poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ewangelia według Mateusza 1,18-25


Ewangelia Mateusza 1,18-25

A z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak: Gdy matka jego, Maria, została poślubiona Józefowi, okazało się, że, zanim się zeszli, była brzemienna z Ducha Świętego. A Józef, mąż jej, będąc prawym i nie chcąc jej zniesławić, miał zamiar potajemnie ją opuścić. I gdy nad tym rozmyślał, oto ukazał mu się we śnie anioł Pański i rzekł: Józefie, synu Dawidowy, nie lękaj się przyjąć Marii, żony swej, albowiem to, co się w niej poczęło, jest z Ducha Świętego. A urodzi syna i nadasz mu imię Jezus; albowiem On zbawi lud swój od grzechów jego. A to wszystko się stało, aby się spełniło słowo Pańskie, wypowiedziane przez proroka: Oto panna pocznie i porodzi syna, i nadadzą mu imię Immanuel, co się wykłada: Bóg z nami. A gdy Józef obudził się ze snu, uczynił tak, jak mu rozkazał anioł Pański i przyjął żonę swoją. Ale nie obcował z nią, dopóki nie powiła syna, i nadał mu imię Jezus. 

Pozostańmy jeszcze przez chwilę refleksji, w te pierwsze dni nowego roku, z tekstem „Bożonarodzeniowym”, ponieważ otwiera on niejako nowy czas, czas pójścia za Bogiem, a pragniemy, aby takim był ten nasz nowy, 2013 rok.  

Pierwsze uwagi

Rozpocznijmy od streszczenia tego tekstu. 
W.18 daje tytuł temu fragmentowi: „Narodzenie Jezusa Chrystusa”. 
18b: to, co przydarzyło się (w czasie przeszłym!) Marii, narzeczonej Józefa, z działania Ducha Świętego. 
19: Józef chce ją oddalić. 
20-21: Anioł mówi do Józefa: weź Marię za żonę, ona poczęła z Ducha Świętego. Jej syn nazywać się będzie Jezus. 
22-23: Wypełnienie proroctwa Izajasza 7,14. 
24: Józef jest posłuszny wezwaniu. 
25: „Nie zna” swojej żony („nie obcuje z nią” - za „Brytyjką”) aż do narodzenia dziecka. 

Zauważyliście z pewnością, że zawartość tego fragmentu nie wydaje się odpowiadać jego tytułowi. Wydaje się, że nie opowiada się tutaj o narodzeniu Jezusa. 
Spróbujcie wziąć ołówek i zaznaczyć osoby odgrywające w tym tekście istotną rolę. Zauważycie wtedy łatwo, że osobą centralną tekstu jest w istocie rzeczy Józef. Inni pozostają przede wszystkim w relacji z nim. Maria jest prezentowana, jako narzeczona Józefa; anioł ukazuje się Józefowi i mówi do niego. 
Jeżeli dodatkowo spróbujecie dokonać kolejnego streszczenia tekstu, „odcedzając” wszystkie detale, pozostanie wam struktura tekstu pozwalająca dostrzec, że dynamika tekstu zaczyna się intencją Józefa, chcącego zerwać narzeczeństwo (w.19), podążając do decyzji Józefa - wzięcia Marii za żonę (w.24). 

Te proste uwagi pozwalają nam zauważyć pewną myśl tekstu: Mateusz nie usiłuje opowiedzieć pięknej opowieści Bożonarodzeniowej. Z drugiej strony, pisze swój tekst do chrześcijan, którzy znają najwyraźniej tę historię. To, co chce przekazać, to wpływ, efekt Bożego Narodzenia na Józefa. 
Oto wcielenie Dobrej Nowiny. Schodzi ona do ludzi, a jej pierwsze efekty dotyczą wyraźnie konkretnego człowieka. Jej pierwszym skutkiem jest radykalna zmiana (można byłoby powiedzieć – swoiste „nawrócenie”) w życiu człowieka – Józefa – będące skutkiem działania Bożego, a nie zmian wynikających z ludzkich racji. 

Pójdźmy zatem śladem Józefa: znajduje on swoją narzeczoną brzemienną i chce zerwać związek. Nie chce zaakceptować sytuacji przeciwnej porządkowi Prawa (= porządkowi chcianemu przez Boga). 
Natomiast anioł mu mówi: masz uczynić dziecko twoim synem, członkiem rodziny Dawida. 
Józef akceptuje - będzie ojcem. Akceptuje cud. Uznaje i wyznaje, że jego Bóg jest Bogiem Wszechmocnym i Stworzycielem. 
Zatem, mimo wszystko, tytuł paragrafu jest dobry! 
Jest tam w istocie o narodzeniu Jezusa Chrystusa:
Ø To człowiek ma się narodzić, syn Dawida; 
Ø Ale narodzi się na marginesie porządku naturalnego; jest to dziecko cudu (i w.25 będzie kładł na ten aspekt silny akcent); 
Ø Ale to wiara i „nawrócenie” Józefa, daje cudowi jego głębszy sens, jego znaczenie. Jest to apel, który roznosi się potężnie u progu Ewangelii: Bóg działa z mocą ku zbawieniu. 

Człowiek, podobnie jak Józef, powinien widzieć, że także jego samego dotyczy działanie Boże i poddać mu się – taka jest stała intencja autorów Biblii, od jej początku, od Księgi Rodzaju, 1 Mojżeszowej. 
Można także wyrazić to w języku teologii klasycznej, mówiąc, że Jezus jest Bogiem, a jednak człowiekiem, Słowem Bożym wcielonym. I nie ma wcielenia, jak tylko wtedy, gdy stworzenia są nim dotknięte, w odniesieniu do niego, ale i napomniane nim. 

Tekst w zbliżeniu

Przyjrzyjmy się teraz kilku detalom i słowom. 

W.18: dosłownie „oto geneza Jezusa Chrystusa” (gr. genesis – narodziny). Oto jak Jezus był, stał się, jaka była Jego historia. Jego narodzenie, ale nie tylko. Jest tutaj ta sama intencja, jak w Jego genealogii, która rozpoczyna się tym samym słowem: „oto” (1,1). 
Uwaga: nie poddajcie opozycji obu paragrafów, czytając wersety 1 do 17, jako odnoszące się do narodzenia naturalnego, zaś wersety 18 do 25, jako dotyczące narodzenia nadprzyrodzonego. 
W obu przypadkach jest to to samo działanie stwórcze Boga. Stwarza On dla człowieka i z nim. 

W.18b: Narzeczeństwo jest widziane przez prawo żydowskie (por. 5 Mojż./Powtórzonego Prawa 22,23 nn.) jako związek prawie tak solidny jak małżeństwo. To samo słowo oznacza narzeczonego i męża. Niewierność narzeczonej jest zatem porównywalna z cudzołóstwem i oddalenie jej (lit. odrzucić – gr. apolusai w w.19) może nastąpić zgodnie z prawem. 
Cztery postaci są w tej scenie: Maria, Józef, dziecko poczęte i Duch Święty (warto tu zauważyć, że dziecko poczęte jest osobą, człowiekiem! – to w ramach aktualnych dyskusji o życiu poczętym...). 
Wszystkie cztery postacie sprawiają wrażenie, że czytelnik winien je już znać - nie ma żadnej szczególnej ich prezentacji. To też wydaje się znaczące – Mateusz ma intencję katechizowania, głoszenia chrześcijanom, a przynajmniej osobom już „w inicjacji”, a nie byle komu. 

Maria stała się „brzemienną” z Ducha. Zwróćcie uwagę, że już samo wyrażenie podkreśla działanie Ducha Świętego. Warto zwrócić także uwagę na inne teksty Mateusza, mówiące o działaniu Ducha Świętego: 3,11; 4,1; 12,18 i 28. Jest to zawsze działanie bezpośrednie Boga, odzielne lub nawet w opozycji do działania ludzkiego. 

W.19: To mąż ma podjąć decyzję. Uważa on Marię za winną, bądź – w najlepszym przypadku – uznaje całość za fakt niezwyczajny. Jest on sprawiedliwy. Jego sprawiedliwość jest sprawiedliwością Prawa, ale słowo to przyjmuje zazwyczaj u Mateusza znaczenie głębokiej pobożności, pokornej, dobrej i aktywnej. 
Jest prawie synonimem miłosierdzia (por. Mt 5,20; 6,1; 23,23; 25,37). 
Józef jest zatem przedstawiony jako człowiek zarazem pobożny i dobry. 

Maria jest brzemienna, urodzi dzieko, Jezus będzie Synem Bożym. Gdyby Józef ją odrzucił, cud i tak miałby miejsce, ale byłby obarczony odrzuceniem. Bóg chce działać tak, jak On uważa, ale chce, by Jego działanie miało określony pozytywny kontekst, dlatego wysyła anioła... 

Przyjęcie cudu

W.20-21: Anioły są bardzo obecne w apokaliptycznych opowiadaniach Judaizmu współczesnego czasom powstania Ewangelii. Są zatem bardzo obecne i znane w tradycji czytelników Mateusza. 
Anioł Mateusza nie jest jednak tak anonimowy, bezosobowy, jak anioły podejmujące interwencję w Starym Testamencie: dyskretne, będące często prostymi pośrednikami, posłańcami Boga do ludzi (taki zresztą jest źródłosłów angelos – posłaniec). 
Tutaj anioł jest kimś bardziej znajomym, bliskim... Mówi on prosto, jasno i skutecznie, jako rzecznik Boga. Józef nie jest pozostawiony sam swoim przemyśleniom, ani też swojej sprawiedliwości. 
Piękna historia: człowiek pobożny, religijny nie jest po prostu „automatycznie” przemieniony, ale odwiedzony i odwaga jego jest wzmocniona. 
To, co jest nakazane przez anioła Józefowi, jest odmienne od tego, co Józef uważał za słuszne. Anioł mówi, że Jezus musi się urodzić w żydowskiej – pełnej – rodzinie. Dziecko jest – poczęte - z Ducha (gr. ek pneumaton estin)
Józef ma przyjąć odpowiedzialność cudu. Nie według porządku „religijnego”, ale zgodnie z wiarą. 

Jest to bardzo poważna scena. Józef może odrzucić wezwanie Boże. Nie może oczywiście ograniczyć Wszechmocnego, ani też uniemożliwić cudu. Ale cud przyjmuje swój właściwy sens wtedy, gdy się go akceptuje, kiedy człowiek poznaje jego sens, sens który daje mu Bóg. 
Wcielenie, Boże Narodzenie, ma zatem sens wtedy, kiedy człowiek go zaakceptuje i przyjmie!
„Przyjmij Marię: według zwyczaju żydowskiego sprowadź ją do twego domu. Inaczej mówiąc: poślub ją. 
„Albowiem to, co się poczęło”: nie chodzi tu o dodanie Józefowi pewności, że nie jest to „dziecko grzechu”, ale bardziej chodzi o to by zrozumiał, by nie bał się on cudu, nie odrzucał go. Nie bał się Boga, mimo, że ten burzy znany mu porządek. 
„Nadasz mu imię Jezus”: imię jest dawane podczas obrzezania, osiem dni po narodzeniu. Imię jest tutaj znakiem osoby i jej aktywnej służby Bogu w historii człowieka – Jezus, hebr. Yehoszua lub Yeszua:  „Bóg pomaga, zbawia”. Jest on Jezusem, ponieważ to On zbawi. 
Nic nie jest tutaj powiedziane co do „kiedy” i „jak” zbawienia. Już samo przyjście Jezusa na ziemię jest Ewangelią, Dobrą Nowiną. Pierwsze rozdziały Mateusza i Łukasza nie są zatem tylko rodzajem prologu Ewangelii –w nich, już od pierwszych słów, pierwszych wydarzeń, brzmi Dobra Nowina. 

Wypełnienie proroctw

W.22-23: oto komentarz Mateusza, który ma szczególną „słabość” do tematu wypełnienia proroctw. Z Jezusem obietnice, które potrafiły mówić do ludzi Starego Przymierza, otrzymują ich pełne znaczenie: to, co Bóg zamierzył i to, co ludzie wcześniej rozumieli jeszcze w sposób niedoskonały. Nie aby Stary Testament warunkował Nowy Testament, ale Nowy Testament otwiera i oświeca Stary. To zawsze nowe stworzenie pozwala zrozumieć Genesis – pierwsze stworzenie. 

Izajasz 7,14 obwieszczał wydarzenie mające zawstydzić niewiarę króla Achaza zagrożonego przez swych nieprzyjaciół. Przed narodzeniem dziecka i jego wczesną młodością niebezpieczeństwo zostanie odsunięte. 
Tekst hebrajski wskazuje matkę dziecka, jednym słowem (hlmh), które oznacza jednocześnie młodą dziewczynę i młodą kobietę. Tłumaczenie greckie partenos (młoda dziewczyna lub młoda mężatka) wśród szeregu specjalistów tekstu biblijnego spowodowało poruszenie co do problemu ze zwyczajową interpretacją – „dziewica”. Wydaje się, że tłumaczenie „dziewica” jest nadinterpretacją znaczenia hebrajskiego. W tradycji natomiast zrodzenie z dziewicy miałoby być znakiem czegoś jeszcze bardziej – w rozumieniu ludzkim - nadzwyczajnego...
Jest jednocześnie iluzorycznym poszukiwanie w proroctwie Izajasza źródła lub bazy tekstu Mateusza. Przeciwnie, to narodzenie Jezusa daje starożytnej obietnicy jej prawdziwe znaczenie. Dowodem na to jest imię dziecka: nie będzie nazywało się Emmanuel, ale Jezus!
Jest to zatem rodzaj komentarza biblijnego i tłumaczenie, które pozwala lepiej pojąć intencję autora naszego paragrafu: dziecko, które się narodzi, jest Bogiem z nami, Emmanuelem. 
Jest to doskonałe wypełnienie proroctwa Izajasza. Jest to odpowiedź na śmiertelny niepokój każdego człowieka, którego Achaz był jakby typem w proroctwie. 
Cała Ewangelia jest w tych słowach: Bóg jest z nami. Jest to bardzo odmienne od: my wiemy, że Bóg jest z nami, dla nas... Oto godzina, w której Bóg chce stać się człowiekiem. 

Możemy odczytac jednocześnie szerzej szereg pytań, stawianych przez anioła Jóżefowi: 
Ø Czy zaakceptujesz to, co się wydarzyło?
Ø Pozwolisz, aby Bóg był naprawdę z tobą? 
Ø Z tobą i nie w niebiosach lub w jakimś cudownym miejscu, w jakim większość religii chce zazwyczaj „izolować” ich bóstwo. 
Ø Czy ośmielisz się być posłusznym Bogu, czy będziesz miał wiarę, oddalisz swoje niepokoje, także te związane z kodeksem „dobrych reguł”? 
Ø Otworzysz się wystarczająco na to, aby Bóg mógł być z tobą? 
W tym kontekście każdy z nas nazywa się Józef...

„Nawrócenie” dobrego człowieka

W.24: To, co w nim jest nadzwyczajne, to swoiste „nawrócenie” dobrego człowieka, człowieka porządnego. Dla pierwszych czytelników chrześcijańskich, podobnie jak dla nas dzisiaj, jest to wielka rzecz: pierwszym człowiekiem, który musi zweryfikować swoje przekonania, swoje postawy, zgodnie z Ewangelią według Mateusza, jest człowiek porządny, dobry i religijny. Jest to prawdziwy cud – „nawrócenie” tego, którego postępowanie było podejmowane w imię Boże i zgodne z Prawem. Józef „nawraca się”, czyli akceptuje wolność Bożą, stara się ją rozpoznać i realizować; jednocześnie sam staje się wolny, wyzbyty wiążących go wcześniej wyobrażeń, kodów postępowania. 

W.25: Jest to ostatni akcent Mateusza w tym paragrafie. 
Józef zdecydował się, o czym jest na powiedziane, ale nie wierzcie, że miałby miejsce jakiś błąd, że Maria pomyliła się w swoich intymnych rachubach. Cud dokonał się, ponieważ człowiek go przyjął, ale przyjęcie to nie pozbawia go cudowności!
Życie „zwykłe”, ludzkie, chciane przez Boga, zaistnieje w małżeństwie Józefa i Marii, niemniej Józef swym postępowaniem do pewnego czasu (nie obcowaniem z Marią do momentu narodzenia syna) podkreśli jeszcze mocniej cudowność tego, co się wydarzyło. 

Dwa słowa „praktyczne” do możliwego kazania

Tekst Mateusza jest nośnikiem wielu emocji konfesyjnych. Dla katolików jest związany z niepokojem poszukiwań dziewictwa Marii, także po narodzeniu Jezusa, dla chrześcijan starających się budować ich wiarę w oparciu o tekst biblijny – dowodem na coś dokładnie odwrotnego. Niemniej, nie tego typu poszukiwania i nie tego typu emocje winny towarzyszyć lekturze Słowa. Ma ono przede wszystkim dostarczyć materiału dla naszego życia konkretnego, dla naszej codzienności. 
W rozważaniu tekstu Mateusza warto podkreślić decyzję Boga o cudzie wcielenia, który zakłada – chcianą i oczekiwaną przez Boga – współpracę człowieka. Cud pozostaje cudem w wolności działania Bożego, bo tylko On jest autorem prawdziwych cudów, ale – zgodnie z Jego wolą - nabiera swojej szczególnej wartości praktycznej wtedy, kiedy jest przyjęty z wiarą i współpracą człowieka. 
Bóg nie łamie sumień, ale działa z właściwą Mu delikatnością; nie narzuca czegoś, do czego jednocześnie nie usposabiałby tych, których do współdziałania zachęca; daje im siłę i rację działania, jako tym, których do swojej służby powołuje. 
W tym rejestrze należy umieścić zapewnienie Boga o chęci bycia z tymi, którzy wyznają w Jezusie Syna Bożego (por. 1 J 4,15). Emmanuel, to jednak nie tylko Bóg ze mną, ale to przede wszystkim Jezus/Yehoszua – Bóg, który zbawia, który przez Krew swojego Syna pojednał mnie z Nim. 
To ten Bóg wchodzi w życie Józefa, człowieka prawego i zmienia jego życie radykalnie, czyniąc go prawdziwie wolnym, uwalniając go do służby Mu w najbardziej wydawałoby się trudnych do zaakceptowania okolicznościach. 
Podobnie wchodzi On w nasze życie, często tak mocno już oparte o wypracowane przez nas fundamenty (akcent na „wypracowane przez nas”), mówiąc: teraz jest czas, abyś poszedł prawdziwie za Mną, realizując Moją, a nie twoją wolę. 

Trzecie przykazanie


Trzecie przykazanie

2 Mojż./Wyjścia 20,7:
Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

5 Mojż./Powtórzonego Prawa 5,11: 
Nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, bo nie dozwoli Pan, by pozostał bezkarny ten, kto bierze Jego imię do czczych rzeczy.

Łatwo można zaobserwować, powszechnie obecne w kulturze polskiej, wezwania typu: „O Boże! O Jezu!” i im podobne, i ich pochodne. 
Przywykliśmy do nich tak silnie, że nawet osoby wierzące nie zawsze zwracają uwagę na ich wokół nas obecność. 
Nie można jednak banalizować tego typu faktów, tego typu okrzyków. Zwłaszcza, że jeśli sięgniemy pamięcią, zauważymy, że można je usłyszeć nie tylko w banalnych, ale nawet i w wulgarnych okolicznościach. 
Nie można banalizować tego, czego przykazanie Pańskie jasno zakazuje. 
Nie można zapominać, że banalizowanie przykazań Bożych zawsze jest grzechem, czyli prowadzi do naszego osamotnienia w tym świecie, w którym obecność Boga jest dla Jego stworzeń całkowicie witalną.  

Przejdźmy zatem do krótkiej, skondensowanej analizy sensu tego przykazania. 

Celem trzeciego przykazania jest darzenie szacunkiem wielkości imienia Bożego, które powinno być dla nas święte i nienaruszalne, którego nie wolno żadnym sposobem sprofanować. 
Bóg chce, abyśmy nie pozbawiali Go czci przez bluźnierstwa, fałszywe przyrzeczenia, czy  bezużyteczne obietnice. Bóg chce, abyśmy czy to przez nasze milczenie, czy naszą akceptację wobec zachowania innych, nie popełnili grzechu braku szacunku wobec Niego. 
W konsekwencji, tak ustami, jak i sercem, nie możemy mówić o Bogu i Jego tajemnicach jak tylko z nieskończonym szacunkiem, z powściągliwością właściwymi Pismu Świętemu. 
Rozmyślając o Jego dziełach nie powinniśmy myśleć, ani też postrzegać Go w naszym duchu, w sposób, który nie odpowiadałby Jego chwale i Jego czci. 

Jest to związane z rozumieniem biblijnym imienia, a szczególnie imienia Bożego. 
W Biblii, zwłaszcza w Starym Testamencie, imię wyraża osobę, osobowość, tożsamość tego, który je nosi i który nim się dzieli. Dlatego też imię i relacja wobec niego jest czymś niezwykle ważnym w kulturze biblijnej. 
Szczególnie, w wyżej opisanym aspekcie, taką uwagą i powagą winno być otoczone imię Boże. 
Imię Boże, to Jego renoma, Jego sława, opinia o Nim, którą dał nam poznać przez swoje Słowo i przez swoje dzieła w Jezusie Chrystusie. 

Bóg odrzuca także wszelkie mówienie z użyciem terminów „religijnych”, wyzbyte sensu i powagi. Nie akceptuje, aby Jego święte imię było we wszystko wmieszane. 
Jego święte imię winno być używane wyłącznie do wskazania prawdziwego Boga, Ojca i Zbawiciela, takiego, jaki objawił się w Piśmie Świętym: 
Ø Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego (Mt 5,37); 
Ø A przede wszystkim, bracia moi, nie przysięgajcie ani na niebo, ani na ziemię, ani nie składajcie żadnej innej przysięgi; ale niech wasze "tak" będzie "tak", a wasze "nie" niech będzie "nie", abyście nie byli pociągnięci pod sąd (Jk 5,12)

„Praktykę” trzeciego przykazania można ująć w trzech punktach:
1. To, jak w moim duchu pojmuję Boga, to, co mówi o Nim mój język, ma zgadzać się z Jego wspaniałością, ze świętością Jego imienia i mieć na uwadze wywyższanie jego piękna i wielkości. 
2. Nie mogę nigdy lekkomyślnie nadużywać Jego mocy (por. Mt 12,38-42; 16,1-4), Jego świętego Słowa, ani też poddać sobie lub własnym ambicjom prawdy, nauczania Pisma Świętego. Ponieważ godność Jego imienia jest wdrukowana w Jego Słowo i Jego dzieła, winienem zawsze mieć wobec nich postawę czci i poważania, które im są właściwe. 
3. Nie wolno nigdy źle mówić, ani krytykować Pana. Przeciwnie, we wszystkim co On uczynił, winniśmy Go chwalić. Winniśmy chwalić Jego mądrość, Jego sprawiedliwość, Jego moc, Jego miłość (5 Mojż./Pwt 32,2-4). 

Trzecie przykazanie ukazuje się zatem jako pogłębienie drugiego. 
Nie wystarczy nam wiedzieć bardzo dokładnie jaki jest Bóg w Jezusie Chrystusie. Jest koniecznym, aby używanie tej wiedzy było prawe i nie prowadziło nigdy do próżności. 
Powinienem mieć odwagę przeanalizowania i wychwycenia wszystkich próżnych sposobów używania imienia Bożego w moim życiu; od tych najbardziej poważnych, do wydawałoby się banalnych, drobnych, a których powadze i skutkach nawet dotąd nie myśleliśmy. 

Warto zastanowić się nad takim przykładem:
Czy jest do przyjęcia mówienie o „państwach chrześcijańskich”, „o narodach chrześcijańskich”, „o cywilizacjach chrześcijańskich”, itd.? 
Przecież wyraźnie można dostrzec, także w faktach z życia codziennego, z obserwacji mediów krajowych i międzynarodowych, że żaden z rządów, żadna z partii obecnie istniejących (w jakimkolwiek państwie), aspirując do nazwy „chrześcijańskiej”, nie są w istocie rzeczy zasługującym na określanie się chrześcijańskimi. 
Żaden naród, żaden kraj nie ma prawa do określania się takim, mając na uwadze jego świadectwo dziejowe. 
„Chrześcijańskość” nie może stać się denominacją kulturową, mającą na celu określone i doraźne korzyści, bądź stawanie w opozycji do innych (jednostek lub grup), uznanych za „nie-chrześcijan”, „nie-chrześcijańskich”... 
Warto zwrócić uwagę, tak na marginesie, poruszając kwestię „chrześcijańskości”, w jakim kontekście „chrześcijanin”, „chrześcijańskość” jest użyta w Piśmie Świętym: Dz 26,25-31; Rz 16,4-10; 1 Kor 9,2-8; 1 P 4,13-19... 
Być może nigdy o tym nie myśleliśmy, ale aspiracja w życiu politycznym, społecznym, ekonomicznym, nazywania się „chrześcijańskim” (z oczywistych powodów zysku politycznego, ekonomicznego...) jest ewidentnym naruszeniem trzeciego przykazania (przecież termin „chrześcijański” odnosząc się do Syna Bożego, Boga prawdziwego wcielonego, odnosi się do Boga samego).  

Czy nie jest rzeczą właściwszą, jeśli chce się podkreślić własną „chrześcijańskość”, dowieść tego przez fakty życia zgodnego z Ewangelią, a nie usiłować przydać sobie łatwej etykietki, zapominając, że jest ona niezgodna z wolą Bożą? 

Trzeba mieć odwagę przedsięwzięcia pracy wyrwania z korzeniami tego, co jest w naszym życiu niezgodne z przykazaniem głębokiego szacunku dla imienia Bożego. 
Musimy mieć odwagę skupienia się na naszym sposobie wypowiadania Jego imienia, okoliczności w jakich ma to miejsce, świadectwa, jakie zachowania tego typu za sobą w sposób nieunikniony pociągają. 

A zatem – po pierwsze - zakaz używania imienia Bożego ma znaczenie szerokie. 
Określiliśmy już, że dotyczy ono całej palety zwrotów i im pochodnych; słów, którymi tak często i tak wielu posługuje się w ich retoryce, bardzo często niezwiązanej zupełnie z kontekstem, jakiemu słowa te (nie zapominając o niezwykłej ostrożności z ich używaniem) winny odpowiadać. 
Słowa te nie mogą być używane dla uzasadnienia określonych, subiektywnych apetytów polityczno-finansowych, nieważne czy byłyby używane przez osoby indywidualne, czy instytucje kościelne. 

Musimy bardzo czuwać, by każde słowo, odnoszące się w swym znaczeniu do Boga było używane w prawdzie i dla prawdy, z pełną świadomością jego znaczenia i wagi; by było używane w prawdziwej potrzebie, wiedząc, że Bóg nie uważa za niewinnego tego, który przekracza przykazanie, używając Jego imienia do czczych rzeczy. 

Jak być posłusznym trzeciemu przykazaniu? 
Przede wszystkim obserwując, że Bóg sam naucza nas uświęcenia Jego imienia. Jeżeli mówimy źle o Bogu, Bóg mówi dobrze o sobie. Jeżeli używamy Jego imienia do czczych rzeczy, On nadaje swemu imieniu cały bagaż powagi, jaki jest mu niezbędny. 
Takie przecież jest przesłanie Biblii: Bóg uświęca swoje imię! 
Bóg nie odsuwa się od człowieka po objawieniu swego imienia. Mówi: „Uświęcę moje wielkie imię, które zostało sprofanowane wśród narodów, które wy sami sprofanowaliście pośród nich. I narody dowiedzą się, że ja jestem Przedwieczny” (por. Iz 48,9-11; Ez 20,9; 36,23). 

Winniśmy zatem modlić się, być Mu posłusznym i działać: Bóg chce nas włączyć do uświęcenia i szacunku dla Jego imienia (por. 3 Mojż./Kpł 22,31; Ez 20,41). 

Uświęcamy imię Przedwiecznego przez: 
Ø nasze dzieła, dokonane z wiary (5 Mojż./Pwt 4,5-8); 
Ø modlitwę, uważną, skoncentrowaną i żarliwą; 
Ø kult oddawany Bogu w sposób godny; 
Ø świadome używanie środków łaski które daje nam ku temu; 
Ø podziwianie bez ustanku Jego Słowo i Jego dzieła; 
Ø dawanie prawdziwego i świadomego świadectwa temu, czym jest „Bóg miłosierny i współczujący, wolny w gniewie, bogaty w łaskę i wierność, który okazuje łaskę do tysiącznego pokolenia, który wybacza nieprawość, bunt i grzech, ale nie uważa winnego niewinnym”. 

Taka jest jedyna możliwość nie używania imienia Bożego do czczych rzeczy. 

środa, 19 grudnia 2012

Chrzest dzieci w tradycji reformowanej.


Znanym jest fakt, że niektóre Kościoły protestanckie nie uznają ważności i odrzucają praktykę Chrztu dzieci osób wierzących i wymagają, aby Chrzest był ukoronowaniem nie tylko nauki religii, ale chęci świadomego oddania się na służbę Jezusowi Chrystusowi w skrusze i wierze. 
Oczywiście, jest rzeczą godną szacunku praktyka Chrztu świadomego (zresztą praktykowanego również w wielu Kościołach reformowanych), podkreślającego zaangażowanie człowieka w powagę bycia znakiem, świadectwem nowego narodzenia i chęci wyznania swej wiary w społeczności z Panem. 
Niemniej wydaje się również niewłaściwym nie przedstawienie teologii, jaką środowiska reformowane przydają Chrztowi dzieci. Takiemu zatem przedstawieniu rozumienia Chrztu będzie poświęcony poniższy artykuł. 
Celem ponizszego artykułu nie jest zatem prowadzenie polemiki, ani też chęć przeciwstawienia jednej koncepcji Chrztu drugiej, ale wydaje nam się celowym napisanie kilku słów na temat Chrztu dzieci praktykowanego w środowiskach protestantyzmu historycznego, aby pomóc zrozumieć ich rację tym, którzy ich nie znają, a także tym, którzy racji tych nie podzielają. 

Czytelników zapraszamy do niezbędnej w tej kwestii otwartości, zwłaszcza, że w kraju jakim jest Polska, istnieje naturalne ryzyko poddania się rozumieniu Chrztu dzieci, charakterystycznemu dla środowiska katolickiego. Chrzest dzieci w rozumieniu teologii reformowanej nie jest z nim tożsamy. 

Z punktu widzenia litery tekstów biblijnych, zwolennicy i przeciwnicy Chrztu dzieci starają się odnosić do Nowego Testamentu. 
Jeśli jednak chodzi o Stary Testament, zwolennicy Chrztu dzieci posługują się nim dla podkreślenia analogii między obrzezaniem i Chrztem (por. Ks.Rodzaju/I Mojżeszowa 17,7 i Listo do Kolosa 2,11-13), jedno i drugie będące znakiem, który noszą na sobie członkowie ludu Bożego, znakiem odpuszczenia grzechów i uświęcenia. Posługują się także tekstami opisującymi Przymierze Łaski (identyczne w Starym i Nowym Testamentach) i jego ducha, ktory nie jest nigdy indywidualistyczny (por. Izajasza 44,3; Powtórzonego Prawa/V Mojżeszowa 30,6; Dzieje Apostolskie 2,29)
Reformowani są przekonani, że wyrażają tym samym wewnętrzną jedność objawienia (jedność Starego i Nowego Testamentu) i wierność teologii Przymierza Łaski. 
Podstawą teologii Przymierza Łaski jest przekonanie, że w Piśmie Świętym Bóg daje nam pewność, że wzywa On nie tylko wierzącego - rozumianego indywidualnie - do otrzymania Jego łaski, do odziedziczenia sprawiedliwości i życia wiecznego, ale wierzącego i jego potomstwo z nim i po nim. Bóg czyni potomstwo wierzących dziedziczącym obietnice, które On poczynił ich przodkom i łaski, które On im zaofiarował (por. Rdz 17,7; Ps 105,8-10; 1 Kronik 16,14-18; Jer 32,38-41; Es 59,21; Dzieje 3,25-26; Hbr 6,18-20.11,9 itd.). 

W rozumieniu Chrztu protestanci historyczni stawiają sobie pytania: czy mając na uwadze naturę Chrztu należy położyć akcent 1. na osobiste sentymenty człowieka, czy też 2. na obietnice Boże? 

W pierwszym przypadku, jest wyraźnie jasnym, że dziecko, które jest prezentowane do Chrztu, nie może mieć żadnego realnego poczucia pokuty, skruchy i wiary. Asystuje ono jedynie w sposób pasywny w ceremonii. Chrzest jest więc tutaj jedynie formalny. Stąd też konkluzja, że godziwym jest udzielanie sakramentu Chrztu tylko osobom, które doszły do stadium pełnej dojrzałości religijnej. Trzeba zatem zakazać Chrztu dzieciom... 
Niemniej, spojrzenie na Chrzest zmienia się radykalnie, jeśli akcent zostanie położony na naturę sakramentu, a nie na uczucia, sentymenty osoby chrzczonej; na naturę sakramentu, czyli na obietnice Boże z nim związane, na sprawy wewnętrzne i duchowe, które Chrzest ukazuje. To nie chrzczony jest w centrum Chrztu, ale to Bóg sam, jako Ojciec, Syn i Duch Święty, Stwórca dziecka, jego Pan, jego Zbawca i jego Mistrz. 
A zatem, ochrzczenie dziecka, to przyjęcie za fakt obietnic, które Bóg mu poczynił, przyjęcie gestu Bożego, który deklaruje swoją postawę wobec dziecka już od jego narodzenia, i który (Bóg) chce zachować ją przez całe życie dziecka. 
W takim porządku rzeczy jest rzeczą oczywistą, że dorośli, którzy aktywnie (przez prezentację dziecka do chrztu) uczestniczą w przyjęciu - w wierze - deklaracji i obietnic Bożych co do dziecka, angażują się aby dokonać wszystko, by obietnice Boże były owocne, oczekując, aby dziecko dorastając samo mogło w wierze uznać w Bogu swojego Stworzyciela, Pana, Zbawiciela i Ojca. 

Chrzest dorosłych kładzie systematycznie akcent na inicjatywę człowieka, który prosi o Chrzest w odpowiedzi na otrzymaną łaskę. 
Chrzest dzieci Przymierza łaski kładzie akcent na inicjatywę Boga, który nakazuje, aby dziecko otrzymało znak na jego ciele, w odpowiedzi na łaskę obiecaną. 

W całości objawienia i teologii łaski, które potwierdzają bez ustanku inicjatywę Bożą i Jego suwerenność w kwestii zbawienia, reformowani wierzą, że Chrzest dzieci ma w niej swoje miejsce istotne i że znajduje się w pełnej harmonii z całością ekonomii zbawienia: od ich urodzenia dzieci Przymierza stanowią część ludu Bożego. Bóg chce, aby nosiły na sobie znak przynależenia do Jego Przymierza, że należą do Niego – znakiem tym jest Chrzest. 
Bóg czyni dzieciom Przymierza osobistą obietnicę, że objawi im się jako Ojciec, że zaofiaruje im wiarę, odpuszczenie grzechów, sprawiedliwość i życie wieczne, i że przez dar Ducha Świętego, przez odnowienie ich wewnętrznej wolności, dzieci (dorastając) będą mogły zawierzyć Jego obietnicom i otrzymać Jego łaski. 

W Przymierzu łaski obietnice Boże nie są dokonane w sposób pusty, nie są jakimś mirażem, fantazją. Byłyby takimi, gdyby były poczynione przez Boga osobom, których stan moralnego zniszczenia stawiałby je w praktycznej niemożności aby uwierzyły i aby zaakceptowały poczynione im obietnice. Bóg sam jednak odradza serca dzieci Przymierza w stopniu wystarczającym, aby Jego oferta łaski mogła być przyjęta i zaakceptowana oraz aby Jego obietnice były skuteczne realnie. To Bóg sam zasadza w sercach, przez działanie Ducha Świętego, nasienie wiary i pokuty, skruchy. 

Bóg także chce włączyć rodziców w obietnice, które poczynił dzieciom, w takim samym wymiarze, w jakim chce w rodzicach ożywić ich poczucie sensu i znaczenia ich własnego Chrztu. To przez Chrzest dzieci Bóg daje im znak pewności i gwarancji prawdziwości Jego obietnic. 
Przypomnijmy jeszcze raz: to obietnice i dzieła Boże są w centrum Chrztu. Sprawy wewnętrzne i sprawy duchowe, które są w nim nam ukazane, owoce które ze sobą niosą, ukazują ich realność i ich skuteczność. Uczestniczący i asystujący im nie mają nic innego do zrobienia, jak tylko przyjąć je i odpowiedzieć im z wiarą. Zaangażowaniu Bożemu odpowiada zaangażowanie rodziców, chrzestnych i – później – samych dzieci. 

Reformowani twierdzą, że odrzucenie Chrztu dzieci nie jest w sposób konieczny odrzuceniem Przymierza Łaski i stwierdzeniem, że obietnice Boże są niczym. Uważają jednak, że odrzucenie go niesie ze sobą – tak dla rodziców jak i dla dzieci – ryzyko odrzucenia owoców Chrztu, o których wspomnieliśmy: pewności obietnic i łask Bożych, których sakrament jest - zgodnie ze swoją naturą - znakiem, dowodem i gwarantem. 
Na tej podstawie reformowani uważają, że lekceważenie Chrztu dzieci jest ryzykiem zubożenia duchowego dzieci i rodziców, nie bez swoistego lekceważenia konkretnych pomocy duchowych, które Bóg niesie w ich słabości dzieciom i rodzicom. Bóg dał nam zbroję, by móc odnieść triumf w chwilach wątpliwości i pokusy i ze zbroi tej – jak wierzą reformowani - trzeba korzystać. 

wtorek, 4 grudnia 2012

Rozważanie Ewangelii Św. Marka 12,28-34


Ewangelia Św. Marka 12,28-34

 I przystąpił jeden z uczonych w Piśmie, który słyszał, jak oni rozprawiali, a wiedząc, że dobrze im odpowiedział, zapytał go: Które przykazanie jest pierwsze ze wszystkich? Jezus odpowiedział: Pierwsze przykazanie jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest. Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej. A drugie jest to: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz. I rzekł do niego uczony w Piśmie: Dobrze, Nauczycielu! Prawdę powiedziałeś, że Bóg jest jeden i że nie masz innego oprócz niego; i że jego miłować z całego serca i z całej myśli, i z całej siły, a bliźniego miłować jak siebie samego, to znaczy więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary. A Jezus, widząc, że on rozsądnie odpowiedział, rzekł mu: Niedaleki jesteś od Królestwa Bożego. I nikt nie śmiał go już więcej pytać. 

Pan jest jeden, mówi Biblia, a relacja z Nim, z naszym Bogiem, ma być relacją miłości. 
Będziesz miłował Pana, Boga swego – mówi Jezus, odwołując się tym samym w swojej odpowiedzi danej uczonem w Piśmie do Ksiąg Starego Testamentu, do przykazań znanych każdemu wierzącemu z Narodu Wybranego. 

Ta relacja miłości z Bogiem, relacja idnywidualna, głęboka i prawdziwa, jest jedynym źródłem tej, która jest jej koniecznym, nieodwołalnym następstwem – relacją miłości z drugim człowiekiem, człowiekiem konkretnym, stojącym obok nas, tym, którego Słowo Boże tradycyjnie nazywa naszym bliźnim. 

Dzisiaj chciałbym skupić się na właśnie tej drugiej części przykazania, przypomnianego przez Syna Bożego; tego, która mówi o miłości bliźniego. 
Oczywiście, mam świadomość, że jest to temat bardzo wyeksploatowany w kazaniach, ale nie zmienia to faktu, że pozostaje on wciąż aktualny i warty rozważenia. 
Chcę mówić o tych słowach Pańskich Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. 

Zaraz na początku powinna przyciągnąć naszą uwagę relacja między Będziesz miłował bliźniego swego i jak siebie samego. 
Można tę relację rozumieć następująco: 
Ø Najpierw, że nie możemy kochać naszego bliźniego, jak tylko na tyle, na ile kochamy sami siebie. Jeżeli my samych siebie nie kochamy, nasza miłość do bliźniego będzie conajmniej dwuznaczna. 

Można – niestety – czasem spotkać osoby, także w naszych Kościołach, czy w organizacjach pomagających potrzebujących, które całkowicie oddają się pomocy innym: chorym, dzieciom, osobom samotnym, ale które jednocześnie nie mają litości wobec siebie samych, a także wobec osób im najbliższych, ich rodzin. Są to soby nerzadko uwielbiane przez innych, a nie znoszone, jeśli nie nienawidzene przez ich bliskich... 

Niestety, zdarzają się takie przykłady osób, które pozwalają nam na zadanie pytanie: czy ich oddanie pomocy osobom obcym, bez przeniesienia tego samego na siebie samych, na osoby im bliskie, jest naprawdę przeniknięte miłością? Czego tak naprawdę osoby te szukają? Czy raczej przed czym usiłują uciec? Ja sam znam osoby, które przez lata były dla innych modelami altruizmu, bezinteresownego wydawałoby się oddania innym, a które pewnego dnia popadły w głęboką depresję,  ich życie rodzinne poszło w rozsypkę, a nawet usiłowały targnąć się na ich życie. 

Człowiek nie może żyć bez miłości. Kiedy „kocha się” bliźniego, bez kochania samego siebie, taka pseudo-miłość nie jest niczym innym, jak rodzajem usprawiedliwienia swego własnego istnienia. 

Ø W Biblii, w Słowie Bożym, miłość bliźniego nie jest kwestią banalnych sentymentów. Fragment Biblii, który najlepiej mówi o miłości, to świetnie znany 13 rodział 1 Listu do Koryntian, gdzie padają słowa: Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, itd. ... Ten rozdział cytuje piętnaście czasowników, słów charakteryzujących miłość, które określają jednoznacznie postawy działania, czasem trudne wybory, wymagające wysiłku, ale nie puste emocje. To tymi słowami, które określają zaangażowanie myśli, rąk, nóg, czasem kieszeni Słowo Boże mówi o miłości bliźniego. 

Równie konkretny jest fragment Księgi Kapłańskiej, która zachęcając nas do działania sprawiedliwego i pełnego szacunku wobec bliźniego mówi (rozdział 19, 9-18): Nie będziesz uciskał bliźniego, nie będziesz go wyzyskiwał. Zapłata najemnika nie będzie pozostawać w twoim domu przez noc aż do poranka. ... Nie będziecie wydawać niesprawiedliwych wyroków. Nie będziesz stronniczym na korzyść ubogiego, ani nie będziesz miał względów dla bogatego. Sprawiedliwie będziesz sądził bliźniego. ... Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. ... Ja jestem Pan! 

Kochanie bliźniego, według Słowa Bożęgo nie wpisuje się w rejestr emocji, czy sentymentów, jest to autentyczne przejęcie się, zaangażowanie, aby pomóc drugiemu żyć, aby pomóc mu wzrastać i rozwijać się. 
To nie zastanawianie się: „czy znajduję mojego bliźniego sympatycznym”, ale to zastanawianie się nad „jak, w moim kalendarzu, moim planie zajęć, dałem świadectwo miłości bliźniego, w tych konkretnych dniach”. 
I co ważne, kiedy myślę o bliźnich, ta kategoria obejmuje wszystkich, zarówno osoby obce, 
jak i osoby mi najbliższe, także moją rodzinę. 

Takie postawienie sprawy pozwala nam zrozumieć inną szokującą zachętę Biblii, kiedy ta naucza nas, że należy kochać także naszych nieprzyjaciół. Biblia nie zachęca nas do znajdowania naszych nieprzyjaciół sympatycznymi. Natomiast mówi, że mamy poszukiwać wszystkich środków, wszystkich rozwiązań, które pozwalałyby nam im pomóc, by wzrastali jako ludzie, by wzrastali także w wierze. 

Jeżeli mówimy o tym wszystkim, to także po to, żeby podkreślić, że taka lektura biblijna przykazań zakłada świadomość, że tak wymagająca definicja miłości, jest możliwa do realizacji tylko wtedy, gdy we właściwy sposób, odkrywszy miłość Boga do nas, kochamy samych siebie, a to wcale nie jest takie proste, ani ewidentne. 

Kochać siebie, to kwestia czasu i uwagi, to potrzeba dbania o swego ducha, swoją duchowośc, ale także o swoje ciało. Każda z części naszej osoby musi znaleźć jej właściwe miejsce, być właściwie karmioną – duch modlitwą i Słowem Bożym, ciało - odpoczynkiem, dbałością i szacunkiem. Dopiero wtedy będziemy mogli ofiarować prawdziwą i zaangażowaną miłość bliźniemu. 

Biblia nie zachęca nas do miłości wszystkich ludzi, ale naszego bliźniego, czyli osoby konkretnie znajdującej się w naszym bliskim zasięgu. Określenie kochanie wszystkich ludzi łatwo bowiem prowadzi do zwolnienia się z miłości konkretnej, bo słowo „wszyscy” nie ma żadnej twarzy konkretnej. 

Biblia nie jest zainteresowana jakąś miłością „uniwersalną”, teoretyczną czy poetycką, ale miłością konkretną, zaangażowaną, praktyczną. 
I taka miłość jest tylko wtedy możliwa, jeśli towarzyszy jej odwaga, bo trzeba dużo samozaparcia i odwagi, żeby pomóc bliźniemu się rozwijać, wzrastać. 
Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, ale lenistwo i obojętność. 

Miłość drugiego, to także poznanie cierpienia drugiego. Dopóki nie zna się cierpienia drugiego, pozostaje się na płytkiej powierzchni jego osoby. 
Miłość bliźniego jest czasem także naszym cierpieniem z nią związanym, kiedy nie potrafimy się w niej odnaleźć, kiedy znane nam środki zawodzą i czujemy sie bezradni. 

Miłość drugiego, to nie tylko danie mu przysłowiowego kawałka chleba – to może zrobić i maszyna, automat. 
Kochać bliźniego, to znać i dzielić jego marzenia, sny, jego nadzieje i jego strachy, jego niepokoje. 
Miłość bliźniego wymaga czasu, uwagi, koncentracji... To prawdziwa praca. 

Odróżnienie miłości bliźniego, u jej początku, od sentymentów, jest celowe, ponieważ to dopiero prawdziwe zaangażowanie dla i wobec naszego bliźniego, czyli miłość zaangażowana, miłość-działanie, pozwoli nam w konsekwencji odczuwać sentymenty, prawdziwe sentymenty, emocje, wobec naszego bliźniego. Nie zatem sentymenty, emocje są początkiem biblijnie rozumianej miłości wobec bliźniego, ale zaangażowanie dla niego, które w dalszej kolejności pozwoli nam mieć właściwe wobec niego uczucia. 

Jeśli nie nawiążesz zaangażowanego kontaktu z drugim, nie jesteś w stanie żywić wobec niego prawdziwych i zdrowych sentymentów na długi czas. Dopiero wtedy będziesz mógł prawdziwie cieszyć się z jego sukcesów, współczuć mu i rozumieć jego przegrane, być z nim naprawdę tak i wtedy, kiedy cię potrzebuje. 

Podsumujmy zatem całość: 
Ø Bóg jest miłością i mogę i powinienem Go kochać. On także jest sam w sobie źródłem wszelkiej miłości. 
Ø Kochając Boga, rozumiem i poznaję, że kocha On mnie i że ja także mogę kochać samego siebie. 
Ø Kochając mnie samego staję się zdolny do kochania mojego bliźńiego, który to bliźni odsyła mnie w sposób stały do miłości Boga. 
Przykazanie, o którym w pierwszym rzędzie mówi Księga Kapłańska, a jest ono cytowane i zaktualizowane przez Jezusa Chrystusa, jest takie właśnie: Będziesz miłował swego bliżniego, jak siebie samego, Ja jestem Panem, twoim Bogiem! Amen. 

wtorek, 27 listopada 2012

Rozważanie Listu do Rzymian rozdziału 12, wersetów 1-8.


Wzywam was tedy, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu, bo taka winna być duchowa służba wasza. A nie upodabniajcie się do tego świata, ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu swego, abyście umieli rozróżnić, co jest wolą Bożą, co jest dobre, miłe i doskonałe. Powiadam bowiem każdemu spośród was, mocą danej mi łaski, by nie rozumiał o sobie więcej, niż należy rozumieć, lecz by rozumiał z umiarem stosownie do wiary, jakiej Bóg każdemu udzielił. Jak bowiem w jednym ciele wiele mamy członków, a nie wszystkie członki tę samą czynność wykonują, tak my wszyscy jesteśmy jednym ciałem w Chrystusie, a z osobna jesteśmy członkami jedni drugich. A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto naucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szczerości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością. 

Wprowadzenie w myśl ogólną rodziału 12. 
W rozdziale 12 Paweł powraca, z dużym naciskiem i energią, do wprowadzania w praktykę konsekwencji wiary (jeżeli chcielibyśmy użyć formuły bardziej teologicznej – Paweł mówi tutaj o konsekwencjach praktycznych usprawiedliwienia przez wiarę...). 
Innymi słowy, Paweł koncentruje się w w rozdziale 12 Listu do Rzymian na praktyce życia chrześcijańskiego. 
Rozpoczyna przez coś, co wydawałoby się nam dalekie od naszego rozumienia „praktyki”. Rozpoczyna przez bardzo silne położenie akcentu na naszej duchowej służbie Bogu. 
Ta duchowa służba Bogu, czyli całe nasze życie, ma być rodzajem ciągłego „nabożeństwa”, służby Bogu przenikniętej rozsądkiem, postawą stałej analizy, rozróżniania tego co jest wolą Bożą, co jest dobre, miłe i doskonałe. 
Całe życie ma być w sposób rozsądny (podkreśmy tu jeszcze raz nacisk na rozsądek) oddane chwale Bożej. 
Pomimo tego, że wydaje nam się to pozornie oderwane od „praktyczności” życia, Paweł podkreśla z właściwym sobie charakterem, że to właśnie przez fakt konieczności oddawania chwały Bogu (z Boga, przez Boga i dla Boga) przechodzimy do chrześcijańskiego życia praktycznego. 
Dla niego jest to ewidentne: nie ma chwały Boga „po cichutku”, w ukryciu. 
Życie chrześcijańskie praktyczne, to życie pełne codziennych projektów (rozważane w takim właśnie porządku): przechodząc przez konieczny etap chwały Boga, staje się rzeczywiście i prawdziwie życiem, które ukazuje prawdziwą twarz miłości, w łonie Kościoła i w świecie. 
Doktryna-treść wiary (oddawanie chwały Bogu w znaczeniu biblijnym jest zawsze konkretnym wyznaniem wiary) i praktyka życia nie mogą obejść się jedna bez drugiej. 
Tak samo jest z Prawem i etyką. 
Bez Prawa (Bożego) i bez refleksji etycznej nie ma praktycznych projektów na życie chrześcijańskie. 
Jeżeli chcecie jeszcze innego określenia: prawdziwość, ortodoksja nauki wiary, prowadzi do ortopraksji: praktycznego życia chrześcijańskiego we wdzięczności Bogu za otrzymaną łaskę. 
Obrazem tego stwierdzenia - dla Kościoła pierwszych wieków - może być postać teologa i pasterza Kościoła - Ambrożego z Mediolanu (340-397), o którym mówiono, że „jego nauczanie było jak grzmot burzy, jego życie jak błyskawica”. 
W rozdziale 12 Listu do Rzymian znajdujemy zatem tę jedność nauki wiary i życia praktycznego chrześcijan. 

Podstawa życia chrześcijańskiego.
Wzywam was tedy, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu, bo taka winna być duchowa służba wasza (12,1). 
W ten sposób Paweł rozpoczyna swoje pełne zachęty nauczanie. Z autorytetem danym przez Ducha Świętego mówi: Wzywam was tedy, bracia. Tu raczej należałoby przetłumaczyć literalnie słowo greckie przez: zaklinam was!
Mówi on o rzeczach bardzo ważnych, odnosząc się przez nie do współczucia Bożego. Nie mówi: „teraz, tam gdzie jesteście, dajcie dowody czegoś...”. Nie mówi także: „teraz, przygotowując wasze projekty, skupcie się i otwórzcie się na waszą kreatywność”. 
Mówi natomiast: „ponieważ jesteście włączeni w krąg działania Bożego, musicie, z miłości do Boga, oddać Mu chwałę w sposób rozsądny/związany z waszym rozsądkiem”. 
Przed każdym działaniem - krótki czas na medytację chwały Bożej... przygotowując teren naszym projektom. 
Duchowa służba Bogu, wypełniona rozsądkiem nie oznacza, że człowiek ma być uczciwie i właściwie religijny, ponieważ wielu ludzi tego świata jest uczciwie religijnych, bez bycia przy tym chrześcijanami. 
Nie, duchowa służba, rozsądna służba duchowa Bogu, do której wzywa Paweł jest bazą, na której nasze życie, wszystkie nasze projekty życiowe mają spoczywać. 
Nie jest to tylko jakieś życie uczciwe, „porządne”, ale należy przez to rozumieć, że wszystkie aspekty naszego życia codziennego, wszystkie nasze działania, akty życia, nasze myśli, mają być na chwałę Bożą. 
Niektórzy mówią: „wierzyć, to to, co się praktykuje podczas niedzielnego nabożeństwa”. 
Nie, mówi Paweł - trzeba wierzyć cały tydzień! 
Wasze ciało, to znaczy wasza ziemska egzystencja w całości, wasze dobra i wasze działania, mają być ofiarą złożoną Bogu. 
W Starym Przymierzu, ofiarą było zwierzę bez wad, które kapłani składali Bogu na ołtarzu, w Świątyni. Ofiarę pochłaniał ogień (por. Psalm 66,15). 
Dzisiaj nie ma już Świątyni, nie ma już ofiar ze zwierząt, nie ma kapłanów, pomimo, że niektórzy chcieliby jeszcze się takimi nazywać... (por. 1 Piotra 2,5). To całe nasze życie codzienne ma być ofiarą miłą Bogu. 
Mamy czynić tak, aby nasza duchowa służba Bogu, nasze życie codzienne, były żywe, a nasze oddanie pełne. Służba Bogu, która jest „częściowa”, tzn. rezerwująca coś dla siebie poza Bogiem, nie jest Mu miła. 
Złóżcie zatem wasze życie na ołtarzu Bożym. 
Służcie Mu w duchu i prawdzie. Bądźcie cali na Jego służbę. 
Parafrazując podaną wyżej opinię o Ambrożym z Mediolanu, możemy powiedzieć: niech nasze nauczanie wiary będzie jak grzmot, nasze życie jak błyskawica. 

Uwagi praktyczne dla życia chrześcijańskiego.
Ale co to oznacza dla życia codziennego? 
Po pierwsze: nie upodabniajcie się do tego świata (12,2) .
Nie regulujcie waszego życia zgodnie z tym światem. 
Zanim jednak podążymy dalej w naszym rozważaniu, trzeba najpierw mieć jasny pogląd na to, co oznacza słowo „świat”. 
Dla chrześcijanina, „świat” jest jego wcześniejszym życiem, w którym królowała niezależność, bunt i egoizm. W określeniu „świat”, w pierwszym jego znaczeniu nie ma sądu świata „zewnętrznego”, „nie-chrześcijańskiego”, pomimo, że niektórzy chrześcijanie mają chęć takiego spostrzegania wszystkiego wokół nich i sądzenia wszystkiego z ogromną łatwością. 
Wiemy doskonale, że jest możliwe, że ktoś może żyć (a raczej uważać, że życje) według przepisów Prawa i wiedzieć świetnie do jest dozwolone, a co zabronione (mamy na to biblijny przykład środowiska faryzeuszy – osób szczególnie zaangażowanych w zachowywanie Prawa), a jednak ta sama osoba może pozostać ciągle nie wyzwoloną przez miłość Bożą, zniewoloną własnym poczuciem samodoskonałości, pełna czasem może nieświadomego, a ogromnego poczucia wyższości wobec innych. 
Czy nie ma także dzisiaj takich postaw, takich osób w naszych Kosciołach?...
Musimy oczywiście znać myślenie świata (powtórzmy: naszego dawnego życia przed nawróceniem, gdzie królowało poczucie niezależności, bunt i egoizm) i odrzucić go. Odrzućmy go zatem, odrzućmy tak rozumianą ludzką naturę i żyjmy na chwałę Bożą, w i dzięki Jego miłości. 
I Paweł dodaje: ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu swego, lub raczej: „niech wasza inteligencja doznaje stałej przemiany”. To stała przemiana naszego wnętrza, która uczyni, że będziemy szli śladami Jezusa, na innym poziomie, niż ten - „świata”... 
Będziecie myśleli i działali na chwałę Bożą, a kryterium waszego serca i waszego sumienia będzie miłość. Takie odrodzenie jest nam ofiarowane przez działanie Ducha Bożego. 
To On sam odnawia rzeczywiście i gruntownie nasze życie. 
Paweł określa jasno, że nawrócenie (jak zresztą odczytuje to i naucza w czasach Reformacji Marcin Luter) jest zawsze sprawą teraźniejszości i nigdy nie przeszłości. We wszystkich naszych decyzjach życia codziennego, we wszystkich naszych projektach, nasza inteligencja ma potrzebę odnowienia się, które nie jest niczym innym, jak „uzgodnieniem”, jak najbardziej konkretnym, naszej woli z wolą Bożą, wolą, która jest nam objawiona w Jego Słowie. 
Ale tu uwaga! Biblia nie jest jak kolejowy rozkład jazdy, zawierający informacje precyzyjne o jakiej godzinie, jaki i dokąd pociąg ma odjechać. Nie daje nam ona ciągle i zawsze decyzji gotowych do podjęcia. Biblia w wielu przypadkach jest jak busola, która podaje właściwy kierunek działania. I to do nas należy, w modlitwie, prosić i pytać Boga, aby pomógł nam poznać w Słowie Jego wolę, Jego opinię. Musimy w modlitwie, ale i z daną nam przez Boga-Stwórcę inteligencją, cierpliwie i pracowicie odczytywać Jego wolę w Słowie: to jest dobre, miłe Mu i doskonałe. 

Nauczanie dla Kościoła. 
Apostoł ukazuje jeszcze inny charakter rozsądnej służby Bogu. Koncentruje się na życiu chrześcijan w Kościele, ponieważ to przede wszystkim w Kościele zgromadzonym lokalnie służba Bogu przybiera swój konkretny kształt i prowadzi nas do poznania i praktykowania, jak powinniśmy zachowywać się jedni wobec drugich. 
Rozpoczyna przez lekcję bardzo praktyczną dla naszego życia w Kościele: nie próbujcie być bardziej mądrzy niż inni i nie starajcie się dominować nad innymi, wywyższając się ponad innych, ale bądźcie świadomi waszych ograniczeń. Wy wszyscy otrzymaliście różne dary, uzupełniajcie się więc jedni z drugimi. 
Jest koniecznym, aby wszyscy czynili tak właśnie, a wtedy będziemy mieli prawdziwe braterstwo. Powiadam bowiem każdemu spośród was, mocą danej mi łaski, by nie rozumiał o sobie więcej, niż należy rozumieć, lecz by rozumiał z umiarem stosownie do wiary, jakiej Bóg każdemu udzielił (12,3). 
Jak bowiem w jednym ciele wiele mamy członków, a nie wszystkie członki tę samą czynność wykonują, tak my wszyscy jesteśmy jednym ciałem w Chrystusie, a z osobna jesteśmy członkami jedni drugich (4-5). 
Paweł, jak zresztą i gdzie indziej (por. 1 List do Koryntian 12) porównuje Kościół do ciała ludzkiego, gdzie wszystkie członki mają funkcjonować dobrze między nimi się zgadzając. 
Kościół jest ciałem w Chrystusie, gdzie każdy członek, jak każdy organ ciała, jest związany osobiście z Głową, którą jest Chrystus. Związek ten z Głową, indywidualny dla każdego z członków, jest jednocześnie w ich stałej współzależności między nimi samymi. 
Paweł wychodzi tu w rozważaniu od jedności, którą stanowi Kościół, by dojść do chrześcijanina indywidualnego. Nie robi tego w kierunku odwrotnym. 
Jedność Kościoła, zbliżenie z innymi, nie powinny być najważniejszymi punktami naszych zgromadzeń kościelnych, kiedy ustalane są projekty działań, życia Kościoła lokalnego - zboru? 
Nie można przy tym zapomnieć, że Paweł nie głosi unifikacji wszystkich członków Kościoła, swoistej wspónoty o jednej tylko twarzy... Paweł wie i głosi, i wzmacnia świadomość tego faktu, że każdy jest inny od drugiego, że dar jednego nie jest tym samym darem drugiego, ale że wszystkie dary mają sobie wzajemnie służyć, wzajemnie się uzupełniać. 
Np., mówi Paweł, niektórzy otrzymali dar proroctwa. Rozumieją oni ich czas, pomagają zrozumieć jego niebezpieczeństwa, wiedzą, co Kościół powinien w danych sytuacjach zrobić i pokazują tę ścieżkę innym chrześcijanom. Ale wszystko ma to się dziać w zgodzie z wiarą, to znaczy by owi prorocy nie głosili czegoś więcej, inaczej, niż naucza tego Pismo Święte. 
I – co jest szczególnie ważne – że ich akcja prorocka ma być regulowana przez wiarę zgromadzenia!
Ale to nie wszystko, ponieważ jest tak wiele darów Ducha. Paweł zaprasza Kościół, aby dokonał rozpoznania – w prawdzie – wszystkich darów jednych i drugich, i by je w klimacie braterstwa wprowadzał w praktykę. 

Krótka uwaga do przygotowania kazania lub nauczania opartego o tekst 12 rodziału Listu do Rzymian
Pan dał określony cel istnienia i działania wszystkim członkom Kościoła. 
Powiedzmy teraz jako członkowie Kościoła: jeżeli Kościół chce być pradziwie żywy, jeżeli chcemy nauczać, by dany zbór mógł mieć naprawdę poważne projekty co do swego istnienia, zaangażowania, musi on być uczony w sposób stały, musi nauczyć się, że to, co chciałby dać innym, musi on sam wcześniej otrzymać. A otrzymuje on zawsze i tylko z jednego źródła – od Boga w Duchu. 

sobota, 24 listopada 2012

Obietnice i groźby Boże...


Czytając uważnie Biblię, nie można oprzeć się wrażeniu, że Bóg jakby nie był zadowolny z faktu, że musi dodawać do swych przykazań obietnice i groźby, związane z naszym brakiem wobec Niego szacunku. 
Jeśli czyni tak, to zdecydowanie w tym celu, aby nasza służba Mu i nasza miłość do Niego były jasne, chętne i pełne wierności. 

Niestety, nie tylko teksty Pisma, ale także zwykłe ludzkie doświadczenie dowodzi, że samo piękno Boga nie wystarczy do wystarczającej determinacji czynów ludzkich, by Mu służyć z całą konsekwencją. 
Nasze serca są zdecydowanie zbyt zatwardziałe, nasz duch zbyt zaciemniony, byśmy mogli oddać się jego służbie bez tego typu „dodatków informacyjnych” z Jego strony. 
To jest trochę Jego akceptacja naszej pozycji dziecięcej, swoistej naszej niedojrzałości, którą On rozumie, akceptuje i daje jej adekwatne „środki zaradcze”. 

Daje nam On, z całą łagodnością, pewność w swej obietnicy, że chce nagrodzić tych, którzy są Mu wierni, tych, którzy chcą być wierni Jego przykazaniom. I że ich praca nie jest nadaremna. 
Z drugiej jednak strony, z równą bezpośredniością, pozwala nam poznać, że niesprawiedliwość i grzech są przezeń znienawidzone, i że lekceważenie Jego chwały prowadzi do kary. 
Obiecuje On nam jednocześnie błogosławieństwo w życiu obecnym i życiu wiecznym, jeżeli zachowujemy Jego przykazania (por. Kpł 18,5; 26,3-13; Pwt 5,29-33; 6,18-24; 7,12-15; 28,1-14), ale i karę ziemską i cielesną, a także śmierć wieczną, jeżeli będziemy tym przykazaniom nieposłuszni (Kpł 26,23-45; Pwt 7,9-11; 11,26-28; 23,15-68); dusza, która grzeszy – umrze (Ez 18,4-20). 

Skąd bierze się taka kara? Nie jest w żadnym przypadku słusznym wyobrażanie sobie Boga, który uderza swoją karą tych, którzy Mu są nieposłuszni, jakby mówił: „To ty mnie lekceważyłeś, pozbawiłeś mnie honoru, to teraz masz”! 
Prawdą jest oczywiście, że Bóg zachowuje sobie prawo działania w ten właśnie sposób, i kiedy tak robi jest to sprawiedliwe; nigdy nie czyni tego bezzasadnie, niesłusznie. 
Jednakże wydaje się raczej, że chce żebyśmy zwrócili uwagę na porządek stworzenia, zgodnie z którym wszystkie nasze czyny mają jakieś konsekwencje, które z naszych czynów wynikają. 
Nie ma czynów neutralnych (zresztą Stary Testament nie zna pojęcia neutralności w działaniu: coś jest zawsze „za” lub „przeciw”). 
Tekst Pisma Świętego pokazuje w ogromnej ilości przypadków wzajemną zależność, wewnętrzny konieczny związek aktów ludzkich, natomiast rzadko pokazuje Boga, który karze w sposób bezpośredni (owszem, częste są Jego groźby, ale przechodzi On do ich realizacji niezwykle rzadko; Bóg jest wciąż Bogiem szansy). 

To jak w naturze, którą znamy. Jeśli zacznę działać np. wbrew prawom równowagi, po prostu upadnę, albo spadnę i najczęściej zrobię sobie jakąś krzywdę, a przynajmniej poczuję ból... 
Podobnie zgodnie z prawem stworzenia: nasze akty, nasze działania, niosą w nich konsekwencje, następstwa. Są one jakby zasiewem, z którego zawsze coś wyrośnie i będzie wymagało w okresie plonów ich zebrania. 
Tam, gdzie prawa rozwagi są pogwałcone, zbierze się plon nierozwagi. 
Tam, gdzie urąga się prawom życia, samo życie staje w niebezpieczeństwie, pojawia się ryzyko śmierci, albo po prostu następuje śmierć. 
Tak naprawdę, to grzesznik sam z siebie jest autorem swojej własnej kary, czy byłaby to kara ziemska, czy też kara wieczna. 
Piekło, o którym współcześnie nie chcemy już wcale mówić, jest nieuniknioną konsekwencją buntu i grzechu; jest wpisane w wewnętrzną konieczność przyczyn i skutków. 
Jeżeli zwrócimy poważnie uwagę na ten porządek rzeczy, jeżeli uwaga ta wzbudzi w nas postawę czuwania, koncepcja ta jest niezwykle dynamiczną i mogącą dać jak najlepsze owoce w życiu każdego człowieka. 

To, że Bóg określa się jako Bóg „zazdrosny”, nie ma nic wspólnego z zazdrością w rozumieniu ludzkim. Zazdrość ludzka zawsze ukazuje się nam jako odpychająca wada, jako znak niższości i słabości. 
Zazdrość Boga natomiast jest wyrazem Jego miłości i Jego wierności. 
W tym, co dotyczy niego samego, Bóg nie może być przecież zazdrosny o kogokolwiek, bo też nikt nie może stać się dla Niego konkurencją, uczynić Mu coś złego, czyniąc jakieś zło, czy też uczynić Mu dobrze, czyniąc jakiś dobro (por. Jb 22,2-3; 35,6-7). 
To biorąc nas w obronę Bóg ukazuje się zazdrosny o nas, tą samą zazdrością, jaką my winniśmy okazać w oddawaniu Mu czci i chwały. 
To nie to, że Bóg może w jakiś sposób cierpieć, gdy my działamy niezgodnie z Jego przykazaniami, ale On wie, że realizacja Jego przykazań jest dla nas kwestią życia lub śmierci. 
To w swojej ojcowskiej miłości, jest dla Niego „bolesnym” widzieć nas błądzącymi w grzechu, w złu, ponoszących zawsze i w sposób nieunikniony konsekwencje tych aktów. 
To w tym wymiarze Bóg jest o nas zazdrosny: chce nas uczynić uczestnikami Jego życia i Jego chwały. 
Chce nas całymi dla siebie, abyśmy żyli prawdziwym życiem w tym czasie, jak i w wieczności. 

Ta zazdrość Boża jest „zazdrością” wynikającą z chęci, abyśmy otrzymali tę Pełnię życia, którą jest On sam, a która wzywa do życia. 
To Jego pragnienie jest wpisane w prawa stworzenia i w prawa życia, które same z siebie wzywają życie i je promują. 
To dlatego wszelkie pogwałcenie praw Bożych, praw życia, rodzi nieuniknienie następstwo negatywne, sankcję, karę i śmierć. 

To właśnie w takim zarysowanym wyżej kontekście, który zresztą można dość łatwo zaobserwować w życiu ludzkim, Bóg obiecuje dzieciom te same błogosławieństwa, które miał dla ich rodziców i wzywa nas do wiary, nie tylko nas indywidualnie, ale także naszych potomków (por. Pwt 12,28). 

Ci, których Pan nie obdarzy swoją łaską, są zdani na siebie samych i w konsekwencji pójdą na zatracenie. 
A przecież Bóg daje poznać swoją nieskończoną łaskę i oświadcza, że zachowa Jego przymierze i Jego miłosierdzie aż do tysięcznego pokolenia tych, którzy Go kochają i którzy realizują jego przykazania. 
Na tej samej zatem zasadzie może On oświadczyć, że nasz grzech nie angażuje wyłącznie nas samych i że to nie tylko my sami będziemy tymi, którzy zbiorą plon naszych działań, naszych aktów w szerokim znaczeniu; nie my sami zbierzemy plon bolesnych konsekwencji tego, czego dokonaliśmy, ponieważ tak nasi potomkowie, nasze dzieci i dalsze pokolenia będą w mechanizm ten uwikłani... 

Faktem też jest w życiu, że możemy zaobserwować, że dzieci biorą przykład z dobrych postaw swych rodziców, czy to w kategoriach wiary, czy zwykłych sprawach życiowych. 
Podobnie i w sytuacjach negatywnych, jeśli nie ma miejsca działanie łaski Pańskiej w sposób szczególny, dzieci płacą za takie czy inne błędy, grzechy rodziców... 
Prawo organiczne życia i solidarności jednych z drugimi jest wpisane w porządek stworzenia. 

Oczywiście jak i zawsze w życiu, tak i tutaj mogą się dla nas pojawić sytuacje dla nas nieodgadnione, choć wcale nie umykające opisanemu wyżej mechanizmowi, a po prostu najprawdopodobniej wszelkie elementy tej „układanki” są nie zawsze znane... 
Jak więc wyżej wzmiankowane, może mieć miejsce sytuacja, że potomstwo osób złych i niesprawiedliwych może być wierzące i dobre, podobnie jak i potomstwo wierzących może się zbuntować przeciw Bogu i znaleźć się w szeregach złych. 
Pamiętajmy, bo to bardzo ważne, aby ustrzec nas przed zbyt płytkim rozumieniem nauczania Jego Słowa: Bóg nie deklaruje ustalenia tutaj jakichś niezmienialnych reguł, bo to byłoby sprzeczne z Jego łaską i Jego suwerennością nad stworzeniem. 
Tak dla dodania odwagi i pocieszenia wierzącego, wiernego Mu, jak i dla ostrzeżenia i wyjawienia wszystkiego co ukryte grzesznikowi, Bóg chce, byśmy każdego dnia mogli obserwować efekty Jego miłości i sprawiedliwości, podejmując także nasze aktywne zaangażowanie i będąc świadomymi naszej stałej, niemalejącej odpowiedzialności w życiu, za nasze życie i za życie innych. 

piątek, 9 listopada 2012

Piotr Apostoł w Pismach Nowego Testamentu i tradycji Kościołów


Szymon, syn Jony (lub Jonasza), zwany Szymonem Piotrem, zgodnie z obliczeniami bazującymi na prawdopodobieństwie oraz tradycji, urodził się około 4 r. p.n.e., a zmarł w 65 r. n.e. 
Jeden z dwunastu Apostołów Jezusa Chrystusa, pośród których miał z pewnością pozycję znaczącą, można nawet powiedzieć, że w jakiś sposób uprzywilejowaną, Piotr jest postacią wokół której kościelna tradycja „chciana” i powiedzmy - mocno selektywna, zbudowała całą misterną konstrukcję. 
Do tej postaci, a raczej do wyobrażeń z nią związanych, odwołuje się także dzisiaj tzw. urząd Piotrowy... 
Piotr według tej tradycji miałby być pierwszym biskupem Rzymu, co zgodnie z nauczaniem katolickim (po przeniesieniu, sukcesji szczególnej pozycji Piotra na kolejnych jego następców rzymskich) miałoby być bazą prymatu biskupstwa rzymskiego, którego papież aktualny byłby 264 (choć i tu kalkulacje są zmienne) następcą. 

Faktem jest, że osoba Piotra przez wieki pobudzała kreatywność artystyczną, czego świadectwem jest wielka liczba wspaniałych niejednokrotnie dzieł artystów, szczególnie tych, związanych z chrześcijaństwem zachodnim... 

Proponujemy krótkie przyjrzenie się niektórym danym biblijnym i historycznym, związanym z Apostołem Piotrem, jednoznacznie i mocno podkreślając, że jak wiele danych, podlegających stałej weryfikacji przez nowe odkrycia, nowe źródła refleksji, tak i te podane w naszym artykule nie aspirują do ostatecznej racji, a jedynie są (zgodnie zresztą z tradycją naszego biuletynu) gorącą zachętą do własnych poszukiwań, do drążenia źródeł, by mieć w tej - jak i w wielu innych kwestiach - własne, przepracowane zdanie. 

Piotr w Nowym Testamencie 

Jego właściwe imię Szymon lub Symeon, syn Jony (Jonasza), pochodził według Ewangelii z Betsaidy, był żonaty i był rybakiem na Jeziorze (morzu) Tyberiadzkim w Galilei. 

Ze swoim bratem Andrzejem podjęli razem decyzję pójścia za Jezusem (por. Kt 4,18), którego z czasem Piotr będzie także podejmował w swoim domu w Kafarnaum. 
Otrzyma imię „Kefas” (por. Ewangelia według św. Jana 1,42; Ewangelia według św. Marka 3,16) – słowo, które znaczy po aramejsku „skała, opoka”, a zostało przetłumaczone przez greckie „Petros” - „skała”, czy „kamień”, co w konsekwencji dało w łacinie imię Petrus (Piotr po polsku, Pietro po włosku, Pierre po francusku, Pedro po hiszpańsku i Piotr po rosyjsku). 

Piotr jest często wspominany w Piśmie (por. Ewangelia według św. Marka 3,16; Dzieje Apostolskie 1,13), jako ten spośród Apostołów, który bez wątpienia pełnił funkcję szczególną, zarówno pozytywną, jak i nie zawsze najwyższych lotów (pamiętajmy o jego zdradzie Jezusa). 
To on był się tym, który jak „attaché de presse” wyraził wiarę Apostołów, odpowiadając na pytanie Jezusa, za kogo oni (Apostołowie) Go uważają: I zapytał ich: A wy za kogo mnie uważacie? Wtedy Piotr, odpowiadając, rzekł mu: Tyś jest Chrystus (Ewangelia według św. Marka 8,29). 

W sposób specyficzny Ewangelia Mateusza podaje, że Jezus wskazuje Piotra (lub Piotrowi)  - fundament Kościoła:  A ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go (Ewangelia według św. Mateusza 16,18). 
Nie tu miejsce jednak na nie kończącą się dyskusję co do ewentualnej wieloznaczności (i takich jego interpretacji) tego zdania... 
Wiemy z Ewangelii, że Piotr był świadkiem wielu cudów i wydarzeń szczególnie istotnych w życiu Chrystusa, jak choćby Jego kroczenie po wodzie (Ewangelia według św. Mateusza 14,28-31), Przemienienie, aresztowanie, Jego proces, a następnie Jego męka. 

Piotr jest opisywany w Ewangeliach jako entuzjasta, ktoś kto łatwo daje się ponieść emocjom, a także jako ten, który jest chwilami chwiejny, a wręcz słaby. 
Tu choćby wspomniane już wyżej zdrada i opuszczenie Chrystusa w chwilach procesu i cierpienia, pomimo manifestowanej wcześniej chęci i gotowości pójścia z Nim do końca: 
A Piotr rzekł do niego: Choćby się wszyscy zgorszyli, ja jednak nie (Ewangelia według św. Marka 14,29). 
Oczywiście, był także tym, który gorzko żałował za popełnione czyny: I wspomniał Piotr na słowo, które mu powiedział Jezus: Zanim kur dwa razy zapieje, trzykroć się mnie zaprzesz. Wtedy załamał się i wybuchnął płaczem (Ewangelia według św. Marka 14,72). 

Na wiadomość, przyniesioną przez Marię z Magdali, że grób Jezusa został znaleziony pusty, był on, Piotr, pierwszym, który pobiegł i wszedł do grobu, Jan dawszy mu w tej kwestii pierwszeństwo (por. Ewangelia według św. Jana 20, 5 i nast.; 21,7). 
Następnie, dostąpił zaszczytu ukazania się Chrystusa Zmartwychwstałego, przed całą grupą dwunastu (czy właściwie jedenastu, zważywszy na zdradę i odejście Judasza) – por. 1 List do Koryntian 15,5: i że (Jezus) ukazał się Kefasowi, potem dwunastu. 

Podczas ostatniego ukazania się Chrystusa swoim uczniom, Piotr otrzymał misję bycia pasterzem Kościoła (Ewangelia według św. Jana 21, 15-17): Gdy więc spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie więcej niż ci? Rzekł mu: Tak, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu: Paś owieczki moje. Rzecze mu znowu po raz drugi: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie? Rzecze mu: Tak, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję. Rzekł mu: Paś owieczki moje. Rzecze mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Miłujesz mnie? I odpowiedział mu: Panie! Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu Jezus: Paś owieczki moje. 

Dzieje Apostolskie ukazują go jako przewodzącego wspólnocie chrześcijańskiej (a przynajmniej będącego jednym z tych, których autorytet ma szczególne znaczenie). 
Po Pięćdziesiątnicy (nie zapomniawszy także o jego wystąpieniu przed nią w kwestii wyboru nowego członka grupy dwunastu) to Piotr zabrał głos i rozpocznie głoszenie chrześcijańskiego przesłania. 

Podczas tzw. Soboru Jerozolimskiego, przyjął pozycję korzystną przyjmowaniu pogan do Kościoła, bez nakładania na nich obowiązków wynikających z prawa mojżeszowego, jak np. obrzezanie. 
Jednakże to nie kto inny, jak Apostoł Paweł, będzie mu wyrzucał niejasność w postawie wobec tzw. judaizujących (członków wspólnot „chrześcijańskich”, zachowujących rygorystycznie nakazy Prawa), którym przewodził Jakub Mniejszy (por. Dzieje Apostolskie 21,18) „brat Pański”, przełożony wspólnoty jerozolimskiej: A gdy przyszedł Kefas do Antiochii, przeciwstawiłem mu się otwarcie, bo też okazał się winnym. Zanim bowiem przyszli niektórzy od Jakuba, jadał razem z poganami; a gdy przyszli, usunął się i odłączył z obawy przed tymi, którzy byli obrzezani (List do Galatów 2,11-12). 


Tradycja męczeństwa Piotra w Rzymie 

Warto przyjrzeć się przez moment kwestii tradycji, rozpowszechnionej przede wszystkim w Kościele katolickim, co do Męczeństwa Apostoła w Rzymie, a szczególnie i ściślej mówiąc niejasnościom historycznym, związanym z jego pobytem w Rzymie. 

Tradycja kościelna przypisuje Piotrowi w pierwszym rzędzie przewodniczenie Kościołowi w Antiochii. Od IV wieku, 22 lutego, obchodzone jest święto „katedry świętego Piotra w Antiochii”. Piotr miałby – zgodnie z tą tradycją - zajmować to stanowisko podczas siedmiu lat. 

Co do pobytu Piotra w Rzymie, chce się mu nadać fundament biblijny interpretując odpowiednio słowa 1 Listu Piotra 5,13: Pozdrawia was zbór w Babilonie, wespół z wami wybrany, i Marek, syn mój. 
Tradycja, czy raczej pewna forma interpretacji tradycyjnej, chce widzieć w słowie „Babilon” pejoratywne określenie Rzymu, jako miasta zniszczonego przez idolatrię, czyli chodzi tu o użycie w odniesieniu do Rzymu symbolicznego obrazu znakomicie czytelnego dla odbiorców znających Biblię (Stary Testament). 
Niemniej, Babilon istniał nadal w epoce współczesnej Piotrowi i Apostołom, a choć już od dawna stracił swój splendor, pozostając jednak znaczącym centrum życia religijnego i społecznego dla judaizmu. 
Marek, wzmiankowany w powyżej podanym wersecie, według Jana Prezbitera (cytowanego przez Euzebiusza z Ceraei) miałby być wiernym interpretatorem nauki Piotra. 

Nie jest jednak całkiem pewnym, że Babilon może tu być tak łatwo odniesiony do Rzymu. 
Istnieją bardzo poważne poszlaki, że kiedy 1 List Piotra mówi o Babilonie, nie ma wcale na myśli symboliki mogącej byc łatwo odniesioną do Rzymu, a po prostu mówi o prawdziwym Babilonie, mieście w Chaldei, gdzie Piotr wykonywał owocną posługę głoszenia pośród tamtejszej wspólnoty żydowskiej, potomkini niewoli żydowskiej z VI wieku przed n.e. 

Kiedy Apostoł Paweł pisze o Rzymie, to używa wprost słowa „Rzym” bez żadnych niepotrzebnych wstępów i aluzji, i bez używania słowa Babilon. 
W Apokalipsie, Jan także daje prawdziwe imię wyspie, kiedy pisze „Patmos”. 
Pamiętajmy, że było w powszechnym zwyczaju - u osób piszących w tamtym okresie - jasno określić miasto, czy miejsce, z którego pisane było pismo. 

Kiedy Jan pisze o Babilonie w Apokalipsie, czyni to wyraźnie w celu skojarzenia go z Babilonem proroków Starego Testamentu. 
Wydaje się też wysoce logiczne (geograficznie), że to właśnie z Babilonu w Chaldei Piotr adresuje swoje pisma do wychodźców rozproszonych po Poncie, Galacji, Kappadocji, Azji i Bitynii (1 List Piotra 1,1). 

Jeśli chodzi natomiast o męczeństwo Piotra w Rzymie, to tradycja ta opiera się na tekstach nie samego Pisma, ale na tekstach autorów wczesnego chrześcijaństwa, mówiących o Piotrze i Pawle, jako ofiarach prześladowań chrześcijan, nakazanych przez Nerona, aktów dokonywanych szczególnie w obrębie Circus Vaticanus, zbudowanego przez cesarza Kaligulę, usytuowanego na wzgórzu watykańskim, z grubsza tam, gdzie znajduje się współcześnie Bazylika św. Piotra. 

Najstarszy z tych tekstów, List do Koryntian Klemensa Rzymskiego, datowany na 96 r. n.e., nie podaje wyraźnie miejsca śmierci Piotra, ale interpretacja przesłanek zawartych w Liście wskazuje na Rzym. 

Około dwadzieścia lat później List  - Ignacego Antiocheńskiego - do chrześcijan w Rzymie zawiera słowa: „Nie daję wam nakazów jak Piotr i Paweł”. Także te słowa miałyby być dla niektórych wskazówką na pobyt i śmierć Piotra w Rzymie. 

Euzebiusz z Cezarei (ok.264-340) cytuje krótką notatkę z II w. n.e., która wskazuje, że niejaki Proclus chwalił się, że jego miasto posiada grób apostoła Filipa, na co Rzymianin Gaius miał odpowiedzieć: „Ja natomiast mogę ci pokazać trofea świętych apostołów. Istotnie, jeżeli chcesz udać się do Watykanu, czy na drogę Ostii, znajdziesz tam trofea tych, którzy zbudowali ten Kościół”. 
Słowo „trofeum”, z greckiego trofaion - pomnik zwycięstwa, w kontekście tradycji chrześcijańskiej wskazywałoby tutaj groby Piotra i Pawła. 
W podobny sposób Euzebiusz podaje świadectwa Dionizego z Koryntu i Zefiryna z Rzymu. 

Na miejscach związanych w tradycji z Piotrem i Pawłem, w IV w. zostały zbudowane bazyliki Świętego Piotra i Św. Pawła za Murami. 

Klemens Rzymski, sam będący biskupem Rzymu (koniec I i początek II wieku) twierdzi, że męczeństwo Piotra było efektem „niesprawiedliwej zazdrości” i podziału wśród członków wspólnoty chrześcijańskiej; Piotr miałby zostać zadenuncjonowany przez członków wspólnoty... 
Natomiast to apokryficzny tekst Dziejów Piotra (tytuł w odniesieniu do Dziejów Apostolskich) podaje, że Piotr został ukrzyżowany głową w dół... 


Rzym – „Stolica Piotrowa”

Należy pamiętać, że Ewangelie – i tu egzegeci są dość zgodni – jasno mówią o ważnej roli Piotra w gronie Apostołów. 
Natomiast jego pobyt i męczeństwo w Rzymie są „prawie pewne”, jak napisał z lekką nutką ironii sławny teolog i egzegeta protestancki Oscar Cullmann. 

Dyskusje co do wagi Piotra, a przede wszystkim „transmisji” jego owej nadzwyczajnej pozycji dzielą poszczególne wyznania chrześcijańskie. 

Dla katolików, szczególna pozycja Piotra zostaje przekazana następnym bikupom Rzymu, mającym tym samym nadzwyczajną, wręcz jedyną w swoim rodzaju pozycję jurysdykcyjną w Kościele – faktyczną władzę absolutną. 

Dla prawosławnych, ale także dla anglikanów, Piotr – i jego następcy – mają swoisty prymat honorowy (nie przekładający się w żaden sposób na władzę, czy szczególną pozycję władzy w Kościele powszechnym). 

Protestanci, opierając się na danych biblijnych, nie uważają, że miałoby mieć miejsce przekazanie jakiejś szczególnej pozycji (jakąkolwiek by ona była) jakiemukolwiek z następców Piotra. 

Ciekawym elementem, związanym przede wszystkim z tradycją rzymsko-katolicką (oczywiście z całą parafrazą historii i znaczenia Piotra, na której tłumaczenie brak czasu w naszym krótkim artykule) miałaby być obecność grobu Piotra niekontestowanie w Rzymie. 

W pierwszym rzędzie miałby to potwierdzać brak aspiracji do posiadania grobu Apostoła przez jakiekolwiek inne miasto w starożytności. 
Niemniej, odkrycia archeologiczne, poczynione w wieku XX nie mogą dać takiej pewności. Istotnie, w 1942 roku został znaleziony jakiś grób, ale pewność jedynie z nim związana jest taka, że chodzi o grób, który chrześcijanie od IV wieku uważali za grób Piotra. 
Papież Paweł VI w 1964 roku „uciął” (sic!) ten spór archeologiczny, uznając oficjalnie znaleziony grób za prawdziwy grób Apostoła Piotra... 

Niemniej, pozostaje ciągle istotnym pytanie, czy Piotr naprawdę, a jeśli tak to kiedy był w Rzymie? 

Niektórzy – zwłaszcza pewna grupa „historyków” Kościoła - twierdzą, że Piotr był w Rzymie w latach 41 do 66, czyli przez okres 25 lat. 
Ale Biblia (Dzieje Apostolskie) mówi nam np., że Piotr głosił w Cezarei, w domu Korneliusza, oddalonym o 2900 km od Rzymu... 
Nieco później, według obliczeń około roku 44 (Dzieje 12) Piotr został wtrącony przez Heroda do więzienia w Jerozolimie, ale został uwolniony przez anioła. 
Z kolejnego rozdziału Dziejów (13) możemy wnioskować, że w następnych latach Piotr był w Jerozolimie. 
Inny jeszcze detal: kiedy Szaweł (przyszły Paweł) nawróci się w roku 34, rozdział 9 Dziejów Apostolskich mówi nam, że trzy lata później udał się do Jerozolimie, gdzie pośród innych „starszych” spotkał się także z Piotrem. 
W Liście do Galatów (2,1-8), Paweł pisze, że czternaście lat później spotkał ponownie Piotra w Jerozolimie!... W 2,11 pisze już natomiast o przybyciu Kefasa (Piotra) do Antiochii...

Ewidentność cytatów biblijnych jest niepodważalna. Prawda Biblii ukazuje jasno, że Piotr przez długi okres czasu, przynajmniej do roku 52, pozostawał w pobliżu Jerozolimy. 
W tamtych czasach przemieszczanie się na dystansie 3000 km zabierało ogromna ilość czasu, nawet miesiące. 

Co ciekawe także, w oczach władz rzymskich (cesarstwa rzymskiego), to raczej Paweł, a nie Piotr, jest postrzegany jako szef „sekty” chrześcijańskiej: Mąż ten, stwierdziliśmy to bowiem, jest rozsadnikiem zarazy i zarzewiem niepokojów wśród wszystkich Żydów na całym świecie i przywódcą sekty nazarejczyków (Dzieje Apostolskie 24,5). 
Opisywana scena ma miejsce w Cezarei, w Samarii. Gdzie wtedy jest Piotr? Być może jest właśnie w Rzymie?... 

Który zatem z Szymonów był naprawdę w Rzymie? 
Szymon, zwany Piotrem, czy też inny Szymon, choćby cytowany w Dziejach 8,9? 
Na to Biblia nie mamy jednoznacznej odpowiedzi. 


Pisma apokryficzne

Warto wiedzieć na zakończenie, dla ogólnej znajomości problematyki, że poza znanymi nam pismami kanonicznymi Biblii, których autorstwo Piotra jeśli nie jest bezpośrednie, to przenajmniej pośrednie lub inspirowane ściśle jego nauczaniem, istnieje zachowana do dzisiaj duża liczba pism, tzw. apokryficznych, to znaczy nie mających autorytetu Pism natchnionych, których autorstwo przez tradycję przypisywane jest Piotrowi Apostołowi. 
Są to np. Dzieje Piotra, których koniec (wyraźnie dodany później i przepracowany) opisuje Mękę Piotra. Kolejnymi pismami są Ewangelia Piotra, Apokalipsa Piotra, List Piotra do Filipian, Dzieje Piotra i Andrzeja.