wtorek, 24 stycznia 2012

Zmartwychwstanie

Pan Zmartwychwstał! Takie jest zwiastowanie Paschalne - co roku - w Święta Wielkiej Nocy, w święto Zmartwychwstania. 
Zastanówmy się, jaki jest sens tego zwiastowania dla nas; sens jaki Bóg chciał nam przekazać w swoim Słowie.


Nowy Testament wyraża naukę o Zmartwychwstaniu poprzez dwa podstawowe obrazy: 
1. najpierw niewiasty i uczniowie znajdują pusty grób, 
2. a następnie spotykają Chrystusa, który zmartwychwstał i jest obecny pośród nich, w rozumieniu ludzkim na sposób bardzo dziwny, a pomimo to rzeczywisty. 
On, Jezus Chrystus został zabity, ale został wzbudzony z martwych, zmartwychwstał! W Ewangeliach wspomnienie pustego grobu oznacza i podkreśla zmartwychwstanie cielesne.  To nie mit, czy „zmartwychwstanie symboliczne”. 


To jednak tylko część tego, co Ewangelie i Nowy Testament chcą nam przekazać w związku ze Zmartwychwstaniem. Zmartwychwstanie zawiera głęboką naukę o człowieku i jego życiu: oto człowiek jest ciałem i duchem. Ciałem i duchem, które Bóg może, jak swego Syna, wskrzesić z martwych, wskrzesić z martwych jego ciało i ducha. 
Można byłoby powiedzieć: to niemożliwe. Człowiek zmarły nie powraca do życia. 
Jeżeli ktoś umarł, oznacza to zgodnie z naszym powszechnym doświadczeniem, że jego życie jest skończone, że ono nie może powtórnie rozpocząć się. 
Nowy Testament mówi nam jednak z całą prostotą: czy wierzysz w Chrystusa żyjącego? Jeśli tak, to to, co zgodnie z naturą tego świata jest niemożliwe, stanie się możliwe dzięki Temu, który jest Wszechmocny - dzięki Bogu Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. 


Taka jest nauka Nowego Testamentu, którą możemy oczywiście odrzucić. Jesteśmy wolni aby to zrobić,  ale nie wolno nam jej modyfikować i uważać, że Pismo mówi coś innego, tylko dlatego i wtedy, gdy nie chcemy go przyjąć. Można przyjąć, bądź odrzucić przesłanie Boże, ale nie wolno go zmieniać! 
Jest jeszcze inna możliwość: jeśli znajdziemy się w sytuacji trudności w wierze w prawdę o Zmartwychwstaniu, zamiast modyfikować przesłanie paschalne, prośmy Boga, aby dał nam tę wiarę, obdarzył nas ją przez swojego Ducha Świętego! 


Nie, to nie przez egoizm ludzki rozpoczęliśmy nasze  rozważanie od podkreślenia jego fundamentalnej ważności dla nas. Zmartwychwstanie, w swojej istocie, jest najwspanialszym prezentem jaki – wzbudzając z martwych swego Syna – Bóg mógł nam ofiarować. 
Jezus Chrystus oddał się za nas na Krzyżu, dla nas też są owoce odkupienia przez Krzyż. Niemniej, owoce te są wyrażone, podkreślone i uwierzytelnione niejako przez Jego Zmartwychwstanie. 


Przyjrzyjmy się zatem, jakie korzyści ów Boży dar dla nas (przez Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa) wnosi w nasze życie. 
1. Przyjrzyjmy się temu, co teologia nazywa „sprawiedliwością”, która została dla nas nabyta. To znaczy, że dotąd nie byliśmy przed Bogiem zasługujący na Jego łaskę, ale takimi możemy się stać. Ta nabyta nam „sprawiedliwość” nie jest czymś, co przysługiwałoby nam z mocy prawa wiecznego. Także to nie my ją zdobyliśmy, czy nabyli. To Jezus Chrystus zdobył, nabył ją dla nas. 
To dzięki Zmartwychwstaniu wiemy, że stan nasz może być zgodny z wolą Bożą, że nasze życie z Nim może być możliwe. 
2. Zmartwychwstanie Chrystusa jest dla nas zatem gwarancją, pewnością, że kiedyś i my także zmartwychwstaniemy do „chwalebnego zmartwychwstania”, czyli w świecie, który nie będzie obarczony cierpieniem, nienawiścią, śmiercią. 
Niezwykłe słowa, prawda? Oznaczają one jednak, że nasze życie, które tutaj na tej ziemi skończy się pewnego dnia, nie jest próżne i nie znika w nicości. Życie ludzkie jest wypełnione sensem i jest wezwane do zmartwychwstania. 
Nie posiadamy jednak sami z siebie naszej zdolności do zmartwychwstania, podobnie jak nie jesteśmy panami naszej „sprawiedliwości”. 
Jedna i druga są nam nabyte przez Chrystusa, które Zmartwychwstanie jest jedyną ich gwarancją (On sam jest tego gwarantem!), ale gwarancją jakże wystarczającą. 
Wszystkie ludzkie pretensje do nieśmiertelności byłyby iluzją, gdyby nie było gwarancji, jaką Bóg dał nam przez Zmartwychwstanie Chrystusa. 
3. Już teraz zatem, tu i teraz, Zmartwychwstanie Chrystusa zapewnia nam nowe życie, które nie należy do nas, nie jest tworem wypracowanym przez nas samych. 
Życie przeżywane w służbie Bogu, w sposób święty i zgodnie z Jego zamiarem jest naszym szczęściem, naszym prawdziwym życiem, życiem w naszym pełnym człowieczeństwie. Ale jest to życie, które tylko On sam może w nas wzbudzić. A ponieważ Chrystus zmartwychwstał, to w Nim i dzięki niemu to nowe życie jest nam ofiarowane tu i teraz.  


Owocami Zmartwychwstania nie są zatem jakieś mgliste refleksje, jakieś bliżej nieokreślone pragnienia, czy jakieś wzbudzające poczucie radości emocje. Owocami Zmartwychwstania są fakty! W ten sposób lepiej możemy zrozumieć ważność Zmartwychwstania Chrystusa, który jest ich źródłem i gwarantem. 
Paweł Apostoł pisze w I Liście do Koryntian, w rozdziale 15: 
w.13 – Bo jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie został wzbudzony; 
oraz w. 16 – Jeśli bowiem umarli nie bywają wzbudzeni, to i Chrystus nie został wzbudzony. 


Inaczej mówiąc: ten, kto nie zrozumie nabytej dla nas przez Krzyż „sprawiedliwości”, Jego Zmartwychwstania i ofiarowanego nam dzięki tym niezwykłym gestom Bożej miłości nowego życia, ten istotnie nie potrzebuje nic od Boga. Ale wtedy jest to największy dramat, jakiego człowiek może doświadczyć. 
Chrystus jest krzewem winnym, a my jesteśmy weń wszczepieni, aby żyć!... Nie możemy żyć bez Niego, nie możemy bez Niego zmartwychwstać, a bez zmartwychwstania tylko śmierć jest naszym celem. 


Zauważmy, że owoce Zmartwychwstania Chrystusa są takie same, jak owoce Jego śmierci. 
Zmartwychwstanie nie jest zatem niczym innym, jak objawieniem tego, co przynosi nam śmierć Chrystusa. 
Po Zmartwychwstaniu Chrystusa nie ma już śmierci, nie ma już królowania grzechu. 
Oczywiście, śmierć, grzech, diabeł nadal istnieją, ale już jako rzeczy zwyciężone. 
Ich sytuacja jest porównywalna do sytuacji grającego w szachy, który już przegrał, ale jeszcze tego nie zauważył. Patrzy on na szachownicę i nie widzi, że gra jest już skończona. Usiłuje jeszcze ruszać tymi lub tamtymi figurami. Próbuje, pomimo, że już nie jest w stanie wygrać, że już naprawdę przegrał...
Taką jest sytuacja śmierci, grzechu i diabła: gra jest skończona, choć gracze jeszcze tego nie rozpoznali. Wierzą jeszcze (śmierć, grzech, diabeł...), że gra jeszcze może się toczyć. Ale jest ona skończona. Stary czas śmierci i grzechu przeminął i stara się jeszcze utrzymać pozory kontynuacji gry. 
Paweł Apostoł pisze: Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe (2 Koryntian 5,17). 


Takie jest światło Zmartwychwstania!
Można byłoby powiedzieć: w istocie nic się nie zmieniło od czasu Zmartwychwstania: ludzie umierają, walcza między sobą, grzeszą, diabeł działa jak poprzednio. Ale w świetle Zmartwychwstania, w świetle poranka paschalnego, taka idea okazuje się tylko smutną iluzją, najdramatyczniejszą iluzją ludzką. 
Prawda jest inna: więzi demona (którymi wiązał świat) są zerwane. Taka oto jest prawda!
I jeśli nie przyjmiemy tego, przyznajmy przynajmniej, że jest to błędem naszych oczu, które widzą źle, naszych uszu, które źle słyszą, i naszej wyobraźni, która chce zastąpić rzeczywistość Bożą naszymi smutnymi iluzjami. 
Zdarza się ludziom, że wyobrażają sobie, że wszystko to, co jest zapisane w Biblii, to tylko produkt duchowego entuzjazmu, podczas gdy to oni - odrzucając rzeczywistość Bożą - są prawdziwymi realistami, którzy znają życie, zło, a nawet śmierć. 
Nie, wszystko jest odwrotnie! Poranek paschalny – Zmartwychwstanie - inauguruje nowy czas. Wraz z nim jest to całkowicie nowy początek dla całego świata, ale rozpoznany jeszcze w sposób całkowity tylko w Kościele. 
Czas, który inauguruje Zmartwychwstanie, jest zatem czasem Kościoła: to czas, który Bóg nam pozostawia, w swojej wielkiej cierpliwości, abyśmy rozważali te prawdy wiary, abyśmy je rozumieli i wierzyli; to czas, który Bóg dał ludziom, aby rozpoznać i przyjąć Jego zwycięstwo. 


Jezus Chrystus jest podmiotem Zmartwychwstania. To On okazał się zwycięzcą i Jego zwycięstwo jest fundamentem naszej wiary. To nie nasza wiara jest bazą zwycięstwa. 
Nasza wiara jest z Niego i w Nim. Nie znaleźlibyśmy nigdy w sobie samych tej siły, ani też „wiary”, aby „wytworzyć” zmartwychwstanie. A gdyby nawet tak było, to byłoby to właśnie przykładem naszego „entuzjazmu” i naszej pełnej niemocy iluzji. 
Pamiętajmy prawdę najważniejszą: wiara nie nie jest jakąś ideą, myślą o Bogu. Wiara jest konsekwencją działania Boga w człowieku. 
A Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa jest największym darem Boga pełnego miłości, który nigdy nie zapomniał o swoim stworzeniu. 

sobota, 21 stycznia 2012

Pierwsze „Credo” (w liczbie mnogiej).

Pierwsze „Credo” (w liczbie mnogiej).


Credo (łac. wierzyć, wierzę)… jakie to dziwne słowo... 
Można, także współcześnie, usłyszeć zdanie, że aby żyć, trzeba wierzyć. Niemniej, pytanie podstawowe, które w naturalny sposób rodzi się po wypowiedzeniu tych słów to: wierzyć, ale w co, lub w Kogo? Jak?
Czy wierzę dobrze ? Czy moja wiara jest zgodna z nauczaniem, które znajduję w Piśmie Świętym, czy wierzę w to, co Bóg objawił w Jezusie Chrystusie, a co przekazali Apostołowie? 
Chrześcijanie stawiają sobie te pytania od prawie 2000 lat. I nie jest rzeczą dziwną, że starają się na nie odpowiedzieć, redagując teksty, tzw. symboliczne - teksty „Credo”, będące skondensowanymi formułami nauczania wiary chrześcijańskiej. To przede wszystkim tzw. Apostolski skład wiary, ale także to Nicejskie Wyznanie wiary, i kilka innych, które tutaj ogólnie opiszemy. 


W poniższym artykule, słowo „Credo” będzie więc używane nie w znaczeniu „ja wierzę”, ale w znaczeniu konkretnych wyznaniowych tekstów historycznych. 
Pragniemy zasygnalizować zainteresowanym istnienie tych tekstów, tekstów niezwykle istotnych dla wiary chrześcijańskiej, dla jej nauczania i właściwego rozumienia. 


Aby lepiej zrozumieć zjawisko „Credo”, postawmy trzy pytania, na które będziemy usiłowali odpowiedzieć: 
- Dlaczego chrześcijanie mieli potrzebę - obok Pisma Świętego - formuł wiary, które miałyby autorytet „apostolski”, zawierających „streszczenie” prawd wiary?
- Pod wpływem jakich elementów taka konieczność pojawiła się w Kościele?
- Jakie są istotne elementy wiary według tych pierwszych formuł?


W pierwszych dziesięcioleciach powstawania wspólnot chrześcijańskich, należy podkreślić początkowy brak całości tekstu, który nazywamy Nowym Testamentem, a który istniał czy to w formie słownej, opowiadanej, bądź spisanej już, ale jeszcze rozproszonej. 
Później, nawet gdy już Nowy Testament znalazł - dzięki działaniu Ducha Świętego - swoją formę sprecyzowaną, jego obfitość tekstu nie tylko że nie wykluczyła, ale nawet wzmocniła konieczność istnienia tekstów prostszych, lub po prostu krótszych, zawierających podstawowe prawdy wiary chrześcijańskiej. 


Ale dlaczego tak częste odniesienia do pochodzenia apostolskiego pierwszych „Credo”? 
Wytłumaczenie jest dość proste: „streszczenie” nauki wiary chrześcijańskiej, zawartej w Nowym Testamencie, mogło mieć jedynie wartość dla odbiorców wtedy, jeżeli mogło podać jako autorów samych Apostołów. 
Potrzeba pochodzenia apostolskiego tekstów wynikała ze świadomości, że w ich konstrukcji należało dokonać procesu oddzielenia i podkreślenia tego, co fundamentalne, podstawowe w nauczaniu chrześcijańskiej nauki wiary od tego, co było jej pochodnym, drugorzędnym. 
Ze świadomości niezbędności dokonania wyżej podanego procesu rozpowszechniło się w pierwszych wiekach przekonanie, że to sami Apostołowie zredagowali treść głównych artykułów pewnych wyznań wiary („Credo”). A zatem, powaga tekstów była z natury swej wzmocniona. 


Jeżeli chcielibyśmy dokonać podziału „Credo”, według pewnych typów, obserwując ich powstanie i funkcję spełnianą w ciągu wieków, możemy powiedzieć, że teksty te prezentują dwa rodzaje: 
1. „Credo” - wyznanie wiary, ustalone „raz na zawsze” i zredagowane w języku Nowego Testamentu. W pierwszych czasach chrześcijaństwa uważane za dokonane przez samych Apostołów; podane jako streszczenie nauczania Pisma Świętego. 
2. „Credo” - wyznanie wiary, związane z warunkami w jakich powstało i potrzebami wspólnoty Kościoła, na które miało odpowiedzieć. Ten typ „Credo” był tworzony w języku miejsca i epoki powstania, przekazując przesłanie Nowego Testamentu w języku i pojęciach właściwych warunkom miejsca i epoki. Teksty tej kategorii prezentują pozycje, które na bazie Nowego Testamentu, Kościoły musiały przyjąć wobec nowych problemów duszpasterskich, czy szerzących się herezji, nieznanych jeszcze w epoce apostolskiej. 


Modelem dla pierwszej z wyżej opisanych kategorii jest wyznanie, zwane Apostolskim Symbolem wiary (lub potocznie Składem Apostolskim). 
Modelem drugiego typu będzie np. Nicejskie Wyznanie wiary. 
Wyznanie wiary zwane Nicejsko-konstantynopolitańskim prezentuje formę mieszaną: z jednej strony zawiera sformułowania „anty-ariańskie” (wyjaśnimy je niżej), a z drugiej strony było uważane za apostolskie w swym pierwotnym pochodzeniu. 


W dalszej kolejności chcemy przedstawić kilka obserwacji w odniesieniu do czterech tekstów „Credo”, które w szczególny sposób wyróżniły się (i wyróżniają się nadal) ważnością w historii zarówno Zachodniego, jak i Wschodniego chrześcijaństwa. 


I. Apostolski Symbol wiary (Skład Apostolski). 
Nazywany popularnie właśnie „Credo”, tekst ten, będąc wykładem wiary chrześcijańskiej, jest nadal używany w Kościele Katolickim, Kościele Anglikańskim, a także w licznych Kościołach protestanckich. Nie jest natomiast oficjalnie uznany w Kościołach prawosławnych. 
Według badaczy historii Kościoła, tekst ten przybrał swoją ostateczną formę w Akwitanii, z końcem VI lub na początku VII wieku. 
Od wieku VIII to wyznanie wiary było rozpowszechniane w sposób masowy na terenie całego chrześcijańskiego Zachodu. 
Zgodnie z towarzyszącą mu tradycją, Apostołowie mieli zgromadzić się nazajutrz po Wniebowstąpieniu, aby uporządkować ich wiarę, jej podstawy. 
Niemniej jednak, wyznanie „Skład apostolski” pozostał prawie nieznany (oczywiście nie w sensie intelektualnym, ale w praktyce Kościoła) w chrześcijaństwie greckim, wschodnim. 
Współczesna analiza krytyczna tego tekstu przyznaje mu istotnie bardzo długą historię, ponieważ zgadza się on, w przeważającej części, z wyznaniem wiary używanym przez Kościół Rzymski od IV wieku. Znajdujemy także jego echo w pismach znaczących postaci chrześcijaństwa pierwszych wieków, jak jeden z listów Marcelego z Ancyry (w 340 r.), u Rufina z Akwilei (ok. 404 r.) oraz w kazaniu Cezarego z Arles (ok. 542 r.). 
Wyznanie wiary to, które wyraźnie wywodzi się z formuł wcześniejszych (III, a nawet II wieku), miało swoje znaczące miejsce w nauczaniu katechumenów i w celebracji chrztu (aby poddać egzaminowi wiarę katechumenów), praktykowanym w Kościele Rzymskim w III i IV wieku. 
Biskup rozpoczynał celebrację od pytania: „Czy wierzysz w Boga Wszechmogącego”?, a następnie wyliczał główne prawdy wiary chrześcijańskiej. 
Pytania te, opracowane w formie twierdzącej, stały się tekstem wyznania wiary, znanym początkowo jako „chrzcielne wyznania wiary”. 
Skład Apostolski prezentuje zatem, pod względem liturgicznym, jedną z najstarszych syntez twierdzeń trynitarnych (wyznania wiary w Trójcę Św.) i chrystologicznych (odnoszących się do Osoby i dzieła Jezusa Chrystusa), poprzez które wspólnota chrześcijańska wyznawała i uznawała swoją jedność wiary. 


II. Nicejskie Wyznanie wiary. 
Pierwszy Sobór Powszechny, zwołany w Nicei (w Bitynii) przez cesarza Konstantyna (325 r.), miał dać rozwiązanie sporom, które powstały wokół tez głoszonych przez Ariusza, prezbitera z Aleksandrii, już wcześniej odrzuconym w 318 r. 
Ariusz, chcąc zachować pełny w swoim rozumieniu monoteizm (wyznanie wiary w jedynego Boga), twierdził, że Ojciec jako jedyny jest bez początku, a Syn, Słowo wcielone, został zrodzony z czasem, nie będąc tej samej natury co Ojciec. Sobór, potwierdzając potępienie nauk Ariusza, określił, że Syn Boży jest homousios Ojca, tzn. z tej samej ousia (substancji po grecku) co Ojciec (czyli w pełni z Ojca). 
Niemniej, kryzys ariański trwał nadal, dlatego też kolejny Sobór Powszechny (w Konstantynopolu, w 381 r.) uzupełnił Nicejskie Wyznanie wiary, dając tym samym pełny kształt tzw. Nicejsko-konstantynopolitańskiemu Wyznaniu wiary. 


III. Wyznanie wiary Nicejsko-konstantynopolitańskie. 
Pierwsze publiczne ukazanie się tego tekstu miało miejsce w 451 r. (data Soboru Powszechnego w Chalcedonie), niemniej przyjęcie jego treści (przez zgromadzonych stu pięćdziesięciu Ojców Soboru) miało miejsce podczas Soboru w Konstantynopolu, w roku 381. 
Zainteresowanie doktrynalne Soboru w Konstantynopolu było niejako dwojakie. 
Z jednej strony chodziło o zatwierdzenie pracy nad formułą wiary, którą opracował Sobór w Nicei (325 r.). Z tej to racji wyznanie wiary, o którym mówimy, znane jest głównie pod nazwą „Nicejsko-konstantynopolitańskiego”. 
Kolejnym wyzwaniem soboru było opracować racje i środki, mające pomów w odrzuceniu kolejnej kontrowersji teologicznej, która zaczęła szerzyć się w Kościele - tzw. modalizmowi (zgodnie z nim Syn i Duch byłyby tylko prowizorycznymi sposobami bycia jednego Boga). 
W konsekwencji Sobór poświęcił sporo pracy przeciwdziałaniu ryzyku pozbawienia Ducha Świętego boskości (jak nauczali niektórzy kościelni liderzy). 
Z tego też względu, w tekście wyznania wiary opracowanego przez sobory, znalazły się sformułowania nieznane w Nicei (np. „ten którego Królestwo nie będzie miało końca”) oraz – głęboko biblijne – podkreślenie boskości Ducha Świętego. 
Tekst wyznania wiary rozwija elementy związane z Wcieleniem Chrystusa i z osobą Ducha Świętego oraz mówi dużo Kościele i świecie, który ma nadejść. Ustala także naukę o Trójcy Św.: jeden Bóg w trzech osobach, wzajemnie sobie równych. 
Nicejsko-konstantynopolitańskie wyznanie wiary stało się oficjalnym wyznaniem wiary Kościoła. Poza kwestią niezgodności poglądów w kwestii tzw. filioque (pochodzenia Ducha Św. od Ojca i Syna), to wyznanie wiary jest jedynym, które można określić prawdziwie powszechnym (w rozumieniu Kościoła Powszechnego), ponieważ zostało przyjęte zarówno przez Kościoły chrześcijańskie Zachodu, jak i Wschodu. 
W praktyce Kościołów było często używane, jako tekst pozwalający na zweryfikowanie ortodoksji (prawdziwości wiary) wierzącego podejrzanego o herezję. 
W liturgii, Wyznanie wiary Nicejsko-konstantynopolitańskie pozostaje wciąż żywe. Jest  używane, czy to jako „Credo” chrzcielne (przede wszystkim na Wschodzie), czy jako „Credo” eucharystyczne (odnoszące się do Komunii; przede wszystkim na Zachodzie). 


IV. Atanazjańskie wyznanie wiary. 
Wyznanie to jest z pewnością tym, pośród wszystkich wyznań dawnego Kościoła, które budzi najwięcej problemów: nie jest ono „klasycznym” Credo, nie ma też związku z Atanazym (298-373 r.), biskupem Aleksandrii. 
Najprawdopodobniej nie jest to typowe wyznanie wiary, ani też dokument liturgiczny. 
Według dużego prawdopodobieństwa, jest ono wykładem wiary ortodoksyjnej (zgodnej z nauczaniem Kościoła), które jakiś biskup zredagował z przeznaczeniem dla podległego mu kleru. 
Tekst ten, napisany po łacinie i wykazujący jasno wpływ teologii łacińskiej (szczególnie Augustyna z Hippony), mógł być napisany na południu Galii lub Hiszpanii. 
W większości uznaje się jego powstanie w V lub VI w., ale żaden z proponowanych przez tradycję autorów (np. Wincenty z Lerynu, przed 450 r., czy Cezary z Arles, w 542 r.) nie jest w pełni potwierdzany przez współczesnych specjalistów. 
Choć tekst ten był zaaprobowany przez Reformatorów w XVI w., dzisiaj stracił swoją ważność liturgiczną w Kościołach protestanckich. Jednak nadal jest używany w liturgii Kościoła Katolickiego i Anglikańskiego. 


Dlaczego poświęciliśmy nasz artykuł kwestii tzw. „Credo”, choć z punktu widzenia znajomości historii ich bezpośrednie pochodzenie od Apostołów powinno być traktowane z dużą rezerwą? 
Niezależnie od faktów pochodzenia historycznego, większość z tekstów dawnych wyznań wiary Kościoła Powszechnego odnosi nas do czasów nauczania Apostołów poprzez ich treść i ich zgodność z Pismem Świętym. Możemy zatem powiedzieć, że dawne „Credo”, wyznania wiary, nawet jeżeli nie były bezpośrednim dziełem Apostołów, to jednak prowadzą nas do wiary Kościoła czasów apostolskich. 
W sytuacji, gdy wiara wielu chrześcijan opiera się częściej na emocjach i subiektywnych intuicjach niż na rzetelnych podstawach nauki chrześcijańskiej, powrót do tych tekstów, choćby przez samo ich wspomnienie, wstępne wskazanie na nie, może być zachętą do refleksji nad zawartością ich treści, mogąc posłużyć do uporządkowania podstaw naszej wiary chrześcijańskiej, a taka przecież była najgłębsza wola Reformatorów chrześcijaństwa w XVI w. 

wtorek, 17 stycznia 2012

Małżeństwo, rozważań część I

W ramach pracy nad kwestiami etyki chrześcijańskiej proponuje Czytelnikowi kilka elementów refleksji, związanych ze znaczeniem małżeństwa, jakie prezentuje nam nauczanie Pisma Świętego. 
Mam nadzieję, że będą one użyteczne zarówno dla tych, którzy przygotowują się do małżeństwa, czy też w poważny sposób rozważają zawarcie go, ale także dla tych Czytelników, którzy być może znajdą w tym tekście wskazówki użyteczne dla ich życia małżeńskiego, nawet o długiej praktyce. 


Czym jest małżeństwo ? Pytanie fundamentalne...
Biblia w tej kwestii daje kilka podstawowych wskazówek. Zachęcamy do przeczytania całości tekstu, aby uniknąć nieporozumień, które mogłyby zrodzić się z lektury szczątkowej, przerwanej, czy wyrwanej z całości kontekstu. 


1. Bóg ustanowił podstawy funkcjonowania związku kobiety i mężczyzny już u początku historii człowieka (Ksiega Rodzaju – I Mojżeszowa – 2 i 3), ustanawiając je jako element fundamentalny każdej społeczności ludzkiej. 
Bóg  objawił nam swoją wolę w kwestii małżeństwa na stronach Biblii. 
Zgodnie z Jego Słowem jednostki mogą zawierać związki małżeńskie (a także rozwodzić się, czy zawierać powtórne związki) wtedy, kiedy jest to zgodne z Jego wolą i kiedy mogą to czynić bez grzechu. 


2. Małżeństwo jest instytucją o znaczeniu fundamentalnym. 
Społeczeństwo w całości, w różnych swoich formach, spoczywa na małżeństwie. 
Ataki kierowane przeciw małżeństwu w istocie rzeczy są skierowane przeciw całości społeczeństwa (a w dalszym odniesieniu przeciw Bogu, jako stwórcy wszelkiego bytu). 
Małżeństwo jest także fundamentem, na jakim spoczywa szczególna społeczność Boża – Kościół. 


3. Małżeństwo nie jest (choć wielu tak myśli) stworzone dla gwarancji rozwoju, mnożenia się biologicznego rasy ludzkiej. 
Jest oczywiście prawdą to, co mówi Pan: „rozradzajcie się i rozmnażajcie się”, jednakże prokreacja – zgodnie z całością Jego Słowa - w małżeństwie jest jednym z pod-celów, nie jest jednak celem pierwotnym. 


4. Małżeństwo nie może być tożsame z jedyną płaszczyzną stosunków seksualnych. 
Owszem, małżeństwo jest związkiem, który zawiera w sobie wzajemne zobowiązanie i przyjemność w tej kwestii (por. 1 List do Koryntian 7,3-5*), ale związek seksualny nie oznacza w sposób konieczny małżeństwa. 
* Mąż niechaj oddaje żonie, co jej się należy, podobnie i żona mężowi. Nie żona rozporządza własnym ciałem, lecz mąż; podobnie nie mąż rozporządza własnym ciałem, lecz żona. Nie strońcie od współżycia z sobą, chyba za wspólną zgodą do pewnego czasu, aby oddać się modlitwie, a potem znowu podejmujcie współżycie, aby was szatan nie kusił z powodu niepowściągliwości waszej.


Małżeństwo w świetle Słowa pozwala na stosunki seksualne bez grzechu, zgodnie z Przykazaniami (List do Hebrajczyków 13,4*), natomiast stosunki seksualne same z siebie nie tworzą formalnie małżeństwa, ale też same z siebie go nie zrywają. 
*Małżeństwo niech będzie we czci u wszystkich, a łoże nieskalane; rozpustników bowiem i cudzołożników sądzić będzie Bóg


Czym zatem w istocie swej i w celu jest małżeństwo?
Odpowiedź Boża znajduje się w Księdze Rodzaju (1 Mojżeszowej), w 2 rozdziale, wersecie 18: 
Potem rzekł Pan Bóg: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego.
Prawdziwą racją bytu dla małżeństwa jest rozwiązanie problemu samotności człowieka. 
Sednem małżeństwa jest posiadanie towarzyszki/towarzysza życia, z którym dzielenie życia pomoże naszej samotności, samotności wpisanej w najgłębsze pokłady ludzkiego istnienia. 
Bóg stworzył nas, abyśmy nie byli sami. Dla większości z nas (kwestię celibatu poruszymy innym razem) powołaniem naszym jest bycie z osobą, z którą jest nam dane dzielić nasze życie. 
W małżeństwo wpisane jest swoiste przymierze bycia razem: bliska relacja -  intymna - męża z żoną, żony z mężem. 


Tu krótko należy jeszcze zaznaczyć, że małżeństwo jest swoistą ikoną Przymierza Boga ze swoim ludem*. Tematu tego jednak, z uwagi na szczupłość miejsca nie chcemy szerzej rozwijać w tym artykule. 
*Księga Ezechiela 16,8-9:
A gdy znowu przechodziłem koło ciebie i widziałem cię, oto nadszedł twój czas, czas miłości. Wtedy rozpostarłem nad tobą poły swojej szaty i nakryłem twoją nagość, związałem się z tobą przysięgą i zawarłem z tobą przymierze - mówi Wszechmocny Pan - i stałaś się moją. I obmyłem cię wodą, spłukałem z ciebie twoją krew i pomazałem cię olejkiem.
*Księga Malachiasza 2,14: 
A wy mówicie: Dlaczego? Dlatego, że Pan jest świadkiem między tobą i między żoną twojej młodości, której stałeś się niewierny, chociaż ona była twoją towarzyszką i żoną, związaną z tobą przymierzem


Towarzysz/towarzyszka życia jest więc osobą: 
- z jaką zawiera się intymny związek jedności, 
- z którą jest się złączonym intymnym związkiem myśli, celów, projektów, wysiłków, a także jest się w związku fizycznym. 
To, na co kładzie nacisk Biblia w swoim nauczaniu, to konieczność dania małżonkowi/małżonce takiej obecności, jakiej on/ona potrzebują. Podkreślmy jeszcze raz: nie obecności (będącej odpowiedzią na wpisaną w nasze człowieczeństwo samotność), która odpowiada jakiemuś jednostkowemu o niej wyobrażeniu, ale odpowiadającej realnym potrzebom drugiej osoby. 
Tu uwaga dodatkowa: narzeczeństwo opisywane w Biblii, zgodnie z prawem Izraela, mogło być zerwane wyłącznie na podstawie procedury rozwodowej (Księga Powtórzonego Prawa 22,23-2; Ewangelia według świętego Mateusza 1,16-26) .


Wróćmy jeszcze do tekstu Pisma, by pogłębić twierdzenie wyjściowe, że małżeństwo jest odpowiedzią Bożą na ludzką samotność. 
Księga Rodzaju (1 Mojżeszowa) 2,18 podaje: 
Potem rzekł Pan Bóg: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego
Właściwszym tłumaczeniem byłoby nie tyle pomoc, co bardziej jego „vis-à-vis”; język hebrajski podkreśla tutaj pojęcie bliskości, zbliżania się do... 
W takim kontekście możemy mówić w odniesieniu do Ewy, że była „połową” dla Adama, zatrzymując w tej relacji to, co stanowiło jej tożsamość. 
Zgodnie z powyższym, owa „pomoc” stanowi relację wzajemnego uzupełniania się, bycia połową wzajemnie uzupełniającej się samotności, nie tracąc nic z właściwej jednostkom wchodzącym w tę relację tożsamości. 
Małżonkowie stanowiąc jedność w takim rozumieniu, stanowią ją z całym właściwym każdemu z nich bagażem, nie „rozpuszczając się” niejako w tym związku, a wypełniając go sobą takimi, jakimi są w prawdzie. 
Wracając do słów Księgi Rodzaju: między małżonkami dochodzi do niezwykle ubogacającej wymiany. 
Kobieta uzupełnia i wypełnia sobą mężczyznę, dając mu postać pełniejszą, niż miał on sam przed tym spotkaniem, wtedy kiedy był sam. 
Mężczyzna otrzymuje od kobiety w jedności z nią także to, co stanowi jej cechę charakterystyczną – jej kobiecość. Jej kobiecość jest elementem, który zgodnie z wolą Bożą uzupełnia jego tożsamość męską, by całość człowieczeństwa mogła zaistnieć, by całość życia mogła ukazać się w całości, by człowiek w pełni mógł odpowiedzieć Bożemu planowi stworzenia, by być Jego obrazem... 
Ze swojej strony mężczyzna także wnosi w samotność osoby kobiety perspektywę istnienia męską, która także rozszerza jej życie, nadając jej pełnię zgodnie z wolą Stwórcy, wypełniając ją tym, czego bez spotkania ze swoim małżonkiem sama nie mógłaby nigdy osiągnąć. 
Na skutek takiego, zaplanowanego i chcianego przez Stwórcę spotkania, męskość i kobiecość są wzajemnie uzupełnione, wypełnione*.  
*Księga Rodzaju (1 Mojżeszowa) 2,24: 
Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem. 
Jest przy tym bardzo istotną wiedzą, że w języku i kulturze hebrajskiej, wyrażenie „ciało” (tu wyżej zacytowane) oznacza całą osobę, całą istotę żywą. 


A zatem, powtórzmy to jeszcze raz: w znaczeniu Księgi Rodzaju „stanie się jednym 
Ciałem” oznacza stanie się jedną (pełną) osobą. 


Nowy Testament poszerza rozumienie relacji w małżeństwie w Liście do Efezjan 5,28-31: 
Tak też mężowie powinni miłować żony swoje, jak własne ciała. Kto miłuje żonę swoją, samego siebie miłuje. Albowiem nikt nigdy ciała swego nie miał w nienawiści, ale je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół, gdyż członkami ciała jego jesteśmy. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, i połączy się z żoną swoją, a tych dwoje będzie jednym ciałem


Wszystko to, co mężczyzna czyni dla swojej żony, dokonuje tego równocześnie dla siebie, ponieważ oboje stali się jednym ciałem (jedną osobą). A zatem: jakże można nie troszczyć się właściwie, lub krzywdzić samego siebie?...
Objawionym przez Boga celem dla męża i żony jest stanie się jednym we wszystkich wymiarach ich relacji – intelektualnym, emocjonalnym, fizycznym. 
Bóg chciał i chce wciąż (w tej kwestii nie ma zmian), aby między mężczyzną i kobietą doszło do prawdziwego przymierza bycia towarzyszami życia, we wszystkich wyżej wymienionych wymiarach...


Na koniec jeszcze krótka wzmianka o tekście, który tak często jest niewłaściwie rozumiany, a który będzie znakomitym zakończeniem naszego krótkiego rozważania. 
Chodzi o tekst Księgi Rodzaju (1 Mojżeszowej) 2,25: 
A człowiek i jego żona byli oboje nadzy, lecz nie wstydzili się. 
Nagość opisana w tym tekście nie odnosi się do wymiaru seksualności człowieka. 
W kulturze hebrajskiej zwrot ten oznacza po prostu, że oboje nosili ich nagość bez wstydu, tzn., że ich relacja była doskonale szczera, niejako „przezroczysta”, że wzajemne się siebie nie obawiali, że otwierali się na siebie bez obaw, bez strachu bycia zranionymi przez siebie wzajemnie. 


Taka jest zatem charakterystyka relacji małżeńskiej chcianej przez Boga: 
Wzajemne zaufanie, oddanie, bez strachu i obaw, z wzajemnym zaufaniem. 
Znakomitym komentarzem do tekstu ze Starego Testamentu jest 13-y werset z 4-go rozdziały Listu do Hebrajczyków: 
i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę


Pan daje mężczyźnie - kobietę, kobiecie - mężczyznę. 
Największym zatem zadaniem naszego życia jest odnalezienie tego, lub tej, który/-a będzie naszym vis-à-vis, naszą połową, której będziemy i my także oddawać się w sposób stały i wsłuchany w jej potrzeby. 
Nie pamiętam czyje to słowa, ale warte zacytowania: 
„Prawda jednoczy, miłość łączy, a nadzieja nadaje kierunek”. 

Jan Kalwin – kilka elementów osobowości..

Jest rzeczą znaną, że nie tylko w swoich czasach, ale i współcześnie, także w środowiskach chrześcijan Kościołów szeroko rozumianej Reformacji, Jan Kalwin nie jest osobą obojętną. Myślimy tu nie tyle o postawie związanej z jego nauczaniem, ale przede wszystkim z jego osobą, w jej zwykłym, ludzkim rozumieniu. 
Można łatwo zauważyć, że jak zresztą większość osobowości dużego formatu, nie ma zbyt wielu tych, którzy prezentowaliby wobec niego postawy „neutralne”. 
Natomiast zdecydowanie liczniejsi są ci, którzy zajmują pozycje zdecydowanych krytyków, jak i liczne są osoby, dla których Kalwin jest osobą niosącą wiele inspiracji pozytywnej. 
Skąd tyle różnic i rozbieżności? Oczywiście racje ku temu są złożone. Możemy zauważyć całą grupę publikacji, które celowo chciały podważyć wartość całości pracy teologicznej Kalwina, przedstawiając go jako  niebezpiecznego psychopatę. Z drugie strony oczywiście istnieje także literacka produkcja nieco subiektywnie postrzegających rzeczywistość „fanów” wielkiego teologa. 
Naszą aspiracją nie jest konfrontacja z którąkolwiek z tych pozycji, ale próba spojrzenia raczej spokojnego na tę pasjonującą osobę (nie naukę, ale osobę!), jaką bez wątpienia był Jan Kalwin. 
Rozpoczynajac nasze krótkie rozważanie, należy przyznać, że za wiele niedomówień, związanych z życiem Reformatora, a które zostały skrzętnie wykorzystane przez jego przeciwników, odpowiedzialnym jest – z całą jego świadomością – sam Kalwin!...
W przeciwieństwie do Lutra, będącego typem jowialnym, lubiącym towarzystwo innych, wspólne posiłki, dyskusje przy stole, stałe wręcz towarzystwo przyjaciół, gości, świetnie potrafiącego odnaleźć się jako jego lider, chętnie opowiadającego o swoim życiu, Kalwin ukazuje się człowiekiem wstydliwym, nieśmiałym, zamkniętym w sobie, introwertykiem... 
On sam, w swoich pismach przyznawał, że z dużą niechęcią mówi, czy pisze o sobie, a jeśli już musi to robić (zmuszony sytuacją), to czyni to w sposób jak najdyskretniejszy, z założoną jak największą skromnością. 
Mówiąc krótko: Kalwin był absolutnym przeciwieństwem gwiazdy mediów. Uciekającym niejako przed kamerą i światłem reflektorów nań skierowanych. 
W swoim Komentarzu Psalmu 58 pisał: „Będąc z natury nieco dziki i wstydliwy, zawsze lubiłem cichy kąt i spokój, zacząłem szukać jakiegoś miejsca do schronienia się i sposobu oddalenia się od innych ludzi (...). Miałem zawsze za cel żyć w prywatności i bez bycia znanym”. 
Kalwin był przede wszystkim intelektualistą i „mózgowcem”. 
Podczas gdy, charakteryzując Lutra określiliśmy go mianem „proroka”, mając na uwadze jego zachowanie i misję jaką wypełniał, Kalwinowi byłby najbliższy tytuł nauczyciela, „doktora” (w jego klasycznym znaczeniu). 
Najbliższy współpracownik Lutra, Filip Melanchton, w swych pismach nazywał Kalwina – co znaczące – „Teologiem”. 
Należy także podkreślić kolejną różnicę z Lutrem. Luter w swoim doświadczeniu duchowym i związanym z nim poszukiwaniu, przechodził przez istotne dla całości okresy poważnego napięcia psychologicznego. Było to w pełni naturalnym dla jego struktury osobowości, ale i związane z otrzymanym typem formacji intelektualnej. 
Kalwin, na ile możemy opierać się na analizie źródeł, walki duchowej - równej Lutrowi intensywnością cierpienia - nie doświadczył. Nie oznacza to oczywiście, że jego osobiste wybory osobiste nie wiązały się z cierpieniem. Niemniej, pod pewnymi względami był bardziej wolny w swoim punkcie wyjścia od Lutra. Choćby dlatego, że Kalwin nigdy nie był księdzem, czy zakonnikiem, a zatem aktywnym i świadomym członkiem struktury kościelnej, której rację bytu przyszło mu dyskutować. 
Kalwin w swojej formacji był przede wszystkim prawnikiem. Choć to nie jedyne jego studia, niemniej wydaje się, że właśnie ten kierunek zaszczepił (lub pogłębił mu już samemu bliską) potrzebę i umiejętność porządkowania, kategoryzowania myśli w sposób spójny, logiczny. 
Prowadząc takie rozważania nie zapominajmy, że Lutra i Kalwina dzieli nie tylko bez mała pokolenie, mając na uwadze ich wiek, ale dzielił ich także kontekst historyczny, sytuacja w jakiej przyszło im żyć i pracować. 
Kalwin był teologiem bardziej rozwijającym i  „porządkującym” myśl jego poprzedników (przede wszystkim Zwingliego, ale i samego Lutra), w klimacie już rozwijającej się Reformacji, ale jednocześnie Reformacji przechodzącej pierwszy kryzys dyskusji pomiędzy różnymi szkołami teologicznymi. 
Luter był na swój sposób pionierem, choć oczywiście także bazującym na – nawet wielowiekowej – pracy tych, którzy go w jego refleksji poprzedzali. 
Niemniej, Luter musiał zmóc się w pierwszym rzędzie z presją ogromnej struktury katolickiej, podczas gdy w latach najintensywniejszej pracy Kalwina, role i terytoria ich występowania, były już niejako podzielone. 
To, co natomiast można przyznać Kalwinowi z dużą odpowiedzialnością, że w stosunku do swoich poprzedników (ale i przeciwników) charakteryzowała precyzja myśli i jasność, konsekwencja przekazu tejże myśli. 
Na Kalwina spadł (a właściwie sam on go przyjął, by z nim się zmóc) ciężar nadania
Reformacji nowej dynamiki, w sytuacji, gdy zdawało się, że dynamikę tę zaczęła lekko tracić na niekorzyść sterylnych dyskusji podzielonych poglądami środowisk. 
To Kalwin, jakby wbrew sobie, wbrew zauważonym i zaznaczonym przez niego samego „brakom” psychologicznym (nieśmiałości, chęci zamknięcia w sobie dla pracy naukowej) musiał stać się „negocjatorem” w sporach dzielących następców Lutra i Zwingliego (o innych nie wspomniawszy...), jak choćby znana kwestia sporów wokół Wieczerzy Pańskiej. 
W takim właśnie klimacie narastających sporów teologicznych w obozie Reformacji, dzięki swojej głębi intelektualnej i ogromnej – o czym nie zapominajmy – wierze osobistej, potrafił i stał się największym egzegetą (specjalistą nauk biblijnych) swego wieku. 
Dokonał tego nie po to, aby zdobyć sławę (sławy wręcz bał się!), czy też czerpać siłę z toczących się sporów, rywalizacji różnych szkół teologii, ale by niejako na nowo przypomnieć i skierować uwagę wszystkich prawdziwie wierzących chrześcijan na Pismo Święte, na Słowo Boże, które zawsze winno być punktem wyjścia teologicznej pracy Kościoła i w Kościele Jezusa Chrystusa. 

piątek, 6 stycznia 2012

Rozważanie tekstu 1 Listu Pawła Apostoła do Koryntian, rozdziału 2, wersetów 1-5

Rozważanie tekstu 1 Listu Pawła Apostoła do Koryntian, rozdziału 2, wersetów 1-5 :
Również ja, gdy przyszedłem do was, bracia, nie przyszedłem z wyniosłością mowy lub mądrości, głosząc wam świadectwo Boże. Albowiem uznałem za właściwe nic innego nie umieć między wami, jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego. I przybyłem do was w słabości i w lęku, i w wielkiej trwodze, a mowa moja i zwiastowanie moje nie były głoszone w przekonywających słowach mądrości, lecz objawiały się w nich Duch i moc, aby wiara wasza nie opierała się na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej.


Kontekst
W chwili, w jakiej Paweł pisze swój list, Korynt jest miastem dobrze prosperującym, z rozwijającym się handlem i (właściwym epoce) przemysłem. 
Jest to miejsce, w którym koncentruje się także ruch wymiany handlowej dla ogromnego terytorium. A tam, gdzie dochodzi do wymiany ekonomicznej, gdzie ma w naturalny sposób miejsce konkurencja ekonomiczna,  pojawia się również wymiana i konkurencja myśli związanych z ideologiami, polityką, a także religiami. 
Dochodzi tam do wymiany i konkurencji filozofii i praktyk mistycznych, pochodzących z wielu źródeł. Tak też działo się w Koryncie...
Wspólnota chrześcijańska, mająca w Koryncie swoją dość krótką historię (założona przez Pawła: patrz Dzieje Apostolskie 18), była także poruszana wszechobecnym klimatem miasta; także przez nią przechodziły i wzburzały ją wszystkie wyżej wspomniane nurty rywalizacji różnych grup zwolenników różnych poglądów, jak przez niedostrzegalną infekcję...
Łatwo tym samym zrozumieć pewne rozczarowanie Apostoła, który miał nadzieję, że na bazie Ewangelii, Koryntianie mieliby szansę porozumieć się ze sobą wzajemnie (pomimo trudności płynących z zewnątrz), móc żyć między sobą w pokoju. 
Niestety, ludzie Chloi (por. 1,11) przesyłają mu smutne wieści...
Skąd więc wszystkie te nieporozumienia i następujące w korynckiej wspólnocie podziały? 
Można szukać różnych możliwych wyjaśnień, np.:
· Niektórzy uważali się za posiadaczy wielkiej znajomości Boga lub uważali się za bliższych prawdy niż inni. Można taki wniosek wyprowadzić z lektury tych fragmentów listu Pawła, gdzie dokonuje on ogromnego wysiłku, by odróżnić wiarę od mądrości ludzkiej (por. 1,17-25).
· Inni myśleli, że nie potrzebowali nikogo (we wspólnocie zboru) i mieli postawę skrajnie indywidualistyczną; można to wywnioskować z przypowieści o ciele (por. 12,12-26). 
· Wreszcie, można zauważyć we wspólnocie korynckiej rozdźwięk społeczny, zróżnicowanie społeczne, które skutkowało tworzeniem się grup. Z jednej strony byli ci, którzy byli posiadaczami majątku, właścicielami niewolników, po prostu ludzie bogaci, a z drugiej biedni, nie stanowiący „elity społecznej” (tu por. 11,19-21). 


Przesłanie ogólne rozdziałów 1 i 2.
Jest ono odpowiedzią na problem podziałów i rywalizacji we wspólnocie. 
Apostoł nie ogranicza się do moralnej zachęty w stylu: „starajcie się, dokonajcie wysiłku, zostawcie wasze próżne i niszczące dyskusje”!
Stara się natomiast dotknąć istoty problemu, wejść weń głębiej, dotrzeć do poziomu rozumienia przez Koryntian ich własnej egzystencji, ich życia i związanych z nim - w sposób nierozerwalny – relacji. 
Inaczej mówiąc, kłótnie, które dzielą Koryntian, nie są wyłącznie problemem woli (ani złej, ani dobrej). Zgodnie z sugestią, czy raczej zgodnie z nauczaniem, jakie Paweł im przedkłada, są to kwestie związane z ich tożsamością w wierze. 
Na czym budują ich tożsamość? Jaka ona jest?
Co stanowi o tym, że chcą żyć w wierze; a nawet po prostu – żyć?
Co jest dla nich w życiu najważniejsze? Czego poszukują w religii? 
Może poszukują lepszych od innych „wyników”, rezultatów, swoistego „wyczynu”, prowadzącego w konsekwencji do poczucia wyższości nad innymi? 
A dlaczego nie jest to słowo miłości, które pochodzi od Boga? 
Apostoł obnaża paradoks, który jest absurdem w oczach ludzi: Bóg nie jest tam, gdzie szukałoby się Go zazwyczaj, czyli w mocy, w sile, w sukcesie życiowym, w mądrości (pozwalającej dominować nad innymi), czy nawet w – rozumianej w kontekście greckich i orientalnych filozofii – nieśmiertelności. 
Bóg jest tam, gdzie najczęściej nawet się Go nie oczekiwałoby: tam, na Krzyżu, który wydaje się kompletnym fiaskiem, przegraną, a nawet hańbą i przekleństwem. 
Bóg objawia się w swojej słabości, w stopniu najwyższym, najbardziej całkowitym – w słabości i przegranej (zgodnie z ludzką, powierzchowną lekturą) Ukrzyżowanego!
Jest to całkowite odwrócenie skali wartości! 
Apostoł ilustruje to przekonanie w dwojaki sposób: 
· najpierw biorąc za przykład samą wspólnotę Koryntian, którą tworzą ludzie także pochodzący z niższych warstw społecznych, a pomimo tego (a może właśnie dlatego!) wybrani przez Boga (czytaj 1,26-31), 
· a następnie dając świadectwo własnej słabości, która jednak nie przeszkodziła mu w byciu wezwanym przez Boga, aby stać się jednym z Jego Apostołów (to przede wszystkim nasz fragment – 2,1-5). 


Kilka dalszych szczegółów
W 1,26-31, są przynajmniej 4 wzmianki z użyciem czasownika powołać/wybrać lub jego pochodnymi (kaleo). 
Jest to związane z akcentem, który jest tutaj położony na wezwanie przez Boga, na powołanie Boże, nie zaś na „powołanie” wynikające i związane z (opierające się o...) własnymi siłami. 
To właśnie to wezwanie/powołanie/wybranie stanowi o naszej tożsamości i jest fundamentem Kościoła (słowo Ecclesia – Kościół – pochodzi właśnie z kaleo, znaczącego wezwać). 
Kościół gromadzi wszystkich wezwanych; słowo to jest użyte 22 razy w liście Pawła. Tak silne akcentowanie tego elementu przez Pawła ma najwyraźniej za cel przeciwstawienie się idei i praktyce skrajnie indywidualistycznego życia Koryntian. 
w. 1: Zawartość przesłania, nauczania, jest lepsza (tzn. jej skutek finalny jest właściwszy), jeśli jest w formie wyzbytej nadmiernej elokwencji, wyrafinowanej sztuki oratorskiej. 
Brak (wybrany) elokwencji w nauczaniu Pawła jest także potwierdzony w 2 Liście do Koryntian 10,10 i 11,6. 
W kwestii mądrości ludzkiej warto przeczytać uważnie 1,18-26, gdzie Paweł przeciwstawia mądrość ludzką „nie-mądrości”, głupstwu Bożemu. 
Sekretny plan Boży (dosłownie „tajemnica Boża”) ukazuje Boży projekt dla człowieka i jego realizację w Jezusie Chrystusie. 
w.2: Wyrzeczenie się przesadnej elokwencji wydaje się być decyzją w pełni świadomą ze strony Pawła. Paweł nie usiłuje nawet równać się w retoryce z wielkimi mówcami Koryntu. Słabość jego przemówień wydaje się natomiast lepiej służyć Ewangelii „Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego”. 
To ostatnie wyrażenie streszcza to, co stanowi centrum jego głoszenia i podstawę jego nawrócenia (por. Dzieje Apostolskie 9,3-6): objawienie Boga na Krzyżu. 
Na Krzyżu zostały ukrzyżowane wszystkie grzeszne pragnienia ludzkie, wszystkie ludzkie niszczące dążenia, a także ideologie usiłujące zapanować nad Bogiem, poddać Go sobie. 
Na Krzyżu Bóg objawia się nie w swojej mocy, ale w swojej słabości. 


w.3: Do swego braku elokwencji Apostoł dodaje (do całości obrazu) swoją słabość (astheneia) i jego strach. Możemy zastanawiać się, czy nie był - pisząc te słowa - chory, a może po prostu ogarnięty znużeniem, może wręcz zmęczeniem pracą?
w.4: Paweł potwierdza, że to, co stanowi podstawę jego głoszenia, to moc Ducha (dosłownie powiew Boży, to znaczy Jego Słowo), a nie jego własne kompetencje, czy znajomości. 
w.5: ten sam rodzaj refleksji w odniesieniu do wiary...
W w.6 i następnych, Apostoł pójdzie jeszcze dalej, odpowiadając na ewentualne zastrzeżenia: nasza mądrość nie jest do odrzucenia, ale jest do powtórnego zaangażowania, do przyjęcia z całą powagą, ponieważ jest odnowiona Duchem Bożym. 
Inaczej mówiąc – jej autorytet nie pochodzi od Pawła samego (kimkolwiek by on nie był), ale od Kogoś Innego, od Boga samego. 


Kilka „ścieżek” do kazania. 
1. Świadectwo lub zdolność przekazu ze strony naszych wspólnot, Kościołów. 
Bardzo istotnym wydaje się pytanie o pracę nad „widzialnością” naszych zborów. A także nad sposobem w jaki nasze zbory komunikują Ewangelię, Słowo Boże. 
Należy zadać sobie pytanie: jak świadczymy o Jezusie Chrystusie w naszym mieście, w naszej miejscowości, może naszej wiosce? Ale także, czy nasze Kościoły są obecne w szeroko rozumianych mediach (jakich?)? Co potrafimy (i w jaki sposób) zrobić, aby nas usłyszano lub zobaczono (a właściwie nie tyle nas, co Ewangelię Chrystusową)?
Powinniśmy zdobyć się na pracę refleksji, jaki jest nasz wizerunek, ale może wcześniej zadać sobie pytanie zbliżone do tego, z jakim Paweł konfrontował Kościół w Koryncie: co stanowi o naszej tożsamości i  jaka jest w istocie? 
Czy jesteśmy w stanie nie tylko zaakceptować, ale także przenieść na grunt duchowo twórczy przekonanie, zgodne ze słowami Pawła, że to nie nasza erudycja, nie nasze osiągnięcia, nie nasze uśmiechy samozadowolenia, nie nasz chciany triumfalizm, itd.... świadczą o Ewangelii, ale przede wszystkim świadczy o niej nasza akceptacja naszych ograniczeń, naszych słabości, a wręcz naszych dolegliwości, problemów?! 
Ponieważ to właśnie w naszych słabościach Bóg objawia swoją siłę. 
Umieć wyznać (wcześniej świadomie rozpoznawszy) nasze słabości, nasze pytania (które niejednokrotnie pozostają bez odpowiedzi), nasze obawy, strachy, a przede wszystkim potrafić przyjąć innych takimi jakimi są, z całym bagażem ich ubóstwa (w najszerszym tego słowa znaczeniu), czy to właśnie nie jest najlepszą formą świadectwa, które powinniśmy dać naszemu Panu?
A zatem, bardziej nawet niż wirtuozeria naszych przemówień, wspaniale metodologicznie i intelektualnie opracowane przemowy, pełne chwytów mających porwać słuchaczy, czy nie raczej właściwszym byłoby mieć odwagę głosić Słowo z całą prostotą (nie mylić oczywiście z prostactwem) i świadomością, że to nie my jesteśmy panami jego oddziaływania i jego skutku, ale jest nim jeden Pan, który działa w swoim Duchu?
A zatem, czy właśnie nie warto też pamiętać, że - jako chrześcijanie - nie jesteśmy wezwani do świadczenia przez własną moc, siłę (przemowy, intelekt, nacisk na kompetencje, zapomniawszy o duchu), a przede wszystkim, że jesteśmy świadkami z mocy Ducha?
Więc, może jesteśmy powołani do prostszego gestu, obecności; może mniej spektakularnych, ale mówiących z serca, pełnego Duchem?
2. Nauczyć się żyć we wspólnocie. 
Nie zapominajmy o punkcie wyjścia, motywacji do napisania przez Pawła swojego listu do zboru w Koryncie: Paweł dowiedział się o rywalizacji, która była poważną groźbą dla wewnętrznego życia (a nawet całości funkcjonowania) chrześcijańskiej społeczności w Koryncie. 
Rozwiązanie tego problemu może nastąpić poprzez zmianę spojrzenia każdego z nas na swoje własne życie. To ucząc się akceptować mnie samego, ucząc się akceptować moje słabości, nie bojąc się ich widzieć i ukazać w pełnym świetle dnia, będę mógł żyć w pełnej pokoju relacji z innymi. 
Zamiast zatem widzieć w moim bliźnim potencjalnego konkurenta, czy rywala, z którym muszę się zmierzyć, którego muszę zwyciężyć, przeskoczyć, obym mógł zaakceptować to, że ja go także tak naprawdę potrzebuję; potrzebuję go by żyć w prawdziwej wspólnocie wiary!
Akceptacja moich ograniczeń prowadzi także do podkreślenia zaangażowania wobec mojego bliźniego, aby jego kompetencje mogły wzrastać, ku dobru większej liczby osób, ku dobru wspólnoty, ale także i społeczeństwa, w którym przychodzi nam żyć. 
Zgodnie z nauczaniem Pawła, całą tę pracę (ogromną, mamy tego świadomość) możemy dopiero rozpocząć, prowadzić, zrealizować w świetle Krzyża Jezusa Chrystusa. 
Przez i dzięki Jezusowi Chrystusowi, który zdobył się na wyzbycie mocy, na obnażenie w całości swojej słabości, słabość nie jest już powodem do wstydu. 
Życie wspólnotowe osób świadomych słabości, ale jednocześnie zdolnych do wzajemnej motywacji (wynikających ze świadomości wzajemnej potrzeby), nie zapominając o możliwości dzielenia się szeroko rozumianym „bogactwem” – stało się, jest także dzisiaj możliwe! 
Możemy dzielić się naszymi słabościami, ale i naszymi bogactwami! 
To wzajemne wspieranie się, dzielenie się, jest w samym centrum sensu istnienia Kościoła, wspólnoty powołanych, wezwanych przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana. 

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Przyjdzie sądzić żywych i umarłych…

Katechizm genewski Jana Kalwina


Trzynasta niedziela


83. Minister (pastor): 
Kontynuuj dalej. 
Dziecko: 
„Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych”, co oznacza, że przyjdzie z nieba, aby sądzić świat, podobnie jak widziano go wstępującego do nieba. 
...i rzekli: Mężowie galilejscy, czemu stoicie, patrząc w niebo? Ten Jezus, który od was został wzięty w górę do nieba, tak przyjdzie, jak go widzieliście idącego do nieba (Dzieje Apostolskie  1,11)


84. Minister: 
Ponieważ sąd będzie miał miejsce na końcu świata, jakże zatem możesz mówić, że jedni będą wtedy żyli, a inni będą umarli, zważywszy, że jest zdecydowane, że wszyscy ludzie muszą umrzeć?
A jak postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd,  tak i Chrystus, raz ofiarowany, aby zgładzić grzechy wielu, drugi raz ukaże się nie z powodu grzechu, lecz ku zbawieniu tym, którzy go oczekują (List do Hebrajczyków 9,27-28).
Dziecko: 
Święty Paweł odpowiada na to pytanie, mówiąc, że ci, którzy będą jeszcze żyli, zostaną w jednej chwili przemienieni, by zniszczalność ich ciała była zniesiona i aby ich ciało zostało odnowione, aby być niezniszczalnym. 
...w jednej chwili, w oka mgnieniu, na odgłos trąby ostatecznej; bo trąba zabrzmi i umarli wzbudzeni zostaną jako nie skażeni, a my zostaniemy przemienieni (1 List do Koryntian 15,52).
...potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w obłokach w powietrze, na spotkanie Pana; i tak zawsze będziemy z Panem (1 List do Tesaloniczan 4,17). 


85. Minister: 
Według ciebie zatem, zmiana ta będzie dla żyjących jak śmierć, w tym, że usunie ich wcześniejszą naturę, aby ich wskrzesić do innego stanu. 
Dziecko: 
Tak właśnie. 


86. Minister: 
Czy mamy jakąś pociechę w tym, że Jezus Chrystus kiedyś przyjdzie, aby sądzić świat? 
Dziecko: 
Tak, pociechę szczególną, związaną z pewnością, że ukaże się dla naszego zbawienia.   


87. Minister: 
Nie musimy zatem bać się sądu ostatecznego, tak, aby przejmował nas trwogą.  
Dziecko: 
Ależ nie, ponieważ nie będziemy musieli stanąć przed innym sędzią, jak tylko przed tym, który jest naszym obrońcą („adwokatem”), który wziął nas pod swoją opiekę i ochronę.   
Katechizm genewski





    Zauważmy, że w zamieszczonych wyżej, a mających tu być omawianymi punktach Katechizmu Genewskiego Jana Kalwina następuje zmiana czasu. 
Poprzednio, omawiając kwestie związane z życiem, śmiercią, zmartwychwstaniem i wniebowstąpieniem Jezusa Chrystusa, używany był (co naturalne) czas przeszły. 
Teraz jednak, mając mówić o Tym, który „przyjdzie sądzić żywych i umarłych” zaczynamy mówić w czasie przyszłym. 
Uwaga: to nie tylko banalne spostrzeżenie zmian gramatycznych, ale to sygnalizacja głębokiej zmiany płaszczyzny rozważań. 
Czas przeszły pozwala nam opisywać całość działań, które wpłynęły na stan bieżący – to fakt; przyszłość, to coś, na co czekamy, co wymaga oczekiwania, oczekiwania na realizację tego, co ma nastąpić. 
Przyszłość zatem – przechodząc przez teraźniejszość - tworzy przyszłość. 
     W kontekście nauczania biblijnego, czas naszego istnienia, jego przeszłość, teraźniejszość i przede wszystkim przyszłość są ujęte czasem i działaniami Bożymi. 
On, nasz Bóg, nie jest tylko naszym początkiem, jako stwórca wszelkiego stworzenia. 
Jest On także tym, do którego wszystko zdąża, który jest celem stworzenia. 
To w Nim, w przyszłości, którą On nakreśla i wyznacza, wszystko znaleźć ma swoje spełnienie, swoją pełną realizację. 
     Niemniej, to przeszłość, zaszłe w niej życie, śmierć i zmartwychwstanie naszego Pana Jezusa Chrystusa określają naszą przyszłość. Krąg czasu został tym samym zakreślony...
Taki jest sens nauki o czasach ostatecznych, jaką wyraża Nowy Testament: jest to wypełnienie przeszłości działaniem Bożym, uwalniającym nas ku przyszłości, która jest tym samym przez Niego także zagwarantowana. 
      Stworzenie bierze swój początek w Nim (przeszłość) i zdąża ku Niemu (przyszłość), dzięki temu, że On sam, w Jezusie Chrystusie (w przeszłości), otworzył nam przyszłość. 
      Nasze oczekiwanie na wypełnienie Jego obietnic, zawartych w Piśmie, nie jest iluzją. 
Nasze oczekiwanie opiera się na „wypełnieniu” przez Niego przeszłości i otwarciu przyszłości. 
Nasza przyszłość, czas przyszły naszego istnienia, opiera się na tym, co w przeszłości Bóg dał nam w Jezusie Chrystusie (powtórzmy - przez Jego życie, śmierć i zmartwychwstanie). 
Nasza przyszłość jest nam dana przez wiarę, przez którą zbliżamy się do Tego, który wszystko wypełnił i który wypełni wszystko, co obiecał. 
      Bardzo ważne w tym kontekście jest właściwe zrozumienia stwierdzenia „przyjdzie sądzić żywych i umarłych”. 
Innymi słowy: przyjdzie z nieba sąd, przyjdzie on (sąd) od Boga samego. 
Jest to fakt obiektywny: Chrystus przyjdzie do nas. 
To nie do nas należy szukanie Go. On sam wybierze czas i formę tego przyjścia, spotkania z nami. 
Wolność łaski Bożej ukaże w ten sposób swoją istotę aż do samego końca i świat ludzki nie może jej umknąć. 
Dzieło łaski samo z siebie znajdzie potwierdzenie, realizację. 
      Jeśli chodzi o słowo osądzenie, wyrok.. to należy poznać jego głęboki sens właśnie w tym szczególnym kontekście nadejścia sędziego-Chrystusa. 
W sensie ogólnie znanym, osądzić, wydać wyrok, oznacza przede wszystkim ogłosić efekt obowiązującego prawa, ustanowić jego (prawa) właściwe miejsce, poprzez jego aplikację. 
Po części, takie znaczenie znajdujemy w pierwszym wymiarze rozumienia sądu Bożego. 
      Osądowi w wymiarze Bożym, „sądowi ostatecznemu”, towarzyszyć mają dwie konsekwencje:  
1. Jest to decyzja co do ludzi, wszystkich ludzi bez wyjątku. 
Jedni zostaną uwolnieni, a inni potępieni. 
2. Towarzyszyć temu ma ustanowienie porządku w świecie, całym świecie. 
Ogłoszenie tego porządku będzie miało charakter publiczny, powszechny. 
Będzie to publiczne i zwycięskie ogłoszenie prawdy. 
      Już w naszych czasach i w naszym świecie, Ewangelia jest głoszona, śmierć jest zwyciężona. Ale żyjemy jeszcze tak, jakby to nie było całkowicie objawione. 
Dobro i zło, sprawiedliwość i niesprawiedliwość wydają się nam wychodzić na jedno. 
To fałszywe przekonanie zostanie definitywnie odrzucone podczas sądu Bożego. 
Sędzia ogłosi publicznie i nieodwracalnie to, co jest sprawiedliwe i cały świat to ujrzy. 
Wyrok zostanie ogłoszony co do żywych i umarłych, tzn. co do ludzi wszystkich czasów. 
Nie będzie to „jakieś tam wydarzenie”, jedno z wielu w historii świata. 
Będzie to wydarzenie jedyne, główne i w pełnym tego słowa znaczeniu - wydarzenie świata. 
Będzie to odkrycie całej doskonałej prawdy, wypełnionej w Chrystusie; będzie to sąd nad wszystkimi ludźmi i nad całym ich życiem... 
      Kalwin z całą konsekwencją czytał i analizował Pismo Święte. 
Często wyobrażano (i wyobraża się tak nierzadko także współcześnie) Kalwina, jako człowieka mrocznego i pełnego żółci złości. Takiemu wyobrażeniu jednak przeczą w sposób zdecydowany słowa Reformatora, związane z pociechą, płynącą z faktu sądu który ma nadejść. 
W czasach Kalwinowi współczesnych nierzadko usiłowano wyobrażać (także w sztuce) sąd ostateczny w kategoriach porażających strachem. 
Kalwin podkreśla biblijną - prawdziwie chrześcijańską - wizję mającego powrócić Chrystusa, które to przyjście jest przede wszystkim pocieszające. Pociecha ta bierze się z faktu, że ten który ma nadejść, nasz sędzia, jest jednocześnie naszym adwokatem, naszym obrońcą. 
Nie ma zatem powodu, jak pisze Kalwin, abyśmy byli porażeni trwogą, zdrętwiali ze strachu, myśląc o przyjściu Chrystusa-sędziego. 
Strach przed sądem, granie w religii strachem, jest przede wszystkim dziedzictwem religii pogańskich, które silnie odcisnęły się na myśli chrześcijaństwa w ciągu wieków. 
Biblijna idea sądu, nadejścia Chrystusa sędziego, ma charakter radykalnie bardziej pozytywny, pocieszający, ponieważ Słowo Boże naucza, że jest tylko jeden, który dzisiaj mógłby być „przeciwko nam” - jest nim Jezus Chrystus. 
...Bóg wielce go wywyższył i obdarzył go imieniem, które jest ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zginało się wszelkie kolano na niebie i na ziemi, i pod ziemią i aby wszelki język wyznawał, że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca (List Św. Pawła do Filipian 1,9-11). 
Ale to przecież On, jak także naucza Pismo, właśnie On jest cały dla nas, oddał się za nas!
On grzechy nasze sam na ciele swoim poniósł na drzewo, abyśmy, obumarłszy grzechom, dla sprawiedliwości żyli; jego sińce uleczyły was. Byliście bowiem zbłąkani jak owce, lecz teraz nawróciliście się do pasterza i stróża dusz waszych (1 List Św. Piotra 2,24).
      Dzieci Boże, ci którzy są Boga wybrani i którzy idą za Nim, są świadomi swej niegodności; wiedzą, że żyją w sposób tak często daleki od doskonałości. 
Pomimo tego jednak, kiedy oddadzą się Temu, który został ustanowiony Królem świata, nie pozostaje im nic innego jak właśnie być wypełnionymi nadzieją, radością otuchy. 
Ich reakcją nie może już być trwoga, ale nadzieja! 
Oto Chrystus jest dla nas przed Bogiem! 
Nasz sędzia jest naszym adwokatem, naszym obrońcą. Nie tylko obrońcą intelektualnym, ale takim, który za nas oddał dobrowolnie swoje życie. 
Któż będzie oskarżał wybranych Bożych? Przecież Bóg usprawiedliwia. Któż będzie potępiał? Jezus Chrystus, który umarł, więcej, zmartwychwstał, który jest po prawicy Boga, Ten przecież wstawia się za nami (List Św. Pawła do Rzymian 8,33-34)
Czy rozumiemy naprawdę ciężar tego stwierdzenia?
      Naszą rolą, a także tym co jest nam niejako dozwolone w ramach tego „kontraktu miłości”, który przedstawia nam Pan, jest głoszenie tej prawdy o adwokacie-sędzi, tego dzieła Bożego. Mamy głosić ją wszędzie, na całym świecie. Nie jest natomiast naszą rolą przyjmowanie roli sędziów. 
Pomiędzy głoszeniem prawdy (prawda sama w sobie zawiera kryterium osądu!), a głoszeniem sądu, istnieje niebanalna różnica. 
Nie sądź, abys nie był sądzony, ale za to głoś prawdę z całą konsekwencją. 
A przede wszystkim żyj nią tak, aby była także potwierdzona prawdą twojego życia. 
      Za głoszeniem prawdy (podobnie jak i za sądem) nie można się ukryć. 
Tak jak sąd głoszony wobec innych jest przekroczeniem przyznanych nam kompetencji, tak i głoszenie prawdy, bez jednoczesnego potwierdzenia go („realizowalności” tej prawdy) swoim życiem, jest takim samym fałszem. 
Do nas należy głoszenie prawdy o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu naszego Pana. 
Do nas należy głoszenie prawdy o sądzie, który ma nadejść (nie zaś głoszenie sądu – osądzanie). 
Do nas należy życie tą prawdą, aby dać tym samym dowód, że Pan działa w tym świecie, że Pan działa w naszym życiu. 
Dlatego też może zbawić na zawsze tych, którzy przez niego przystępują do Boga, bo żyje zawsze, aby się wstawiać za nimi (List do Hebrajczyków 7,25).
      Wszystko to jednak z pokorą świadomości, że nie jesteśmy istotami doskonałymi, a doskonałość stworzeń i świata zostanie wypełniona przez Boga, wtedy i tak, jak On to zaplanował, a świat zostanie osądzony przez sędziego i adwokata, naszego Pana, Jezusa Chrystusa. 
Żyjmy w tej wierze i dzięki niej. 
A Pan mówi: A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata (Ewangelia według Św. Mateusza 28,20).