piątek, 23 marca 2012

Usprawiedliwienie, wiara i uświęcenie według Pisma Świętego.

Jezus Chrystus został uczyniony grzechem dla nas, abyśmy stali się w Nim sprawiedliwością Bożą (2 Cor 5,21). 
Oczywiście, to co zostało powiedziane wyżej nie oznacza, że Chrystus stał się grzesznikiem, ale że nasz grzech został Mu przypisany. 
Akceptując chrzest w Jordanie, okazał On swoją solidarność z rasą ludzką, która na skutek  konsekwencji grzechu pierworodnego została poddana pod sąd Boży. Chrystus poddał się temu sądowi, aby wypełnić wszelką sprawiedliwość (Mt 3,15). Przeszedł ścieżkę aż do krzyża, ofiarując się na ofiarę jako Baranek Boży i poniósł na sobie grzech świata. 
To Bóg ofiarował nam ten akt krzyża; to On sam nam ofiarował swoją łaskę! 
Jezus Chrystus, Syn Boży, pozwolił, aby został Mu przypisany nasz grzech, aby Jego posłuszeństwo i Jego sprawiedliwość mogły zostać przypisane nam. 
Oddał się za nas, przyjął nasze miejsce i to Jego za nas zastępstwo jest dla nas zbawieniem wiecznym. 
W Synu, który stał się naszym bratem, zostaliśmy zaadoptowani jako dzieci Boże: to znaczy, że Bóg w Chrystusie świat z sobą pojednał, nie zaliczając im ich upadków, i powierzył nam słowo pojednania (2 List do Koryntian 5,19; por. także Izajasz 53). 
Łaska Boża, rozumiana jako odwrotna strona ofiary Jezusa Chrystusa jest aktem, przez który ten, który jest potępiony i skazany na śmierć jest ułaskawiony; jest ona wybaczeniem i adopcją, aktem nie wynikającym z jakiegokolwiek zobowiązania, ani też w żaden sposób i przez kogokowiek zasłużonym. 
Łaska ta jest punktem centralnym Objawienia Bożego; Pismo Święte jest nią wypełnione. 
Paweł Apostoł daje temu cudowi imię usprawiedliwienia, które jest przeciwieństwem potępienia, wyrażając tym samym decyzję, przez którą Bóg spłaca sam dług tych, którzy zasłużyli na śmierć wieczną. 
Na ten centralny akt działania Bożego człowiek odpowiada z kolei przez akt, który jest najważniejszym, centralnym aktem jego życia, to znaczy porzez wiarę. Nie można tego zrozumieć, jakoby wiara była fundamentem naszego usprawiedliwienia; jest ona tylko i wyłącznie instrumentem, za pomocą którego otrzymujemy dobrodziejstwa Boże. 
Człowiek jest wezwany do uwierzenia obietnicy Bożej, by przyjąć za prawdę Bożą ten cud, który jest dla niego usprawiedliwiającym go Bożym oświadczeniem ułaskawienia. 
Człowiek jest wezwany, aby nie zważać wyłącznie na siebie, na własne grzechy, ani też nie ufać własnym uczynkom, dziełom jakie sam miałby ku swej „zasłudze” dokonać. Człowiek jest wezwany, aby całkowicie i w sposób pełny zaufać Chrystusowi, Temu, który swoimi czynami zakrył nasze grzechy. 
Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa (List do Rzymian 5,1). 
Chodzi tutaj tylko o wiarę, ale o wiarę, która jednak nigdy nie zostaje sama. Jest ona wiarą działającą przez miłość (por. Gal 5,6); tą, która dowodzi przez miłość jej skuteczności. 
Łaska Boża nie dotyczy tylko usprawiedliwienia, ale także uświęcenia. 
Jego dzieło wobec nas prowadzi do tego, abyśmy w nas przynosili owoce. 
Oczywiście możliwym jest odróżnienie usprawiedliwienia od uświęcenia, nie mogą jednak oba te elementy być kiedykolwiek oddzielone. 
Słowa „uświęcenie” i „uświęcać” oznaczają w wielu miejscach Nowego Testamentu usprawiedliwienie samo w sobie. Uświęcenie oznacza, że poprzez usprawiedliwienie Bóg jest coraz silniej naszym Panem, że obejmuje nas swoją mocą coraz silniej, i że my z kolei uczymy się żyć jako Jego dzieci. 
To tylko wtedy (i dopiero wtedy) kiedy człowiek akceptuje, przyjmuje z całą konsekwencją słowo wolności, które Bóg wypowiedział odnośnie niego - wtedy uświęcenie rozkwita w nim. 
W walce przeciwko grzechowi jedynie pewność zwycięstwa nabytego, otrzymanego raz na zawsze przez i dzięki Jezusowi Chrystusowi, ta pewność jest naszym prawdziwym gwarantem budzącym poczucie bezpieczeństwa, ale i jest naszą najgłębszą motywacją do działania (por. przede wszystkim Rzymian 6). 
W istocie rzeczy mamy tutaj, na tym świecie, walkę do odbycia. Tak długo, jak pozostaniemy „w ciele”, nigdy nie będziemy wyzbyci naszej grzesznej natury. 
Skarga Apostoła Pawła nie traci nic na jej aktualności, będąc jednocześnie naszą skargą, towarzysząc nam w naszym życiu: Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci? (Rzymian 7,24). 
Ale pamiętajmy, że także to właśnie na na tym świecie Duch Święty: 
Ø jest zabezpieczeniem; jest rękojmią dziedzictwa naszego, aż nastąpi odkupienie własności Bożej, ku uwielbieniu chwały jego – Efezjan 1,14), 
Ø zapowiedzią i zachętą, powodującymi w nas pragnienie prawdziwej pełni istnienia (... i my sami, którzy posiadamy zaczątek Ducha, wzdychamy w sobie, oczekując synostwa, odkupienia ciała naszego – Rzymian 8,23). 


To, co dzieje się w nas od tego momentu, nie może być nigdy ostatecznym fundamentem pewności naszego zbawienia. To znaczy, że nie emocje, czy emocjonalne doznania mogą być swoistymi „dowodami” na nasze prawdziwe i skuteczne zbawienie. 
Nie możemy nigdy zapomnieć, że zależymy w pełni nie od nas samych, nie od jakichkowliek naszych (bazujących na jakichś subiektywnych doznaniach) intuicjach. 
To w doskonałym dziele odkupienia, wypełnionym całkowicie dla nas przez Jezusa Chrystusa posiadamy istotę naszej pewności i pełną skuteczność naszego zbawienia (Ale wy dzięki niemu jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i poświęceniem, i odkupieniem, aby, jak napisano: Kto się chlubi, w Panu się chlubił – 1 List do Koryntian 1,30-31). 
Tylko i wyłącznie gdy oddajemy się całkowicie Temu, który wypełnił całość dzieła odkupienia, może rozwinąć się w nas uświęcenie, choć musimy mieć świadomość, że jest to zaledwie niewielka cząstką tego, co nas czeka w świecie przyszłym, gdy nowa ziemia i nowe niebo zaistnieją takie, jakie je nam zapowiedział i obiecał nasz Pan. 
Nie wydaje nam się przesadnym jeszcze raz na zakończenie powtórzyć z całą mocą, że opieranie się naszego zbawienia o współpracę z łaską, a to w oparciu o nasze uczynki zasługujące, jest ogromnym błędem i wielkim niebezpieczeństwem dla duchowości chrześcijanina. 
Nie jest też przypadkiem, że idea zasługiwania na cokolwiek przed Bogiem jest tak przeciwna nauczaniu Jezusa Chrystusa, takiemu, jakie znajdujemy je w Nowym Testamencie. 
A Apostoł Paweł koncepcje wszelkiej zasługi przed Bogiem, z której człowiek mógłby być w jakikolwiek sposób dumny, ujmuje bardzo jasno w kilku fragmentach swoich listów: 
Ø Bo któż ciebie wyróżnia? Albo co masz, czego nie otrzymałbyś? A jeśli otrzymałeś, czemu się chlubisz, jakobyś nie otrzymał? (1 Koryntian 4,7); 
Ø Co zaś do mnie, niech mnie Bóg uchowa, abym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego dla mnie świat jest ukrzyżowany, a ja dla świata (Galacjan 6,14);
Ø Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; (9) nie z uczynków, aby się kto nie chlubił (Efezjan 2,8-9). 


Przyjmując dzieło dla nas i za nas dokonane ku naszemu zbawieniu, pozostajemy wolni od wszelkiej frustracji związanej z pogonią za naszą wyimaginowaną doskonałością, która - jako obiekt naszych własnych pełnych niepokoju dążeń - zupełnie niepotrzebna. Niczym i nigdy nie zasłużymy na łaskę zbawienia, na ten dar niezwykły, ale i też niczym zasługiwać nie musimy. 
Cieszmy się i bądźmy wdzięczni za wszystko, co Pan nam dał. 
Żyjmy wdzięcznością za to, co otrzymaliśmy. I bądźmy wolni, w pokoju i w radości życia, bez obaw:... gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Sługami nieużytecznymi jesteśmy, bo co winniśmy byli uczynić, uczyniliśmy (Ewangelia według Łukasza 17,10). 

niedziela, 18 marca 2012

Kwestia Kościoła, zbawienia, człowieka, kultu Bożego w spotkaniu nauczania katolickiego i protestanckiego...

Kościół Jezusa Chrystusa jest (w swoim wymiarze widzialnym) podzielony – to fakt stwierdzalny bez większej trudności. 
Faktem jest także, że Kościół Rzymsko-katolicki, w sposób konsekwentny i niezmienny uważa się za jedyny prawdziwy Kościół Chrystusa. 
Jak - w sposób spokojny, a nieagresywny - w tej sytuacji może odnaleźć się protestant, nie popadając jednocześnie w emocjonalny (nie poddany egzaminowi racjonalnemu) negatywizm?
Pozycje, jakie można zaobserwować w środowisku szeroko rozumianego protestantyzmu, w odniesieniu do postawionego problemu poczucia kościelnej wyłączności rzymskiej, są różne, np.: 
1. Według niektórych Kościół ten nie zasługuje na żaden poważny egzamin proponowanego przezeń nauczania i praktyk religijnych; zasługuje jedynie na arbitralne odrzucenie; 
2. Inni widzą w nim poruszającą (i przyciągającą) wielkość (w głębi duszy najprawdopodobniej jej zazdroszcząc); 
3. Jeszcze inni czują się silnie pociągani przez Kościół rzymski (z wielu i zróżnicowanych powodów), czy też myślą, że w istocie rzeczy nie ma między protestantyzmem (a przynajmniej jego częścią) większych różnic, bo z tej i tamtej strony można spotkać prawdziwe dzieci Boże. 


Jesteśmy świadomi wszystkiego tego, co przemawia na korzyść Kościoła rzymskiego: jego długa historia, jego stabilność, jego organizacja, jego moc polityczna i ekonomiczna. 
Niemniej, Pismo Święte naucza nas, że Prawda Boża jest paradoksalnie często obecna tam, gdzie jej znaki nie mają charakteru (z punktu widzenia ludzkiego) zbyt przyciągającego. 
W tym krótkim artykule chcemy w sposób – oczywiście bardzo pobieżny – skonfrontować się z kilkoma spostrzeżeniami w odniesieniu do Kościoła rzymsko-katolickiego; bez agresji, zbytniego negatywizmu, ale jednocześnie nie unikając konfrontacji z Prawdą, jaką Słowo Boże nam przekazuje. 


- o -


Jednym z częstych argumentów, jakim szermuje katolicyzm, w odniesieniu do swojej jedyności w prawdziwości jest jego jedność i zwartość strukturalna (w konfrontacji z – podkreślanym przez katolików – „rozbiciem” protestantyzmu na różne nurty). 
Zadajmy sobie już tutaj pierwsze pytanie: na czym spoczywa, o co opiera się owa jedność, w oparciu o co jest ona możliwa?
Możemy z całym spokojem zauważyć, że jest ona możliwa, ponieważ: 
Ø każdy wierny poddaje się całkowicie autorytetowi kościelnej instytucji katolickiej; 
Ø w koncepcji rzymskiej działanie Ducha Świętego jest ściśle związane z rozumieniem kapłaństwa duchownych;  
Ø ponieważ nie istnieje bezpośredni i wolny związek dostępu pomiędzy Objawieniem Bożym w Piśmie Świętym i społecznością wierzących. 
Pytanie zatem, które winno się z całą powagą postawić w tej sytuacji winno brzmieć nieco inaczej: czy jedność otrzymana i utrzymana takimi środkami jest tą, której Chrystus pragnie dla swojego Kościoła? 
Jedność w rozumieniu biblijnym jest jedynie tą, jaka winna opierać się o Jezusa Chrystusa!
Należy w tej sytuacji poddać rozważaniu to, co wiemy z Objawienia Bożego. 


Kryterium


Kościoły katolicki i protestanckie twierdzą, że są posłuszne Objawieniu Bożemu i chcą je głosić. 
Wszystkie te Kościoły mają świadomość bycia związanymi tym Objawieniem i byciem od niego zależnymi. 
Wszystkie te Kościoły podkreślają, że usłyszały Słowo Boże (w Starym i Nowym Testamencie). 
Niemniej (i tu już pierwszy element intrygujący) należy jasno podkreślić, że Kościół katolicki zaciemnił jego zależność od Pisma Świętego i osłabił związek między Kościołem i Objawieniem Bożym, takim jakie podaje Pismo - Biblia. 
Tradycja - w rozumieniu katolickim - ma swoją wartość konstytutywną
dla nauczania i praktyki Kościoła, w stopniu równym (a nierzadko w praktyce i większym) niż Pismo Święte. 
Tradycja katolicka przypisuje sobie prawo interpretowania Pisma nie tylko w sposób obowiązujący, ale i nieomylny, tworząc tym samym prawdziwą i konstytuwną Tradycję. 
Kościół katolicki wierzy, że Duch Święty kontynuuje i rozwija Objawienie w trakcie historii Kościoła, w sposób taki, że może ona dać początek ideom, których wyraźnych śladów nie możemy znaleźć (bądź nawet żadnych śladów) w Piśmie Świętym. 
Jeśli chodzi o protestantów, to nie mogą oni w żaden sposób pozwolić sobie na proces inny, jak tylko poddać osądowi Słowa Bożego nauk, które ich dzielą z katolikami!
Nie jest to kwestia budowania fundamentów dla kontrowersji, ale jeśli jakikolwiek Kościół pretenduje do bycia Kościołem Chrystusa to winien z tej samej racji poddawać się w sposób stały światłu Pisma i w nim znajdować potwierdzenie zasadności tego, w co wierzy i co głosi (naucza). 
Zaprzestanie tego procesu po stronie protestanckiej byłoby tym samym zaprzeczeniem zasadności nie tylko misji Reformacji, ale odrzuceniem tego, co najważniejsze, czyli nauczania Pana Jezusa Chrystusa i Jego apostołów, którzy w ich nauczaniu ciągle zachęcali do stałej analizy naszych postaw w życiu wiary (postaw w znaczeniu najszerszym: idei i praktyki). 


Kwestia Marii Dziewicy


Wydaje nam się, że - przy nie popadaniu w absurdalne i niebiblijne lekceważenie jej postaci - osoba Marii, jej kult, koncepcje z nią związane, dają znakomitą okazję by przyjrzeć się globalnie temu, co może być dla protestanta istotne w całości nauczania katolickiego, skutkującego także określonym wymiarem katolickiego życia religijnego. 
W 1854 papież Pius IX ogłosił - na mocy swojego „nieomylnego autorytetu” – dogmat o Niepokalanym Poczęciu Marii:
Ø Maria na mocy szczególnej łaski, została ochroniona przed wszelką zmazą grzechu pierworodnego; 
Ø pozostała stale wolna i czysta od wszelkiego grzechu osobistego; 
Ø była i pozostała dziewicą; zarówno przed, podczas, jaki i po narodzeniu Chrystusa (tu Pius potwierdza nauczanie Soboru Trydenckiego, będącego w XVI w. reakcją na nauczanie i rozwój Reformacji). 
W 1950 r. papież Pius XII ogłosił Wniebowzięcie Marii, to znaczy, że zaraz po oddaniu swego ostatniego tchnienia została ona wraz z ciałem wzięta do nieba. 
Zgodnie z nauczaniem katolickim Maria była obdarzona łaskami tak wspaniałymi, osiągnęła tak wysoki stopień doskonałości, że przerasta on wręcz ten, który osiągnęli najwięksi święci. Została ona podniesiona do bezpośredniej bliskości Trójcy Świętej. 
W koncepcjach tych katolicyzm opiera się na interpretacji przede wszystkim pierwszego rozdziału Ewangelii Łukasza: w.28, w. 42, w.48. 
Niemniej, w oczach Kościoła katolickiego, najważniejszymi pozostają słowa Marii, które są jej odpowiedzią aniołowi w w.38 (ciągle 1 rozdziału Łukasza). Słowami fiat mihi (w wersji łacińskiej tekstu) oddała się ona (jak naucza Kościół Katolicki ) do dyspozycji planu zbawienia. 
Zgodnie z wnioskiem wyprowadzonym w tych słów przez katolicyzm, współpraca Marii z dziełem zbawienia, dokonanym w Chrystusie, była wynikiem łaski Bożej, ale bez jej współpracy czy nasze zbawienie byłoby w ogóle możliwe? 
W Marii zatem, Kościół Katolicki kontempluje obraz i model wszelkiej ludzkiej współpracy ludzkiej z łaską Bożą. 
W Marii Kościół Katolicki zawiera to, do czego (jak wierzy) człowiek jest zdolny z łaski Bożej. 
Oczywiście, także katolicyzm powie, że odkupienie pochodzi od Boga, ale na mocy „decyzji Bożej” Maria jest niezbędna jako współodkupicielka i posługująca w planie zbawienia. 
Maria jest w tej optyce obrazem wierzącego (w koncepcji katolickiej), który jest wezwany do współpracy z łaską. 
Ponadto, o czym nie można zapomnieć, w nauczaniu katolickim Maria jest pierwotnym obrazem Kościoła (katolickiego oczywiście, jako jedynie prawdziwego). 
Podobnie, jak Maria porodziła wcielonego Chrystusa, Kościół „rodzi” chrześcijan. 
I podobnie, jak Maria uczestniczy w pewnym sensie, obok Boga, jako Matka Boża, w dziele odkupienia, Kościół w nim uczestniczy także w sposób aktywny... 


Miejsce Marii w Piśmie Świętym. 


W rozdziale 1 Ewangelii Łukasza anioł nazywa Marię „obdarzoną łaską”. 
Literalnie należałoby przetłumaczyć „ułaskawioną” (przy całej trudności z takiego tłumaczenia wynikającej). 
Tłumaczenie – przede wszystkim modlitewne – zakorzenione w tradycji katolickiej: „łaski pełna”, pochodzi z tłumaczenia łacińskiego Biblii, zwanego Wulgata: pełna łaski = gratia plena. 
W tłumaczeniu tym znaczenie pierwotne tekstu zostało znacząco zmienione. 
Ten, który jest „obiektem łaski” pozostaje małym wobec daru, który otrzymał; ten, który jest „wypełniony łaską” ryzykuje zwiększenie swych wymiarów ponad rzeczywisty poziom. 
W przypadku Marii jest to zatem poważna deformacja Pisma Świętego.  
Czy Maria była uwolniona od wszelkiego grzechu? 
W Dziejach Apostolskich (w rozdziale 6, w.8) znajdujemy wyrażenie – w odniesieniu do Szczepana  wyrażenie „pełen łaski”, wyrażenie, które katolicyzm tak chętnie przypisuje na podstawie tekstu Ewangelii Łukasza (będącego także autorem Dziejów Apostolskich) Marii. 
Nikt jednak w środowisku, nie tylko katolickim, nie pomyśli o Szczepanie (na tej samej względnie „biblijnej” podstawie), jako o kimś, kto byłby wolny od grzechu pierworodnego i od wszelkiego grzechu osobistego!
Jeżeli w Łk 1,38 Maria oświadcza: niech mi się stanie według słowa twego, słowa te nie wyrażają nic innego, jak tylko oddanie się w posłuszeństwie; Maria pochyla się przed niepojętym cudem, który jest jej zwiastowany. 
To jej wiara wyraża się w tych słowach. Dlatego też Elżbieta powie: błogosławiona, która uwierzyła (w.45). 
Kiedy Maria doda: Oto bowiem odtąd błogosławioną zwać mnie będą wszystkie pokolenia (w.48), to powie to przede wszystkim w znaczeniu: tam gdzie mówi się o Chrystusie, wymawia się również imię Marii i Kościół Chrystusowy wzmacnia się jej przykładem wiary i jej oddania (i niczym więcej ponad to); a to pozostaje wielkim i pięknym, budującym, będącym wzorem dla wszystkich przykładem. 
Identyczna obietnica została dana kobiecie, która namaściła stopy Zbawiciela w Betanii (Mt 26,13), a podobne stwierdzenia znajdziemy także w Starym Testamencie. 
Nie ma zatem żadnej poważnej racji biblijnej przemawiającej za tą szczególnie rozbudowaną formą czci Marii, jaką proponuje Kościół katolicki. 
Nie zapomnijmy także, że w Ewangeliach, kiedy matka i bracia Jezusa chcą z Nim rozmawiać osobiście, podczas gdy On sam jest zajęty głoszeniem dla tłumu, Chrystus odmawia tego i nazywa swoimi braćmi, swoimi siostrami i swoją matką wszystkich, którzy czynią wolę Jego Ojca (Mt 12,46-50). 
Osobie, podnoszącej głos, aby chwalić Jego matkę, Jezus przypomina bez dwuznaczności istotę Ewangelii (Łk 11, 27-28). 
Po Wniebowstąpieniu , pomiędzy tymi, którzy oczekują na zesłanie Ducha Świętego, Maria nie jest wspomniana inaczej, jak po apostołach i innych kobietach (Dzieje 1,14). 
Od tego momentu już nigdzie indziej w Nowym Testamencie nie znajdziemy o niej wzmianki. Jeden raz tylko, Paweł w swoim Liście do Galatów (Galacjan) powie jeden raz, że Jezus narodził się z kobiety (Gal 4,4). 
W końcu, w Księdze Objawienia (Apokalipsy), tam, gdzie jest staje przed naszymi oczami obraz stojących wokół tronu Pańskiego, Marii nie ma pomiędzy nimi, podanej z imienia (Obj 4). 
Kwestia pozostania dziewicą po narodzeniu Chrystusa, już w sposób radykalny stoi w opozycji do kilkakrotnych wzmianek o braciach i siostrach Jezusa (Mt 12,46-49; 13,55-56; Jn 2,12; 7,3.5.10)... Jak zatem z takim stwierdzeniem dyskutować w sposób biblijny?...
Sobór w Efezie (431) oświadcza: To nie zwykły człowiek narodził się ze świętej Dziewicy, to ten, w którym Słowo Boże zstąpiło... To w takim znaczeniu ojcowie nazwali Marię Matką Bożą...
Podkreślmy – formuła „Matka Boża” była użyta przez ojców soboru w intencji uhonorowania nie Marii, ale Chrystusa, w jego niepodzielnej jedności boskości i człowieczeństwa. Wspomnienie natomiast o dziewictwie Marii nie ma charakteru rozważania go po narodzeniu Chrystusa, ale podkreślenie, że w momencie Zwiastowania  była ona dziewicą, a zatem Wcielenie jest pełnym cudem działania Bożego! 
Nawet Tomasz z Akwinu (1225-1274), najsławniejszy teolog Kościoła rzymskiego, nie akceptował nauczania o Niepokalanym Poczęciu!


- o –


Kościół katolicki w sposób szczególny kładzie nacisk na współpracę człowieka w kwestii jego zbawienia - problem, jakiego Pismo Święte nie zna, a Maria nie znała go z pewnością także. 
Pieśń Marii (Łk 1,46-55) wyraża w prosty i bezpośredni sposób jej pokorny i radosny podziw wobec łaski Boga, który bez zważania na to co jest wielkie i potężne na tym świecie, potrafił obdarzyć łaską tam, gdzie jest niskość, słabość, prostota. 
W swoim hymnie Maria nie myśli o sobie samej, w sposób podkreślający potrzebę, czy zachętę do oddawania jej czci, nie myśli o swoich zdolnościach, ani też o swoim współdziałaniu z Bogiem. 
Cała jej uwaga jest skoncentrowana na Bogu i Jego miłosierdziu. 
Wiara prawdziwa nie mówi o sobie samej, ani z siebie samej; o własnej aktywności, zdolnościach, możliwościach, czy o współpracy z Bogiem!
Wiara prawdziwa podkreśla i stara się powiedzieć to - i jak najsilniej - innym, że łaska Boża dotyka nas w sposób, na który nigdy nie zasłużyliśmy. 
Łaska ta czyni nas jednocześnie małymi i wielkimi.


Jeśli ktoś się szczyci, niech się szczyci w Panu!

czwartek, 8 marca 2012

Medytacja tekstu Ewangelii według Jana 12,20-30

A byli niektórzy Grecy wśród tych, którzy pielgrzymowali do Jerozolimy, aby się modlić w święto. Ci tedy podeszli do Filipa, który był z Betsaidy w Galilei, z prośbą, mówiąc: Panie, chcemy Jezusa widzieć. Poszedł Filip i powiedział Andrzejowi, Andrzej zaś i Filip powiedzieli Jezusowi. A Jezus odpowiedział im, mówiąc: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje. Kto miłuje życie swoje, utraci je, a kto nienawidzi życia swego na tym świecie, zachowa je ku żywotowi wiecznemu. Jeśli kto chce mi służyć, niech idzie za mną, a gdzie Ja jestem, tam i sługa mój będzie; jeśli kto mnie służy, uczci go Ojciec mój.


Jest to tekst Janowy dość typowy: przepełniony głębią sensu, który ryzykuje się – usiłując go poddać rozważaniu – łatwo utracić. Miejmy zatem świadomość, że każdorazowo podejmując się zadania rozważania tekstu biblijnego, a w szczególności tekstów Janowych, poruszamy się w sferze, w której zawsze pozostaniemy dalecy od wyczerpania tematu, od wyczerpania możliwych interpretacji.
To zresztą jedna z najwspanialszych cech Słowa Bożego, które pozostaje wciąż niewyczerpane i wciąż aktualne; wciąż – dzięki działaniu Ducha Świętego – pozostając Słowem aktualnym dla każdego życia ludzkiego, indywidualnie.


Rozważany przez nas tekst rozpoczyna się silnym akcentem.
Grecy przybywają do Jerozolimy, aby święcić Paschę (pamiętajmy, że w obrębie murów świątyni był zbudowany dla przybyszy dziedziniec tzw. pogan).
Ale, co nasz tekst podkreśla, to przede wszystkim Jezusa chcą oni zobaczyć.
Nie możemy tutaj zapomnieć, że - podobnie jak w tekście o oczyszczeniu świątyni (por. rozdz. 2) - Jan informuje nas, że oto nową świątynią jest Jezus sam!
Przybysze angażują – jako pośredników – dwóch uczniów Jezusa o imionach pochodzenia greckiego.
Odpowiedź Jezusa (na prośby ze strony Greków) jest tylko powierzchownie jakby nie odpowiadającą bezpośredniemu kontekstowi sytuacji.
Pytanie nie-Żydów jest tutaj potraktowane jako pojawienie się nowej epoki, nowej ery. Przyszła godzina, gdzie Bóg otwiera wszystkie wielkie bramy, przez które wejdzie nowy lud.
Akcent tematyczny, jaki położy słowo o ziarnie, mającym wydać obfity owoc (w.24) zostanie później rozwinięty: oto jest niezbędnym, aby Jezus został ukrzyżowany; to przez i dzięki ukrzyżowaniu owo ziarno „obumrze”, by móc przynieść obfite owoce.


Jest to objawienie przyniesione przez Syna Człowieczego (w.23), postać z apokaliptyki żydowskiej, którym na końcu czasów będzie Człowiek: istota, która wreszcie zjednoczy niebo i ziemię. U Jana, tym Człowiekiem jest Ten, który przyszedł z nieba, aby stać się człowiekiem.
Taki proces oznacza nadzwyczajne wypełnienie obietnic Bożych: oto w całej ludzkości (czy raczej dla całej ludzkości) zajaśnieje chwała Boża, to znaczy Jego skuteczna obecność, nie poddana już żadnym warunkom.
Ale chwała ta (ta prawdziwa chwała) nie jest zupełnie tą, o której marzymy; Bóg nie jest tym, jakiego my sobie wyobrażamy: jakimś bytem potężnym, który o wszystkim decyduje w sposób arbitralny i którego trzeba sobie zjednać za wszelką cenę.
Chwała Boża, chwała prawdziwa, objawia się w Męce Syna. Z wysokości niebios Syn Człowieczy zstąpił aż do największych głębi nędzy ludzkiej.
W tej formie, w ten sposób zawiera w sobie i zabiera On całą ludzkość: najpierw przez swoje współczucie, następnie wprowadzając ją w ruch, który ją wzniesie ku Niemu, to znaczy do Boga samego (por. w.32 tego samego rozdziału).
Celem tutaj zatem jest społeczność, niemniej jest ona zadziwiająca: dla człowieka jest ona w pierwszym rzędzie decyzją służenia Jezusowi, a oznacza to pójście za Nim (por. w 26); a pójście to jest pójściem aż na krzyż.
Nie spotka się prawdziwie Jezusa, jak tylko idąc tam, dokąd On sam idzie i gdzie – w miłosierdziu – pozostaje w niewysłowionej nędzy.
Stąd bierze się pytanie bardzo krępujące: czy chrześcijaństwo, tak nierzadko przeżywane w naszych Kościołach w sposób wygodny i spokojn, jest (czy jest jeszcze) istotnie tą drogą, którą idąc możemy być pewni, że idziemy za Chrystusem?
Czy nie należy w życiu naszych Kościołów, ale i w naszym życiu chrześcijańskim, indywidualnie, zastanowić się nad tym, jak owo prawdziwe pójście za Nim winno wyglądać? Jakie realne konsekwencje winno ono za sobą pociągać?
A może unikamy skonfrontowania się z naszą prawdziwą sytuacją i z naszym bólem, choć nie tylko naszym, ale także z tym, który ciągle jest obecny w życiu tego świata?
Iść za Chrystusem, to perspektywa, która napełnia niepokojem, zmusza do stałej refleksji, której nie mogą zadowolić wygodne zapewnienia.
Ale On sam przecież także był pełen niepokoju (por. w.27)...
Ale oto objawienie: ów niepokój, wręcz popłoch i strach są tym, co Bóg wypełnia swoją chwałą.
Bóg jest obecny tam, gdzie takie negatywne emocje mogłyby potencjalnie zmiażdżyć.
Bóg staje ze swoją obecnością tam, gdzie jest strach, niepokój, niepewność i wypełnia je swoją chwałą, tzn. wypełnia je swoim życiem, życiem które tylko On może dać.
Nie ma większej chwały dla człowieka: by - będąc tak nisko - stać się echem Słowa Bożego, być odbiciem Jego światła.


Nie jest to to, co my sami - sami z siebie - nazwalibyśmy chwałą, ale taka jest wola Boża; On tego tak chce i taka jest Jego prawda.
Czasami jest nam dane poddać fakt ten weryfikacji: kiedy Bóg pozwala nam jasno widzieć, czym jest prawdziwie świat i kim my – w pełni prawdy – jesteśmy wtedy, gdy Jego światło w nas błyszczy Jego mocą.
Jest to zmiana naszego istnienia, zmiana sposobu widzenia przez nas naszego małego, własnego świata.
Dla każdego człowieka jest rzeczą naturalną przywiązanie i kochanie własnego życia, ale Pan pozwala rozszerzyć to spojrzenie, by objęło ono życie wieczne (por. w.25), to znaczy by objęło sobą przestrzeń niewysłowienie większą.
Dochodzi tu do swoistej zmiany preferencji - taki jest sens, jaki powinno się dać w.25.  „Nienawidzenie swojego życia”, jak brzmi tu tłumaczenie większości współczesnych Biblii, nie oddaje w pełni znaczenia tego tekstu.
Właściwym winno być tutaj posiłkowanie się innymi tekstami Pisma, dla właściwego zrozumienia w.25. Oto np. czytając tekst 1 Księgi Mojżeszowej/Księgi Rodzaju 29,31-33, możemy problem ten lepiej zrozumieć: Jakub kocha Rachelę miłością szczególną; darzy nią ją bardziej niż Leę. Tekst oryginalny mówi dosłownie, że kocha jedną, a nienawidzi drugiej!
Czy tak powinniśmy zrozumieć jego znaczenie? Oczywiście, że nie! Jakub po prostu preferuje jedną z kobiet od drugiej.
Należy podkreślić tutaj naszkicowaną wyżej kwestię: jesteśmy tylko w nieznacznym stopniu, my sami, indywidualnie, beneficjentami dzieła Chrystusa, które ma znaczenie, rozbrzmiewa w sposób nieskończony.
Trzeba przeczytać w.31 i zauważyć jego podwójny akcent: chodzi tu o sąd, o sąd świata i o mój sąd: w Chrystusie Bóg potępia zło.
Ogłasza On, że działanie szatana jest złe i zatem skazane na przegraną, odrzucone i zniszczone. Szatan jest wygnany. Nie ma on już swojej władzy, swojego prawa istnienia.
W znaczeniu biblijnym brzmi to jeszcze mocniej niż sami przypuszczamy. Tekst oryginalny w jednym ze swoich wariantów brzmi: „Jest on wyrzucony w dół”.
Pisarz, który zachował w pamięci tę lekcję rozumiał wyraźnie, w świetle tekstów jak np. Łukasza 10,18 i Objawienia 12/7 i nast., że Szatan nie ma już swojego miejsca w niebie, gdzie Bóg decyduje o zbawieniu.
To, co było możliwe w czasach Hioba (Joba), gdy pełen fałszu oskarżyciel mógł poddać w wątpliwość możliwość, że człowiek może być z Bogiem nie tylko dla własnego interesu, ten oskarżyciel teraz nie ma już swojego poprzedniego miejsca.
Bóg w Chrystusie ukazał, że człowiek jest stworzony dla Boga.
W naszej ludzkości jest część, która może stać się mieszkaniem Ducha Świętego: człowiek może być człowiekiem Bożym!
Kiedy człowiek przyjmuje Jezusa, który czyni z niego świątynię Bożą, zamieszkaną przez Ducha, staje się on tym samym w świecie znakiem sądu, który jest ogłoszony.
Oskarżyciela już nie ma; nie jest to już królestwo wątpliwości lub pozostawanie w niepewności, co do jakiejś przyszłej sankcji.
Sąd, którego człowiek zamieszkiwany przez Ducha staje się znakiem, to coś z jednej strony bardzo niewielkiego, nieznaczącego, a jednocześnie ogromnego, o znaczeniu kosmicznym.
Jest to ogłoszenie Ewangelii, Dobrej Nowiny Bożej – oto Bóg sam zbawia!
Dowodem tego jest zbawienie tak słabego stworzenia, jakim jestem ja sam.
Człowiek dotknięty dziełem Jezusa Chrystusa, ten, który stał się świątynią Ducha Świętego, jest światłem dla świata całego; w tym właśnie wymiarze chwała Boża błyszczy w nim dla świata całego.
Czy należy, rozważając ten tekst Jana, wszystko powiedzieć?
Czy trzeba oddać dzisiaj wszystko to, co Jan chciał przekazać chrześcijanom jego czasu? Czy w ogóle proces taki jest możliwy?
A może po prostu wybrać pewien jego element, jeden z wielu aspektów tego tekstu?
Należy pozostawić czas, by tekst ten mógł działać.
Należy pozostawić czas, by Duch Święty działał i odpowiedział na modlitwę, na naszą modlitwę, aby On sam przyszedł rozjaśnić tego, który angażuje się w tę niezwykłą, o niezwykłym znaczeniu i wymiarach misję zachęcania innych, aby zechcieli usłyszeć prawdę o Tym, który jest naszym Bogiem.