sobota, 28 kwietnia 2012

Rozważanie Ewangelii według Jana 15,1-17


Ewangelia wedlug Jana 15,1-17

Współcześnie, szereg Kościołów stawia sobie pytanie : „Co znaczy być chrześcijaninem dzisiaj”?
Mamy doskonale świadomość, że sposób życia chrześcijanina dzisiaj różni się znacząco nie tylko od tego z pierwszych wspólnot chrześcijańskich, ale także od tego sprzed kilkudziesięciu, czy nawet kilkunastu lat... 
Co znaczy zatem „być chrześcijaninem dzisiaj”? 

To na to pytanie odpowiada Jezus, kiedy mówi: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym”!
Jezus używa wyobrażenia doskonale znanego przez Jego słuchaczy. 
Winorośl ma w Biblii głębokie znaczenie. 
Po raz pierwszy ukazuje się wraz z Noem, jako znak nowej ery, spełnienie nowego czasu. Po wyjściu z Arki Noe zasadził winnicę (Ks. Rodzaju 9,20). 
Później, podczas wędrówki na pustyni, winorośl stanie się - dla synów Izraela - znakiem obiecanej płodności. 
I kiedy Mojżesz wyśle swoich ludzi na eksplorację kraju Kanaan, powrócą oni z ich misji przynosząc na znak świadectwa gałąź winną wraz z kiścią winogron (Ks. Liczb 13,23). 
W Pieśni nad pieśniami, winorośl (wzmianki o niej są bardzo liczne) przedstawia ukochaną kobietę i przez rozszerzenie interpretacji staje się symbolem miłości. 
Wreszcie - w ustach proroków - winorośl przywołuje historię relacji między Bogiem i jego ludem. 
A zatem, ważność winorośli dla Izraela, pielęgnacja, której wymaga winorośl, doprowadziły proroków do widzenia w niej alegorii opieki Boga nad Jego ludem. 
Winorośl przywołuje także przymierze z Bogiem, którego oczekiwanymi owocami są prawość i sprawiedliwość (por. Ks. Izajasza 5), a także nadzieja na nadejście Mesjasza. 
W Księdze proroka Izajasza winorośl stanowi jeden ze znaków charakterystycznych dla „nowego nieba i nowej ziemi” (Ks. Izajasza 65). 

Te wszystkie symbole były świetnie znane słuchaczom Jezusa. 
Kiedy jednak On sam używa symbolu winorośli, proponuje go odnosząc od razu i  bezpośrednio do swoich uczniów, mówiąc: „wy jesteście latoroślami”. 
To „wy jesteście” jest proste i jasne!
Jezus nie mówi do swoich uczniów: staniecie się latoroślami; nie mówi do nich: przylgnijcie do mnie, złączcie się ze mną! 
Nie, On mówi: „wy jesteście latoroślami”, to znaczy jesteście ze mną złączeni; nie w wyniku waszych własnych sił, nie z użyciem waszych własnych środków, czy w wyniku waszego duchowego poszukiwania, waszej pobożności, dzięki waszym własnym działaniom.
Jesteście latoroślami, ponieważ jesteście istotami ludzkimi, stworzeniami chcianymi przez Boga i z Nim mającymi witalny związek. 

To 1-sza odpowiedź na pytanie o bycie chrześcijaninem: to odkrycie bycia złączonym z winoroślą (jako latorośl), z Bogiem żywym. 
Jest to dar, który jest nam ofiarowany, i za który nie mamy nic co moglibyśmy zaofiarować w zamian. 
I nic ofiarować nie musimy!
To jest po prostu Ewangelia, taka jest właśnie Dobra Nowina. 
Możemy jednak mieć trudność (i przyznajmy w duchu prawdę temu stwierdzeniu) przyjąć ten dar, jako prosty dar, ponieważ wszystko w świecie (w którym żyjemy i który nas otacza, i który nas warunkuje) przypomina nam bez ustanku, że wszystko, co się otrzymuje, jest rezultatem naszych wysiłków...


Następują słowa: „Trwajcie we mnie, a Ja w was” mówi werset 4 Ewangelii Jana. 
Istnieje swoista pokusa rozumienia tego stwierdzenia, czasownika w nim zawartego, jako zachęty do pozostawania statycznym, nieruchomym, pasywnym. 
Nic nie zmieniać, osiąść na naszych zwyczajach w myśleniu i życiu, w naszym sposobie działania i pojmowania naszego życia, i w naszym życiu z Bogiem… 
A jednak, w słowach Jezusa nie ma mowy o czymś takim, tak rozumianej pasywności. 
Jezus mówi wyraźnie: „trwajcie we mnie”, jak latorośl trwa złączona z całym krzewem winnym, z całą winnicą. 
To, co pozwala winnej latorośli być złączoną z z resztą winnego krzewu, to stały przepływ soków, dających życie latorośli, pozwalający wydać liście i owoce w obfitości. 

2-ą odpowiedzią na pytanie o bycie chrześcijaninem jest zatem ta, podkreślająca dbanie o nasz witalny związek z Bogiem. 
Być chrześcijaninem, nigdy nie jest czymś w pełni nabytym, osiągniętym do końca. 
Tak jak ten naród wybrany, który wędrował po pustyni w drodze do Ziemi Obiecanej, jak Bóg, który oczekiwał, aby została zbudowana świątynia w Jerozolimie - podobnie my na ziemi jesteśmy wezwani do pogłębiania naszej relacji z Chrystusem, aby nasze świadectwo było tym mocniejsze. 
Werset 2-i mówi: „Każdą latorośl, która we mnie nie wydaje owocu, odcina...”. 
Cierpliwa praca winogrodnika ma na celu dobro winnicy i zapewnienie jak najlepszego winobrania. 
Przycięcie części nie dającej owocu jest działaniem mającym wzmocnić krzew winny. Przycinanie winnego krzewu jest naturalnym procesem, mającym zapewnić jego wzrost, wzmocnienie go.
Aby owoc był obfity, pożywny, należy przycinać winorośl. 
Jest to także niezbędne, aby krzew nie rozwijał się w dowolnym kierunku, w dowolny i chaotyczny, a w konsekwencji szkodliwy sposób. 
Prawdą jest, że słowa te jest nam bardzo trudno przyjąć i odnieść do naszego życia, niemniej Chrystus mówi wyraźnie, że w naszym życiu zdarzają się momenty, kiedy trzeba odciąć to, co jest w życiu hamulcem dla wzrostu naszego życia, trzeba odciąć to, co hamuje naszą relację z Chrystusem. 

Tu dochodzimy do 3-ej odpowiedzi na nasze pytanie, która podkreśla, że bycie chrześcijaninem nie oszczędza nas przed cierpieniem, przed odcinaniem jakichś jego części, przed wyrwaniem, przed rozstaniem się z jakimiś elementami naszego życia. 
Zaangażowanie dla innych, zaangażowanie dla Boga nie może zaistnieć bez wyrwania, odrzucenia czegoś w naszym życiu, niejednokrotnie nie bez gwałtowności w decyzji i czynie. 
Życie życiem wiary nie jest tylko spokojnie płynącą rzeką, bez fal pojawiających się na jej powierzchni. 
Życie wiary, to parcie do przodu, to akceptacja konieczności pracy nad sobą, mającej czasami za skutek ból odrzucenia tego, co było nam tak miłe, ale co nie pozwalało na rozwój, na bliższy kontakt z Bogiem w Jezusie Chrystusie. 
Czasem w życiu trzeba odrzucić to, co jest jakby filmowym „efektem specjalnym” i czymś, co jest powierzchowne, banalne, po to, aby życie naprawdę zatriumfowało. 

„Trwajcie w miłości mojej” mówi Jezus Chrystus. 
W Ewangelii i listach Jana, temat ten powraca wielokrotnie, a ponieważ jesteśmy złączeni w winnicy Pańskiej z Nim samym, Ojcem, jest rzeczą normalną, że obraz miłości winien zająć należne mu miejsce. 
Choć „kochać”, w znaczeniu biblijnym, to nie to samo, co tak często jest banalizowane przez cywilizację współczesną. 
Kochanie angażuje nas na co dzień. 
Kochać, kochanie jest rzeczywistością, która zmienia naszą relację z nami samymi i naszą relację z innymi. 
A kochać Boga, to nie coś o charakterze mistycznym, coś tajemniczego, ale to także element składowy etyki: to moja maniera zachowania wobec innych. 
Kochać, kochanie oznacza działanie, zaangażowanie, konkretną dynamikę. 

4-ą odpowiedzią będzie przyjęcie faktu, że być chrześcijaninem, to nie tylko bycie związanym z Bogiem, ale to także zaakceptowanie niezbędności stałego przycinania, odrzucania czegoś w życiu. 
Ale być chrześcijaninem, to także angażowanie się z innymi i ku dobru innych, z Bogiem i dla Boga. 
Ożywczy sok, krążący w gałęziach krzewu winnego, pomiędzy gałęziami a centrum rośliny, to jak miłość Boża, dająca życie, i jak życie innych, którzy są połączeni (jak i my) z Bogiem i z nami samymi. 

Jezus zwraca się do swoich uczniów w sposób kolektywny: „Wy jesteście”!
To „wy” kolektywne ożywiane jest przez „ty” indywidualne, ale nie jest tylko prostą sumą wszystkich „ty”. 
Społeczność z Chrystusem i pomiędzy nami przekracza zwykłe dodawanie tych, którzy są członkami tej komunii. 
Społeczność z Chrystusem, to zaangażowanie we wzajemną solidarność. 
To dopiero „razem” możemy przynieść owoce, te owoce prawdziwe, właściwe, oczekiwane prez naszego Pana. 

Nauczanie Jezusa znajduje swą kulminację w tym ostatnim słowie: „radość” (i to radość doskonała). 
Intencją Jezusa jest by Jego uczniowie cieszyli się; Jezus chce im dać radość. 
Nie jest to jednak taka banalna radość fasadowa, powierzchowna, ale jest to radość głęboka, która kieruje nasze życie i nasze działania ku Bogu, ku innym. 
To radość, którą ma się odkrywszy, że jest się kochanym, rozumianym, złączonym z innymi, wspieranym i odczuwającym pomoc. 
Jako chrześcijanie, powiedzmy sobie wprost, nie promieniujemy zbyt często tą radością. 
Gdyby tak było, wszyscy inni pytaliby z niecierpliwością: co was tak pobudza do życia, co was prowadzi i porusza, i z pewnością chętnie przystaliby do nas. 
Wyzwanie, które dzisiaj chrześcijanie muszą z pewnością podjąć, to być nosicielami tej Dobrej Nowiny, która liczy się z najsłabszymi, małymi, bezbronnymi; to być nosicielami tej radości, tej miłości wzajemnej, tego zaangażowania, które nie tylko w słowach, ale przede wszystkich w czynach pokazuje nasze rozumienie bycia braćmi i siostrami w jednym Panu. 

„Ja jestem krzewem winnym, wy jesteście latoroślami”, mówi Chrystus. 
„To wam powiedziałem, aby radość moja była w was i aby radość wasza była zupełna”.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Swoisty wyraz władzy nad sumieniem? Wyznawanie grzechów...


Chrześcijanie wierzący biblijnie, kładą silny nacisk na konieczność osobistego nawrócenia do Chrystusa: w wierze, skrusze za grzechy popełnione, ale i - w ściśle związanym z tym faktem - zaangażowaniu życiowym. 
To nawrócenie, z jednej strony będąc dziełem Ducha Świętego, jest jednocześnie początkiem dalszego działania Ducha w życiu wierzącego. 
Nawrócenie niesie ze sobą owoce, takie jak odrzucenie grzechu, wyrzeczenie się go, a także głębokie pragnienie czynienia woli Bożej, realizowania tej woli przez wierzącego w jego praktycznym życiu codziennym. 


Od momentu swego prawdziwego (nie fasadowego!) nawrócenia chrześcijanin nie chce już dłużej żyć w grzechu. Niemniej, nawet nawrócony nie przestaje nieść ze sobą swej grzesznej natury, nie umknie grzechowi w swym życiu (i tu nie ma znaczenia rozważanie kategorii „cieżkości” lub „lekkości” grzechów). 
Co zatem winien on czynić, jeśli w grzech upadnie? 


Niestety, są i tacy chrześcijanie, także w naszych wspólnotach protestanckich, którzy w źle rozumianej potrzebie doskonałości wręcz ukrywają ich grzechy, by nie wydać się „nienawróconymi” (co świadczy o zdecydowanie złym rozumieniu przez nich kwestii nawrócenia, a i często świadczy o niezdrowej presji wywieranej na członków w niektórych zborach...), popadając tym samym w grzech jeszcze większy. 


W zborach protestanckich zachęcamy gorąco chrześcijanina, który upadł w grzech, aby wyznał swoje grzechy Bogu, wyznał je w sposób bezpośredni. 
Jest to sprawa, która ma miejsce wyłącznie pomiędzy nim, a jego Panem. 
Zresztą, regularne wyznawanie swych grzechów przed Panem winno stanowić stałą praktykę w życiu duchowym protestanta. 


Nie ma zatem żadnego obowiązku wyznania grzechów pastorowi, jak ma to miejsce w przypadku wiernych katolickich, którzy są zobowiązani do praktyki sakramentu pokuty przed duchownym ich Kościoła: „...spowiedź z grzechów przed kapłanem jest istotnym elementem tego sakramentu” (§1424 Katechizmu Kościoła Katolickiego). 


Jeżeli protestant chce się otworzyć przed pastorem, może oczywiście tego dokonać. 
W Kościołach luterańskich na przykład żywo do takiej praktyki się zachęca. 
Niemniej, nigdy i żaden poważny pastor protestancki od takiego otwarcia się i związanego z nim wyznania grzechów nie uzależni w sposób absolutny wybaczenia grzechów, ktorego miałby dokonać Bóg sam!


Aby pomóc wierzącemu uwierzyća i przyjąć przebaczenie Boże, pastor powinien mu wskazać na te słowa obietnicy Bożej, które są zawarte w 1 Liście Jana 1,9: Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości.
Wierzący, nawet jeśli jest sam przed Bogiem, może w sposób całkowity liczyć na tę podnoszącą na duchu obietnicę. 


Wymagać indywidualnego wyznania grzechów duchownemu Kościoła (i od tego uzależniać Boże wybaczenie, czy wręcz nim żonglować, jako swoistym elementem szantażu duchowego) protestantom wydaje się czymś wysoce niewłaściwym. 
Nie wolno im nigdy zapomnieć o tym, jak kwestia wyznania grzechów jest traktowana w Nowym Testamencie, przez natchnione Duchem Słowo Boże: Wyznawajcie tedy grzechy jedni drugim i módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego (List Jakuba 5,16). 
Chodzi tu o wzajemną otwartość braterską; czy wyobrażamy sobie tę samą otwartość pomiędzy pastorem, czy księdzem katolickim a jego penitentem?...

Władza w Kościele, władza Kościoła...



Wydarzenia ostatnich lat, a szczególnie ostatnich miesięcy, zarówno w Polsce, jak i w całej Europie, skłaniają do stałej refleksji nad pojęciem i funkcjonowaniem władzy w Kościele (w każdym Kościele, a zwłaszcza w Kościele Katolickim).
Szczególnie stała emfaza, z jaką w Kościele Katolickim podchodzi się do podkreślania miejsca, autorytetu i konieczności Kościoła (w sytuacji podkreślania ciągłych wymyślonych nań ataków) nie tylko napełnia swoistym zawstydzeniem, ale wręcz szokuje chrześcijan z nurtu szeroko rozumianego protestantyzmu.

Żaden protestant nie może stwierdzić, że określenia, które padają w Katechizmie Kościoła Katolickiego, typowe dla tego wyznania, że „Kościół zobowiązuje wiernych....” (§ 1389) mają charakter właściwy dla wiary chrześcijańskiej, jaką znajdujemy w Słowie Bożym, w Biblii.
Stała pretensja biskupów katolickich, do bycia najwyższą i pełną władzą w Kościele  (por. dokument soboru watykańskiego II - Lumen Gentium 22 i 25) w kwestii wiary i obyczajów pozstawia często protestantów w pozycji pełnej, najdelikatniej mówiąc, zakłopotania...

Dlatego warto po raz kolejny (a z pewnością będziemy jeszcze do tego tematu wracać) zauważyć, że koncepcja autorytetu -  prezentowana w sposób najwyraźniejszy w Kościele katolickim - ma charakter ryzykowny, zobowiązując wiernego do zastąpienia posłuszeństwem Kościołowi prawdziwej orientacji, jaką winien przyjąć w swym życiu, tzn. uznaniu jedynie autorytetu Boga samego.
Niezależnie od wszelkiego rodzaju retorycznych argumentów starających się postawę taką wytłumaczyć w sposób „duchowy”, Kościół staje tutaj jako autorytet, przemawiający w imieniu Boga; mało tego:  jako jedyny przemawiający w Jego imieniu!...

Dla nas, protestantów, autorytet Boży wynika i wyraża się jedynie w Jego Słowie i nie może być nigdy wzięty w ręce jakichkolwiek



(i jak najgłośniej w tej sprawie krzyczących) kościelnych hierarchów.
Uwaga, nie zapędźmy się jednak zbyt łatwo w krytykę zjawiska „tylko katolickiego”. Miejmy odwagę i krytycyzm dostrzec, że ten sam problem, to samo nadużycie, powinniśmy w równym stopniu wytykać zarówno hierarchom katolickim, jaki i liderom protestanckim, którzy aspirowaliby do posiadania jedynej racji interpretacji Słowa, stawiając się w roli Bożych pośredników. 
Czy to problem banalny, owo stałe podkreślanie ważności umiejscowienia władzy, autorytetu, w Kościele?
Nie wydaje się.
Zbyt wiele praktycznych następstw ma tego typu nie tylko teoria ale i praktyka w życiu nie tylko jednostek wierzących, ale i całych społeczeństw.
Choćby w kwestii przydania racji dążeniom do negocjacji przywilejów finansowych w danym państwie, oczekiwanych przez Kościół z racji jego tak „witalnej” roli dla obywateli danego kraju…

Jeżeli członkowie jakiegokolwiek Kościoła wchodzą w role nauczycieli, których nauczanie nie jest tylko równoważne Słowu Bożemu, ale w swojej jedyności staje się i ważniejsze (poprzez jedyny kod jego interpretacji) – to jest to poważny problem, tak często skutkujący obciążaniem fałszywym poczuciem winy wiernych, zabierając im tym samym przynależną im wolność chrześcijańską.
W tle ma miejsce wyraźnie obecne traktowanie wiernych nie jako równoważnych partnerów w życiu Słowem, ale jako swoistą podkategorię, niezdolną do rozpoznania woli Pańskiej...

Podajmy choć ten jeden klasyczny i powszechnie dyskutowany problem: obowiązujący katolików zakaz w kwestii używania środków antykoncepcyjnych (wszelkiego rodzaju, z prezerwatywami włącznie).
Nie wchodząc w niuanse, jeśli chodzi o rodzaje zakazanych środków, warto w prosty sposób podkreślić, że Biblia nigdzie na ten temat nie wypowiada się, co dla protestantów stanowi jednoznaczną zachętę do postępowania w tej kwestii, zgodnie z ich sumeniem przed Bogiem, zgodnie z nauczaniem, jakie co do wolności chrześcijańskiem Apostoł Paweł zawiera w Liście do Rzymian, rozdziale 14,6-8.12[1] i 1 Liście do Koryntian, rozdziale 8.
Natomiast, już na przykład w kwestii aborcji, protestanci będą podzielali zdanie katolików, uważając ją za atak na bezbronne życie ludzkie, będący tutaj wyraźnym przekroczeniem Dziesięciu przykazań, zawartych jasno w Słowie Bożym, Biblii.

A zatem, jeśli Sobór Watykański II ogłasza, że „Kościół jest konieczny do zbawienia” (Lumen Gentium 14), protestanci powinni z całą uwagą i odwagą przyjrzeć się treści, jaka w stwierdzeniu tym miałaby być zawarta.
Nie wolno bowiem dopuścić do ingerencji w wolne działanie Ducha Bożego, który miałby w podobnej optyce działać tylko wtedy, jeśli tylko jest to zgodne z „kodem” wyżej cytowanym.
Ponieważ – a do takiego zdania upoważnia nas Słowo Boże – Duch Boży, w sposób suwerenny działa i może działać, w ścisłej indywidualnej relacji z daną osobą ludzką, z tym, który przychodzi do Chrystusa.

Oczywiście, stwierdzenie o konieczności Kościoła, jako teologicznego miejsca głoszenia Słowa, jest po części słuszne, ale tylko w tym wymiarze, w jakim nie aspiruje on do bycia koniecznym mediatorem (ściślej jego struktura, jego hierarchia) spraw Bożych (czyli precyzyjniej mówiąc - największego daru Bożego, zbawienia).   
Kiedy zatem, słyszymy słowa dokumentów kościelnych, stwierdzających bez żadnej żenady, że ci, którzy odrzucaliby wejście do Kościoła Katolickiego, nie mogą być zbawieni (Lumen Gentium 14), my, protestanci, nie możemy zdobyć się na inny gest, jak tylko na wyrażenie głębokiego smutku wobec nauczania tak pełnego pretensji, a wręcz mającego charakter sekciarski.

Protestanci odrzucają każdą formę nadużycia w nauczaniu kościelnym, wiedząc, że wierzący są zbawieni prze Chrystusa, czy na to pozwoliłby, czy nie, jakikolwiek najbardziej złożony, liczny, czy w swoim rozumieniu kompetentny, autorytet kościelny (indywidualny, czy kolegialny).

Nie jest też prawdą, że protestanci znajdują przeszkodę dla ich życia duchowego w tego typu elitarnych (np. w kwestii „katolickość - zbawienie”) stwierdzeniach katolickich, znajdując znakomicie ich rozwój duchowy (indywidualny, czy społecznościowy) poza Kościołem Katolickim, a życie samo potwierdza swymi owocami prawdziwość zgodności takiego postępowania, zgodnie ze Słowem Pańskim.  
Nie wolno dopuszczać, w żadnym Kościele, czy byłby to Katolicki (w rozumieniu instytucji), czy którykowiek z protestanckich, aby aspiracja „władzy nad owczarnią” powodowałaby atak na wolność i odpowiedzialność wierzącego przed Bogiem samym.

W istocie, protestanci zawsze podkreślali, że Biblia jest wystarczająco jasna, aby pozwolić przeciętnym „śmiertelnikom” dotrzeć do istoty przesłania Bożego, niezbędnego do zbawienia.
Oczywiście, protestanci nie negują potrzeby, wręcz konieczności kompetentnych nauczycieli w Kościele, tych którzy mają wiernym pomóc tam, gdzie rozumienie tekstu biblijnego może być bardziej skomplikowane.  Niemniej, w tym, co dotyczy podstawowego przesłania zbawienia, Słowo Boże jest jasne, klarowne i pozwalające na refleksję każdemu wierzącemu dobrej woli, czytającemu i rozważającemu Biblię samodzielnie.

Odwrotnie, każda aspiracja jakiegokolwiek Magisterium (jakiegokolwiek Urzędu Nauczycielskiego Kościoła) pozbawia wiernych nie tylko ich wolności, ale i odpowiedzialności, tworząc swoisty rodzaj „kontraktu odpowiedzialności”, w którym jest się wyzbytym myślenia, bo „Kościół myśli za mnie”...
Uwaga: fenomen ten można także spotkać w światku protestanckim, nie ograniczajmy go zatem zbyt łatwo do Kościóła Rzymskiego!...

A zatem, gdy katolicy (tu np. na podstawie Lumen Gentium 25) są zobowiązani do podporządkowaniu się w ich duchu autorytetowi Kościoła, a członkowie niektórych chorych społeczności protestanckich oddają pełnię autorytetu ich liderom, protestant chcący zachować wierność Słowu Bożemu, na wzór pierwszych chrześcijan (por. Dzieje Apostolskie 17,11[2]) weryfikuje każdorazowo otrzymane nauczanie z Biblią, poddając się tym samym nie autorytetowi ludzkiemu, ale autorytetowi samego Ducha Bożego, który nie przestaje nauczać i działać w Słowie Pisma Świętego.



[1] Kto przestrzega dnia, dla Pana przestrzega; kto je, dla Pana je, dziękuje bowiem Bogu; a kto nie je, dla Pana nie je, i dziękuje Bogu. Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy. Tak więc każdy z nas za samego siebie zda sprawę Bogu.
[2] którzy byli szlachetniejszego usposobienia niż owi w Tesalonice; przyjęli oni Słowo z całą gotowością i codziennie badali Pisma, czy tak się rzeczy mają.

środa, 18 kwietnia 2012

Odpuszczenie grzechów

Obserwując logikę teologii Jana Kalwina, zauważamy łatwo, że Duch Święty jest oczywiście tym, który dominuje i który obdarza, ale zauważamy także (czym niektórzy będą być może nieco zaskoczeni), że Kościół jest tutaj przedstawiony, jako miejsce oraz narzędzie chwały Bożej i zbawienia ludzkiego, aż do powrotu Chrystusa. 
Odpuszczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne oddają dzieło Boga dla ludzi. 
Od swojego początku dzieło to opiera się na Chrystusie. Dla Kalwina jest ważnym, aby kontemplując dzieło Boże w Chrystusie, jego efekty, nie oddzielając ich w żaden sposób od Chrystusa, nie zapominać, aby dostrzec je także w darach Chrystusa dla Kościoła. 
Chodzi tu o całość życia ludzkiego w świetle śmierci, zmartwychwstania i uwielbienia Jezusa Chrystusa!


Przyjrzyjmy się znaczeniu pojęcia odpuszczenia grzechów. 
W znaczeniu ogólnym, odpuszczenie grzechów wyraża sytuację życia ludzkiego już teraz. 
Niemniej, to życie bieżące - pod znakiem odpuszczenia grzechów - jest w rzeczywistości gwarancją życia wiecznego. Ponieważ istnieje odpuszczenie grzechów, śmierć (zapłata za grzech) jest zwyciężona i to życie wieczne jest nam obiecane. 
Zwróćmy uwagę, że życie ludzkie pod znakiem Krzyża Jezusa Chrystusa jest oświetlone jakby podwójnie: jest zakwalikowane jako grzeszne, ale jest też jest naznaczone potępieniem. 
Duch Święty przekazuje nam objawienie potępienia, na które zasługujemy. Mamy żyć w świadomości gniewu Bożego i pod ciężarem potępienia. Straszne, prawda? 
Ale jest to tylko jedna część prawdy i to część zdecydowanie mniejsza! 
W tym samym czasie Duch Święty przekazuje nam, komunikuje nam objawienie naszego uwolnienia, wyzwolenia – odpuszczenie grzechów! 
Odpuścić grzechy, być od nich uwolnionym, oznacza przekreślenie ich. Bóg stwierdza, że nasz grzech istnieje, i owszem. Ale to On sam go przekreśla. 
Zgodnie z nauczaniem Kalwina, grzechy stają przed sądem, aby być poddanymi karze, ale nie są one jej poddane w naszej osobie. To nie my jesteśmy za nie ukarani!


Nie ma w tej sprawie żadnej zasługi ludzkiej. 
To nie my jesteśmy przyczyną odpuszczenia grzechów, uwolnienia od nich i wolności, która dalej następuje. Nie moglibyśmy i nie możemy wciąż w jakikolwiek sposób Bogu, Jego działania, zrekompensować. 
To, co jest niezbędne, to wdzięczność Mu za to, co dokonał. Choć i wdzięczności powinno towarzyszyć przekonanie, że jest ona wciąż (i taką pozostanie) niewystarczającą, że nie zrównoważy nigdy tego, co Bóg dla nas dokonał... 
Bóg jest wielkim wyzwolicielem. Dla Biblii nie ma większego aktu wyzwolenia, niż ten, że Bóg nie chce, że decyduje nie regulować swoich rachunków z człowiekiem za jego grzech. 


Kościół?
Trzeba poświęcić chwilę czasu właściwemu rozumieniu paragrafów 104-105 Kalwinowego Katechizmu Genewskiego. 
Autor zawiera w nich tezę, że poza Kościołem nie ma zbawienia (tezę zresztą głoszoną w Kościele od wieków). Aby jednak ją właściwie, biblijnie zrozumieć, musimy dobrze zachować w pamięci porządek następujący: Chrystus, Duch, Kościół. 
To nie dlatego, że jest się w Kościele, z tego powodu otrzymuje się dobrodziejstwa Chrystusa. To najpierw dlatego, że otrzymało się dobrodziejstwa Chrystusowe jest się w Kościele. Ten porządek rzeczy ma charakter fundamentalny. 
Ludzkość Chrystusa staje się naszą. Żyć, będąc w posiadaniu Ducha Świętego, żyć jako członek Kościoła oznacza: być poddanym skutkom człowieczeństwa Chrystusa. 
Należy tu jasno pamiętać o 6 rozdziale Ewangelii według Jana. 
Wierzący, który żyje w społeczności z Chrystusem, spożywa Jego Ciało i pije Jego krew. Wieczerza Pańska jest znakiem tej łączności rzeczywistej i bezpośredniej. 
Jezus żył dla nas! Nasze życie może i musi być wyłącznie realizacją Jego „za was” wyrażonego w Ewangelii. Jakże zatem byłoby możliwym znać Chrystusa bez zaakceptowania bycia częścią Jego ciała?
Ktokolwiek otrzymuje Ducha Świętego i staje się członkiem Kościoła, staje się własnością Jezusa Chrystusa. Będąc Jego własnością, ten, który Mu zawierzył swe życie, staje się przedmiotem Jego odpowiedzialności. Żyjąc prawdziwie z Chrystusem, człowiek nie jest już odpowiedzialnym za siebie samego : to Chrystus jest zań odpowiedzialny!


Jak spotkać Boga? Jak mieć czyste sumienie? Jak żyć godnie? Jak żyć, aby nasze istnienie miało sens bycia przeżywanym? Jak odegrać istotną rolę w moim środowisku? 
Wszystkie te pytania są usunięte. To nie do nas należy decydować o tym kim jesteśmy i jaka jest nasza wartość. Już nie musimy odpowiadać na pytanie: ile jest warte nasze życie? 
Jezus Chrystus odpowiedział na wszystkie te pytania, zajmując nasze miejsce i biorąc całą odpowiedzialność na nasze życie. 
Na szczęście zresztą, ponieważ jakie byłoby inne rozwiązanie? 
Co moglibyśmy zaprezentować w godzinie śmierci, w momencie kiedy nasze życie ludzkie miałoby być podsumowane? 
Może chcielibyśmy powiedzieć: dobrze myślałem, dobrze pracowałem, dobrze się modliłem?... 
Cóż jednak to wszystko znaczyłoby wobec śmierci i sądu Bożego? 
Nic i nikt nie wystarczyłoby przed Bogiem, aby za grzech odpłacić. 
Tylko i wyłącznie Ten, który zwyciężył śmierć może nas od niej wybawić. 
Bóg sam, w osobie swojego Syna, wycierpiał swój własny sąd na nas, za nasz grzech!
Otrzymując Ducha Świętego, stając się członkiem Kościoła, możemy skorzystać z tej „wymiany” za nasz grzech, jak mówi to Apostoł Paweł w 2 Liście do Koryntian 5, czy w Liście do Rzymian 5. 
Zazwyczaj słowo użyte tam tłumaczy się przez pojednanie, ale właściwszym byłoby użyć słowa oznaczającego właśnie wymianę. 
W Jezusie Chrystusie, z łaski Bożej, dokonuje się ta wymiana między Bogiem, a nami. 
W Jezusie Chrystusie Bóg daje nam swoje życie i bierze nasze. 
Nasze życie staje się Jego sprawą, a Jego życie staje się naszą. 
Nie jest to już nasza odpowiedzialność, która tutaj będzie odgrywała dominującą rolę, ale to jest już Jego odpowiedzialność. Nawet teraz, kiedy nadal pozostajemy grzesznikami, nasze życie jest „Bożą sprawą”, ponieważ to On sam - za nas - przyjął nasz grzech. 
Nie musimy zatem już odpowiadać na wspomniane wyżej - tak poważne – pytania o sens naszego życia, o jego następstwa. 
Oczywiście, w głębi naszego ducha wiemy kim i jacy jesteśmy. Ale nie jest to już tak istotne, tak ważne, ponieważ to Bóg stanął za nas, na naszym miejscu, pośrodku wszystkich tych pytań. On wziął na siebie wszystkie nasze bóle, trudności, smutki, strachy. Moje życie jest teraz Jego, a ja żyję dzięki Niemu! Wszelka moja ludzka nędza jest w Nim. 


Oto Baranek Boży, który niesie grzech świata! 
Ktokolwiek chciałby zatem zaatakować mnie, choćby szatan sam, musi skonfrontować się z Tym, który przyjął na siebie całą odpowiedzialność. 
Bóg troszczy się o ludzkość i czyni to w sposób poważny. Taka jest głębia jego miłosierdzia. 
Nie zadowala się krytyką nas, a jednocześnie lamentem nad naszą nędzą ludzką, podkreślając, że pomimo naszych grzechów kocha nas. 
Nie, On sam zrobił coś, czego nikt inny nie mógłby dokonać poza Nim samym! On wszedł w naszą nędzę w sposób bezpośredni, w swym Synu. I uczynił ją swoją! On zatem teraz ją na sobie niesie i czyni całkowicie swoją. 
On jest wystarczająco silny i wystarczająco dobry, aby móc tego dokonać w sposób skuteczny. 
Powtórzmy jeszcze raz: Bóg sam, w osobie swojego Syna, wycierpiał swój własny sąd na nas, za nasz grzech!
Jest w tym samym czasie sędzią i sądzonym. I to właśnie dlatego nasz grzech został tak skutecznie skreślony; skutecznie i w jedyny możliwy realnie sposób. 


Jeden z tekstów Apostoła Pawła w znakomity sposób streszcza to, co dotąd powiedzieliśmy. 
Jest to tekst z Listu do Galatów 2,20: Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie. 
Jeżeli uda nam się zrozumieć ten werset, wszystko zrozumieliśmy... Jest w nim wszystko, cała nasza wiara chrześcijańska. 

Z wiary usprawiedliwiony?

Czy możesz jeszcze raz, w sposób krótki przypomnieć, co to znaczy, że chrześcijanin z wiary jest usprawiedliwiony przed Bogiem?


Jestem usprawiedliwiony przed Bogiem (czyli przyjęty jako Jego dziecko, do relacji z nim, pomimo mojego obciążenia grzechem) przez moją wiarę w Jezusa Chrystusa, dzięki której Bóg przyjmuje mnie jako wolnego od wszystkich moich przewinień, z powodu i dzięki ofierze swojego Syna na Krzyżu. 
Jest to, jakbym to ja sam wypełnił wszystko to, co jest niezbędne do mojego zbawienia, podczas gdy to Chrystus wszystko wypełnił ku mojemu zbawieniu. Bóg zatem daje mi swe przebaczenie darmo i obdarza mnie sprawiedliwością i świętością Jezusa, pod jednym tylko warunkiem, że przyjmę ten dar wierzącym sercem. 
Od tego momentu, pomimo, że moje czyny w życiu są wciąż naznaczone moją grzesznością (przecież nie stałem się nagle bezgrzeszny, nie jestem aniołem!...) Pan je przyjmuje jako miłe Mu, ponieważ żyję w wierze; ponieważ to wiara pozwala mi w sposób stały uczestniczyć w życiu samego Jezusa Chrystusa i jest źródłem, z którego pochodzą dobre dzieła. 
Wiara zatem działa na stałe w naszym życiu (to znaczy Bóg sam działa w naszym życiu), a ci którzy wierzą, przynoszą koniecznie w ich życiu owoce wdzięczności. 


List do Rzymian 3,22-25: I to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich wierzących. Nie ma bowiem różnicy, gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej, i są usprawiedliwieni darmo, z łaski jego, przez odkupienie w Chrystusie Jezusie, którego Bóg ustanowił jako ofiarę przebłagalną przez krew jego, skuteczną przez wiarę, dla okazania sprawiedliwości swojej przez to, że w cierpliwości Bożej pobłażliwie odniósł się do przedtem popełnionych grzechów. 


List do Efezjan 2,8-9: Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. 




Czy jednak wiara, wspomniana wyżej, nie wydaje się jakimś rodzajem zasługi przed Bogiem, jakimś rodzajem „dobrego uczynku”, którym zasługuję na Boże usprawiedliwienia, na Jego łaskę?


Twierdząc, że jestem usprawiedliwiony tylko z wiary, nie myślę oczywiście, że mogę podobać się Bogu z powodu wielkiej jakości mojej wiary, jakby to ta wiara była rzeczywiście swoistym dziełem, zdolnym usprawiedliwić mnie przed Nim z mojego grzechu i uczynić mnie godnym Jego miłości i łaski. 
Zawsze pamiętam, że moje jedyne usprawiedliwienie przed Bogiem jest wyłącznie wynikiem „zapłacenia mojego długu” wobec Boga przez Jezusa Chrystusa, który to za moje grzechy umarł na Krzyżu. To dzięki Jego ofierze, mogę cieszyć się Jego sprawiedliwością i uczestniczyć w Jego świętości. 
Wiara jest jedynie środkiem, przez który mogę otrzymać i uczynić moim to, że Jezus zapłacił za moje grzechy. To przez wiarę – ciągle będącą jedynie rodzajem narzędzia, niezbędnego instrumentu „komunikacji” – mogę otrzymać łaskę i miłość Bożą. 
Nie mogę też zapomnieć, że zgodnie ze Słowem Bożym to Bóg sam jest autorem wiary i obdarza nią zgodnie ze swoją wolną wolą. Nie ja zatem jestem „autorem” mojej wiary, ale ja jestem odpowiedzialny za decyzję pójścia za jej „głosem”. 


List do Rzymian 5,1-2: Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa, dzięki któremu też mamy dostęp przez wiarę do tej łaski, w której stoimy, i chlubimy się nadzieją chwały Bożej.




Czy jednak, choćby w części, nie możemy być usprawiedliwionymi przed Bogiem, czyli zasłużyć sobie na owoce Jego miłości, starając się żyć święcie i zgodnie z przykazaniami Bożymi?


Jest to z prostej przyczyny niemożliwe, bo żeby zasłużyć sobie na bycie uznanym przez Boga jako sprawiedliwy w Jego oczach, musiałbm osiągnąć stopień doskonałości nieosiągalny dla bytu ludzkiego. Zawsze byłem, jestem i będę obciążony grzechem, który czyni mnie niedoskonałym i uniemożliwia zdobycie jakichkolwiek zasług zbawczych przed Bogiem. Ci, którzy nauczają odmiennie, czynią to w sprzeczności ze Słowem Bożym, może i w dobrej – w sensie ludzkim - wierze, ale niezgodnie z Jego, Bożym, nauczaniem. 
Oczywiście, że powinniśmy celować w dobrych uczynkach, jednak zeświadomością, że są one także owocem działania Bożego w nas i naszym wyrazem wdzięczności Mu i wierności Jego Słowu, nie zaś zasługą na cokolwiek z Jego strony. 


List do Tytusa 3,5-7: Zbawił nas nie dla uczynków sprawiedliwości, które spełniliśmy, lecz dla miłosierdzia swego przez kąpiel odrodzenia oraz odnowienie przez Ducha Świętego, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy, usprawiedliwieni łaską jego, stali się dziedzicami żywota wiecznego, którego nadzieja nam przyświeca.

Rozważanie Ewangelii według Jana, rozdział 20, wersety 19 do 29:

Rozważanie Ewangelii według Jana, rozdział 20, wersety 19 do 29: 


A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, ukazał im ręce i bok. Uradowali się tedy uczniowie, ujrzawszy Pana. I znowu rzekł do nich Jezus: Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego. Którymkolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są zatrzymane. A Tomasz, jeden z dwunastu, zwany Bliźniakiem, nie był z nimi, gdy przyszedł Jezus. Powiedzieli mu tedy inni uczniowie: Widzieliśmy Pana. On zaś im rzekł: Jeśli nie ujrzę na rękach jego znaku gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej w bok jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach znowu byli w domu uczniowie jego i Tomasz z nimi. I przyszedł Jezus, gdy drzwi były zamknięte, i stanął pośród nich, i rzekł: Pokój wam! Potem rzekł do Tomasza: Daj tu palec swój i oglądaj ręce moje, i daj tu rękę swoją, i włóż w bok mój, a nie bądź bez wiary, lecz wierz. Odpowiedział Tomasz i rzekł mu: Pan mój i Bóg mój. Rzekł mu Jezus: Że mnie ujrzałeś, uwierzyłeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.


Wydawało nam się, że szkoda byłoby, by tydzień po Święcie Zmartwychwstania nie przeczytać i nie poddać jeszcze raz medytacji tekstu o Zmartwychwstaniu, pomimo, że przecież nie tak dawno czytaliśmy podobne teksty, rozważaliśmy je w naszych Kościołach, naszych zborach. 
Z tego też względu wydaje się cennym zastanowić się po raz kolejny nad tekstem z Ewangelii Jana.  Pamiętajmy, że z zasady każdy tekst Janowy jest trudny do wyczerpania i wciąż otwiera nowe ścieżki refleksji... 
Poddamy tym razem rozważaniu fragment Jana 20,19-29, który można łatwo podzielić na dwie części. 




1-a część: Jana 20,19-23. 


Jest to wieczór dnia, w którym tyle się wydarzyło. 
Pan zmartwychwstał! Wydarzenia, będące doświadczeniem tego faktu i świadectwa tych, którzy byli ich bezpośrednimi uczestnikami świadczą o nim, a jednak...


w. 19 - Uczniowie odczuwają strach przed Żydami, który trudno usprawiedliwić. Ten strach jest w ich głowach, ich sercach, ściska ich wnętrzności. Popycha ich do zamknięcia się w sobie i zamknięcia drzwi, za którymi się chronią. Oczywiście, poczucie bezpieczeństwa - jakie sobie w ten sposób budują - jest iluzoryczne. 
Znajdują się w domu. Nie w tym, w którym spożyli z Panem Wieczerzę i gdzie On umył im stopy, ponieważ człowiek jest zbyt skłonny do sakralizacji miejsc i pamięci z nimi związanej. 
Miejsce, gdzie znajdują się jest nieznane. 
Uczniowie? Wszyscy? Kobiety ? Inne osoby ? Rodzący się Kościół ? 
Pan przychodzi i jest obecny pośród nich ! 
Pamiętajmy, tu nie chodzi o jakieś „ukazanie się” Pana! On do nich mówi, przynosi pokój tym, którzy są zamknięci, zablokowani w ich strachu...


w. 20 – W tym samym czasie pokazuje im swoje rany, znaki mające służyć poznaniu Go, ale także potwierdzające charakter pokoju, który On ze sobą przynosi: Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni (Izajasz 53,5). To w związku ze Słowem i ze znakiem, który pokazuje, mogą Go rozpoznać, a nie po Jego rysach twarzy... 
Widzą Pana – czasownik tu użyty oznacza jednocześnie widzenie (spostrzeganie) i rozumienie. 
Przeszłość  staje się dla nich jaśniejsza, a radość tłumaczy to, co zaczynają na nowo rozumieć. 


w.21 – Pokój (shalom) potwierdza i poświadcza misję, która pochodzi od Ojca. 
Bez tego pokoju nie ma Apostołów, a jedynie mogliby pozostać banalni kronikarze różnych (i dramatycznych) faktów z przeszłości. Ponieważ jednak to Zmartwychwstały przynosi pokój, a następnie to On ich roześle – mamy wysłanych: Apostołów!


w.22 – Ten werset, który opowiada o darze Ducha Świętego, jest niezbędnym wprowadzeniem, otwierającym rozumienie wersetu 23…


w.23 – Werset 23 jest tym, który budzi wiele trudności u czytelników i interpretatorów. 
Każdy usiłuje go dostosować zgodnie z własnymi oczekiwaniami, czy z ideami, które miałby on wyrażać, potwierdzać....  
Kościół katolicki połączył go chętnie z „władzą, mocą kluczy”, powierzoną Piotrowi, a następnie pozostałym uczniom (por. Mateusz 18,18). A jednak nie ma tu nigdzie słowa „władza”, „moc”!... 
Niektórzy, rozumiejąc słowo „grzech” tak, jak rozumie go Jan (tzn. odrzucenie Chrystusa) łączą dar Ducha ze zdolnością głoszenia Ewangelii (przez chrzest) tym, którzy się nawrócili. 


Wydaje nam się właściwszym widzieć tutaj służbę (diakonię), posługę (ministerium), które Pan powierza wszystkim uczniom. 
Duch Święty, i tylko On sam, pozwala im rozpoznać kiedy należy głosić wybaczenie temu, który żałuje za swe grzechy, a zatrzymać, czy nawet odmówić tym, którzy zamykają się w ich „prawie do”, i którzy usprawiedliwiają sami siebie; zatrzymać przebaczenie (co może wydać się niektórym aktem budzącym sprzeciw), by nie banalizować go, by skłonić do poważnego potraktowania go, nie wyzbyć go ze znaczenia i zdolności podniesienia grzesznika z jego grzechu. 
Wobec wybaczenia za niewielką cenę, wybaczenie wstrzymane zachowuje moc wezwania do zmiany życia i do życia pojednanego z Bogiem i z innymi. 
Jest to zatem służba, a nie moc, władza... Jest to posługa Ewangelii, a nie rytuał dyscyplinarny, ustalony i zarezerwowany dla niektórych wybrańców instytucji... 
Choć, nie można także unikać interpretacji, z całą prostotą, że uczeń, jak jego Mistrz, jest silniejszy niż grzech, ponieważ otrzymał swoją „władzę” nad nim (w rozumieniu wyżej opisanym).  


Można zamknąć ten fragment naszego tekstu, stwierdzając, że pojawienie się Zmartwychwstałego (dla którego ani mury, ani zamki w drzwiach, ani nawet niekontrolowany strach, nie są najmniejszą przeszkodą) jest połączone dla każdego ucznia z wezwaniem go do wyjście z jego ukrycia, z jego żalów, smutków, obaw, aby wziąć udział – na jego własny, zgodny z jego możliwościami sposób – w misji pojednania powierzonej Synowi przez Jego Ojca. 




2-a część: Jana 20,24-29.


Ta część stawia nas wobec zupełnie odmiennej sytuacji. 
Dzień Zmartwychwstania dobiegł końca. Epizod ma miejsce tydzień później. 
Ale czy Zmartwychwstanie jest wydarzeniem ograniczonym przeszłością, czy raczej bez ustanku obecnym i aktualnym? 


ww.24-25 – Jesteśmy najpierw w czasie „pośrednim”, w środku tygodnia. Uczniowie są pełni radości z powodu ich spotkania ze Zmartwychwstałym. 
Tomasz nie miał okazji przeżyć podobnego doświadczenia. 
Wiara rodzi się koniecznie ze spotkania osobistego ze Zmartwychwstałym. Tomasz jest osobą, która w Ewangelii Jana stawia wiele pytań. 
Podczas wskrzeszenia Łazarza (uwaga: to nie jest zmartwychwstanie Łazarza!), Tomasz okazuje swoje przywiązanie do Jezusa, bez większego jednak rozumienia tego faktu (por. Jan 11,16). 
Podczas mowy pożegnalnej Jezusa, ten sam uczeń przekaże (najwyraźniej obecną pośród wszystkich) trudność zrozumienia słów Mistrza, opowiadającego o swej najbliższej przyszłości: Rzekł do niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz, jakże możemy znać drogę? (Jan 14,5). 
We fragmencie, który rozważamy, nie jest on niechętny uwierzeniu, ale chce widzieć i zrozumieć. 
Prąd gnostyczny, tak obecny w pierwszym czasie chrześcijaństwa, wiążący zbawienie z poznaniem, napisze Ewangelię, odwołując się w jej tytule do autorytetu Apostoła Tomasza (por. Ewangelia Tomasza). 
Tomasz jest przykładem ucznia, który odrzuca wiarę w „nie wiadomo co”. Nie przeżył doświadczenia spotkania ze Zmartwychwstałym...


ww.26-29 – Tomasz staje się tutaj modelem ucznia wszystkich czasów. 


w.26 – Epizod należy usytuować tydzień później. Jesteśmy już w czasie Zmartwychwstania, który Kościół celebruje każdej niedzieli. 
Uczniowie są zgromadzeni, jak Kościół się gromadzi. 
Drzwi są jeszcze zamknięte, ale strach już znikł i Zmartwychwstały jest powtórnie obecny i powtórnie ogłasza pokój, shalom ostateczny. 


w.27 – Jezus zwraca się do Tomasza osobiście i przedkłada swoje argumenty. Nie czyni mu wyrzutów, ale spotyka go tam, gdzie ów się znajduje, z jego obecnym stanem przekonań. Ma tutaj miejsce spotkanie Tomasza i Zmartwychwstałego. 
Znaki Krzyża i Zmartwychwstania są tutaj obecne: już nie wątp więcej, wierz! Droga wiary otworzyła się przed tobą. 


w.28 – Wyznanie wiary Tomasza przekracza wszystko, co zostało już wcześniej powiedziane... 
Jest to wyznanie Żyda, który wyraża pełnię wiary Izraela, przykładając ją do Jezusa (Adonaï – mój Pan; Elohim – mój Bóg). 
Słowo stało się człowiekiem – Słowo jest Bogiem. W Jezusie Zmartwychwstałym, ukazuje się Tomaszowi – Żydowi - pełnia prawdy, pełne objawienie Boga jego ojców. 


w.29 – Błędnie uczyniono Tomasza przykładem sceptyków (a choćby powiedzenie: „Jestem jak Tomasz, nie uwierzę, dopóki nie dotknę!”...). 
A przecież tekst mówi: ...Że mnie ujrzałeś (to znaczy zrozumiałeś), uwierzyłeś!
Wiara jest zawsze rozumieniem i przyjęciem tego, co nie jest w sposób oczywisty sprzeczne. 
Współcześnie, objawienie Paschalne przeminęło, a jego świadkowie odeszli. A jednak Zmartwychwstanie jest wciąż obecne, bez ustanku ukazywane i aktualizowane w spotkaniu z Chrystusem żyjącym; każdego dnia w naszym życiu, i każdego tygodnia w zgromadzeniu Kościoła, który celebruje Jego obecność pośród nas. 


Ten krótki tekst Janowy opisuje doświadczenie ucznia i narodziny Kościoła. 
Potwierdzają one ostateczne objawienie się Boga w swoim Synu i wzywają nas do wejścia do radości Jego obecności, z pełnym Mu zaufaniem.