czwartek, 8 marca 2012

Medytacja tekstu Ewangelii według Jana 12,20-30

A byli niektórzy Grecy wśród tych, którzy pielgrzymowali do Jerozolimy, aby się modlić w święto. Ci tedy podeszli do Filipa, który był z Betsaidy w Galilei, z prośbą, mówiąc: Panie, chcemy Jezusa widzieć. Poszedł Filip i powiedział Andrzejowi, Andrzej zaś i Filip powiedzieli Jezusowi. A Jezus odpowiedział im, mówiąc: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje. Kto miłuje życie swoje, utraci je, a kto nienawidzi życia swego na tym świecie, zachowa je ku żywotowi wiecznemu. Jeśli kto chce mi służyć, niech idzie za mną, a gdzie Ja jestem, tam i sługa mój będzie; jeśli kto mnie służy, uczci go Ojciec mój.


Jest to tekst Janowy dość typowy: przepełniony głębią sensu, który ryzykuje się – usiłując go poddać rozważaniu – łatwo utracić. Miejmy zatem świadomość, że każdorazowo podejmując się zadania rozważania tekstu biblijnego, a w szczególności tekstów Janowych, poruszamy się w sferze, w której zawsze pozostaniemy dalecy od wyczerpania tematu, od wyczerpania możliwych interpretacji.
To zresztą jedna z najwspanialszych cech Słowa Bożego, które pozostaje wciąż niewyczerpane i wciąż aktualne; wciąż – dzięki działaniu Ducha Świętego – pozostając Słowem aktualnym dla każdego życia ludzkiego, indywidualnie.


Rozważany przez nas tekst rozpoczyna się silnym akcentem.
Grecy przybywają do Jerozolimy, aby święcić Paschę (pamiętajmy, że w obrębie murów świątyni był zbudowany dla przybyszy dziedziniec tzw. pogan).
Ale, co nasz tekst podkreśla, to przede wszystkim Jezusa chcą oni zobaczyć.
Nie możemy tutaj zapomnieć, że - podobnie jak w tekście o oczyszczeniu świątyni (por. rozdz. 2) - Jan informuje nas, że oto nową świątynią jest Jezus sam!
Przybysze angażują – jako pośredników – dwóch uczniów Jezusa o imionach pochodzenia greckiego.
Odpowiedź Jezusa (na prośby ze strony Greków) jest tylko powierzchownie jakby nie odpowiadającą bezpośredniemu kontekstowi sytuacji.
Pytanie nie-Żydów jest tutaj potraktowane jako pojawienie się nowej epoki, nowej ery. Przyszła godzina, gdzie Bóg otwiera wszystkie wielkie bramy, przez które wejdzie nowy lud.
Akcent tematyczny, jaki położy słowo o ziarnie, mającym wydać obfity owoc (w.24) zostanie później rozwinięty: oto jest niezbędnym, aby Jezus został ukrzyżowany; to przez i dzięki ukrzyżowaniu owo ziarno „obumrze”, by móc przynieść obfite owoce.


Jest to objawienie przyniesione przez Syna Człowieczego (w.23), postać z apokaliptyki żydowskiej, którym na końcu czasów będzie Człowiek: istota, która wreszcie zjednoczy niebo i ziemię. U Jana, tym Człowiekiem jest Ten, który przyszedł z nieba, aby stać się człowiekiem.
Taki proces oznacza nadzwyczajne wypełnienie obietnic Bożych: oto w całej ludzkości (czy raczej dla całej ludzkości) zajaśnieje chwała Boża, to znaczy Jego skuteczna obecność, nie poddana już żadnym warunkom.
Ale chwała ta (ta prawdziwa chwała) nie jest zupełnie tą, o której marzymy; Bóg nie jest tym, jakiego my sobie wyobrażamy: jakimś bytem potężnym, który o wszystkim decyduje w sposób arbitralny i którego trzeba sobie zjednać za wszelką cenę.
Chwała Boża, chwała prawdziwa, objawia się w Męce Syna. Z wysokości niebios Syn Człowieczy zstąpił aż do największych głębi nędzy ludzkiej.
W tej formie, w ten sposób zawiera w sobie i zabiera On całą ludzkość: najpierw przez swoje współczucie, następnie wprowadzając ją w ruch, który ją wzniesie ku Niemu, to znaczy do Boga samego (por. w.32 tego samego rozdziału).
Celem tutaj zatem jest społeczność, niemniej jest ona zadziwiająca: dla człowieka jest ona w pierwszym rzędzie decyzją służenia Jezusowi, a oznacza to pójście za Nim (por. w 26); a pójście to jest pójściem aż na krzyż.
Nie spotka się prawdziwie Jezusa, jak tylko idąc tam, dokąd On sam idzie i gdzie – w miłosierdziu – pozostaje w niewysłowionej nędzy.
Stąd bierze się pytanie bardzo krępujące: czy chrześcijaństwo, tak nierzadko przeżywane w naszych Kościołach w sposób wygodny i spokojn, jest (czy jest jeszcze) istotnie tą drogą, którą idąc możemy być pewni, że idziemy za Chrystusem?
Czy nie należy w życiu naszych Kościołów, ale i w naszym życiu chrześcijańskim, indywidualnie, zastanowić się nad tym, jak owo prawdziwe pójście za Nim winno wyglądać? Jakie realne konsekwencje winno ono za sobą pociągać?
A może unikamy skonfrontowania się z naszą prawdziwą sytuacją i z naszym bólem, choć nie tylko naszym, ale także z tym, który ciągle jest obecny w życiu tego świata?
Iść za Chrystusem, to perspektywa, która napełnia niepokojem, zmusza do stałej refleksji, której nie mogą zadowolić wygodne zapewnienia.
Ale On sam przecież także był pełen niepokoju (por. w.27)...
Ale oto objawienie: ów niepokój, wręcz popłoch i strach są tym, co Bóg wypełnia swoją chwałą.
Bóg jest obecny tam, gdzie takie negatywne emocje mogłyby potencjalnie zmiażdżyć.
Bóg staje ze swoją obecnością tam, gdzie jest strach, niepokój, niepewność i wypełnia je swoją chwałą, tzn. wypełnia je swoim życiem, życiem które tylko On może dać.
Nie ma większej chwały dla człowieka: by - będąc tak nisko - stać się echem Słowa Bożego, być odbiciem Jego światła.


Nie jest to to, co my sami - sami z siebie - nazwalibyśmy chwałą, ale taka jest wola Boża; On tego tak chce i taka jest Jego prawda.
Czasami jest nam dane poddać fakt ten weryfikacji: kiedy Bóg pozwala nam jasno widzieć, czym jest prawdziwie świat i kim my – w pełni prawdy – jesteśmy wtedy, gdy Jego światło w nas błyszczy Jego mocą.
Jest to zmiana naszego istnienia, zmiana sposobu widzenia przez nas naszego małego, własnego świata.
Dla każdego człowieka jest rzeczą naturalną przywiązanie i kochanie własnego życia, ale Pan pozwala rozszerzyć to spojrzenie, by objęło ono życie wieczne (por. w.25), to znaczy by objęło sobą przestrzeń niewysłowienie większą.
Dochodzi tu do swoistej zmiany preferencji - taki jest sens, jaki powinno się dać w.25.  „Nienawidzenie swojego życia”, jak brzmi tu tłumaczenie większości współczesnych Biblii, nie oddaje w pełni znaczenia tego tekstu.
Właściwym winno być tutaj posiłkowanie się innymi tekstami Pisma, dla właściwego zrozumienia w.25. Oto np. czytając tekst 1 Księgi Mojżeszowej/Księgi Rodzaju 29,31-33, możemy problem ten lepiej zrozumieć: Jakub kocha Rachelę miłością szczególną; darzy nią ją bardziej niż Leę. Tekst oryginalny mówi dosłownie, że kocha jedną, a nienawidzi drugiej!
Czy tak powinniśmy zrozumieć jego znaczenie? Oczywiście, że nie! Jakub po prostu preferuje jedną z kobiet od drugiej.
Należy podkreślić tutaj naszkicowaną wyżej kwestię: jesteśmy tylko w nieznacznym stopniu, my sami, indywidualnie, beneficjentami dzieła Chrystusa, które ma znaczenie, rozbrzmiewa w sposób nieskończony.
Trzeba przeczytać w.31 i zauważyć jego podwójny akcent: chodzi tu o sąd, o sąd świata i o mój sąd: w Chrystusie Bóg potępia zło.
Ogłasza On, że działanie szatana jest złe i zatem skazane na przegraną, odrzucone i zniszczone. Szatan jest wygnany. Nie ma on już swojej władzy, swojego prawa istnienia.
W znaczeniu biblijnym brzmi to jeszcze mocniej niż sami przypuszczamy. Tekst oryginalny w jednym ze swoich wariantów brzmi: „Jest on wyrzucony w dół”.
Pisarz, który zachował w pamięci tę lekcję rozumiał wyraźnie, w świetle tekstów jak np. Łukasza 10,18 i Objawienia 12/7 i nast., że Szatan nie ma już swojego miejsca w niebie, gdzie Bóg decyduje o zbawieniu.
To, co było możliwe w czasach Hioba (Joba), gdy pełen fałszu oskarżyciel mógł poddać w wątpliwość możliwość, że człowiek może być z Bogiem nie tylko dla własnego interesu, ten oskarżyciel teraz nie ma już swojego poprzedniego miejsca.
Bóg w Chrystusie ukazał, że człowiek jest stworzony dla Boga.
W naszej ludzkości jest część, która może stać się mieszkaniem Ducha Świętego: człowiek może być człowiekiem Bożym!
Kiedy człowiek przyjmuje Jezusa, który czyni z niego świątynię Bożą, zamieszkaną przez Ducha, staje się on tym samym w świecie znakiem sądu, który jest ogłoszony.
Oskarżyciela już nie ma; nie jest to już królestwo wątpliwości lub pozostawanie w niepewności, co do jakiejś przyszłej sankcji.
Sąd, którego człowiek zamieszkiwany przez Ducha staje się znakiem, to coś z jednej strony bardzo niewielkiego, nieznaczącego, a jednocześnie ogromnego, o znaczeniu kosmicznym.
Jest to ogłoszenie Ewangelii, Dobrej Nowiny Bożej – oto Bóg sam zbawia!
Dowodem tego jest zbawienie tak słabego stworzenia, jakim jestem ja sam.
Człowiek dotknięty dziełem Jezusa Chrystusa, ten, który stał się świątynią Ducha Świętego, jest światłem dla świata całego; w tym właśnie wymiarze chwała Boża błyszczy w nim dla świata całego.
Czy należy, rozważając ten tekst Jana, wszystko powiedzieć?
Czy trzeba oddać dzisiaj wszystko to, co Jan chciał przekazać chrześcijanom jego czasu? Czy w ogóle proces taki jest możliwy?
A może po prostu wybrać pewien jego element, jeden z wielu aspektów tego tekstu?
Należy pozostawić czas, by tekst ten mógł działać.
Należy pozostawić czas, by Duch Święty działał i odpowiedział na modlitwę, na naszą modlitwę, aby On sam przyszedł rozjaśnić tego, który angażuje się w tę niezwykłą, o niezwykłym znaczeniu i wymiarach misję zachęcania innych, aby zechcieli usłyszeć prawdę o Tym, który jest naszym Bogiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz