poniedziałek, 12 września 2011

Ukrzyżowany, umarł, śmierć zwyciężył…

Te kilka artykułów przypadających na dziewiątą niedzielę Katechizmu Genewskiegi Jana Kalwina mają za cel opisać znaczenie i konsekwencje związane ze stwierdzeniem: „Chrystus cierpiał za nasze grzechy”.
Nie można oczywiście oderwać rozważania od następującego po cierpieniu i śmierci Chrystusa faktu – Jego zmartwychwstania...

Chrystus został ukrzyżowany. W fakcie tym odbija się, jak światło w zwierciadle, pozycja człowieka wobec Boga – człowiek jest poddany przekleństwu  śmierci.
Stwierdzenie to, zwłaszcza dla niezwykle przejętego swoim poczuciem wartości, możliwości sukcesu, wręcz przeczulonego na swoim punkcie współczesnego człowieka może zabrzmieć jako niezwykle trudne do zaakceptowania. Jakże to człowiek, tak wspaniała istota może być poddana przekleństwu?...
Tymczasem w nauczaniu biblijnym, a w konsekwencji w nauczaniu Kalwina, które znajdujemy w Katechizmie Genewskim, stwierdzenie to jest służącym podkreśleniu wielkości miłości Bożej wobec człowieka: bo oto tego, który jest przeklęty na skutek grzechu, Bóg obejmuje swoją miłością w Jezusie Chrystusie.
Aby jednak w pełni objąć rozmiar miłości Bożej, trzeba przyjąć także całą brutalność pozycji ludzkiej, obecność tego „przekleństwa”, które w sposób nieunikniony dotyka każdą istotę żywą – przekleństwa śmierci.
Bóg w Jezusie Chrystusie (przez całość następujących po sobie faktów życia Jezusa Chrystusa) przekazuje człowiekowi bardzo silnie – „akceptuję cię, obejmuję cię moją miłością i troską”; i to wszystko pomimo twojego stanu przekleństwa śmierci, przekleństwa na skutek grzechu.

Bóg dokonał w Jezusie Chrystusie potępienia, skazania grzechu w ciele Jezusa Chrystusa (por. Rzymian 8,3). 
Nie było to nasze ciało, w znaczeniu kogoś z nas, tego, który efektywnie (przyznajmy to, pomimo związanego z tym wyznaniem bólu) zasługiwałby na taki los...
Bóg dokonał tego „desperackiego” (bo ostatniej szansy dla nas) gestu w swoim Synu wcielonym; Bóg dokonał tego w ciele Jezusa Chrystusa.
I Jezus Chrystus, akceptując przekleństwo swojego ciała, zniszczył, zniweczył siłę przekleństwa.
Już nie ma obiektu przekleństwa po tym, co stało się na Kalwarii.
Znosząc, niosąc na sobie przekleństwo  śmierci, przekleństwo grzechu, Chrystus dokonał naszego wykupienia.
To, co zniósł i poniósł ze sobą na krzyż, przyniosło skutki ostateczne dla życia ludzkiego, dla każdego z nas.

Zgodnie z nauczaniem Rzymian 6, 23, skutkiem grzechu jest śmierć.
Grzeszny człowiek nie może istnieć, zaistnieć przed Bogiem; człowiek musi umrzeć aspirując do takiej pozycji...
To właśnie dlatego, że ten okrutny mechanizm nieuniknonej śmierci musiałby być spełniony, że nie ma od niego żadnego wyjątku, dlatego właśnie Jezus Chrystus musiał umrzeć za nas.
On poniósł na sobie i zwyciężył śmierć.
W Jezusie Chrystusie wyraziła się pełna akceptacja Syna Bożego wobec naszej niemożliwości życia. Przez sam fakt tej akceptacji, On zwyciężył naszą niemożliwość życia, niaszego istnienia zniszczonego przez grzech, zniszczonego przez konsekwencje grzechu.

Taka jest rzeczywistość ofiary Chrystusa, której ofiary Starego Przymierza (Starego Testamentu) były jedynie znakami, figurami.
Aby człowiek mógł żyć, było niezbędnym aby miała miejsce śmierć.
Ale jaki istotny skutek mogła mieć śmierć zwierząt? Była ona jedynie prefiguracją ofiary Jezusa Chrystusa.
Dopiero na skutek Jego śmierci, śmierć mogła być naprawdę przezwyciężona, mogły być zniszczone jej niszczycielskie skutki.

W Kościele pierwszych wieków nauczano często w sposób obrazowy.
Jednym z takich obrazów „pedagogicznych” (często opowiadanych, nie koniecznie rysowanych) był obraz śmierci, symbolicznie oddanej przez ogromną bestię, która w swoje szpony chwyta Chrystusa (oczywiście, łatwo tu doszukać się symboliki zaczerpniętej z mitologii greckich... co jednak nie zmienia siły przekazu treści).
W obrazie tym śmierć, pomimo tego, że dla słuchacza, czy obserwującego wydaje się dominować swoją potęgą, siłą, umiera walcząc z Chrystusem.
Ta, która zgodnie z pierwszą i powierzchowną oceną dominuję siłą, potęgą, okrucieństwem, umiera walcząc z Tym, który zgodnie z tą samą oceną jest słaby, niezdolny do walki, schwycony w szpony i wydawałoby się pozbawiony sily...
Celem tej figury retorycznej, starożytnego obrazu, było przekazanie z całą radykalnością myśli centralnej dla nauczania Ewangelii: oto zwyciężając Chrystusa, śmierć została zwyciężona przez Niego...

Jest także interesującym zauważenie, że Skład Apostolski, czyli tzw. Credo uznał za konieczne mówienie o pochówku Chrystusa, fakt, że został On złożony do grobu.
Oczywiście, tekst tego szacownego wyznania wiary idzie tu za nauczaniem biblijnym, które szczególnie podkreśla 1 List Pawła do Koryntian, rozdz. 15.
Człowiek - w znaczeniu symbolicznym - jest prawdziwie umarły dopiero wtedy, kiedy jego ciało jest umieszczone w grobie.
Uwaga na słowo „symbolicznie” zmarły. Nie chodzi tu w żadnym stopniu o rozważanie (jak to nierzadko miało miejsce w wiekach przeszłych) kiedy dusza opuszcza ciało człowieka.
Chodzi tu o jak najbardziej symboliczny wyraz rozstania ze zmarłym, fakt jednoznacznego podkreślenia faktu jego śmierci, który znajduje swój szczególny wymiar w złożeniu ciała do grobu.
Także współczesna psychologia podkreśla wagę oddania ciała do grobu, dla umożliwienia konstruktywnego przeżycia żałoby, koniecznego rozstania z bliskim; rozstania, które pozwoli jednak żyć żywym...

Chrystus zatem także musiał poznać tę „samotność” grobu. Złożenie ciała Chrystusa do grobu było niezbędne, aby podkreślić realizm/realność Jego śmierci.
W przypadku śmierci Chrystusa na krzyżu nie możemy zatem mówić o śmierci fikcyjnej, o jakimś rodzaju letargu.

Dbałość o szczegóły, podkreślenie złożenia Jego ciała do grobu miało za cel wzmocnić przekaz, jaki Kościół pierwotny (i my wraz z nim) miał otrzymać: oto wasz Pan, Jezus Chrystus, naprawdę umarł.
Umarł i został złożony do grobu, aby zamknąć całość procesu śmierci, śmierci realnej, nie-fikcyjnej.
Niemniej, ten koniec, to zakończenie, nie jest naprawdę „końcem”.
Ten „koniec” Jezusa Chrystusa jest naprawdę początkiem.
Początkiem danym każdemu, który wierzy w Niego, wierzy w miłość okazaną nam w Nim przez Ojca.
Śmierć Chrystusa, i dla nas wraz z Nim, za Nim, jest tylko przejściem.
Śmierć dla tych, którzy wierzą w Niego jest przejściem do życia.
Śmierć Chrystusa jest życiem danym tym, którzy wierzą w Niego, wierzą w miłość Ojca okazaną w Synu.
Wieczność nie jest zatem „nowym” (w znaczeniu – „innym”) życiem po śmierci.
Wieczność jest życiem, które przechodzi przez śmierć.
Życie wynika ze spotkania z Chrystusem zmartwychwstałym, któremu już teraz winniśmy zawierzyć nasze życie, aby umierając, nie umierać w bezsens, ale przejść wraz z Nim, jak pisze Kalwin – z Chrystusem naszym Przewodnikiem – do nowego (w znaczeniu „pełnego”) życia, którego On jest dawcą, dawcą życia dla nas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz