zaciemniony w Polsce, należy na gruncie polskim szczególnie podkreślić.
Oto, wbrew utartemu i niestety historycznie i obiektywnie nie potwierdzalnemu stereotypowi Polaka-katolika, to właśnie Kościoły protestanckie są jak najbardziej polskie i związane z Polską we wszystkich wymiarach jej i ich istnienia. Ale to temat na inny artykuł...

Dla przypomnienia tego, co już było ogólnie opisane w numerze 10 naszego biuletynu, chcemy przypomnieć główne modele (istniejące współcześnie) relacji Kościołów protestanckich z państwem, na terenie którego funkcjonują.

1. Model separacji.
Istnieje on np. we Francji (za wyjątkiem Alzacji-Mozeli, będących terytorium tzw. konkordatowym), w dwóch kantonach szwajcarskich (Genewy i Neuchâtel), w Hiszpanii, w Portugalii, we Włoszech, w Grecji, w Polsce (i większości krajów Europy wschodniej) oraz na większości kontynentów.
W modelu tym Kościoły protestanckie mają dość niewielkie związki z państwem (opierając się o prawo regulujące ich status w państwie), prowadząc własną politykę finansową, samodzielnie utrzymując należące do nich struktury i personel.
W niektórych sytuacjach państwo w niewielkim stopniu uczestniczy w niektórych kosztach np. nauczania religii, czy kapelanii służb mundurowych.

2. Model „konkordatowy”.
Choć słowo „konkordat” odnosi się do umowy państwo-Kościół zawieranej specyficznie z Kościołem katolickim, chodzi tu umownie o system, w którym Kościoły protestanckie są autonomiczne, ale mają z państwem umowy, przede wszystkim o charakterze finansowym.
Umowy te dotyczą różnego rodzaju aktywności kościelnych, począwszy od pomocy administracji państwowej w zbieraniu podatku kościelnego, deklarowanego zgodnie z przynależnością kościelną, przechodząc do większej pomocy finansowej państwa, np. płacenia pensji pastorskich. Przykładami będą tu wspomniane wyżej terytorium Alzacji-Mozeli i Królestwo Belgii.

3. Model unii z państwem.
Współpraca pomiędzy państwem a Kościołem jest tutaj świadectwem woli państwa, mogącego liczyć na dany Kościół, szczególnie w kwestiach etycznych i społecznych. Taki rodzaj oczekiwań ma tu charakter fundamentalny.
Przykładem będą tu szczególnie Niemcy oraz większość kantonów szwajcarskich.
Wiążą się z tym pewne rozwiązania finansowe, jak np. podatek kościelny obwiązkowy lub dobrowolny, włączenie kosztów funkcjonowania kultów do ogólnego budżetu państwa i administracji lokalnych.
W systemie tym państwo może mieć pewne prawa, np. zatwierdzać wybór pastorów, czy innych osób sprawujących posługi kościelne.

4. Model Kościoła państwowego.
W modelu tym państwo uprzywilejowuje pewne konkretne wyznanie, nadając mu statut prawa publicznego. Państwo uczestniczy w nominacji kleru, reguluje kwestie życia kościelnego (jest to szczególnie przykład Wielkiej Brytanii), a także zapewnia środki finansowe, niezbędne dla funkcjonowania kościelnego.
Przykładami tutaj będą (poza Wielką Brytanią) Szwecja (do roku 2000) i Dania.

Dzisiaj, problematyka relacji Kościoły-państwo, a szczególnie refleksja związana z autorytetem i władzą, stają przed nowym wyzwaniem, związanym ze zmianami społecznymi, które już od szeregu lat dotykają społeczeństwa Europy (w tym także Polski).
Myślimy tu przede wszystkim o zmianach w pojmowaniu praktyki religijnej, sekularyzacji, a także o masowym często napływie (tu przede wszystkim do krajów Europy zachodniej) imigrantów wyznających religie inne, niż te dotąd obecne tradycyjnie od wieków na kontynencie europejskim.
Sytuacja ta jest z pewnością nową, nie tylko w znaczeniu ogólno-historycznym, ale także funkcjonalnym dla wielu Kościołów protestanckich, stawiając je przed nowymi i często trudnymi wyzwaniami.

Chrześcijanin, a jego relacja z państwem/władzą cywilną

Historia Europy i krajów, która ona skolonizowała, obfituje w epizody ukazujące pragnienia kościelne narzucenia swojego autorytetu różnym ludom i ich władcom.
Często u korzeni takich przedsięwzięć była wola potwierdzenia powszechnego panowania Boga, ale często kończyło się ono poważnymi konfliktami, w których prawdziwe królowanie Boże było zaciemnione lub schodziło na plan znacząco daleki.

Dzisiaj jeszcze, pomimo, że poszukiwanie bezpośredniej władzy nad całymi narodami (tzw. Teokracja) zostało wyeliminowane z przynajmniej oficjalnych i formalnych programów kościelnych, idea społeczeństwa „chrześcijańskiego” nie zanikła całkowicie, jeśli czyta się niektóre programy „misji”, czy „re-ewangelizacji”.
Nostalgia „porządku chrześcijańskiego” w społeczeństwie pozostaje obecna u wielu, którzy – często w sposób wysoce nieuporządkowany – chcieliby, by autorytet Boga wszechmogącego był obecny już „tu i teraz” i to naturalnie reprezentowany przez ich (tę „właściwą”) instytucję kościelną.

Jaki typ relacji chrześcijanin powinien utrzymywać z władzami cywilnymi („państwa”)?
W kwestii tej wskazówki są liczne w Nowym Testamencie i ukazują, że kwestia ta była niezwykle istotną dla tworzących się wspólnot chrześcijańskich.

Problematyka prezentowana przez teksty biblijne jest zarówno teologiczna, jak i praktyczna.
U swoich podstaw, były to pytania:
Ø    Czy należy się państwu lojalność, a kiedy jest to już niewłaściwym kompromisem z władzą państwa?
Ø    W kontekście Cesarstwa Rzymskiego czy powinno się wybrać autorytet Boży czy państwa, a przede wszystkim kiedy i jak?

W takim klimacie pytań, stawianych w określonej sytuacji polityczno-społecznej Cesarstwa Rzymskiego (które trudno, nawet przy największej wyrozumiałości, posądzać o życzliwość dla chrześcijan), Apostoł Paweł uznaje rolę państwa i to rolę chcianą przez Boga samego.

Przeczytajmy, choćby tylko dla naszej informacji, trzy teksty biblijne, autorstwa Pawła Apostoła:

1. Z Listu do Rzymian 13,1-7:
Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. Przeto kto się przeciwstawia władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu; a ci, którzy się przeciwstawiają, sami na siebie potępienie ściągają. Rządzący bowiem nie są postrachem dla tych, którzy pełnią dobre uczynki, lecz dla tych, którzy pełnią złe. Chcesz się nie bać władzy? Czyń dobrze, a będziesz miał od niej pochwałę; jest ona bowiem na służbie u Boga, tobie ku dobremu. Ale jeśli czynisz źle, bój się, bo nie na próżno miecz nosi, wszak jest sługą Boga, który odpłaca w gniewie temu, co czyni źle. Przeto trzeba jej się poddawać, nie tylko z obawy przed gniewem, lecz także ze względu na sumienie. Dlatego też i podatki płacicie, gdyż są sługami Bożymi po to, aby tego właśnie strzegli. Oddawajcie każdemu to, co mu się należy; komu podatek, podatek; komu cło, cło; komu bojaźń, bojaźń; komu cześć, cześć.

2. Z 1 Listu do Koryntian 6, 1-5:
Czy śmie ktoś z was, mając sprawę z drugim, procesować się przed niesprawiedliwymi, zamiast przed świętymi? Czy nie wiecie, że święci świat sądzić będą? A jeśli wy świat sądzić będziecie, to czyż jesteście niegodni osądzać sprawy pomniejsze? Czy nie wiecie, że aniołów sądzić będziemy? Cóż dopiero zwykłe sprawy życiowe? Jeśli macie do osądzenia zwykłe sprawy życiowe, to czemu powołujecie na sędziów tych, którzy w zborze się nie liczą? Mówię to, aby was zawstydzić. Czyż nie ma między wami ani jednego mądrego, który może być rozjemcą między braćmi swymi? 

3. Z 2 Listu do Koryntian 2,5-9:
Jeśli tedy ktoś zasmucił, to nie mnie zasmucił, lecz poniekąd - by nie powiedzieć za wiele - was wszystkich. Takiemu wystarczy ta kara, jaka została nałożona przez większość, tak, że przeciwnie, wy raczej powinniście przebaczyć mu i dodać otuchy, aby go przypadkiem nadmiar smutku nie pochłonął. Dlatego proszę was, abyście postanowili okazać mu miłość. Po to zresztą i pisałem, aby was wypróbować, czy we wszystkim jesteście posłuszni.

Jeżeli przeczytamy teksty te uważnie i poddamy je rzetelnej medytacji, zauważymy, że poddanie chrześcijanina władzy nie ma charakteru „ślepego”, ale jest czujne i krytyczne. Autorytet państwa nie jest i nie może być porównywalny z autorytetem Bożym.
Bóg „delegował” państwu pewien autorytet, który ma za cel obronę dobra wspólnego i karanie zła.
Autorytet państwa nie jest zatem absolutny; jest on ograniczony jego rolą gwaranta pewnego porządku.

Bardzo ciekawe są w tej kwestii słowa jednego ze znaczących teologów luterańskich, Oskara Cullmanna (1902-1999, specjalisty egzegezy Nowego Testamentu i historyka Kościoła pierwotnego): „Chrześcijanin zna miejsce, jakie państwo zajmuje w Bożej ekonomii zbawienia; wie on dlaczego państwo może rozróżnić dobro od zła. Z tej właśnie racji chrześcijanin może – pomimo, że mogłoby się to wydać paradoksalnym – uznać w państwie, choćby było ono pogańskie, jego najwyższą godność, którego to uznania nie może dokonać obywatel nie-chrześcijanin. Niemniej, ta sama racja nakazuje mu utrzymać wobec państwa postawę krytyczną i czuwać, aby państwo nie oddaliło się w żaden sposób od porządku Bożego”.

A zatem, będąc poddanym władzom cywilnym, chrześcijanin pozostaje w ostatniej instancji poddany autorytetowi Bożemu (uwaga: nie mylić go z autorytetem instytucji kościelnej!).
Będzie on uważny na wszelkie totalitarne nadużycia władzy i będzie świadczył o swoim przywiązaniu do autorytetu Bożego i do wartości Ewangelii (1 List Piotra 2,13-17:
Bądźcie poddani wszelkiemu ludzkiemu porządkowi ze względu na Pana, czy to królowi jako najwyższemu władcy, czy to namiestnikom, jako przezeń wysyłanym dla karania złoczyńców, a udzielania pochwały tym, którzy dobrze czynią. Albowiem taka jest wola Boża, abyście dobrze czyniąc, zamykali usta niewiedzy ludzi głupich, jako wolni, a nie jako ci, którzy wolności używają za osłonę zła, lecz jako słudzy Boga. Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga się bójcie, króla czcijcie).

Wreszcie, nie zapomni on o modlitwie za tych, którzy sprawują władzę (1 List do Tymoteusza 2,1-2: Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości).

Rozważanie Ewangelii wg św. Marka 14,12-25

A w pierwszy dzień Przaśników, kiedy zabijali baranka wielkanocnego, zapytali go uczniowie jego: Gdzie chcesz, abyśmy poszli i przygotowali ci wieczerzę paschalną? I posłał dwóch uczniów swoich, i rzekł im: Idźcie do miasta i spotka się z wami człowiek niosący dzban wody; za nim idźcie. A gdziekolwiek by wszedł, powiedzcie gospodarzowi: Nauczyciel mówi: Gdzie jest moja izba, w której mógłbym spożyć wieczerzę paschalną z uczniami moimi? A on pokaże wam przestronną jadalnię, przygotowaną i przystrojoną; tam nam przygotujcie. I odeszli uczniowie, i przyszli do miasta, i znaleźli, jak im powiedział, i przygotowali wieczerzę paschalną. A gdy nastał wieczór, przybył z dwunastoma. I gdy siedzieli i jedli, rzekł Jezus: Zaprawdę powiadam wam, że jeden z was, który je ze mną, wyda mnie. Poczęli się smucić i mówić jeden po drugim: Chyba nie ja? A On im odpowiedział: Jeden z dwunastu, ten, który macza ze mną w jednej misie. Syn Człowieczy wprawdzie odchodzi, jak o nim napisano, ale biada owemu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Lepiej by było, gdyby się nie narodził ów człowiek. A gdy oni jedli, wziął chleb i pobłogosławił, łamał i dawał im, i rzekł: Bierzcie, to jest ciało moje. Potem wziął kielich, podziękował, dał im i pili z niego wszyscy. I rzekł im: To jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa. Zaprawdę powiadam wam, nie będę już odtąd pił z owocu winorośli, aż do owego dnia, gdy go będę pił na nowo w Królestwie Bożym.

Tekst Ewangelii według św.Marka jest tekstem znanym, jak dobrze znana melodia.
Jest to jeden z tych tekstów, które czyta się, czy cytuje często, gdy jest mowa o instytucji Wieczerzy Pańskiej.
Warto, czytając tekst Marka, wrócić do tekstów Starego Testamentu, podających żydowską tradycję Paschy (mówimy tu oczywiście o tekstach z księgi Exodus – Wyjścia). Warto także przeczytać ich nowotestamentową interpretację, zwłaszcza w Liście do Hebrajczyków....

Jednakże w tej krótkiej refleksji, którą chcę wam zaproponować poniżej, nie będę starał się poddać analizie jednego z dwóch – niekontestowanych – sakramentów Kościoła (jeśli chcecie używać także innej nomenklatury – ustanowień).
Chcę przede wszystkim, abyśmy przyjrzeli się tekstowi Marka takiemu, jakim on się prezentuje w swojej oryginalności.
Spróbujmy nie poddać się pokusie interpretowaniu go przez filtr naszych późniejszych tradycji, ani też przez teksty Ewangelii synoptycznych.
Przyjmijmy go jako tekst, który w swojej oryginalności jest tekstem Ewangelii, to znaczy Dobrej Nowiny, wciąż aktualnej, zawierającej ciągle nowe możliwości dla naszego życia dzisiaj, współcześnie.

Chciałbym najpierw usytuować go w jego kontekście literackim i kulturowym.

Jeśli chodzi o plan literacki, to to, co uderza w pierwszym rzędzie uważnego czytelnika Ewangelii według św.Marka, w rozdziale 14, to zadziwiające podobieństwo przygotowań do posiłku, porównując je z tymi, które znajdujemy w rozdziale 11.
W obu tych sytuacjach Jezus nie jest jeszcze w Jerozolimie, natomiast pośpiesza, aby doń wejść.
W oby przypadkach, posyła przed sobą uczniów, aby przygotowali jego przybycie.
Dwukrotnie ma się dziwne wrażenie, że Jezus przepowiada to, co stanie się niedługo; i... rzeczywiście wszystko dzieje się tak, jak On to powiedział...
Można także znaleźć podobieństwa w słownictwie stosowanym w obu tych scenach: podłoże ścieżki, którą Jezus wejdzie do Jerozolimy w niedzielę zwaną Palmową jest ozdobione na Jego wejście, podobnie też sala (w rozdz.14), przygotowana na wspólny posiłek paschalny jest przystrojona.
Podobieństwa te są ujmujące i nie mogą być owocem przypadku.
Jest tak, jakby teraz - w rozdziale 14 - nastąpiło prawdziwe wejście Pana do Jerozolimy.
Tym razem jednak, nie ma nikogo, kto mógłby ogłaszać Jego wejście, a klimat samego wejścia i pobytu niesie na sobie jakby ciężar spisku, który otacza Jego wejście i pobyt w Mieście Świętym.
Podobnie jak figura człowieka niosącego dzban (która to funkcja była tradycyjnie przypisywana kobietom), poprzez swoją szczególność jest jakby figurą prorocką, odnoszącą się do Tego, który celowo i z własnej decyzji nie chce odpowiadać błędnym oczekiwaniom, w które chciano by Go wpisać, w których chciano by Go zamknąć.
Ten ciężki klimat sytuacji jest wzmocniony przez wersety 10 i 11, poprzedzające nasz tekst, a które dodają „dekoracji” przez opis zdrady Judasza, godzącego się oddać Jezusa na łaskę arcykapłanów.

Kiedy Jezus i uczniowie rozpoczną posiłek, wiemy, jako uważni czytelnicy, co stanie się już niedługo, jesteśmy świadomi dramatyzmu sytuacji.
Spisek, machinacje, są już uruchomione i nic nie może ich zatrzymać...
Ogłoszenie zaparcia się Piotra, zaraz po naszym tekście, nie jest niczym innym, jak tylko potwierdzeniem tego ciężkiego klimatu, towarzyszącego i zapowiadającego nieuniknioną katastrofę, której już nie można uniknąć...

Plan, który zaczyna się przed nami rozpościerać, w sposób nieunikniony prowadzi nas do Krzyża.
Taki jest efekt wyboru literackiego, podjętego przez Marka.
W dzień Palm, Jezus wjechał do Jerozolimy w świetle pełnego dnia, a tłumy Go witały i krzyczały na Jego cześć, uważając Go i wyznając w Nim Mesjasza, którego tak długo oczekiwano.
Teraz jednak, to z ciemnością zapadającej nocy Jezus wejdzie do miasta i nikt nie będzie towarzyszył Jego wejściu, dając świadectwo rozumienia Jego obecności, ważności Jego osoby.
Nikt nie da świadectwa Królestwu, które wraz z Nim przychodzi...
Nikt, nawet Jego najwierniejsi uczniowie....

Istotnie, klimat jest ciężki i tym samym tym bardziej łatwy do zauważenia, ponieważ pozostaje w silnym kontraście z tym, jaki winien towarzyszyć świętu Paschy.

Przejdźmy tutaj do kontekstu kulturowego.

Posiłek paschalny miał za cel być posiłkiem świątecznym, przypominającym pierwsze przymierze Boga ze swoim ludem i posiłek Mojżesza, który poprzedzał dar dwóch tablic Prawa.
Posiłek Paschy był (i jest) pamiątką aktu fundacyjnego Izraela, paktu wolności, który łączy Boga i Jego lud, który był poddany niejako „wizualizacji” tego szczególnego wieczoru.

Nałożenie się tych dwóch wymiarów, świątecznego (tradycyjnie związanego z Paschą żydowską) i tragedii Jezusa, dają Jego posiłkowi ów szczególny koloryt.

Drugim punktem, który chciałbym podkreślić, to intryga, jaka zawiązuje się w tym fragmencie Ewangelii Marka.

Jeżeli czyta się go uważnie, można zauważyć, że coś dzieje się w akcji, która toczy się przed naszymi oczami.
Wyobraźmy sobie przez moment, że jesteśmy niedyskretnymi „podglądaczami” tej sceny, patrząc na nią przez wyobrażone okno, tak, by być niezauważonymi, tak, że widzimy scenę, ale nie słyszymy towarzyszących jej dźwięków.
Co zatem zobaczymy? Grupę Żydów w trakcie spożywania posiłku paschalnego.
Tego wieczoru, w Jerozolimie, fakt taki musiał być powszechny, co dodawało mu swoistej banalności.
Bez słów wypowiedzianych przez Jezusa, scena pozostaje dla nas bez większego znaczenia; to słowa Jezusa czynią z niej ten jedyny i szczególny moment!
Należy także zauważyć, że słowa te zostaną wypowiedziane po wypełnieniu rytualnych, wymaganych sytuacją, gestów. Mają one miejsce jakbyśmy prawie wbrew nas samym stali się odbiorcami, świadkami objawienia, mającego miejsce tego wieczoru...

Posłuchajmy zatem z uwagą słów Jezusa, aby pojąć ich sens.

To, co uderza nas, to fakt, że Jezus całkowicie odwraca znaczenie rytuału, przyjmując miejsce Mojżesza.
Jak powie Paweł, przez Jego słowa umieszcza siebie samego, jako fundament Nowego Przymierza między Bogiem, a ludźmi. 
Dla pobożnego Żyda, fakt ten ma charakter bluźnierczy. Jezus uważa się za Boga!

Następnie, Jezus ogłasza jeszcze raz swoją przyszłą śmierć, a będzie to śmierć gwałtowna.
Jezus używa słów odnoszących się zwyczajowo do ofiar składanych Bogu.
Uczniowie nie mogą już zignorować faktu, że śmierć Jezusa nie jest tylko rodzajem męczeństwa (czyli – etymologicznie rzecz ujmując – świadectwem).
Nie, Jego śmierć jest czymś zdecydowanie większym. Jest ofiarą za innych, za wielu.
Śmierć Jezusa ma moc zbawczą ofiar rytualnych, ale w wymiarze dużo szerszym.
Jest to ofiara ostateczna i uniwersalna (powszechna), która nie musi już być powtarzana, ponawiana - ponieważ On jest zbawcą wszystkich wybranych.

Ostatnie znaczenie słów i gestów Jezusa tego wieczoru jest następujące: identyfikując się, jako fundament Nowego Przymierza, zastępując sobą miejsce chleba i wina Starego Przymierza, Jezus sam wpisuje w życie swoich uczniów rzeczywistość tego powszechnego zbawienia.
Podzielili między sobą chleb i wino, nawet nie zrozumiawszy pełni znaczenia tych gestów, ale są oni tymi, którzy są obdarzeni efektami Nowego Przymierza...

Słowa Jezusa kończą się obietnicą nowej Paschy w Królestwie Bożym.
Po obwieszczeniu śmierci na krzyżu, można tu odnaleźć obwieszczenie zmartwychwstania Jezusa.

Należy zauważyć, że u Marka nie ma najmniejszej wzmianki o potrzebie powtarzania tego rytuału przez uczniów, po ostatecznym odejściu Jezusa.
Ma się natomiast wrażenie, że oto Jezus (przez swoje gesty i wypowiedziane słowa) podał klucz rozumienia całej Ewangelii: oto wyjawił sens swojego przybycia i jego celu; wyjawił sens swojej śmierci na krzyżu!
To na krzyżu, w Ewangelii Marka, odbywa się całość tego, co miało się stać.
Zmartwychwstanie będzie w ścisłym związku z Krzyżem. Jest zwiastowane jako powstanie z martwych Tego, który najpierw został złożony w ofierze na krzyżu.
W takim też wymiarze Krzyż, od momentu tego posiłku paschalnego, staje się skandalem (w jego znaczeniu teologicznym, tzn. przeszkodą, kamieniem, o który można się potknąć).
Śmierć Jezusa na krzyżu jest „okazją” do nieuznania w Nim Chrystusa/Mesjasza.

To prawda, słowa Jezusa wypowiedziane podczas ostatniej wieczerzy są skandaliczne.
Najpierw dla Żyda – jakże ten człowiek może uważać się za Boga? Czy istnieje większy nad to grzech? Kim jest ten człowiek, który przyszedł zrewolucjonizować, całkowicie odwrócić nasz sposób modlitwy i uwielbiania Boga?

Słowa Jezusa są także skandalem dla Jego uczniów.
Ponieważ Jezus nie jest mesjaszem politycznym, jaki odpowiadałby ich ideałom; nie jest też dodającym im pewności przywódcą, za którym można byłoby pójść bez żadnego ryzyka, bez żadnego większego problemu...
Jezus nie jest tym, którego oczekiwał Judasz, nie jest też tym, którego oczekiwał Piotr.
Kim jest ten człowiek, który poddaje w wątpliwość naszą koncepcję Boga?
Jak można zrozumieć tego Boga, który daje się aż do końca tego strasznego cierpienia krzyża, aby stanąć z nami, obok nas, w naszej ludzkości pełnej delikatności i cierpienia?

Nasze uczynki, nasze dzieła?

W oczach Bożych motywy, intencje, jakie kierują naszymi działaniami, są już prawdziwymi dziełami/uczynkami.
Dla Tego, który jest Duchem, duch jakiegoś dzieła już jest czynem.
Wiele uczynków/dzieł duchowych są dziełami związanymi z postawą wiary:
- widzieć po prostu dzieła Boże, takimi jakimi są,
- rozpoznać intencje Ojca, Syna i Ducha Świętego, nadzieję chrześcijańską, itd.

Nawet w dziełach, które zewnętrznie tworzymy, Bóg w Jego łasce – w imię Jezusa Chrystusa – liczy się z kierującymi nami intencjami tak, jakby one same były uczynkami.
„Mamy ten przywilej, kiedy zdążamy do celu, że Bóg akceptuje, przyjmuje chcenie za fakt” (Kalwin), także gdy wykonanie naszego chcenia pozostaje ciągle niedoskonałe lub napotyka wiele przeszkód, wynikających z naszej słabości, naszego braku inteligencji, opozycji i braku otwartości, ograniczeń w przyjmowaniu drugiego człowieka.

Bóg wybacza naszą słabość, gdy tylko wiara jest u źródeł naszych myśli i naszych dzieł i kiedy dążymy do celu, który On nam wyznaczył.
Bóg zważa bardziej na swe dzieło w nas, niż na nasze wady i na naszą niewystarczalność.
Dostrzeżmy zatem, w jakim stopniu Bóg dodaje nam odwagi!
Akceptując nas takimi, jakimi jesteśmy, w imię Jezusa Chrystusa, dodaje nam siły tam, gdzie nam jej brakuje.

Trzeba zatem, aby nasze serca biły w rytmie dzieł Pańskich, wiedząc, że Bóg chce być nam przychylny, że akceptuje nasze uczynki, pomimo ich niedoskonałości i odrzuca wszelką zniewalającą nas sytuację.
Zadowala się tylko faktem, że jesteśmy Jego dziećmi i że pragniemy Mu być posłuszni.

Pomimo, że służba chrześcijańska winna być pełniona i wypełniana tylko dla chwały Bożej, On sam zna naszą słabość w czynieniu dobra, dodaje nam odwagi i obiecuje wynagrodzić nasze wysiłki.
Nowy Testament, a szczególnie Ewangelie, obfituje w teksty, gdzie po obowiązkach i przykazaniach następują obietnice.
Nagroda nie jest nigdy jednak koniecznym następstwem, czy też wynikiem zasługi.
Jest ona łaską, całkowicie darmową łaską!
Gdyby nawet zatem nie było żadnej nagrody, winniśmy oddać się dziełu Bożemu.
Po raz kolejny możemy dostrzec, jak bardzo Bóg jest naszym Ojcem i jak z miłością traktuje słabość swoich stworzeń.

Czy zatem, jeśli Bóg nas usprawiedliwia przez swoją łaskę, uczynki, które wykonujemy dzięki Jego łasce, nie są Mu miłe i czy nie są one godne być przez Niego zaakceptowanymi?
Nie, oczywiście, że są Mu miłe, ponieważ przyjmuje, akceptuje On je darmowo i nie dlatego, że one na to zasługują, bo przecież niosą one na sobie ślady naszego grzechu.
Moje uczynki podobają się Bogu z racji wiary, z jaką je wykonuję i ponieważ jestem pewny w moim sumieniu, że okryje On ich niedoskonałości i plamy świętością Jezusa Chrystusa, aby je widzieć takimi, jakby były doskonałymi...

A zatem, ponieważ Bóg go wezwał, chrześcijanin nie jest usprawiedliwiony dzięki swoim uczynkom; i to nie dzięki nim zasługuje na to, że Bóg go kocha i że obdarza go zbawieniem.
Pismo Święte stwierdza, że żaden żyjący człowiek nie może być sprawiedliwym przed Bogiem, jeżeli Bóg podda go swemu osądowi.
Kto zaś z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie do niego, gdy powróci z pola: Chodź zaraz i zasiądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż się najem i napiję, a potem i ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze, że uczynił to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Sługami nieużytecznymi jesteśmy, bo co winniśmy byli uczynić, uczyniliśmy (Ewangelia Łukasza 17,7-10).

Jeżeli nasze dobre uczynki do niczego nie służą, dlaczego zatem Bóg nam je nagrodzić w życiu obecnym, jak i w życiu przyszłym?
To nie na próżno Bóg obiecuje nam nagrodę tak na tym świecie, jak i w Niebie.
Jednakże nagroda ta nie jest nam dana w wyniku naszych zasług, ale dzięki Jego łasce.
A zatem byłoby całkowicie niemożliwym być usprawiedliwionym przed Bogiem przez wiarę, bez wykonywania dobrych uczynków, ponieważ wierzyć w Jezusa Chrystusa oznacza przyjąć Go takiego, jakiem się On nam daje i to wraz ze wszystkimi Jego obietnicami.
A obiecuje On nam nie tylko wyzwolenie z potępienia za nasze grzechy i pogodzenie nas z Bogiem, ale także odrodzenie nas przez swego Ducha, abyśmy mogli żyć święcie.

To po to, aby nas doprowadzić do świętości, Bóg wzywa nas najpierw do wiary.
Wiara jest drzwiami świętości, wdzięczności, skruchy, posłuszeństwa i miłości.
Przez nią jesteśmy osadzeni i ugruntowani w miłości, aby być wypełnionymi przez Boga: Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię, by sprawił według bogactwa chwały swojej, żebyście byli przez Ducha jego mocą utwierdzeni w wewnętrznym człowieku, żeby Chrystus przez wiarę zamieszkał w sercach waszych, a wy, wkorzenieni i ugruntowani w miłości, zdołali pojąć ze wszystkimi świętymi, jaka jest szerokość i długość, i wysokość, i głębokość, i mogli poznać miłość Chrystusową, która przewyższa wszelkie poznanie, abyście zostali wypełnieni całkowicie pełnią Bożą (List do Efezjan 3,14-19).

Przeczytajmy także:
Ø    Teraz zaś, wyzwoleni od grzechu, a oddani w służbę Bogu, macie pożytek w poświęceniu, a za cel żywot wieczny (List do Rzymian 6,22)
Ø    Taka jest bowiem wola Boża: uświęcenie wasze, żebyście się powstrzymywali od wszeteczeństwa (...), Albowiem nie powołał nas Bóg do nieczystości, ale do uświęcenia (1 List do Tesaloniczan 4,3.7).
Ø    Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili (List do Efezjan 2,10).

A zatem, nie będąc dla nas zwolnieniem z posłuszeństwa, wszystko, czego dostępujemy w Chrystusie, jest źródłem świętości.
Bo w Chrystusie Jezusie ani obrzezanie, ani nieobrzezanie nic nie znaczy, lecz wiara, która jest czynna w miłości (List do Galatów 5,6).
Prawdziwa to mowa i chcę, abyś przy tym obstawał, żeby ci, którzy uwierzyli w Boga, starali się celować w dobrych uczynkach. To jest dobre i użyteczne dla ludzi (List do Tytusa 3,8).

Ci, którzy uwierzyli w Boga, winni zaangażować się w doskonalenie wypełniania dobrych uczynków.
Bóg jest pomny i na przysięgę, którą złożył Abrahamowi, ojcu naszemu, że pozwoli nam, wybawionym z ręki wrogów bez bojaźni służyć mu w świątobliwości i sprawiedliwości przed nim po wszystkie dni nasze (Ewangelia Łukasza 1,73-75).

Jakie winny zatem być nasze uczynki, zgodne z wolą Bożą?
Na zakończenie przeczytajmy i przypomnijmy sobie lub zapamiętajmy tekst, który pozostaje jako absolutnie fundamentalny dla każdego wierzącego, wyrażając od dziesiątków wieków niezmienną wolę Bożą:

Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

a) Obowiązki wobec Boga:
1. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
2. Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą. A okazuję łaskę do tysiącznego pokolenia tym, którzy mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
3. Nie nadużywaj imienia Pana, Boga twojego, gdyż Pan nie zostawi bez kary tego, który nadużywa imienia jego.
4. Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić. Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służebnica, ani twoje bydło, ani obcy przybysz, który mieszka w twoich bramach. Gdyż w sześciu dniach uczynił Pan niebo i ziemię, morze i wszystko, co w nich jest, a siódmego dnia odpoczął. Dlatego Pan pobłogosławił dzień sabatu i poświęcił go.

b) Obowiązki wobec naszych bliźnich i wobec nas samych:
5. Czcij ojca swego i matkę swoją, aby długo trwały twoje dni w ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie.
6. Nie zabijaj.
7. Nie cudzołóż.
8. Nie kradnij.
9. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.
10. Nie pożądaj domu bliźniego swego, nie pożądaj żony bliźniego swego ani jego sługi, ani jego służebnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego.
(2 Mojżeszowa/Księga Rodzaju 20,2-17)

Prawdziwa wiara...

Wiara chrześcijańska
Wiara w Chrystusa niesie nam wszystko, co potrzebujemy.
Studium Apostolskiego wyznania wiary (tzw. Credo), które prowadzimy już od dłuższego czasu, ukazuje nam to z całą jasnością.
Wiara jednoczy nas z Chrystusem, jak małżonka jednoczy się z mężem.
Pomiędzy nami, a Chrystusem, tworzy się wspólnota dóbr, radosna wymiana. Chrystus bierze na siebie nasz grzech, naszą śmierć i naszą karę, natomiast my otrzymujemy łaskę, życie i szczęśliwość na wieki.
Jakie jest jednak żródło wiary chrześcijańskiej?
Wiemy to dzięki świadectwu Pisma Świętego, które uczy nas, że możemy być pewni, że Bóg nas kocha, i że chce być  naszym Ojcem i naszym Zbawicielem.
Dana jest nam możliwość złożenia w Nim całego naszego zaufania.
Zatem: jedynym źródłem wiary chrześcijańskiej jest Słowo Boże, takie, jakie jest nam objawione w Piśmie Świętym.
Bóg posługuje się mocą Ducha Świętego, przez którego działa w naszych sercach i zradza w nas stopniowo wiarę chrześcijańską. 
Odpowiedział Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego. Co się narodziło z ciała, ciałem jest, a co się narodziło z Ducha, duchem jest (Jan 3,5-6). 

Pamiętamy, jak uczniowie pewnego dnia poprosili Jezusa: Przydaj nam wiary (Łukasz 17,5).
Podobnie i nam zdarza się czasami zanosić do Pana podobną modlitwę, nie wiedząc, jak On na nią odpowie.
Być może zdarza nam się mówić do samych siebie: Och, gdybym tylko mocno wierzył! Nie czuję się zbyt mocny; co robić, aby wzmocnić moją wiarę?
Chcę wierzyć, chcę lepiej wierzyć!
Co powinienem zrobić, czego dokonać, abym otworzył się na łaskę?!

W wielu te pragnienia napotykają szybko przygniatającą odpowiedź: Czy wiara nie jest darem Bożym?
Darem, który można tylko zaakceptować i nad którym nie ma się żadnego panowania?!
Aby prosić Boga o wiarę, czy już nie trzeba mieć jakby wiary w zarodku?
Takie pytania stawiają nas w zaklętym kręgu refleksji bez wyjścia.
Wiele takich refleksji prowadzi do konkluzji, że wiara nie jest w naszym zasięgu i że mogłaby nam umknąć, pomimo naszego szczerego pragnienia jej posiadania.
Takie rozważania, przypisujące Bogu bez mała brak decyzji wobec nas (lub decyzję negatywną) w kwestii wiary, są jednym z największych błędów co do natury wiary chrześcijańskiej.
Wynikają one z naszego błędnego rozumienia działania Bożego, które zamyka nas na rozumienie jak Bóg ożywia (jakimi środkami) nasze serca i jak daje nam wiarę chrześcijańską.
Pamiętajmy: Bóg daje wiarę chrześcijańską przez głoszenie (z głoszenia) Słowa, czyniąc je skutecznym w nas przez Ducha Świętego!

Natura wiary chrzescijańskiej.
Kiedy mówimy o wierze, wydaje nam się chętnie, że istnieje tylko jeden rodzaj wiary – wiara chrześcijańska.
Ludzkość byłaby zatem podzielona na dwa obozy: pierwszy obóz tych, którzy nie mają wiary i drugi - obóz tych, którzy wiarę chrześcijańską mają.
Nie ma jednak nic bardziej niezgodnego z prawdą.
W rzeczywistości, wiara pojmowana ogólnie (i nie tylko wiara nazywana „chrześcijańską”) nie jest przywilejem tylko pewnej grupy; nie jest też cechę jakiejś elity.

Wiara jest funkcją istoty ludzkiej, funkcją witalną i nieoddzielną od człowieka, jakiekolwiek byłyby jego wierzenia, czy przekonania.
Wiara jest wspólna wszystkim, tak złym, jak i dobrym, „wierzym” i niewierzącym.
Oczywiście, nie każdy człowiek ma wiarę chrześcijańską, ale każdy człowiek, kimkolwiek by on był, wierzy w jakiś sposób.
„Niewierzący” nie jest w żadnym przypadku człowiekiem, który nie miałby żadnej wiary, ale to człowiek:
Ø    którego wiara nie jest zorientowana w dobrym kierunku, na jedynego prawdziwego Boga, który objawił się w Jezusie Chrystusie,
Ø    którego wiara błądzi i skręca w kierunku rzeczy wyimaginowanych lub stworzonych; na to, co Biblia nazywa „idolami”.
Wiara osoby „niewierzej” jest wiarą świecką albo apostazją.

Ateista np. wierzy, twardo jak stal, że Boga nie ma.
Jest to pewność jego wiary, że Bóg nie istnieje, lub że nic nie powinno go z Bogiem łączyć; że Bóg nie ma nic do niego, i że on nie ma nic do Boga.
Pomimo, że jest ona nie-chrześcijańska, wiara ta jest w nie mniejszym stopniu wiarą autentyczną, która kieruje i kontroluje wszystkie myśli, sentymenty, działania.
Atesita nie żyje, jak tylko dla tego co widzi, dotyka i myśli, że wie.
Odwraca on całe swoje życie od Boga...
Niemniej, ten, który sieje w ciele, zbierze także owoce ciała: Nie błądźcie, Bóg się nie da z siebie naśmiewać; albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie. Bo kto sieje dla ciała swego, z ciała żąć będzie skażenie, a kto sieje dla Ducha, z Ducha żąć będzie żywot wieczny (Galatów 6,7-8).
Jeżeli jest więc oczywistym, że każdy człowiek ma jakąś wiarę, nie należy zatem mówić o „mam wiarę” lub „nie mam wiary”. Należy raczej mówić o tej, czy innej wierze.
O wierze, która kieruje się w tym, bądź innym kierunku...

Wiara, nazywana wiarą chrześcijańską, jest wiarą tylko (w rozumieniu wyżej opisanym) jedną pośród wielu innych, która realizuje tę cechę wiary, przenikającej wszystkich, ale realizuje ją w bardzo określonym kierunku: czyni człowieka odmienionym i ożywionym; prowadzi go w kierunku życia.
Wszystkie inne formy wiary, w odpowiadających im formach wyrazu, nie są niczym innym, jak tylko funkcją zdeformowaną i zdegenerowaną przez grzech.

Nie mówmy zatem nigdy o tym, czy wiarę mamy, czy też jej nie mamy, ale mówmy o kierunku, w jakim ona zdąża; o rzeczach, osobach i ideach, na jakich ona się zatrzymuje, a które mogą być liczne.
Może to być miłość samego siebie, ubóstwienie własnej osoby, rodziny, klasy społecznej, ojczyzny, rasy...
Może to być wola skoncentrowana wyłącznie na sukcesie szkolnym, uniwersyteckim, czy zawodowym; na smaku życia, modzie, na zasadach tego świata, na kłamliwych słowach.
Może to być miłość pieniądza, władzy, wszystkiego co daje poczucie pewności siebie, w tym także np. idee filozoficzne lub tzw. „naukowe” (redukujące wizję świata).

Ludzkość nie jest zatem podzielona na dwa obozy wiary. Wiary jest wiele, ale?...
Może to być wiara, której źródłem jest grzech, która wyraża się w sercu świadomie odwróconym od Boga, i które otrzymuje dyrektywy od innego pana.
Może to być też wiara niespokojnego serca, którego żaden „idol” nie jest w stanie zaspokoić, które szuka Boga, które może cierpi Jego brak, ale wciąż nie znalazło pokoju i radości w Jezusie Chrystusie...

W niektórych środowiskach zbyt często mówiono, że wiara chrześcijańska jest darem Bożym, mówiąc o tym w taki sposób, jakby to był dar spadający na głowę bezpośrednio z nieba.
Spowodowało to taki skutek, że niektórzy oczekują jej, jak oczekuje się deszczu z nieba, jak prezentu na jakieś święto.
Zachowanie takie jest wygodne: pozwala niedowiarstwu przybrać się w szaty racji.
To także dlatego tak wielu czuje się zagubionymi, bo oczekują pasywnie na otrzymanie wiary chrześcijańskiej i nie czynią nic, by ją mieć.
Jest ogromną pokusą stwierdzenie, że człowiek ze swoją inicjatywą nie nie może, bo przecież mówi się tu o darze Bożym.
Jest ogromną pokusą pchnięcie rozumienia tego twierdzenia do absurdu, niezgodnego ze Słowem Bożym!
Taka postawa musi w naturalny sposób budzić tylko niepokój.
A niepokój ten pochodzi z nieznajomości woli Bożej wobec nas, wobec każdego indywidualnie.
Jaka jest wola Boża wobec nas?
Czy istotnie jej nie znamy?
Czy zatem Chrystus myli się, kiedy zdecydowanie każe nam wierzyć: Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże, upamiętajcie się i wierzcie ewangelii (Marek 1,15).

Biblia uczy nas, że wiara jest darem, i że mamy oddać chwałę łasce; że dar się przyjmuje i że ma on być pochwycony aktywnie.
Biblia uczy nas także, że Bóg używa różnych środków, aby nas obdarzyć swoimi darami, i że nigdy nic nie otrzymamy, jeżeli zignorujemy, zlekceważymy te środki Boże.
Posłuchajmy Apostoła Pawła: Ale jak mają wzywać tego, w którego nie uwierzyli? A jak mają uwierzyć w tego, o którym nie słyszeli? A jak usłyszeć, jeśli nie ma tego, który zwiastuje? A jak mają zwiastować, jeżeli nie zostali posłani? Jak napisano: O jak piękne są nogi tych, którzy zwiastują dobre nowiny! Lecz nie wszyscy dali posłuch dobrej nowinie; mówi bowiem Izajasz: Panie! Któż uwierzył zwiastowaniu naszemu? Wiara tedy jest ze słuchania, a słuchanie przez Słowo Chrystusowe (Rzymian 10,14-17).

Wiara chrześcijańska nie spada z nieba jak deszcz.
Przychodzi i pochodzi ona z tego co się słyszy - z głoszonego Słowa.
To głoszenie Słowa, i nic innego, jest tutaj, na naszym świecie, źródłem wiary.
Dlatego tak ważnym jest głoszenie Słowa.
Dlatego tak ważnym jest słuchanie go, wierzenie w nie.
To nie kwesti zasług. To nie kwestia dobrych uczynków, którymi mielibyśmy w jakiś sposób „przypodobać się” Bogu.
On nas kocha niezależnie od naszych uczynków, a nawet - można byłoby powiedzieć - wbrew nim: Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje (1 Jana 3,16).

Ale dał On nam, powierzył nam środek, instrument o niezwykłej wadze, o niezwykłej uzyteczności: Słowo do głoszenia, słuchania i wierzenia.
Niech zatem ci, którzy mają misję (powołanie) do głoszenia Słowa, niech czynią to z całą powagą ich wezwania.
Niech wszyscy razem Słowa tego słuchają, studiują, wierzą w nie.

Mamy więc słowo prorockie jeszcze bardziej potwierdzone, a wy dobrze czynicie, trzymając się go niby pochodni, świecącej w ciemnym miejscu, dopóki dzień nie zaświta i nie wzejdzie jutrzenka w waszych sercach (2 Piotra 1,19).