sobota, 8 października 2011

Etyka Kalwina


Wstęp: Czy Kalwin stworzył jakieś szczególne podstawy pod program etyczny, który był nauczany w Kościołach Reformowanych jemu współczesnych, jak i w wiekach późniejszych? Sprawdźmy...




Etyka Kalwina


Nauczanie etyczne Kalwina, w najbardziej ogólnym rozumieniu, odpowiada dwojgu wymagań:
1. nie minimalizowaniu dramatycznego charakteru ludzkiej egzystencji, poddanej grzechowi i śmierci
2. wytłumaczeniu wszystkich moralnych konsekwencji moralnych wiary, rozumianej jako odrodzenie odpowiedzialności istoty ludzkiej.
Tracąc poznanie Boga, człowiek zatraca sam siebie i nie może dokonać nic innego, jak tylko zamknąć się w swoich iluzjach i pragnieniach (por. Institutio II, 1, 9).


U fundamentów odpowiedzialności moralnej znajduje się Opatrzność Boża.


Człowiek nie jest pozbawiony, jak twierdzi Kalwin, „pewnej godności”, ale tylko wiara, owoc łaski Bożej, może przydać człowiekowi całą jego wartość. Jeżeli Bóg sam, przez Słowo zawarte w Piśmie Świętym, nie objawi człowiekowi jego prawdziwego powołania, człowiek błądzi w niepewności lub – gorzej – w iluzji bałwochwalczej wiedzy.
To, co pozostało w człowieku naturalnym z pierwotnego „nasienia religijności”, jest uczynione nieproduktywnym przez grzech. Nie zmienia tego fakt, że człowiek nie jest obca kwestia dobra i zła oraz że pozostały w nim pewne cechy, który dowodzą, że jest „zwierzęciem rozumnym” i że różni się od innych stworzeń, ponieważ jest obdarzony inteligencją (por. Institutio II,2).
Jego dary naturalne, pomimo że skażone ich złym używaniem, nie zanikły.


W tym, co dotyczy porządku społecznego i politycznego, „sztuk tak mechanicznych jak i wolnych”, inteligencja ludzka jest zdolna do pracowania pożytecznie dla zbudowania rozumnego porządku świata.
Istnieje zatem etyka naturalna, wynikająca z działania Opatrzności Boga, który nie opuszcza swojego stworzenia.


Wierzyć w Boga Stworzyciela, to wierzyć, że On troszczy się o swoje stworzenie, wspierając je, żywiąc i troszcząc się o nie.
Świat nie jest owocem przypadku, ale wyrazem woli i zamysłu Bożego; dzięki temu posiada on fundamentalny wymiar pozytywny.
Ochrona Boża wyrywa go z absurdu i nonsensu, w samym sercu cierpienia i śmierci.


Nauczanie to (o wierze w Opatrzność Bożą) poddane egzaminowi życia, które wydaje się ją tak często poddawać w wątpliwość, opiera się na pewności sprawiedliwości Bożej (por. Kalwin, 75 kazanie o księdze Hioba).


Wiemy, że Bóg działa ze sprawiedliwością, ale sposób, w jaki to czyni, pozostaje dla nas ukryty.
Wiara ta w sprawidliwość Bożą i Jego Opatrzność, daleka od leniwego fatalizmu, jest dla Kalwina pełnym mocy wezwaniem do odpowiedzialności etycznej: „Ten, który dał granice naszemu życiu, powierzył nam także troskę o nie i dał nam środki do jego zachowania” (Institutio I, 17, 4).
Te środki to nasz rozum, uważny na rozpoznanie w rzeczywistości wezwania mądrości Bożej, ale w połączeniu ze skromnością, która ma ograniczać nasze pretensje, w świadomości, że ostateczna wiedza należy wyłącznie do Boga.
Dlatego jest koniecznym dbać i troszczyć się o te środki ludzkie, krórymi dysponujemy.
Takie rozumienie rzeczy prowadzi także do widzenia w drugim człowieku instrumentu Opatrzności, tego, który może być narzędziem dobroci Boga.


Opatrzność jest fundamentem etyki, ponieważ gwarantuje, że istnieje obietnica związana z egzystencją ludzką; etyka jest zatem rozumiana jako odpowiedź – świadoma lub nie – istoty ludzkiej na tę obietnicą.


Dlaczego wiara w Opatrzność gwarantuje nadzieję?
Ponieważ nie zależy ona od emocji, które budzą w nas zmienne okoliczności życia, ale związana jest z pewnością, że Bóg nie opuszcza swoich stworzeń, ale prowadzi je tam, gdzie zechce, zgodnie ze swoją sprawiedliwością.
Jeżeli (zgodnie ze słowem Pawła w Rz 8:28) wszystko służy ku dobremu tych, którzy kochają Boga, wierzący może zawsze, niezależnie od okoliczności, znaleźć potwierdzenie pozytywnego wymiaru swojego istnienia.
Dzięki temu, umocniona tą gwarancją istota ludzka może działać dzięki swej inteligencji i woli; angażować się w sposób odpowiedzialny ku staniu się partnerem aktywnie działającej łaski Bożej.


Taki jest program etyczny Kalwina: działać w pełnej odpowiedzialności, jakby wszystko od nas zależało, wiedząc jednak, że ostatecznie wszystko zależy Boga, od Jego Opatrzności.
Etyka istnieje, ponieważ istnieje Opatrzność Boża.
Niemniej, oddana samej sobie, tzn. wyłącznie światłu naturalnego rozumu, moralność jest pusta, kręci się wkoło niej samej.
Moralność naturalna syci się iluzją co do możliwości, zdolności ludzkich do ostatecznego rozpoznania dobra.
Ludzie mylą się, kiedy wierzą, „że zarówno cnoty, jak i wady są poddane naszej mocy”, a rozum sam wystarczy do dobrego nas prowadzenia i ukazywania tego, co jest dobre do uczynienia (por. Institutio II 2,3).
Grzech usypia, jest jak środek anestezyjny dla możliwości, potencjału moralności naturalnej.
Grzech odwraca kierunki działania tak rozumianej moralności od jej prawdziwych celów, aby ją oddać w służbę egoizmowi i pysze ludzkiej.
Zatem, jeśli moralność naturalna podtrzymuje pozór porządku, objawia ona także niezdolność do przywrócenia w człowieku pełnego wykonywania jego odpowiedzialności.
Jedynie Słowo Boże może nas w tej kwestii obdarzyć prawdziwym światłem.


Walory i trudności etyki Kalwina.


Pytanie, które rodzi się podczas powierzchownej lektury dzieł Kalwina jest rodzaju: czy jest możliwym konstruowanie etyki chrześcijańskiej, opierając jej fundamenty o ideę Opatrzności Bożej.
Jeżeli Bóg prowadzi wszystko, włączywszy w to wolę ludzką, jak usprawiedliwić i rozbudować etykę, która nie może mieć innego sensu, jak tylko związanego z wolnością istoty ludzkiej?
Bez wolności brak odpowiedzialności, a bez odpowiedzialności człowiek nie jest niczym, jak tylko zabawką w rękach Boga, którego arbitralność nie wymaga żadnego usprawiedliwienia.
Więcej, zgorszenie wręcz wzrasta, kiedy znajdujemy w pismach Kalwina tezy, że nawet źli są konieczni i chciani przez Opatrzność, ponieważ służą ostatecznie celowi, który Bóg zamierzył i realizuje; i to nie dlatego, że Bóg korygowałby nadmiarem dobra ich zło, ale że ich zło także jest przewidziane i wpisane w zamiar Boży... Przy całej ich pełnej odpowiedzialności za zło, którego dokonują, Bóg używa ich, aby służyli Jego chwale.
Jest to straszliwa logika systemu, który, aby usprawiedliwić Boga, czyni  Go odrażającym...
Wszechmoc Boga, tajemnicza i zakryta, wydaje się dominować nad Jego miłością.
Czy zatem, w tej sytuacji, jedyną odpowiedzialnością człowieka byłoby zaakceptować to, co mu się przydarza i poddać się temu, jakby woli Boga samego?


Uspokójmy nasze emocje. Wyżej opisane ryzyko Kalwin dostrzegł i chcąc mu się oprzeć rozwinął i wyakcentował znaczenie pojęcia „obietnica”.
To, o czym Opatrzność Boża zapewnia, to obietnica uczyniona człowiekowi, że może działać dzięki swej inteligencji i woli oświeconych przez Ducha Świętego i w ten sposób może odpowiedzieć na dar życia, którym został obdarzony.


Etyka w takim rozumieniu jest odpowiedzialnością, ponieważ jest ona odpowiedzią, odpowiedzią zbudowaną i opartą na Opatrzności Boga, który gwarantuje wierzącemu, że jego życie jest przedmiotem obietnicy, obietnicy, że może wziąć swoje życie we własne ręce, bez strachu o okoliczności, wydarzenia, z jakimi przyjdzie mu się konfrontować.
Zatem, poddać się woli Bożej, to usiłować rozpoznać w wydarzeniach życia te, które ukazują tę wolę, aby jej odpowiedzieć, z jednej strony z pokorą (gdyż nasze poznanie i wiedza są zawsze niepewne), a z drugiej strony z inteligencją, uciekając się do Prawa Bożego, które rozumiane w świetle Ewangelii będzie naszym przewodnikiem w tej pracy rozeznania.


A zatem słowem, które charakteryzuje etykę Kalwina – i to paradoksalnie wbrew naszym wcześniejszym wątpliwościom –jest właśnie wyrażenie „odpowiedzialność”.
Proponuje on, szczególnie na stronach swojego dzieła Institutio, prawdziwą metodę duchową i moralną, zdolną pomóc wierzącemu odpowiedzieć na wezwanie Słowa Bożego, a także stopniowo wejść w cały wymiar istnienia chrześcijańskiego, czyli pełni istnienia ludzkiego.
Ta troska pedagogiczna jest silnie wyakcentowana u Kalwina i tłumaczy po części wielki sukces jego pism.


Jeżeli Kalwin był przekonany, że łaska Boża daje wszystko, od momentu kiedy wiara przystanie do obietnicy Bożej, wiedział on także, jak wielkiej trzeba cierpliwości, aby dar ten wzbudził wszystkie te owoce duchowe i moralne, których jest nosicielem.
Rozeznanie i odpowiedzialność, te dwa terminy oznaczają klarowną świadomość siebie i darów Bożych.
Aby postępować w życiu chrześcijańskim, trzeba odrzucić wszelką pychę, wszelką pretensję, ponieważ grzech jest zawsze obecny, aby w nas wzbudzić wątpliwość co do łaskawości i wielkości Boga.
Nie wolno jednak zapomnieć, że nienawiść grzechu ma zawsze iść w parze z miłością sprawiedliwości Bożej.


Kalwin nie chce nam pozostawić żadnej iluzji, co do naszych zdolności duchowych, ale czyni to po to, abyśmy tym samym mocniej przejęli się cudownością darów Bożych.
To Bóg, którego wielkość niweczy wszelką ambicję ludzką jest także tym, który w Jezusie Chrystusie objawił się jako kochający Ojciec, Stworzyciel pełen miłości i troski o swe stworzenia.


To podkreślenie odpowiedzialności stwarza napięcie w życiu duchowym i moralnym osoby ludzkiej.
Napięcie to przy klarownej świadomością siebie i faktów duchowych może przejść w niechęć do samego siebie, utratę nadziei dla siebie i dla innych, bądź też – odmiennie – zamknąć się w samoupodobaniu, które straciło wszelką samokrytykę.
W obu wypadkach etyka jest zapomniana, nie może zaistnieć.
Bo dlaczego mianoby nią się zajmować, skoro wszystko idzie źle, bądź odmiennie: wszystko rozwija się świetnie?
Według Kalwina jednak, takie napięcie może stać się produktywne, jeśli zrozumie się, że określa ono  (kwalifikuje) odpowiedzialność etyczną, nie pozwalając na pysznienie się sukcesami.
To wszystko prowadzi do praktyki, którą możemy nazwać umiarkowanym ascetyzmem Kalwina, który relatywizuje wartość dóbr, jak też walorów moralnych, w odniesieniu do pełni życia obiecanego w wieczności.
Ta relatywizacja nie jest jednakże pozbawieniem wartości, dewaloryzacją , ale konkretnym przełożeniem troski, by nie paść w przesadę ascetyczną, lekceważącą dary Boże.
Trzeba używać dóbr z wdzięcznością, jak i z umiarkowaniem, aby nie stać się ich niewolnikiem.
Te właśnie elementy - podkreśla Kalwin - życie tak Kościoła, jak i pojedynczych wierzących ma uczynić znanym i widzianym. Zarówno przez dyscyplinę, którą oni sami zaakceptowali, jak i przez odwagę w ich zaangażowaniach etycznych wobec władz politycznych, ekonomicznych lub kulturalnych.
Program ten, który Kalwin wdrażał z taką energią na miarę możliwości i sytuacji, zasługuje dzisiaj na uwagę, oczywiście bardziej skupiając się na jego duchu niż na literze.


W naszych współczesnych społeczeństwach, tak silnie zsekularyzowanych, Kościół ma wciąż tę samą misję:  wciąż najpierw mówić wiernym, ale w dalszej kolejności i całym społeczeństwom, że Ewangelia nie może istnieć bez Prawa, lub też mówiąc językiem współcześnie bardziej zrozumiałym, że prawa do nie mogą istnieć bez uznania obowiązków, lub jeszcze, że wolność nie może istnieć bez solidarności.

Kalwin i Luter o Kosciele

Kalwin i Luter o Kosciele


Luter


W okresie średniowiecza Kościół był Instytucją wykonującą w swoim głębokim przekonaniu, „z prawa Bożego”, władzę najwyższą.


Uważał się za jedynego posiadacza prawdy, i tego, który otrzymał przywilej udzielania łask, bez których zbawienie nie byłoby możliwe.


Być wyłączonym z Kościoła było zatem najgorszą z możliwych kar.


Luter początkowo nie poddawał w wątpliwość prerogatyw Kościoła. Dopiero po 1520 r. był gotów w swych przekonaniach przyjąć bez obaw ryzyko bycia wyłączonym z Kościoła.


Stał się przekonanym, że nie odchodzi w pustkę. Przekonania tego nabył dzięki swojemu głębokiemu studium Biblii, inspirowanego także lekturą tekstów szeregu teologów z wieków wcześniejszych.


Nabył – stopniowo – coraz silniejszego przekonania, że jest się członkiem prawdziwego Kościoła - Ciała mistycznego Chrystusa - dopiero wtedy, gdy wiara powstała w duszy dzięki Słowu Bożemu.


Kościół widzialny (czyli ten, który Luter mógł realnie obserwować na codzień) nie może być w całej swojej pełni utożsamiany z tym prawdziwym Kościołem, ponieważ są w nim osoby, nie mające wiary pomimo faktu bycia ochrzczonymi.


Oczywiście, nigdy nie twierdził, że wśród członków Kościoła widzialnego (czyli struktury kościelnej, członków „oficjalnie” doń należących) nie ma prawdziwych chrześcijan, ponieważ Słowo Boże jest mocne i wolne w działaniu tam, kiedy i gdzie tylko zechce.


Prawdziwie wierzący nie są tylko pojedynczymi jednostkami, pozostającymi w więzi wiary z Bogiem. Są oni także zjednoczeni jedni z drugimi, wzajemnie. Odczuwają i manifestują jedni wobec drugich tę tajemniczą łączność dzieci Bożych.


To dzięki tym wierzącym Kościół trwa z wieku w wiek. Prawdziwa zatem sukcesja apostolska nie jest gwarantowana dzięki jakiejś trwałości struktury kościelnej, ale dzięki świadectwu wiary wierzących, przekazywanemu z pokolenia na pokolenie.


Ciało mistyczne Chrystusa – Kościół -  istnieje rzeczywiście na tym świecie, w sposób realny. Nie ma jednak żadnego sposobu, aby policzyć jego prawdziwych członków.


Kościół prawdziwy pozostaje niewidzialny, ponieważ to Bóg sam, i On jedyny, zna serca każdego człowieka.


Niewierzący nie znają tego Kościoła, ale wierzący doświadczają jego istnienia w sposób jak najbardziej konkretny, w sposób osobisty.


Takie zatem było w refleksji Lutra rozumienie Kościoła: jest on bytem rzeczywistym, ale niewidzialnym, efektem działania Słowa Bożego, które działa poprzez Jego świadków.


Będąc jednocześnie przejęty odpowiedzialnością pastoralną, tym, którzy stawiali pytania o pewność znalezienia się w Kościele „prawdziwym” odpowie, że tam, gdzie Słowo Boże jest głoszone w prawdzie, a sakramenty udzielane w sposób zgodny z ustanowieniem Chrystusa, można z pewnością oczekiwać obecności Ciała mistycznego Jezusa Chrystusa.




Kalwin


Należąc do drugiej generacji reformatorów, Kalwin pracuje w swojej analizie teologicznej na materiale wypracowanym juz przez swoich poprzedników, w kwestii Kościoła podejmując próbę syntezy przede wszystkim Lutra, Zwingliego, Melanchtona i Bucera.


Definiuje on na tej podstawie Kościół, jako wszystkich tych, których Bóg wybrał i zna tylko On sam.  Kościół prawdziwy jest zatem niewidzialny (por. Luter), niemniej Kalwin przyznaje, że ci, którzy odpowiedzieli na wezwanie Boże i są w jedności z Chrystusem mogą czuć się jego członkami.


Dodaje także, że i nam dane są pewne możliwości uznania niektórych za wybranych i członków Kościoła. A to na podstawie ich aktów wiary, przykładu życia chrześcijańskiego i uczestniczenia w sakramentach. Nie zapominajmy, że fakt uczestniczenia w sakramencie – oczywiście mowa o Wieczerzy Pańskiej, Komunii - był poddany dużej dyscyplinie i nie miał nic wspólnego ze automatyzmem, czy rutyną.


Niemniej, prawdziwy Kościół pozostaje dla Kawina niewidzialny, zna go w całości (jego członków) Bóg sam i On jeden.


Do wskazówek Lutra, mających pomóc w ocenie „rzetelności” konkrentej wspólnoty wiernych, twiedzącego, że Kościół jest tam, gdzie Słowo Boże jest głoszone, Kalwin doda: „i słuchane” (w czym zwraca uwagę na kolejny element: osobiste zaangażowanie wierzących).


Kalwin bardzo silnie podkreśla aspekt solidarności wybranych pomiędzy sobą, mających praktykować pomoc wzajemną. Wspólnota wiary powinna prowadzić do poczucia gotowości dzielenia się dobrami posiadanymi z tymi, którzy są w potrzebie; do praktykowania otwartości i pomocy wzajemnej także w dziedzinie duchowej.


Na podstawie wspólnej wiary wierzący stają się prawdziwie jednym ciałem – współprzeżywającym (wzajemnie się wspierając) wszystkie dobre, wesołe, wspaniałe wydarzenia, jak także te smutne, dramatyczne, bolesne.




Konkluzja


Nauka o Kościele jest bez wątpienia jedną z najpoważniejszych kwestii w konfrontacji reformatorów i teologów rzymsko-katolickich.


Jest jasnym, że dla Ojców Reformacji Kościół nie nabiera cech autentyczności na mocy „sukcesji apostolskiej”, gwarantowanej przez episkopat poddany biskupowi Rzymu, ale dzięki świadectwu apostolskiemu, tzn. przekazowi świadków Chrystusa żywego na wieki. Żywego w Słowie Bożym głoszonym i wyznawanym z wiernością, Słowie towarzyszącym dwóm sakramentom ustanowionym przez Chrystusa: Chrztowi i Wieczerzy Pańskiej.


Luter i Kalwin nie zakładali konieczności radykalnego powrotu do formy Kościoła pierwotnego, takiego, jaki ukazuje się na kartach Nowego Testamentu.


Uważali oni, że nie można całkowicie zlekceważyć ponad tysiąca lat istnienia chrześcijaństwa.


Jeżeli zatem Reformacja stała się historycznie zerwaniem z Kościołem Rzymskim, sama z siebie chciała być jedynie skorygowaniem jego błędów, wezwaniem do prawdziwej kontynuacji przeciw kontynuacji fałszywej.


Dlatego też Reformatorzy nie odrzucali, ani też nie ignorowali dzieła duchowego i doktrynalnego patrystyki (czyli znakomitych teologów chrześcijańskich pierwszych kilku wieków).


Zwłaszcza Kalwin posiadał znakomitą znajomość Ojców Kościoła. W wydaniu jego Institutio christianae religionis z 1560 roku można naliczyć ponad 550 cytatów Ojców.


Jednakże do wypracowania ich nauki o Kościele Reformatorzy nie chcieli mieć i nie uznawali żadnego innego źródła normatywnego poza Biblią.


Byli jednak świadomi, że mają budować Kościół w kontekście kompletnie odmiennym niż ten, który znali Apostołowie w czasach Imperium Rzymskiego pierwszego wieku naszej ery.


Należy także od razu podkreślić, że pewne różnice pomiędzy Lutrem i Kalwinem wynikają przede wszystkim z potrzeby znajdowania przez każdego z nich odpowiedzi na wciąż na nowo pojawiające się pytania, problemy, konfrontacje.

Czy Pismo Swięte jest jasne i zrozumiałe ?


Czy Pismo Swięte jest jasne i zrozumiałe ?
Jedynie dla wprowadzenia w problematykę rozważania (nie dla antagonizowania!) przypomnijmy, że Kościół Katolicki utrzymuje, że Pismo Swięte może być rozumiane i interpretowane w sposób właściwy i wręcz nieomylny wyłącznie przez Kościół (naturalnie katolicki).
Ktokolwiek chciałby czytać Pismo bez brania pod uwagę oficjalnej interpretacji kościelnej, w sposób nieunikniony zostanie wprowadzony w błąd przez wielką liczbę możliwych sposobów lektury i nie zrozumie jego właściwego sensu. Kościół Katolicki uważa, że Reformacja pozostawia człowieka samemu sobie w lekturze Biblii (poza Kościołem i w opozycji do niego), nie pozwalając mu tym samym pojąć prawdziwej jasności Pisma, którą to można osiągnąć wyłącznie w Kościele.
Z drugiej strony, Kościół Katolicki zarzuca Kościołom Reformacji, że one także nie umknęły – wbrew wydawałoby się swoim założeniom – czytaniu Biblii przez pryzmat pewnych interpretacji kościelnych jednoznacznie określonych.
Jednakże, mówiąc tak, zapomina się, że dla Reformacji, Pismo jest zawsze dokumentem, od którego uzależnione są decyzje Kościoła i ma on sam ciągle poddawać się egzaminowi w świetle Pisma...
Jest faktem, że kwestia ta (jak i inne poruszone dalej) wymaga wyjaśnienia, by uniknąć nieporozumienia.
To, że Reformacja ośmieliła się podjąć się wolnego badania Pisma i do takiego gorąco zachęcała, nie wynika z jakiejś szczególnej ufności pokładanej w człowieku, ale wynikało to przede wszystkim z szacunku należnego Słowu Bożemu i zaufaniu w jego moc i jasność. Jedynie wolność badania Pisma Swiętego może stworzyć właściwy klimat dla zaistnienia wolności Słowa i łaski z jaką ono może działać.
Oczywiście, należy podkreślić, że jasność, zrozumiałość Pisma nie zawiera w żaden sposób twierdzenia, jakoby każde jego słowo było jasne dla każdego z nas i że nie potrzebujemy absolutnie – dla jego interpretacji – pomocy specjalistów egzegezy biblijnej i teologii. Zrozumiałość, jasność Pisma oznacza jednak, że właściwy sens i brzmienie przekazu biblijnego w tym, co dotyczy zbawienia, są pojmowalne przez każdego, który w modlitwie pragnie i poszukuje zrozumienia orędzia Bożego.
Mogłoby się wydawać, na podstawie studium historii Kośćioła, że wiele mogło wpłynąć na zaprzeczenie przyznania aż tak wielkiego zaufania Słowu. Przecież tak często interpretacje biblijne, często sprzeczne, pojawiały się choćby począwszy od czasów XVI-wiecznej Reformacji aż do dnia dzisiejszego. W samym łonie protestantyzmu wzbudziły one tyleż rozmaitych tendencji i Kościołów, i to wzajemnie się zwalczających... dlaczego ?
Wszystko to wydaje się przemawiać przeciw jasności Pisma Swiętego i za koniecznością istnienia jakiegoś autorytetu doktrynalnego, jakim uważa się być zwłaszcza Kościół Katolicki.
Jest niezbędnym dokonanie tutaj precyzyjnego zróżnicowania pewnych pojęć. Słowo „protestant”, które miało początkowo znaczenie wysoce pozytywne (pochodząc od słowa łacińskiego „protestari”, co oznacza „otwarcie świadczyć za czymś”, w szczególności za prawdą Bożą), niestety stało się pojęciem o charakterze negatywnym, w sposób ogólny określającym tych wszystkich, którzy – jakakolwiek byłaby ich racja – protestują przeciw Kościołowi Katolickiemu.
Słowo to obejmuje dzisiaj z jednej strony tych, którzy przynależą do Reformacji, ale z drugiej także wszystkie te ruchy, które nie mają wiele lub wręcz nic wspólnego z istotą Reformacji i są jej w sposób ewidentny przeciwne. Są to wszelkiego rodzaju formy pobożności, czy to racjonalistycznej czy mistycznej, wszelkiego rodzaju sekty i ruchy sekciarskie, zaliczając do nich np. Swiadków Jehowy, czy Mormonów, z którymi Reformacja ma zdecydowanie niewiele wspólnego.
Ruchy te w istocie rzeczy, nie mają za ich fundament całkowicie i wyłącznie Słowa Bożego, ale przede wszystkim opierają się o pojęcia i osobiste doświadczenia pewnych osób, bądz o autorytet doktrynalny ich „czcigodnych” szefów i fundatorów. Dla Reformacji nie stanowią oni w żaden sposób rodziny duchowej, a ich mnogość nie jest w konsekwencji dowodem przeciwko jasności samego Pisma.
Jest rzeczą odmienną różnica pomiędzy tymi, którzy zrozumieli suwerenny autorytet Słowa Biblii i tymi, którzy nauczyli się mu poddać. Różnice te w pojmowaniu Objawienia są często bardzo głębokie. Nie wynikają one jednak, jak myśli Kościół Katolicki, z niejasności Pisma. Ich przyczyna nie leży w Objawieniu jako takim, ale w nas samych, którzy jesteśmy jego odbiorcami.
Poprzez nasze predyspozycje, nasz charakter, wpływ środowiska, w jakim żyjemy itp., ale przede wszystkim z powodu braku porozumienia pomiędzy nami, nie jesteśmy w stanie objąć Bożej Prawdy w całym jej bogactwie i jej niewyczerpanym zróżnicowaniu. Samo w sobie, nie jest ono jeszcze racją wystarczającą do podziałów, ale nasze grzeszne serce ciągle poszukuje sposobności do niesłuchania w Słowie niczego innego, jak tylko tego, co nam odpowiada, co jest nam wygodne. Nie chcemy być szczerze uważni na to, o czym Pismo nam świadczy ponad naszą niezgodą i przeciw naszym uczuciom.
To właśnie nasza własna arbitrarność czyni Pismo niezrozumiałym. Nie jest to jego wina, ale wyłącznie nasza; nas, którzy uważając się za poddających się autorytetowi Słowa Bożego, są oddzieleni jedni od drugich, jak w przypadku pomieszania języków wokół wieży Babel.
Pomimo tego jednak, także w łonie tego zmieszania języków, i wbrew wszystkim różnicom, możemy, dzięki naszemu możliwemu poddaniu się Pismu, doświadczyć fundamentalnej jedności w centralnych punktach przesłania Słowa. To sam Duch Swięty czuwa w krytycznych momentach historii Kościoła lub naszego życia osobistego, nad tym, abyśmy stali się świadomymi głębokiej rzeczywistości tej możliwej jedności wokół Słowa Bożego.
Oddając się działaniu Ducha możemy w sposób jednoznaczny doświadczyć mocy, jasności i wolności tego Słowa, które nie daje się związać opiniami, teologiami pełnymi ambicji ludzkich, Słowa, które samo w sobie nie jest związane, ale prowadzi wszelką zniewoloną myśl do posłuszeństwa Chrystusowi (por. 2 Kor 10,5).
Możemy nauczyć się paradoksalnie, w tym samym wspomnianym wyżej mechanizmie historii Kościoła, w rozwoju naszych wspólnot, pojawiających się tendencjach, w naszym życiu osobistym, dostrzegać do jakiego stopnia Słowo Boże triumfuje ponad wszelką myślą i ambicją ludzką, do jakiego stopnia objawia nam swoją jasność i nam ją wykłada.

Rozwazanie na temat Ewangelii Świętego Łukasza rozdział 18 wersety 28-30

Ewangelia Świętego Łukasza rozdział 18 wersety 28-30
A Piotr rzekł: Oto my opuściliśmy, co było nasze, a poszliśmy za tobą. On zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam, że nie ma takiego, który by opuścił dom czy żonę, czy braci, czy rodziców, czy dzieci dla Królestwa Bożego, a nie otrzymał w zamian daleko więcej w czasie obecnym, a w świecie przyszłym żywota wiecznego.




Czytając ten tekst odnosi się wrażenie, że idea opuszczenia wszystkiego nie była wyłącznie warunkiem pójścia za Chrystusem, który nie wymagał wyjaśnienia (tu tekst „aleksandryjski” jest właściwszy: opuściwszy wszystko....). 
Pewnego dnia, w życiu uczniów Jezusa pojawiła się alternatywa, zmuszająca ich do podjęcia wysiłku wyboru. 
Podjąwszy wybór, pozostali jednak z pytaniem bardzo konkrentym: cóż takiego miałoby dla nich z takiego wyboru wyniknąć?


Piotr zadaje pytanie nieco naiwnie, ale też z prostotą i otwartością, która jest znacząca i godna naśladowania. Zadaje pytanie, jako swoisty rzecznik całej grupy apostolskiej, zadaje pytanie w imieniu ich wszystkich. 
Forma pytania, którą podaje - w podobnej sytuacji - Ewangelia Mateusza (Mt 19,27-30) jest tam bardziej pozytywna (w znaczeniu – cóz za to....) : Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za tobą; cóż za to mieć będziemy?


Łukasz i Marek ((Mk 10,28-31) są zdecydowanie bardziej lapidarni w formułowaniu pytania, nie zawierając w samym pytaniu problemu rekompensaty...
Rzeczywiście, w tekście Mateusza, Jezus wchodzi w myśl Piotra, składając jemu i pozostałym Apostołom specjalną obietnicę, jedną z najwspanialszych, jaką im kiedykolwiek uczynił. 
Nie zapomnijmy jednak, że w następującym po niej nauczaniu, w przypowieści o robotnikach, Jezus ostrzega uczniów, aby ze swojego wybrania nie wyciągali zbyt daleko idących wniosków, mogących wbić ich w pychę (choćby tylko z tego powodu, że byli pierwszymi, którzy za nim poszli... 
Godne też jest podkreślenia (i zastanowienia), że u Mateusza akcent położony w przypowieści, w odniesieniu do wcześniej złożonej obietnicy, zmusza do zastanowienia: może pojawiła się zmiana zachowania u uczniów, nastąpiłą potrzeba korekty zachowania?... 


Łukasz zatem plasuje pytanie i obietnicę (reakcję Jezusa) w innych - niż Mateusz - okolicznościach, w takich, w których - trzeba to przyznać - znakomicie się ona odnajduje. 
U Mateusza, zgodnie z przyjętą przez niego pedagogiką, scena ta jest w całym ciągu tematycznym nauczania uczniów – Dwunastu, u Łukasza będąc prezentowana niejako z większą autonomią włąsną.  
To, co jest ważne dla Łukasza i Marka to konieczność podkreślenia, że dialog ten i następująca po nim obietnica nie są wyraźnie zamknięte do kręgu Dwunastu, ale są one skierowane do i przyswajalne przez każdego wierzącego, bez potrzeby tworzenia dodatkowych tłumaczeń. 
Tutaj też Jezus od razu ucina nadmiarową interpretację, wbijającą w pychę (która u Mateusza wymagała dodatkowej przypowieści), mówiąc: powiadam wam, że nie ma takiego...
Zwrot ten jest także obecny u Marka; u obu Ewangelistów zdradzając wyraźną intencję dania obietnicy jak najszerszego wymiaru, a jej aplikacji konkretnej jak najszerszy zasięg (kulturowy, społeczny, itp.).


Zgodnie z obietnicą daną przez Jezusa, wszystkie relacje, które występują w życiu „naturalnym”, odnajdują ich analogię w więziach, które tworzą się w ramach wspólnoty wiary. 
Rzeczywiście, jest tu jasne zapewnienie, mające być dla wierzącego obfitą rekompensatą (a jakże, jest jednak mowa o rekompensacie!) za wszelkie bolesne decyzje, za zerwanie z tym, co niezgodne z Ewangelią, za decyzje i działania, które wierzący w Chrystusa musiał na początku swojej drogi podjąć. 
Ważne jest tu przypomnienie, że te same decyzje, wraz z wiążącymi się z nimi bólem, trudnościami, sam Jezus (jak nas o tym wyraźnie informują Ewangelie) musiał także podjąć, a zatem nauczanie, które daje swoimi uczniom, opiera się w pewnym stopniu także na Jego własnym doświadczeniu (por. Łk 8,19-21 w odniesieniu do 8,1-3). 


Każdy prawdziwie wierzący znajduje, otrzymuje, w tym życiu, które podejmuje wybierając Pana:
- braci aby ich kochać, 
- rodziców, aby ich darzyć szacunkiem i troszczyć się o nich, 
- dzieci, aby je wychować, 
- cały jakby blok relacji rodzinnych, który go ubogaci ich miłością i których on będzie mógł swoją miłością obdarzyć. 


Łukasz i Marek mówią przy tym o domach, a Mateusz dodaje do tego jeszcze rolę (teren uprawny). 
Wspólnota chrześcijańskiej miłości tworzy zgodnie ze słowami Jezusa u każdego z wierzących prawdziwą radość z dóbr, które posiada, także radość z dóbr przynależnych jego braciom w wierze. 
Niemniej, aby jednak nie wprowadzić w błąd swoich uczniów, że oto roztacza przed nimi jakiś wyimaginowany obraz rajski, w Ewangelii Marka Jezus wspomina o prześladowaniach...
Wydaje się, że brak wspomnianych elementów „prześladowania” u Łukasza i Mateusza jest też wskazówką, że Ewangelie te nie były pisane w czasach, w których prześladowania byłyby czymś istotnie obecnym, istotnym dla wspólnot chrześcijańskich, które były miejscem powstania i upowszechniania tych tekstów. 
Byłaby to zatem wskazówka pozwalająca na stwierdzenie o ich relatywnej wczesności (ostatnich redakcji Ewangelii Łukasza i Mateusza?). 


Należy również zauważyć, że Łukasz omija w swoim tekście (por. rodz.13) zakończenie dyskursu Jezusa, obecne zarówno u Marka, jak i Mateusza: A wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi. 
Oba te zakończenia u Marka i Mateusza służą wprowadzeniu do dalszej części nauczania, w przypowieściach. 


Można na zakończenie zastanowić się nad znaczeniem tekstu Łukasza (a także tekstów paralelnych pozostałych dwóch Ewangelistów) dla praktycznego życia chrześcijańskiego. 
Można interpretować ten tekst w sposób bezpośredni, prosty, bez niuansów, mówiąc, że oto Jezus zapewnia, że wyrzeczenie, oderwanie się od negatywnej rzeczywistości, niezgodnej z przykazaniami, niezgodnej z Ewangelią, znajdzie swoją rekompensatę w życiu kolektywnym wspólnoty chrześcijańskiej, wzajemnie materialnej o siebie się troszczącej (taki duch interpretacji możemy dostrzec istotnie obecny w pierwszych rozdziałach Dziejów Apostolskich np.).
Ale można także zauważyć, że tekst Łukasza pozwala na interpretacjeę nieco szerszą: 
Oto wybór świadomy (mocny i konsekwentny) pójścia za Jezusem oczywiście jest związany z wyrzeczeniem. Niekoniecznie jednak wyrzeczenie musi wiązać się z rekompensatą „zewnętrzną”. 
Ten który podejmuje wybór Jezusa, oczywiście odczuwa jego wagę, w niektórych sytuacjach być może i jego bolesność, ale wybór ten może w konsekwencji przynieść mu to, czego nie miał wcześniej: prawdziwą radośc życia tam, gdzie był poprzednio, a gdzie nie mógł tej radości znaleźć (a i inni razem z nim). 
Oto ten, który idzie z całym radykalizmem za Jezusem nie staje się ojcem dla innych dzieci, synem dla innych rodziców, dla innych ludzi przyjacielem i pomocą. 
Staje się ojcem prawdziwym, prawdziwym synem czy córką, prawdziwym przyjacielem już w miejscu, gdzie był, w rodzinie, w jakiej żył!


Chrześcijanin, to ten, który nie żyje życiem wirtualnym, ale żyje życiem prawdziwym, w miejscu prawdziwym, w sytuacji prawdziwej, w prawdziwej rodzinie. 
Oczywiście, życie w szeregu przypadków stawia przed nami wybór między nieprzystającymi do siebie sytuacjami, emocjami, postawami...
Ale – i to jest niezwykle ważne – prawdziwe życie wiary pozwala odkryć smak tego i tam, gdzie dotąd go brakło, nam a i innym wraz z nami. 

Zstąpił do piekieł...

Zstąpił do piekieł...


Zwrot ten, który wielu chrześcijan wyznaje (czasem czysti automatycznie), recytując Skład Apostolski, tzw. Credo, budzi wiele niezrozumienia. 
Można nawet spotkać stwierdzenia, że mamy tu do czynienia ze stwierdzeniem bez mała mitycznym, nie przystającym do całości nauczania Ewangelii...
Zwłaszcza w świecie współczesnym, w którym tak trudno poruszyć te mniej „optymistyczne”, mniej „motywyujące swoją pozytywnością” elementy nauczania wiary chrześcijańskiej  (opartej o Słowo Boże), słowa stwierdzające jakoby Jezus „zstąpił do piekieł” brzmią nie tylko nieprawdopodobnie, ale wręcz przez niektórych są oceniane jako fałszywe .
Tymczasem w tym lapidarnym stwierdzeniu kryje się całość miłości Syna Bożego do nas; w tych słowach kryje się cała miłość Ojca, który swojego Syna nie oszczedził przed najstraszliwszym z możliwych cierpień – oddaleniem od siebie. 


Tak właśnie Kalwin zinterpretował zstąpienie do piekieł, wyrażające się w słowach Chrystusa na Krzyżu: „Boże mój, Boże mój, dlaczego mnie opuściłeś?” (por. Ewangelia Mateusza 27,46 i Ewangelia Marka 15,34).


W zstąpieniu do piekieł chodzi o zstąpienie Jezusa Chrystusa do piekła beznadziei, do rozpaczy sumienia, do uczucia, że Bóg jest przeciw Niemu. 
Zstąpienie do piekieł jest wewnętrznym (to znaczy dotyczącym wewnętrznego doświadczenia) wytłumaczeniem tego, co dzieje się zewnętrznie w śmierci potępionego grzsznika, złożonego do grobu, którego dusza idzie do piekła, to znaczy staje w oddaleniu od Boga tak, że Bóg może być tylko widziany jako nieprzyjaciel, jako wróg...


Piekło, to nie miejsce, które często (w ciągu wieków historii Kościoła) ikonografia wyobrażała  jako to pełne cierpienia, które wyrządzają potępionym ludziom, grzesznikom, jakieś straszne stwory. 
Nie! Piekło w rozumieniu biblijnym to stan pełnej świadomości całkowitego i bezpowrotnego oddalenia od Boga. 
Nie ma rzeczy straszniejszej, ponieważ łączność istoty żyjącej z Bogiem ma charakter absolutnie witalny. 
Poza tą lącznością nie ma życia, a jest za to szczyt cierpienia – piekło! 


A zatem, Jezus Chrystus i tylko On mógł wycierpieć w takim wymiarze nie tylko śmierć „zwykłą”, która jest oddzieleniem duszy od ciała, ale także Jego dusza doświadczyła tak wielkiej, wprost niewyobrażalnej trwogi, którą Piotr w swoim nauczaniu nazywa bólami, mękami śmierci: 
ale Bóg go wzbudził, rozwiązawszy więzy śmierci, gdyż było rzeczą niemożliwą, aby przez nią był pokonany (Dzieje Apostolskie 2,24). 


Oczywiście powstaje pytanie dlaczego Chrystus tego dokonał?


Odpowiedź jest bardzo bezpośrednia, do tego stopnia bezpośrednia, że szokuje swoim dramatyzmem: 
Chrystus stanął za nas przed trybunałem Bożym, aby wziąc na siebie całość tego, co czeka nas, grzeszników, wszystkich ludzi bez wyjątku. 
Trzeba zatem było, aby poczuł całym sobą, całą swoją świadomością tę straszliwą nędzę, trwogę, jaką można przeżyć tylko wtedy, gdy ma się poczucie bycia w pełni przez Boga opuszczonym, całkowicie samotnym...
To właśnie z tej głębi bólu krzyczy do swojego Ojca: „Boże mój, Boże mój, dlaczego mnie opuściłeś?”


Nie chodzi tu oczywiście o stwierdzenie, jakoby Bóg był prawdziwe nań rozgniewany, że Bóg istotnie swego Syna odrzucił. 
Nie, absolutnie, nie: to z własnej i nieprzymuszonej decyzji Jezus wypełnił w swojej osobie, w pełni, to co zostało zapowiedziane przez proroka Izajasza: 
Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie. A my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony. Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. (Izajasz 53,4-5)


Oczywiście, niejednokrotnie pada także pytanie: skoro Syn Boży był sam Bogiem, jakże mógł cierpieć takie opuszczenie przez Boga?


Tu trzeba od razu wyjaśnieć, że to w swojej ludzkiej naturze Chrystus cierpiał taką mękę, taką rozpacz. 
Wystarczyło do tego, aby Jego boskość na krótki czas jakby się „schowała”, to znaczy aby nie okazywała swojej mocy. 
Z drugiej strony trzeba zauważyć, że nie był poddany takiej sytuacji na tak długo, aby w niej pozostać. Ponieważ choć czuł w pełni cierpienia piekła, nie został przez nie pokonany, ale walcząc przeciw mocy Szatana złamał go i zniszczył. 


Czy jest zatem jakaś różnica między męką, jakiej Jezus Chrystus doświadczył, a tymi jakich doświadczają grzesznicy ukarani przez Boga?


To, co było dla Chrystusa przejściowym, jest wiecznym dla innych; to, co było czasem walki dla Chrystusa, jest stanem stałym i nieodwracalnym dla potępionych.


To, co jest jeszcze dla Chrystusa szczególne, to fakt, że pośród swoich cierpień, w samym środku straszliwego poczucia opuszczenia, Jezus Chrystus nigdy nie przestał pokładać nadziei w swoim Ojcu, podczas gdy potępieni przez Boga grzesznicy nie tylko nie pokładają (nie pokładali nigdy) w Nim nadziei, ale na dodatek jeszcze buntują się, zwracają się przeciw Niemu, aż do pełnego bluźnierstwa, stają przeciw Bogu jedynemu i prawdziwemu. 


Postawa Jezusa była odmienną:
On, gdy mu złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził, lecz poruczał sprawę temu, który sprawiedliwie sądzi; On grzechy nasze sam na ciele swoim poniósł na drzewo, abyśmy, obumarłszy grzechom, dla sprawiedliwości żyli; jego sińce uleczyły was. (1 List Piotra 2,23-24)
Synowie Królestwa zaś będą wyrzuceni do ciemności na zewnątrz; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Ewangelia Mateusza 8,12)


Reasumując:
To za nas Chrystus poniósł na sobie całość tej strasznej sytuacji, która winna była być naszą. 
W naszych życiach może także doznajemy rozpaczy, ale nie jest to ta sama rozpacz totalna, całkowita, jakiej mógł doświadczyć i znieść tylko Syn Boży. 
To rozróżnienie między Chrystusem a nami powinno nas uczulić na ostrożność w wyolbrzymianiu naszych cierpień, jakkolwiek straszne one byłyby, ponieważ od teraz wiemy, że Chrystus zniszczył moc piekieł, jakkolwiek wielka miałaby ona być. 
Przez swoje niewypowiedziane cierpienie, przez swoją mękę nie tylko fizyczną na Krzyżu, ale i męki duchowe, których Jego dusza doświadczyła, Jezus Chrystus uwalnia mnie dzisiaj z wszelkiej rozpaczy i męki piekieł. 
Jestem zatem umocniony w ten sposób na czas doświadczeń i pokus, na czas wszystkich życiowych, tak często strasznych, prób. 


Nie wstydźmy się zatem przyznać, że pewne elementy nauki wiary chrześcijańskiej zdają się przerastać nasze ludzkie wyobrażenia, że nie mieszczą się w naszych (choćby tych, które wydawałyby nam się słusznymi) schematach. 
Stańmy w pokorze przed Panem życia w postawie dziękczynienia. 
Dziękczynienia za Jego miłość, za Jego całkowite oddanie za nas; za nas, którzy sami doskonale wiemy, jak mało na taką Jego miłość zasłużyliśmy. 
Jego miłość jednak nie mierzy zasług. 
Prawdziwa miłość kocha bez przykładania kryteriów oceny. 
Miłość Boża to pełna łaska, miłość za nic. 
To miłość tak ogromna, że gotowa za nas przyjąć całe, słusznie nam przypadające cierpienie śmierci; przyjąc na siebie, jak zrobił to Syn Boży, abyśmy my mogli żyć...