sobota, 8 października 2011

Zstąpił do piekieł...

Zstąpił do piekieł...


Zwrot ten, który wielu chrześcijan wyznaje (czasem czysti automatycznie), recytując Skład Apostolski, tzw. Credo, budzi wiele niezrozumienia. 
Można nawet spotkać stwierdzenia, że mamy tu do czynienia ze stwierdzeniem bez mała mitycznym, nie przystającym do całości nauczania Ewangelii...
Zwłaszcza w świecie współczesnym, w którym tak trudno poruszyć te mniej „optymistyczne”, mniej „motywyujące swoją pozytywnością” elementy nauczania wiary chrześcijańskiej  (opartej o Słowo Boże), słowa stwierdzające jakoby Jezus „zstąpił do piekieł” brzmią nie tylko nieprawdopodobnie, ale wręcz przez niektórych są oceniane jako fałszywe .
Tymczasem w tym lapidarnym stwierdzeniu kryje się całość miłości Syna Bożego do nas; w tych słowach kryje się cała miłość Ojca, który swojego Syna nie oszczedził przed najstraszliwszym z możliwych cierpień – oddaleniem od siebie. 


Tak właśnie Kalwin zinterpretował zstąpienie do piekieł, wyrażające się w słowach Chrystusa na Krzyżu: „Boże mój, Boże mój, dlaczego mnie opuściłeś?” (por. Ewangelia Mateusza 27,46 i Ewangelia Marka 15,34).


W zstąpieniu do piekieł chodzi o zstąpienie Jezusa Chrystusa do piekła beznadziei, do rozpaczy sumienia, do uczucia, że Bóg jest przeciw Niemu. 
Zstąpienie do piekieł jest wewnętrznym (to znaczy dotyczącym wewnętrznego doświadczenia) wytłumaczeniem tego, co dzieje się zewnętrznie w śmierci potępionego grzsznika, złożonego do grobu, którego dusza idzie do piekła, to znaczy staje w oddaleniu od Boga tak, że Bóg może być tylko widziany jako nieprzyjaciel, jako wróg...


Piekło, to nie miejsce, które często (w ciągu wieków historii Kościoła) ikonografia wyobrażała  jako to pełne cierpienia, które wyrządzają potępionym ludziom, grzesznikom, jakieś straszne stwory. 
Nie! Piekło w rozumieniu biblijnym to stan pełnej świadomości całkowitego i bezpowrotnego oddalenia od Boga. 
Nie ma rzeczy straszniejszej, ponieważ łączność istoty żyjącej z Bogiem ma charakter absolutnie witalny. 
Poza tą lącznością nie ma życia, a jest za to szczyt cierpienia – piekło! 


A zatem, Jezus Chrystus i tylko On mógł wycierpieć w takim wymiarze nie tylko śmierć „zwykłą”, która jest oddzieleniem duszy od ciała, ale także Jego dusza doświadczyła tak wielkiej, wprost niewyobrażalnej trwogi, którą Piotr w swoim nauczaniu nazywa bólami, mękami śmierci: 
ale Bóg go wzbudził, rozwiązawszy więzy śmierci, gdyż było rzeczą niemożliwą, aby przez nią był pokonany (Dzieje Apostolskie 2,24). 


Oczywiście powstaje pytanie dlaczego Chrystus tego dokonał?


Odpowiedź jest bardzo bezpośrednia, do tego stopnia bezpośrednia, że szokuje swoim dramatyzmem: 
Chrystus stanął za nas przed trybunałem Bożym, aby wziąc na siebie całość tego, co czeka nas, grzeszników, wszystkich ludzi bez wyjątku. 
Trzeba zatem było, aby poczuł całym sobą, całą swoją świadomością tę straszliwą nędzę, trwogę, jaką można przeżyć tylko wtedy, gdy ma się poczucie bycia w pełni przez Boga opuszczonym, całkowicie samotnym...
To właśnie z tej głębi bólu krzyczy do swojego Ojca: „Boże mój, Boże mój, dlaczego mnie opuściłeś?”


Nie chodzi tu oczywiście o stwierdzenie, jakoby Bóg był prawdziwe nań rozgniewany, że Bóg istotnie swego Syna odrzucił. 
Nie, absolutnie, nie: to z własnej i nieprzymuszonej decyzji Jezus wypełnił w swojej osobie, w pełni, to co zostało zapowiedziane przez proroka Izajasza: 
Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie. A my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony. Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. (Izajasz 53,4-5)


Oczywiście, niejednokrotnie pada także pytanie: skoro Syn Boży był sam Bogiem, jakże mógł cierpieć takie opuszczenie przez Boga?


Tu trzeba od razu wyjaśnieć, że to w swojej ludzkiej naturze Chrystus cierpiał taką mękę, taką rozpacz. 
Wystarczyło do tego, aby Jego boskość na krótki czas jakby się „schowała”, to znaczy aby nie okazywała swojej mocy. 
Z drugiej strony trzeba zauważyć, że nie był poddany takiej sytuacji na tak długo, aby w niej pozostać. Ponieważ choć czuł w pełni cierpienia piekła, nie został przez nie pokonany, ale walcząc przeciw mocy Szatana złamał go i zniszczył. 


Czy jest zatem jakaś różnica między męką, jakiej Jezus Chrystus doświadczył, a tymi jakich doświadczają grzesznicy ukarani przez Boga?


To, co było dla Chrystusa przejściowym, jest wiecznym dla innych; to, co było czasem walki dla Chrystusa, jest stanem stałym i nieodwracalnym dla potępionych.


To, co jest jeszcze dla Chrystusa szczególne, to fakt, że pośród swoich cierpień, w samym środku straszliwego poczucia opuszczenia, Jezus Chrystus nigdy nie przestał pokładać nadziei w swoim Ojcu, podczas gdy potępieni przez Boga grzesznicy nie tylko nie pokładają (nie pokładali nigdy) w Nim nadziei, ale na dodatek jeszcze buntują się, zwracają się przeciw Niemu, aż do pełnego bluźnierstwa, stają przeciw Bogu jedynemu i prawdziwemu. 


Postawa Jezusa była odmienną:
On, gdy mu złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził, lecz poruczał sprawę temu, który sprawiedliwie sądzi; On grzechy nasze sam na ciele swoim poniósł na drzewo, abyśmy, obumarłszy grzechom, dla sprawiedliwości żyli; jego sińce uleczyły was. (1 List Piotra 2,23-24)
Synowie Królestwa zaś będą wyrzuceni do ciemności na zewnątrz; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Ewangelia Mateusza 8,12)


Reasumując:
To za nas Chrystus poniósł na sobie całość tej strasznej sytuacji, która winna była być naszą. 
W naszych życiach może także doznajemy rozpaczy, ale nie jest to ta sama rozpacz totalna, całkowita, jakiej mógł doświadczyć i znieść tylko Syn Boży. 
To rozróżnienie między Chrystusem a nami powinno nas uczulić na ostrożność w wyolbrzymianiu naszych cierpień, jakkolwiek straszne one byłyby, ponieważ od teraz wiemy, że Chrystus zniszczył moc piekieł, jakkolwiek wielka miałaby ona być. 
Przez swoje niewypowiedziane cierpienie, przez swoją mękę nie tylko fizyczną na Krzyżu, ale i męki duchowe, których Jego dusza doświadczyła, Jezus Chrystus uwalnia mnie dzisiaj z wszelkiej rozpaczy i męki piekieł. 
Jestem zatem umocniony w ten sposób na czas doświadczeń i pokus, na czas wszystkich życiowych, tak często strasznych, prób. 


Nie wstydźmy się zatem przyznać, że pewne elementy nauki wiary chrześcijańskiej zdają się przerastać nasze ludzkie wyobrażenia, że nie mieszczą się w naszych (choćby tych, które wydawałyby nam się słusznymi) schematach. 
Stańmy w pokorze przed Panem życia w postawie dziękczynienia. 
Dziękczynienia za Jego miłość, za Jego całkowite oddanie za nas; za nas, którzy sami doskonale wiemy, jak mało na taką Jego miłość zasłużyliśmy. 
Jego miłość jednak nie mierzy zasług. 
Prawdziwa miłość kocha bez przykładania kryteriów oceny. 
Miłość Boża to pełna łaska, miłość za nic. 
To miłość tak ogromna, że gotowa za nas przyjąć całe, słusznie nam przypadające cierpienie śmierci; przyjąc na siebie, jak zrobił to Syn Boży, abyśmy my mogli żyć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz